Jak zaklinałem konie

Startowałem w pierwszych w Polsce i Europie mistrzostwach zaklinaczy koni. W ciągu trzech dni trzeba było obłaskawić zwierzę, na którym nikt wcześniej nie siedział.

A ja nigdy wcześniej nie pracowałem z młodymi końmi. Mimo tego nie zawahałem się, gdy organizatorzy zaproponowali mi udział w tej imprezie. Raz się żyje, przygoda niesamowita, zweryfikuję się też w konfrontacji z zawodowcami, pomyślałem. Ostatecznie nie byłem zupełnie surowy. Konie to moja pasja od dzieciństwa. Od trzydziestu lat wszystkie wakacje spędzam w siodle. Przejechałem praktycznie całą Polskę. Pojechałem do USA, by w Górach Skalistych Montany powłóczyć się z kowbojami, z całym obozowym osprzętem wiezionym na jucznych mułach. Zorganizowałem eskapadę do Argentyny i przepędzałem stado przez bezdroża patagońskich stepów i pracowałem wraz z gauczami przy bydle. Jeździłem na konie do Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, na Węgry i Ukrainę.

Od lat mam własne wierzchowce. Teraz trzy. Najsłynniejszy z nich jest kary, czyli czarny, Damar. Był koniem Bohuna w "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana. Przejdzie do historii, bo nie sposób zapomnieć finałowej sceny, w której staje dęba pod Aleksandrem Domagarowem, a potem niesie butnego kozaka w ukrainny step. Mam jeszcze dwie klacze amerykańskiej rasy quarter horse. To najlepsze konie na świecie do pracy z bydłem i uprawiania dyscyplin typu western. Na jednej z nich dwa razy zdobyłem mistrzostwo Polski w team penningu, czyli zapędzaniu cielaków na czas do specjalnej zagrody.

zaklinacz koni, konie,

Trening przed pokazem na wrocławskich torze wyścigowym Partynice. Zupełnie wolny Damar skacze przez beczkę.

Drugą klacz - od kanadyjskich rodziców, pierwszych koni tej rasy, które przyleciały do Polski zza oceanu - wyhodowałem sam.

Byłem też mistrzem Polski w ujeżdżeniu na Art Cup, organizowanych raz w roku mistrzostwach środowisk twórczych z Zakrzowie koło Kędzierzyna Koźla. Imprezę wymyśliła Katarzyna Dowbor wraz z Andrzejem Sałackim, dziś trenerem, a kiedyś wielokrotnym mistrzem Polski w ujeżdżeniu. Sałacki jest organizatorem i gospodarzem tych barwnych zawodów z udziałem gwiazd filmu, muzyki i sportu. Przed laty królowa angielska Elżbieta II, zaintrygowana europejską sławą gościa z Polski, który program ujeżdżeniowy jeździ na koniu bez ogłowia - co znaczy, że koń nie ma wędzidła w pysku, w ogóle nie ma nic na głowie - zaprosiła Sałackiego na indywidualny pokaz w Windsorze.

zaklinacz koni, konie,

Pokaz na mistrzostwach zaklinaczy w Zbrosławicach. Z Damarem można zrobić wszystko. Gdyby służył w policji, spokojnie mógłby pracować w oddziałach specjalnych. On niczego się nie stracha.

zaklinacz koni, konie,  

 

Mistrzostwa zaklinaczy rozgrywane są w USA od 2003 r. Startują w nich najlepsi z najlepszych. Zwycięzca jest jeden. Dostaje czek na 10 tysięcy dolarów i stało się tradycją, że przekazuje go na cel charytatywny. Dla zawodników sam udział w tej imprezie jest wystarczającą nobilitacją i promocją ich szkół naturalnego układania koni. Ruch natural zaczął się w latach 80. ubiegłego wieku właśnie w Stanach i rozlał szeroko po świecie. Do Polski dotarł w 2001 r., gdy Andrzej Makacewicz, dzisiaj trener we własnej szkole Jeździectwo Naturalne bez Tajemnic, ściągnął do Polski Sandrę Ragazzi-Pye, instruktorkę Pata Parellego, chyba najbardziej znanego w Polsce zaklinacza koni. Termin zaklinacz z kolei rozpropagowała książka Nicholasa Evansa, a potem głośny film "Zaklinacz koni" z Robertem Redfordem w roli głównej. Pierwszym, którego tak nazywano był Irlandczyk Daniel Sullivan, zmarły w 1810 r. Ludzie, widząc zmiany w zachowaniu zwierząt, z którymi pracował, przypisywali mu magiczną moc. Prawda jest taka, że nie ma w metodach naturalnych żadnych czarów, a porozumienie z koniem nawiązuje się dzięki zrozumieniu jego języka, zachowań w stadzie i sposobu postrzegania świata. Gdy człowiek, choćby w niewielkim stopniu pojmie rzeczywistość na sposób koński, ma ogromne szanse na nawiązanie z nim partnerskiej relacji. Metody naturalne odrzucają przymus na rzecz wspólnej zabawy człowieka z koniem. I w zasadzie nie służą szkoleniu koni, bo te wszystko potrafią. To ludzie wymagają solidnego dokształtu.

Wraz z Damarem szkoliłem się u Sandry, następnie u szwajcarskiego instruktora Parellego - Berniego Zambaila. Potem przez kilka lat pauzowałem, bo miałem ważniejsze sprawy niż rozwijanie swojej pasji. Po pięcioletniej przerwie pojechałem z końmi do Honzy Blahy, fantastycznego Czecha, który ma szkołę pod Pilznem, a przez lata terminował u Pata Parellego w USA. Wizyta u Honzy, praca z nim, podglądanie jego metod to było spotkanie z konkretną szkołą naturalu. Żadnej lipy. Honza z wykształcenia jest informatykiem. Świat widzi jako strukturę uporządkowaną. I tak precyzyjnie czyta oraz szkoli konie.

Po wielu eksperymentach osiągnąłem z moimi końmi takie porozumienie, że proszono mnie o robienie pokazów. Prezentowałem więc ich umiejętności na mistrzostwach Polski w westernie, na wrocławskim torze wyścigów konnych, na imprezach hodowlanych i różnych świętach.

 

Nie pracowałem jednak z końską młodzieżą, a z taką miałem mieć do czynienia na mistrzostwach zaklinaczy w Zbrosławicach pod Gliwicami. Ale cóż to za problem? Koń to koń - uznałem. Młody jest o tyle inny, że bardziej wrażliwy. Jednak żeby nie pójść na te mistrzostwa na zupełnego wariata, postanowiłem się przygotować. Zaprzyjaźniony trener koni wyścigowych Robert Świątek z wrocławskich Partynic użyczył mi dwóch klaczy arabskich, które nie biegały, bo były zbyt trudne. I tak zaprzyjaźniłem się dwoma arabkami: siwą Noriką i skarogniadą (ciemnobrązową, prawie czarną) Dirke. Wstawałem bladym świtem i pędziłem na Partynice, żeby z nimi trenować. Na godz. 10 musiałem już być w redakcji na porannym kolegium. Te dwie szalone panienki wiele mnie nauczyły. Przede wszystkim pokory i cierpliwości. Praca z nimi skończyła się sukcesem. Norika, która wcześniej jak ognia bała się maszyny startowej, wchodziła do niej chętnie jak student do pubu. Dirke, która przedtem nie zauważała ludzi, reagowała posłusznie na najmniejszy mój ruch.

Ale to za mało doświadczeń jak na mistrzostwa, stwierdziłem, i zapisałem się na kurs układania dzikich koni, organizowany przez Andrzeja Makacewicza na Pojezierzu Drawskim. Mieliśmy tam pracować z trzylatkami. A przyszło nam się zmagać z dojrzałymi, mocnymi ogierami i wałachami tuż po kastracji, czyli też mentalnymi ogierami, bo testosteron uchodzi z nich dopiero po ośmiu miesiącach od wycięcia jąder.

W okolicach Połczyna-Zdroju Marek Serafin - zwany przez miejscowych Reaganem, bo mieszkał kiedyś w USA - hoduje na wolności 300 koni. Żyją tak od prawie dwudziestu lat. Niektóre z nich urodziły się na wolności. Nie mają stajni. Marek dokarmia je jedynie sianem, tylko zimą, kiedy wyglądają jak niedźwiedzie. Gdy się je odłowi i zamknie w boksie, to przez trzy dni chodzą na tylnych nogach, nie piją wody, nie dotykają żarcia.

Z takimi końmi przyszło nam pracować.

 

Metody naturalne nie służą szkoleniu koni, bo te wszystko potrafią. To ludzie wymagają solidnego dokształcenia.

 

Andrzej Makacewicz przydzielił mi najtrudniejszy egzemplarz, świeżo przygnanego z wolności ogiera alfa, Jumpera. Andrzej, który widział, co potrafią moje konie, był przekonany, że mam bogate doświadczenie w pracy z różnymi przypadkami. Był zaskoczony, że tak nie jest. Jeszcze przed kursem oczytałem się w Pacie Parellim, który przestrzegał przed ogierami. Jedynym moim doświadczeniem z trudnym koniem była praca z moim Damarem, którego trenowałem świeżo po kastracji. Zachowywał się jak dominujący ogier. Gdy był na mnie wściekły, to wspinał się i straszył, że kopnie przednią nogą, albo szarżował. Nie pamiętam kto, ale ktoś mi wtedy poradził, żebym w takiej sytuacji biegł w stronę konia. Tak robiłem. Damar zawsze w ostatnim ułamku sekundy uskakiwał w bok. Wygrywałem. Ale, jak się później dowiedziałem, wcale nie musiało tak być. Moja szarża, to był atak ze scyzorykiem na niedźwiedzia.

zaklinacz koni, konie

Szkolenie z układania dzikich koni pod Połczynem-Zdrojem. Praca z Jumperem, ogierem alfa.

Pamiętałem o tym, gdy wszedłem do Jumpera. Ten krążył po zamkniętym, wysokim na trzy i pół metra, kole, przemieszczając się tylko na dwóch tylnych nogach. Przednimi sprawdzał, gdzie można by wyłamać ten płot. Był imponujący.

Straciłem rezon. Poczuł to natychmiast i mnie zlekceważył. Próbowałem go zdominować, ale to nie mogło się udać, bo role były już rozdane. On był górą. Następnego dnia wszedłem do niego znowu. Przez moment go miałem, ale zabrakło mi zdecydowania. Potem długą walkę o dominację stoczył z nim Andrzej. Wtedy zrozumiałem, o co chodzi. Andrzej przed wejściem do ogiera tak się nabuzował energią, że aż włosy na rękach stanęły mu dęba. Tak nakręcony, mógł pokonać ogiera. Z literatury dowiedziałem się, że tu nie ma innej drogi. Zwierzęta idą na całość. W mgnieniu oka oceniają sytuację. Nie można ich oszukać. Ale kiedy ma się świadomość ich postrzegania świata, można nad nimi zapanować.

Potem pracowałem z kolejnym koniem. Z nim poszło już dobrze. To była robota ekstremalna, na dużej adrenalinie.

zaklinacz koni, konie

Szkolenie z układania dzikich koni pod Połczynem-Zdrojem. Kolejny koń urodzony na wolności.  Dokładnie widać jak jest nieufny wobec człowieka.

 

Po kursie z dzikimi końmi zaczynały się mistrzostwa. Nie miałem już więcej czasu na przygotowania. Zdałem się na swoją intuicję, bo więcej doświadczeń w tak krótkim czasie i przy aktywnej pracy zawodowej nie mogłem zdobyć.

Konkurencja była niezwykle ciekawa. Miałem zmierzyć się z Moniką Damec, psychologiem z wykształcenia, od paru lat licencjonowaną instruktorką australijskiej szkoły Silversand Horsemanship Ireny i Steva Halfpennych. To renomowani trenerzy. Steve dawał pokaz na ostatniej Equitanie, największych targach końskich na świecie. Drugim moim konkurentem był Wojtek Orlik, kaskader filmowy, zaklinacz intuicyjny, chłopak energiczny, odważny i z fantazją. O trzecim zawodniku, Darku Domagale, wcześniej nie słyszałem. Okazało się, że Darek ma swój pomysł na konie.

Wylosowaliśmy konie. Nic nam ich imiona nie mówiły, więc nie wiedzieliśmy, co się nam trafiło. Uznałem, że nie ma znaczenia, z jakim koniem będę pracować: czy jest łatwy, czy trudny. Najważniejsze, jak sobie z nim poradzę. Trafił mi się Diatos, w zasadzie źrebak, bo mający dwa i pół roku koń tzw. szlachetnej półkrwi, ten akurat z linii o predyspozycjach do skoków. Mimo młodego wieku był niezwykle harmonijny w budowie i wysoki. Problem w pracy z nim polegał na tym, że trudno mu było skoncentrować się na zadaniach. To był wyrostek o rozbuchanych hormonach. Czikosi, węgierscy kowboje, nie pracują z końmi młodszymi niż trzy lata, bo to stracony czas. Taki młokos traktuje to jak zabawę. Niewiele z takiej roboty rozumie i zapamiętuje. A konie tej rasy co Diatos dojrzewają stosunkowo późno. Próbowałem więc z nim pracować tak, żeby cały czas utrzymywać jego zainteresowanie na czymś nowym, gdyż dłuższa koncentracja na mnie była niemożliwa. Koń szybko zaczynał się nudzić i szukał nowych doznań, bo trzeba dodać, było to zwierzę inteligentne. Grałem więc z nim w piłkę, uczyłem wchodzenia na folię, przechodzenia przez bramkę, slalomu między beczkami, cofania na gest, ustępowania zadem i przodem ciała, obwiązywałem lassem, żeby przygotować do siodłania. W końcu go osiodłałem i uczyłem spokojnego chodzenia w trzech podstawowych chodach: w stępie, kłusie i galopie. Jednak wiedziałem, że go nie mam, że jeśli powiedzie mi się w sprawdzianie końcowym, to tylko dzięki łutowi szczęścia. W ogóle nie interesowałem się efektami pracy moich konkurentów, nie próbowałem ich podglądać ani od nich ściągać. Wyszedłem z założenia, że mogę zrobić tylko tyle, ile umiem i rozumiem. Zawody to nie czas na eksperymenty.

zaklinacz koni, konie

Finałowy tor przeszkód na mistrzostwach zaklinaczy. Diatos jest spięty, ale współpracuje.

 

Finałowy tor przeszkód to była wąska ścieżka z szeleszczącej folii, bramka z wiszącymi frędzlami taśmy, śliski podest, wielka suszarka do włosów, dymiarka i parę prostszych przeszkód, w których trzeba było konia wycofać albo przeprowadzić. Na środku zaś stał kojec z parą gęsi.

Wylosowałem jedynkę i jako pierwszy miałem dać pokaz końcowy. Obsługa przyprowadziła rozsiodłanego Diatosa. Ja miałem go osiodłać już na placu, a potem pokonywać poszczególne przeszkody. Diatos natychmiast po wejściu zauważył gęsi i wpadł w panikę. Fukał i odskakiwał, przerażony tym czymś, co tam się ruszało i gęgało. Wprowadziłem go w kąt placu i zacząłem siodłać. I to był mój pierwszy błąd. Koń stał z łbem wysoko w górze i bacznie obserwował gęsi, co chwila zmieniając pozycję. Miałem problem z założeniem siodła. Walczyłem z koniem, a czas uciekał. Miałem tylko dziesięć minut na prezentację efektu trzydniowej pracy z Diatosem. W końcu jeden z sędziów powiedział przez mikrofon, że zgodnie z regulaminem koń może iść bez siodła, ale stracimy dwa punkty. Opłacało się z tej możliwości skorzystać, ale zacisnąłem zęby: Co, ja go nie osiodłam?! I to był mój drugi błąd. Osiodłałem konia, ale czasu zostało nam już niewiele.

zaklinacz koni, konie,

Natychmiast poszedłem z Diatosem w stronę gęsi. Był w ostrej panice. Ale krok po kroku zaczął podchodzić bliżej, sprawdził, co to jest. Zobaczył, że nie potwór, i się uspokoił. Potem ruszyliśmy na tor przeszkód. Jedne pokonywał bez strachu, przy innych się wahał. Jednak czasu było już za mało, by zrobić wszystko.

Mój pierwszy błąd polegał na tym, że nie powinienem był siodłać konia, tylko od razu podejść do gęsi. Wtedy, pokonawszy jego lęk, spokojnie robiłbym, co chciał. Drugi błąd to upór przy siodłaniu za wszelką cenę. Po komunikacie sędziego trzeba było odpuścić. Stratę dwóch punktów odrobiłbym spokojnie na torze.

A generalny błąd to psychika. Nie zachowałem się jak rasowy zaklinacz. Taki potrafi czekać, nie myśli w ludzkich kategoriach, czyli o tym, jak osiągnąć wynik. Koń nie rozumie, że bierze udział w jakiejś konkurencji. On po prostu jest tu i teraz, w konkretnej sytuacji, z konkretnym problemem. Rolą mądrego trenera jest mu pomóc. Ale trzeba odrzucić ludzkie ambicje. Należy patrzeć na świat oczami konia. To klucz do sukcesu.

Na pokazie dowolnym wyluzowałem się. Puściłem Diatosa wolno i powiedziałem publiczności, że jeżeli przyjdzie do mnie i będzie za mną podążał, to uznam to za sukces. Tak się stało.

zaklinacz koni, konie

Finałowy tor przeszkód. Żeby nawiązać kontakt, czasami trzeba odwrócić uwagę konia od tego, co go akurat najbardziej absorbuje.

 

Zawody zaklinaczy, czyli trenerów naturalnych metod układania koni, wygrała profesjonalistka Monika Damec. Pokazała spokój i to, że jeśli się zaczyna z koniem pracować, to trzeba wiedzieć, dokąd, jak i po co to robimy. Jestem bardzo zadowolony ze startu w tej imprezie. Wiem dużo więcej o sobie i koniach. Ale to wciąż bardzo niewiele.          

  

Tekst: Jerzy Sawka

Zdjęcia: Bartłomiej Barczyk, Krzysztof Jarczewski, Krzysztof Skorupski, Agencja PDM, archiwum autora (montaż)

 

Zobacz też na Logo24

Ponoć kto zacznie grać w polo, ma już tylko dwie drogi, żeby przestać. Pierwsza - to śmierć, druga - to bankructwo.

Logo polo, czyli jak machaliśmy młotkiem

Kiedy młotki idą w ruch, liczy się tylko fantazja, odwaga i szacunek dla rywala.
No i umiejętność jazdy wierzchem

Na koń!

Marzy ci się galop po leśnych duktach, pagórkach zielonych, brzegiem morskiej plaży albo pośród pól w tumanach kurzu? Pewnie nawet nie wiesz, jak blisko jesteś od spełnienia tego snu.

Kara-at, czyli śladami Czyngis-chana

Po co ci dwie ręce do jednego konia? - zagadnął Tałaj, nasz kirgiski przewodnik. Musiał się z tym długo nosić, bo od jakiegoś czasu podejrzliwie się przyglądał.

Galopem za piłką po śniegu

W tenisa gra już prawie każdy, golf też trafił pod strzechy, arystokratom i krezusom została już tylko jedna dyscyplina sportu, której nie muszą dzielić z pospólstwem - to polo.

Więcej o: