Ja i Szybki Bob - bobsleje

Ślizg bobslejem w lodowej rynnie? To jak jazda roller coasterem w wesołym miasteczku.

Tylko bardziej.

 

 

Początek toru w łotewskim miasteczku Sigulda nie wygląda przerażająco. Ot, trzy płaskie rynny o różnej szerokości zbiegają się i łączą po 50 m. Potem spadek jest nieco większy, ale wciąż nie oszałamia. Każda z tych rynien służy komuś innemu. Prawa jest wąska i najbardziej nachylona, bo zaczyna się wyżej, na szóstym piętrze wieży startowej - nią startują saneczkarze seniorzy. Środkową, nieco bardziej płaską, ruszają juniorzy. Najszersza jest lewa, musi bowiem pomieścić rozpędzających się bobsleistów i skeletonistów.

 

 

 

 

Prześliczna ske..., skele...

 

Dużo większe wrażenie robi widok z samej góry. Jesteśmy niemal na szczycie wieży stojącej na wzgórzu, tor wije się w dół, ku dolinie rzeki Gauja. Meta jest gdzieś tam nisko, kilkaset metrów od nas, jeśli liczyć w linii prostej. Sama powyginana rynna ma długość 1,2 km. Jej pokonanie zajmuje różnym pojazdom około minuty.

Te rozważania przerywają krótkie polecenia wykrzykiwane przez radiowęzeł po łotewsku i rosyjsku. Akurat trwa trening kadrowiczów z tych dwóch krajów. Sztuczny tor w Siguldzie jest popularny w tej części Europy. Do niedawna był to jedyny taki obiekt na wschodzie kontynentu! Dopiero w grudniu homologację od saneczkarskiej federacji dostał tor w podmoskiewskim Paramonowie. Kolejny budują sobie Rosjanie na olimpiadę w Soczi. Na całym świecie jest zaledwie 16 takich konstrukcji.

 

Jeśli bobsleje są sportem dla wariatów, to skeleton chyba uprawiają samobójcy. Jazda w lodowej rurze głową do przodu 120 km na godz.? Ta dziewczyna musi mieć jaja ze stali.

 

Krótko po komunikatach na rozbiegu pojawia się dziewczyna. Krępa i silnie zbudowana, ma jednak ładną buzię, która, niestety, szybko znika pod kosmicznym kaskiem osłaniającym całą głowę, włącznie z podbródkiem. Przed Łotyszką leży deska, kawał lekko wygiętej plastikowej płyty z dwiema rączkami. Pod spodem ma toto dwie płozy - jedna z nich wsunięta jest w rowek wyrzeźbiony w równiutkiej jak szkło tafli lodu. Dziewczyna spuszcza głowę i koncentruje się przez dłuższą chwilę (a może zmawia zdrowaśkę?). Nagle pochyla się, opiera jedną dłoń na uchwycie i rusza. Krok po kroku przyspiesza, dzięki specjalnym butom (takie do bobsleja mają nawet 300 metalowych kolców o długości 1 mm w podeszwie) zachowując przyczepność na lodzie. Wreszcie zrównuje się z nami, wybija mocno przed siebie i opada brzuchem na deskę, głową do przodu. Zanim dojedzie do rury, lewą stopę przykłada do powierzchni toru, lekko korygując tor jazdy. Wreszcie znika za pierwszym wirażem. Wygląda to fajnie, ale wciąż nie robi specjalnego wrażenia. O tym, że ta uśmiechnięta, sympatyczna laseczka musi mieć jaja ze stali, dopiero się przekonam.

 

 

Wieża nie dla laików

 

- Podoba się? - słyszę za plecami. Wita mnie Dainis Dukurs, menedżer toru w Siguldzie, nasz gospodarz tego popołudnia. Dainis był kiedyś hamulcowym w radzieckiej kadrze, ma też dwóch synów Tomassa i Martinsa, utalentowanych skeletonistów (ten drugi był siódmy na olimpiadzie w Turynie). Zastanawiam się, czy chodzi mu o dziewczynę czy o tor, bo i jedno, i drugie robią wrażenie. Widać jednak, że Dainis jest dumny ze swojego królestwa. Oprowadza mnie chwilę po wieży, opowiadając o obiekcie. Powstały w 1986 r. tor był przykładem prawdziwie międzynarodowej współpracy bratnich narodów socjalistycznych. Zaprojektowali go specjaliści z NRD, a zbudowali fachowcy z Jugosławii, konkretnie z Sarajewa, które dwa lata wcześniej gościło wszak zimową olimpiadę. Dzięki chłodzeniu amoniakiem sportowcy nie muszą liczyć na pogodę, która miewa swoje kaprysy. - W ubiegłym roku organizowaliśmy ślizgi w październiku, kiedy na dworze było 16 stopni - opowiada Dukurs. - Nie są to najlepsze warunki do jazdy, ale się da.

 

Tor w Siguldzie to radziecka inwestycja, enerdowska myśl techniczna i jugosłowiańskie wykonanie - nie wiem, do kogo należy się ewentualnie zwracać po odszkodowanie, zważywszy na to, że żadne z tych państw już nie istnieje.

 

Zaczynam nerwowo przebierać nogami. Po pierwsze, trochę już zmarzłem, bo na wieży startowej zimno jest jak w psiarni. Po drugie, nie przyjechałem tu przecież podziwiać łotewskiej reprezentacji ani jugosłowiańskiej myśli technicznej. Mam wsiąść do bobsleja i pojechać!

Dainis uśmiecha się na widok mojego zniecierpliwienia. Wskazuje palcem na niewielki budynek przyklejony do toru poniżej wieży startowej. - Ruszysz stamtąd - oznajmia. Mina rzednie mi w mgnieniu oka. - Nie przejmuj się, to standardowe miejsce, z którego wypuszczamy na tor gości i klientów - uspokaja mnie Dainis. - Ale to również miejsce startowe dla saneczkarek. Tor jest wtedy tylko o 200 metrów i trzy zakręty krótszy - opowiada. A jaka jest różnica w prędkości? - Niewielka. Przy starcie z samej góry bobsleje osiągają jakieś 115 km na godz. Przy starcie z dolnego budynku jadą 10, może 15 km na godz. wolniej - mówi mój gospodarz.

Nie daję za wygraną i usiłuję jednak wybłagać start z samej góry. - Na saneczkach czy skeletonie cię nie puszczę, bo się zabijesz - Dukurs jest nieprzejednany. - A jeśli chodzi o bobsleje, ze szczytu wieży mógłbyś ewentualnie pojechać profesjonalną dwójką. Tylko że nie będziesz miał z tego żadnej przyjemności, bo jako hamulcowy nic nie zobaczysz. Na dole mamy specjalnie przystosowany bobslej dla gości. Nie martw się, emocji ci nie zabraknie.

 

 

Piski na materacu

 

Ruszam więc z Dukursem do dolnego budynku, gdzie uwija się już spory tłumek. To obsługa oraz klienci - z Łotwy, Rosji, nawet ze Stanów. Najwięcej jest Rosjan, którzy korzystają akurat z przerwy świątecznej z okazji prawosławnego Bożego Narodzenia.

Na dobry początek pojedziemy czymś, co Dukurs nazywa softskeletonem. Ma to wygląd tak obciachowy, że się zastanawiam, czy nie zakazać Krzyśkowi fotografowania mnie nie tylko w pojeździe, ale nawet w bezpośrednim jego sąsiedztwie. Krzysiek nie przestaje jednak robić zdjęć, a ja pakuję się do sporego pudła zrobionego z jaskrawozielonych... materaców. Wyłożone w środku kocem pudło ma przyczepione od spodu plastikowe rury, służące za płozy, zamiast przedniej ścianki jest zaś przezroczysta foliowa "szyba". Kładę się w tym na brzuchu, głową do przodu (jak w skeletonie, stąd nazwa), obok mnie leży już Marek, dziennikarz z portalu moto.pl.

 

Jazda softskeletonem. 

 

 

Ktoś popycha nas lekko i materacowa skrzynka sunie powoli po lodowej powierzchni. Wreszcie dociera do krawędzi startu i zaczyna zsuwać się w dół rynny, rozpędzając się w ułamkach sekund. Przyspieszenie, nawet tak pokracznej landary, na tym lodzie robi wrażenie. Kiedy docieramy do pierwszego wirażu, błyskawicznie pojmuję, do czego służy softskeleton. Dzięki swej konstrukcji pozwala na całkowicie bezpieczny zjazd nawet laikowi. Tym ustrojstwem po prostu w ogóle nie trzeba sterować, bo na wirażach miękkie pudło swobodnie obija się o ściany toru. Jasne, nie rozpędza się to do takich prędkości jak bob czy saneczki, ale daje mnóstwo zabawy. Popiskujemy z Markiem radośnie jak pensjonarki obściskiwane w ciemnym kącie na prywatce, kiedy nasz rydwan śmiga to w lewo, to w prawo, gnając w dół kilkadziesiąt kilometrów na godzinę. Trochę jak na zjeżdżalni w aquaparku, zwłaszcza że rynna, którą jedziemy, jest zamknięta, a właściwie przykryta z wierzchu brezentowymi płachtami osłaniającymi tor przed padającym śniegiem. Jedynie na zakrętach nad nami przebłyskuje niebo. Zabawa jest naprawdę przednia i kiedy nasz softskeleton wyjeżdża na ostatnią prostą, jestem trochę rozdarty - z jednej strony żałuję, że tak szybko się skończyło, z drugiej się cieszę na następny poziom rozrywki.

 

 

Nauka jazdy

 

Ładujemy materace na pakę półciężarówki i wracamy na górę. Tym razem na starcie stoi już przygotowany prawdziwy bobslej. Wygląda nieco gorzej niż dwuosobowy, profesjonalny bolid z włókien węglowych, który widziałem przed kwadransem na szczycie wieży. - Ale jeszcze przed 20 laty takim sprzętem ścigano się na igrzyskach olimpijskich - zapewnia mnie Dainis. - Nieco go tylko zmodyfikowaliśmy na potrzeby amatorskich ślizgów.

 

 

Chodzi o to, że w normalnym, czteroosobowym bobie ostatni sportowiec jest tzw. hamulcowym. To on odpowiada za zatrzymanie bolidu na mecie. W "turystycznym" bobie w Siguldzie linki hamulca przeciągnięto na sam przód i steruje nimi pilot.

To ten gość, który właśnie zakłada mi kask na głowę i tłumaczy, co mam robić podczas przejazdu. - Na wirażach bobsleiści podlegają przeciążeniom sięgającym 5 G - słyszę. - Dlatego w zakrętach musisz się trzymać prosto i nie pozwolić, by głowę przyciskało ci do ziemi. Jasne? - pyta mnie, a ja kiwam głową twierdząco. Prawdziwy sens jego słów zrozumiem dopiero na którymś z kolei zakręcie.

Podchodzimy do boba. Jestem największy w załodze, zostaję więc posadzony na samym końcu. Mam do dyspozycji: kawałek niewygodnego siedziska, dwie metalowe podpórki pod stopy i dwa uchwyty z wygiętego metalowego pręta. Siedzisko nie ma żadnego oparcia i nie mam nic za plecami. Jeśli puszczę rączki, przy odrobinie szczęścia dojadę do mety na własnym dupsku.

 

 

Następny pasażer, chyba jakiś Rosjanin, ładuje mi się między nogi i zajmuje miejsce przede mną. Potem jeszcze jeden, a na końcu (właściwie - na początku) nasz pilot. I znów ktoś, chyba Dainis, chwyta nas od tyłu i lekko popycha w stronę startu. Bobslej powolutku podjeżdża do krawędzi...

 

 

Głowa między nogami

 

...i rusza. Różnica pomiędzy bobslejem a softskeletonem staje się oczywista w ułamku sekundy. Niemal natychmiast radosna ekscytacja ustępuje miejsca autentycznemu przerażeniu. Pocisk na stalowych płozach błyskawicznie rozpędza się do niewiarygodnych prędkości. Materace, sunąc przez rynnę, wydawały z siebie spokojny szum, w metalowo-plastikowym korpusie bobsleja rozlega się huk, jakby całość wprawiana była w ruch silnikiem odrzutowym. A przecież napędem jest tu tylko grawitacja i zmniejszone dzięki lodowej nawierzchni do minimum tarcie.

Zaciskam kurczowo dłonie na uchwytach. Łups! - bobslej wpada w pierwszy wiraż. Tor skręca w lewo, a nas, zgodnie z prawami fizyki, wyrzuca na prawo. Gdyby nie odpowiedni profil rynny, już by nas tu nie było. Przy każdym gwałtownym szarpnięciu obijamy się jednak od ścianek bolidu. Buum! - niemal natychmiast skręcamy w prawo. Zderzamy się nawzajem głowami. Usiłuję utrzymać pion, ale jest to równie łatwe, jak w miejskim autobusie prowadzonym przez pijanego kierowcę po wertepach. By nie szarpało mną zbyt mocno, pochylam głowę do przodu. I to jest mój błąd. Wjeżdżamy w trzeci zakręt, znów lewy. Ten jest jednak ostrzejszy niż poprzednie. Inercja wynosi bobslej wysoko, jedziemy w tej chwili bokiem do ziemi. Siła odśrodkowa kilkakrotnie przekracza

wartość G. Wciska mnie do środka, zwłaszcza pochyloną głowę wpycha mi między nogi. W zgiętym karku bardziej czuję niż słyszę chrupnięcie - szyja będzie mnie bolała jeszcze przez kilka dni. Kiedy w końcu udaje nam się wyjść z tego wirażu, natychmiast wyprostowuję plecy i do końca staram się zachować pion, by zwalczyć przeciążenia.

Mijają kolejne zakręty, a bobslej wciąż przyspiesza. Zaczynam się modlić, by to się wreszcie skończyło. Jeździłem kilka razy kolejkami górskimi i miałem z tego sporą radochę. A bobsleje są jak roller coaster. Tylko bardziej. Pędzący w lodowej rynnie bolid nie ma żadnej amortyzacji, siedzących w nim pasażerów nie trzymają pasy ani solidne obręcze, bobslej nie porusza się też na żadnej szynie, gwarantującej prawidłowy tor jazdy. Roller coaster to zabawa, bobslej jest jak kroplówka z czystą adrenaliną popita wódką z red bullem. Przypominam sobie śliczną skeletonistkę i nie mieści mi się w głowie, jak ona zjeżdża w tej rurze na lichej deseczce, głową do przodu, bez żadnej osłony.

 

 

Lodowate powietrze zmraża mi wystającą spod kasku twarz, mam wrażenie, że na powiekach rosną sople. Za 11. zakrętem zaczyna się długa na jakieś 200 m prosta. Prowadzi prawdopodobnie pionowo w dół, bo mam wrażenie, że zaraz oderwiemy się od lodu. Zaraz jednak nadchodzi kolejny wiraż, potem następny i wreszcie wylatujemy na finisz. Całe szczęście, że nie jestem hamulcowym, bo nie byłbym w stanie w tej chwili nic wdusić czy pociągnąć.

Wychodzę z boba na miękkich nogach. Boli mnie kark, mam mdłości i nie chce mi się żyć. Bobsleje to nie może być sport dla normalnych ludzi. Trzeba być wariatem, żeby zjechać w czymś takim więcej niż raz w życiu. Ruszam więc ponownie na start... 

 

  

Jak i za ile?

 

Do Siguldy można w jeden dzień dojechać autem (nam z Warszawy zajęło to około 10 godz., choć jechaliśmy w czasie styczniowych śnieżnych kataklizmów - na szczęście porządnym nissanem qashqaiem). Można też dolecieć do Rygi i potem dojechać pociągiem (nieco ponad godzinę). Więcej informacji na www.tourism.sigulda.lv.

 

 

Najlepszym hotelem w mieście jest Viesnica Sigulda (www.hotelsigulda.lv, tel. +371 679 722 53) przy ul. Pils 6, zbudowany w końcu XIX w. Początkowo nazywał się Segewold (to niemiecka nazwa Siguldy) i był świadectwem rosnącej popularności miasteczka jako kurortu. Pokój dwuosobowy kosztuje (w zależności od standardu i sezonu) 30-62 łaty.

Przejazd softbobem i softskeletonem - 7 łatów od osoby. Prawdziwy bobslej to już droższa zabawa - każdy pasażer musi wyłożyć 35 łatów. Więcej informacji pod nr. tel. +371 679 738 13.

1 łat=5,74 zł

 

 

Bobsleje są drugim najdroższym sportem olimpijskim, po... jeździectwie.

"Goły" bolid kosztuje 45-80 tys. dol., do tego trzeba dołożyć kilka, kilkanaście zestawów płoz (na różną pogodę i różny lód), każdy po 6-15 tys. dol.

  

 

Inne atrakcje Siguldy

 

Liczące zaledwie 10 tys. mieszkańców miasteczko jest jednym z najciekawszych i najpopularniejszych na Łotwie ośrodków turystycznych. Leży w Liwonii, 53 km na północny wschód od Rygi. Nazywany niegdyś

Liwońską Szwajcarią region to malownicze, zalesione wzgórza na rzeką Gaują. W mieście i jego okolicach można obejrzeć aż trzy zamki (w tym ruiny krzyżackiej twierdzy). Oprócz toru bobslejowego są też niewielkie stoki narciarskie z wyciągami oraz trasy do narciarstwa biegowego. Latem organizowane są spływy Gaują, można też eksplorować rozległe małpie gaje albo pofruwać na Aerodium - specjalnym tunelu powietrznym. Za odpowiednią opłatą kolejka linowa, spinająca dwa brzegi rzeczne, zatrzyma się w połowie drogi, a chętni wyskoczą z wagonika na bungee.

 

Bobsleje w Siguldzie

Ponoć początki tego sportu sięgają XIX w. i związane są z osobą księcia Kropotkina, który miał w Siguldzie swą rezydencję. Rosyjski arystokrata, krewny słynnego anarchisty, zafascynowany był ponoć Szwajcarią i podpatrzywszy w Davos albo St. Moritz nowy sport, stworzył u siebie naturalny tor w jednym z wąwozów (trasa miała jeden zakręt i liczyła 900 m). Obecny tor zbudowano w 1986 r.

 

 

Dziękujemy władzom Siguldy, kierownictwu toru bobslejowego i hotelu Sigulda oraz firmie Nissan Polska za pomoc w realizacji materiału.

 

 

Tekst: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: Krzysztof Miller (montaż)

 

 

Zobacz też na Logo24: 

 

- Gdzie są moje nogi!? - ta myśl pomieszana z odrobiną strachu kołatała mi się w głowie gdzieś
koło 75. tyczki. A miałem do przejechania jeszcze 13 bramek najdłuższego slalomu giganta w Europie. Przejechałem jeszcze parę metrów siłą rozpędu. Wyrżnąłem o stok i wpadłem w pomarańczową siatkę zabezpieczającą trasę. A meta wciąż była przede mną.
Wszystko zaczęło wibrować. Słyszałem już tylko huk silnika. Jeśli to plastikowe coś ma ze mną wylecieć niemal na 4 tysiące metrów i tam się nie roztrzaskać, to znaczy, że czeka mnie naprawdę ekstremalna zabawa. Okazało się jednak, że coś znacznie zabawniejszego zaczyna się, gdy się z tego wysiądzie.
Żartuje czy zwariował? - pomyślałem, usłyszawszy propozycję kolegi. Na wyprawę wysokogórską do Chin jadę, nawet nie pytam o szczegóły. Ale zjazd na nartach z jednej z 50 najwyższych gór na Ziemi? Z 7546 m n.p.m.?!
 

Sparing z mistrzem 

Myślałem głównie o tym, żeby chronić nos. W drugiej rundzie, kiedy zaczęły się pierwsze przerwy w świadomości, Tomek Adamek krzyknął: - Trzeba kończyć! Redaktor sinieje!

Więcej o: