Adventure Racing: 800 km przez dżunglę

Siódma doba Mistrzostw Świata w Adventure Racing. Jacky leży na środku drogi. Nie ma siły się ruszyć, jest całkowicie wyczerpany. Nie poznaje pochylającej się nad nim żony, która chce go podnieść: - Skarbie, jeszcze 25 kilometrów i będziemy mistrzami świata. Musisz dać radę!
Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] fot. Natalia i Michał Unolt

Mistrzostwa w przetrwaniu

Kiedy kilka miesięcy wcześniej zapowiadano, że będzie to najbardziej ekstremalny rajd w historii mistrzostw świata, nie do końca wierzyliśmy w zapewnienia organizatorów. To zupełnie jak z olimpiadą - każda kolejna jest najwspanialsza i największa. Tym razem to nie była jednak ściema. Przesądziły o tym dzika przyroda, tropikalny klimat i zakaz korzystania z pomocy z zewnątrz.

Dystans? Przytłaczający - 800 km w limicie 9 dni. Zawodnicy mieli się ścigać od granicy z Panamą do granicy z Nikaraguą, od Pacyfiku po Atlantyk. Połowę trasy zespoły miały pokonać na rowerze - blisko 400 km, kajakiem - 200 km, pieszo - 170 km, rafting miał długość 40 km.

W luksusowym hotelu zamienionym na bazę Mistrzostw Świata w Adventure Racing stawiło się 60 zespołów z 25 krajów. Do San José, stolicy Kostaryki, dotarła cała światowa śmietanka, w tym polski zespół Sportovia TRAILteam (Justyna Frączek, Maciej Dubaj, Maciej Mierzwa i Łukasz Warmuz), aktualni mistrzowie Europy. Wszyscy byli gotowi, by zmierzyć się z trudami rajdu. A przynajmniej tak im się wydawało.

W kuluarach jako zwycięzców najczęściej typowano: Seagate (mistrzowie z 2012 r.), Thule (mistrzowie z 2011 r.), Columbia Vidaraid (doświadczony hiszpański zespół) i Haglöfs Silva (3. miejsce w mistrzostwach w 2011 i 2012 r.).

fot. Natalia i Michał Unoltfot. Natalia i Michał Unolt

Pamiętajcie o wężach

1 grudnia do późnych godzin nocnych trwało gorączkowe szykowanie sprzętu, ostatnie zakupy, rozdzielanie jedzenia na poszczególne etapy, opracowywanie taktyki i przygotowywanie skrzyń z niezbędnym wyposażeniem na tzw. przepaki, czyli strefy, w których zawodnicy kończą poszczególne etapy i zmieniają dyscypliny.

A, jeszcze jedno. Czy znacie inne mistrzostwa, przed którymi zawodnicy muszą przejść tzw. snake talk? Tak właśnie bywa w przypadku Adventure Racing. Herpetolog pokazał na żywo kilka najgroźniejszych i najczęściej występujących gatunków węży. Wyjaśnił, jak odróżnić jadowite od niejadowitych. Gdy mówił, na sali panowała cisza jak makiem zasiał. Wszyscy byli ciekawi jakie środki ostrożności należy zachować, a już na pewno zapamiętali hasło: - Pod żadnym pozorem nie wkładajcie rąk do jakiejkolwiek, najmniejszej nawet dziury.

A jak postąpić, gdy stanie się już najgorsze? W skrócie. Należy unieruchomić ugryziony fragment ciała i wezwać pomoc. Na pewno nie należy stosować trików rodem z Indiana Jonesa z wysysaniem krwi, przykładaniem lodu czy odcinaniem palca.

- Na zaaplikowanie antidotum macie przeciętnie trzy godziny. Im później, tym konsekwencje mogą być poważniejsze - napomniał spec od węży. Żeby utrwalić przekaz, pokazał owe "konsekwencje" na zdjęciach. Każdy, kto zobaczy opuchnięte do granic możliwości, ropiejące i wyglądające na całkowicie zgniłe części ludzkiego ciała, zapamięta to na zawsze.

Żeby całkiem nie przerażać słuchaczy, herpetolog przypomniał, że cały czas w pogotowiu jest helikopter, a Kostaryka to na tyle mały kraj, że w razie potrzeby poszkodowany znajdzie się w szpitalu na czas.

Z ciekawości zapytaliśmy miejscowych, co sądzą o naukowych radach. Okazało się, że Ticos (tak mówią o sobie mieszkańcy Kostaryki) uważają, że najlepiej złapać węża i przynieść go ze sobą do szpitala. Nieco plątali się jednak w zeznaniach jak zrobić to w bezpieczny sposób. Wiadomo za to, że dostarczenie jadowitego gagatka ułatwia podjęcie decyzji, jaką surowicę powinien otrzymać ugryziony.

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] fot. Natalia i Michał Unolt

Spokojnie, spokojnie, a i tak każdy zasuwa

Wczesnym rankiem 2 grudnia rajdowe towarzystwo przetransportowano do niewielkiego miasta Sabalito na południu kraju. Piekące słońce, malownicze, porośnięte kawą wzgórza. To tu, tuż przed drewnianą budką panamskiej straży granicznej, zaplanowano start.

Mistrzostwa, po raz pierwszy w historii, rozpoczęto w stylu Le Mans - zanim zawodnicy ruszyli na pierwszy stukilometrowy odcinek, musieli dobiec do swoich skrzyń i złożyć rowery.

Plan polskiej ekipy: - Zaczniemy bardzo spokojnie, nie zagotujemy się. Nie patrzymy na innych. Robimy swoje.

Okazało się, że było to dość powszechne i słuszne założenie, bo minuty straty na początku mistrzostw nie mają żadnego znaczenia. Na końcu liczą się przecież godziny, a czasem i dni. Ale kiedy o godz. 14.17 skończyło się odliczanie startera i 240 zawodników pobiegło przed siebie, niektórzy ewidentnie zapomnieli o jakiejkolwiek taktyce i pognali, ile sił w nogach.

Patrzyliśmy z podziwem, jak złożenie rowerów zajęło najbardziej doświadczonym zespołom zaledwie kilka minut. W każdym ruchu widać było dbałość o najdrobniejsze szczegóły. Musieli trenować nawet takie elementy, jak przebieranie się na czas czy otwarcie skrzyni jednym ruchem ręki. Wyjęcie ramy i postawienie roweru do góry nogami, a wreszcie założenie kół i przykręcenie pedałów - robili to z prędkością światła. Nikt nie stał bezczynnie, każdy wiedział, co ma robić.

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA]fot. Natalia i Michał Unolt

Gotowe? Wszyscy są? Są! Można jechać!

W tym samym czasie mniej zgrane ekipy nadal krzątały się dookoła rozmontowanych rowerów, czegoś szukając i debatując. W konsekwencji maruderzy już na starcie mieli 20 minut straty. 
Nasz team znalazł się w grupie prymusów i ruszył szutrową drogą wzdłuż granicy z Panamą, kierując się w stronę Pacyfiku, ale zamiast jechać z najlepszymi, wybrał własny wariant.

- Przez jakiś czas jechaliśmy z Seagate i kilkoma innymi zespołami, ale nie chciałem się tak za nimi wozić, nie kontrolując trasy. W którymś momencie stanęliśmy, żeby przełożyć mapę. Zajęło to niecałą minutę, ale oni zdążyli nam odjechać - opowiadał nam później Łukasz Warmuz, nawigator Sportovia TRAILteamu.

Maciej Mierzwa dorzucił: - Cały ten etap był strasznie ciężki i górzysty, przez 4 godziny musieliśmy nosić rowery na plecach. Drogi? Same dziury i kamienie, więc mocno dostaliśmy po rękach w czasie bardzo stromych zjazdów.

Na domiar złego Łukasz od startu borykał się z problemami żołądkowymi. Wreszcie przed godz. 1 w nocy Polacy dotarli do pierwszego przepaku nad rzeką Coto. Byli w okolicach 13. - 15. miejsca. Do liderów tracili niecałe 2 godziny.

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] fot. Natalia i Michał Unolt

Kajaki, czyli it's a shit

Na przepaku każdy zespół musiał najpierw napompować dwa kajaki. W ruch poszły "zbite" na rowerach mięśnie ramion i pełną parą pracowały przez kolejnych... 15 godzin.

Bo właśnie tyle czasu zajęło zespołom spłynięcie rzeką, a potem przecięcie  zatoki Gulfo Dulce na Oceanie Spokojnym.

Zawodnicy widzieli pływające w przejrzystej wodzie delfiny, niebiańskie, bezludne plaże, ale na kontemplację tych krajobrazów nikt jakoś nie miał ochoty.

Jeszcze w bazie wiele zespołów poświęciło sporo czasu, by opatentować montaż i rozstawianie żagli, które przywiozły ze sobą jako rajdowe gadżety. Niestety, przez całe zawody ani razu nie zawiało na tyle mocno, by ich użycie miało jakikolwiek sens. Na domiar złego dmuchane kajaczki stały się zmorą wszystkich teamów.

- Se ne plavat - narzekali Czesi.

- It's a shit - mamrotali pod nosem Anglicy.

Maciej Dubaj na samym środku zatoki ocenił: - Zakładaliśmy, że to w ogóle nie będzie płynąć, ale w sumie nie jest najgorzej. Widzieliśmy na razie dwie płaszczki, może jak w końcu zobaczymy jakiegoś rekina, to popłyniemy szybciej.

Rekina nie spotkali, ale i tak zdołali wskoczyć do pierwszej dziesiątki na koniec tego odcinka. Z ulgą powitali wyjście na brzeg.

Niestety, po kilkugodzinnym trekkingu widmo kajaków powróciło ze zdwojoną siłą. Na dobry początek konieczne było przejście kolejnych kilkunastu kilometrów, tym razem ciągnąc za sobą "wodne potwory". Choć wszyscy dysponowali składanymi wózkami do ich przewozu, organizatorzy poszli chyba o krok za daleko w planowaniu "najbardziej ekspedycyjnego rajdu".

- To było zupełnie bezsensu. Rozumiem, gdyby tam nie było możliwości transportu, ale na całym odcinku do rzeki była szutrowa droga i co rusz mijały nas samochody. Wkurzało nas takie utrudnianie życia na siłę, jakby 800 km trasy nie było wystarczającym wyzwaniem - utyskiwała Mimi Guillot z Thule.

 

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA]fot. Natalia i Michał Unolt

 

Na końcu tej nieszczęsnej ścieżki na zawodników czekał największy w Ameryce Środkowej las namorzynowy. Pokonanie 60 km przez plątaninę rzek i kanałów okazało się mieć duże znaczenie dla ostatecznej klasyfikacji rajdu. Ze względu na pływy wiele zespołów ugrzęzło na bagnach na kilka godzin. Inne, mozolnie i nie zawsze skutecznie, próbowały przenieść kajaki do miejsc o poziomie wody umożliwiającym wiosłowanie.

- Przez to, że mieliśmy mapy sprzed epoki lodowcowej, w którymś momencie okazało się, że przez kilka godzin pływaliśmy nie w tym kanale, co myśleliśmy. Po prostu nie było go na mapie - przyznał Chris Forne z Seagate.

Polakom poszło za to znakomicie. - Maciek Dubaj dużo pływa na kajaku i zna różne sztuczki. Widzieliśmy, jak Czesi płynęli środkiem rzeki, walcząc z nurtem. Praktycznie stali w miejscu. Za radą Maćka wiosłowaliśmy przy samym brzegu, gdzie prąd jest słabszy - chwalili kolegę pozostali członkowie zespołu. - Wprawdzie przez cały czas ostro pracowaliśmy, ale szczęki nam opadły, gdy na końcu okazało się, że jesteśmy na 6. miejscu. Jakby tego było mało, zawodnicy Sportovia TRAILteamu pokonali ten etap zdecydowanie najszybciej z całej stawki.

- Możemy jeszcze dopaść każdego! - cieszył się Maciej Mierzwa.

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] fot. Natalia i Michał Unolt

Brzuchem po konarach drzew

Po namorzynowym etapie zespoły znów zwinęły kajaki, by przesiąść się ponownie na rowery. Stukilometrowy odcinek zaczął się od stromego podjazdu w góry Osa. Sporego pecha miała tu Szwedka z Haglöfs Silva, jednego z faworytów mistrzostw - zwichnęła bark, a zespół musiał się wycofać.

Tym, którzy szczęśliwie dotarli na górę, dosłownie zakręciło się w głowach. Czekał ich zjazd najdłuższą na świecie tyrolką (Superman Canopy Osa liczy ponad 2 km). W czasie lotu z prędkością przekraczającą 100 km/h człowiek mógłby podziwiać panoramę na Ocean Spokojny i Wyspę Kokosową (największą bezludną wyspę świata, na której według legend znajdują się pozostawione przez piratów skarby). Mógłby, ale większość zjeżdżających koncentruje się na oddychaniu, bo wydaje ci się, że za chwilę zawadzisz brzuchem - zjeżdża się w pozycji Supermana - o konary drzew.

Choć na zjeździe Polacy bawili się całkiem dobrze, kilkanaście godzin później nastroje w zespole były już dużo mniej radosne - nasiliły się problemy żołądkowe Łukasza. Wymiotował. Był skrajnie odwodniony.

- Chłodziliśmy go praktycznie w każdej mijanej rzeczce, bo cały dzień mocno paliło słońce. Zatrzymywaliśmy się, próbując go podratować czymś do jedzenia - opisywała Justyna.

 

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA]fot. Natalia i Michał Unolt

 

Sportovia TRAILteam pomimo kłopotów dotarł jednak do znajdującej się na 350. km trasy wioski San Gerardo. Nasi nadal byli w pierwszej dziesiątce wyścigu. W San Gerardo zespoły miały obowiązkową czterogodzinną przerwę, jedyną na trasie całego rajdu.

Według założeń organizatorów kolejny etap - trekking przez najwyższe pasmo Ameryki Środkowej, Cordillera de Talamanca - mógł zająć od 35 do nawet 65 godzin, praktycznie bez dostępu do jakiejkolwiek infrastruktury. Wymuszona przerwa była zatem całkiem uzasadniona.

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] fot. Natalia i Michał Unolt

Koniec marzeń o zwycięstwie

Podczas odpoczynku widać było, jak morderczy jest wysiłek na trasie. Tylko niektórzy mieli siły na prysznic i posiłek. Większość od razu padała i nie ruszała się przez te kilka godzin. Kto miał resztki energii, zajmował się stopami.

Choć nogi rajdowców są przyzwyczajone do stale mokrych butów, nie było niemal nikogo, kto nie miał bąbli i otarć. W tropikach należy na nie szczególnie uważać, bo infekcje rozwijają się tu błyskawicznie. Dlatego podstawą było dokładne osuszenie "kalafiorów" (pieszczotliwie zwanych też "mózgami"), czyli rozmiękniętych stóp, które wyglądają, jakby przez tydzień trzymano je w misce z wodą. Potem w ruch szły jodyna, maści przeciwko odparzeniom i dopiero na koniec plastry. Dużo plastrów.

Łukasz, od którego dyspozycji zależała dalsza walka Polaków, potraktował swój obolały żołądek małym piwem, elektrolitami i obiadem. Przespał spokojnie kilka godzin i odpoczął. Wydawało się, że najgorsze minęło. Niestety, były to pozory.

Gdy znów ruszyli na trasę, w czasie podejścia na Cerro Chirripo (3820 m n.p.m.), najwyższy szczyt Kostaryki i całej Ameryki Środkowej, miejsce problemów żołądkowych zaczęła zajmować dużo groźniejsza choroba wysokościowa.

 

fot. Natalia i Michał Unoltfot. Natalia i Michał Unolt

 

- Zaczęliśmy ten trekking dobrze, szybko minęliśmy dwa zespoły, więc wróciły bojowe nastroje. Po kilku godzinach, od wysokości ok. 3000 m n.p.m. Łukasz zaczął słabnąć. 500 m wyżej byliśmy już mocno przestraszeni - relacjonuje Maciej Dubaj. - Jego stan był na tyle poważny, że próbowaliśmy wezwać helikopter, ale była taka mgła, że nie miałby jak wylądować. Pobiegłem więc do pobliskiego schroniska, gdzie stacjonowali ratownicy górscy. Wrócili ze mną na szlak, podali Łukaszowi  kroplówkę, zbadali go i pomogli sprowadzić na dół.

Udzielenie pomocy, nawet tej medycznej, jest w rajdach przygodowych równoznaczne z wykluczeniem z zawodów. To był koniec dla polskiej ekipy. I choć stan Łukasza bardzo szybko się poprawiał i już następnego dnia był w stanie samodzielnie zejść z powrotem do San Gerardo, to członkowie naszego teamu byli już tylko turystami.

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] fot. Natalia i Michał Unolt

Jacky, musisz dać radę!

Jedynie nieco ponad połowa zespołów zdołała pokonać etap trekkingu wysokogórskiego. Po przejściu przez najwyższe partie Kordyliery zawodnicy wkroczyli na teren ścisłego rezerwatu Indian. Na co dzień nikt nie ma tam prawa wstępu, jednak przed mistrzostwami specjalne zaproszenie wystosował wódz plemienia, podobno wielki pasjonat biegania.

- Ścieżka przez rezerwat wyglądała, jakby ją wycięto 2 tygodnie wcześniej. Nie było więc żadnych problemów z nawigacją, czego się trochę obawialiśmy. Z kolei ostatnie 20 km szliśmy nudną, szutrową drogą. Szkoda, że nie dano nam wcześniej rowerów - śmieje się Mimi Guillot, która na niektórych podejściach... ciągnęła za sobą na lince kolegę z zespołu. W ogóle, przy długim, wielodniowym wysiłku kobiety spisywały się często dużo lepiej niż mężczyźni.

- Fizycznie czuliśmy się naprawdę dobrze, a dzięki wcześniejszej aklimatyzacji i treningom w górach nie mieliśmy problemów z obniżoną ilością tlenu na wysokości. Pod koniec etapu zaczął nam jednak doskwierać silny ból przy paznokciach. Czuliśmy, że leci nam krew, chociaż nie były to ani bąble, ani obtarcia - tak swoje doznania opisuje Nathan Fa?avee, kapitan Nowozelandczyków z Seagate, jeden z najbardziej utytułowanych zawodników AR w historii.

Kluczowym momentem dla ostatecznej klasyfikacji była tzw. dark zone, obowiązująca w czasie kolejnego raftingu. Ze względów bezpieczeństwa pokonanie tego etapu było możliwe tylko za dnia - spóźnialscy musieli czekać do świtu i tym samym zaprzepaszczali szanse na końcowy sukces. Najszybsze okazały się ekipy: Thule, Seagate i Columbia Vidaraid, które jako jedyne zdążyły przed dark zone. Wydawało się, że podium zostanie "rozdzielone" między wspomnianą trójkę. Stąd do mety zostało już tylko 1,5 doby.

Ostatni etap kajakowy wiódł prostym, ciągnącym się 300 m od Morza Karaibskiego kanałem Tortuguero. I nie była to łatwa przeprawa. Tutaj odpadli faworyci z Seagate.

- Kiedy dopłynęliśmy w pobliże Morza Karaibskigo, Trevor nie był w stanie ustać na nogach. Ropiejące wały paznokciowe (efekt choroby bakteryjnej) sprawiały mu tak potworny ból, że zdecydowaliśmy się zastopować - mówi z żalem Nathan Fa'avee. - Mogliśmy postawić wszystko na jedną kartę, licząc, że zdołamy jakoś dotrzeć do mety, ale było to ogromne ryzyko. Nie chcieliśmy igrać z jego zdrowiem za cenę dobrego miejsca.

 

fot. Natalia i Michał Unoltfot. Natalia i Michał Unolt

 

W chwili wycofania się z imprezy mistrzowie świata z poprzedniego roku zajmowali 2. miejsce, mając niewielką stratę do prowadzącego teamu Thule. Szwedzi wydawali się niezagrożeni, ale nagle...
Jacky leży na środku drogi. Nie ma siły się ruszyć, jest całkowicie wyczerpany. Nie poznaje pochylającej się nad nim Mimi, jego żony, która chce go podnieść na nogi: - Skarbie, jeszcze 25 kilometrów i będziemy mistrzami świata.

Gdy wydaje się już, że nie ma żadnych szans, by kontynuować wyścig, Jacky przytomnieje i nadludzką siłą woli wstaje. Pozostali członkowie zespołu pchają go na rowerze, potem pomagają na zjeździe tyrolskim, a wreszcie układają w pontonie na ostatni, kilkugodzinny rafting. Tego odcinka Jacky w ogóle nie pamięta, bo śpi na dnie pontonu.

Po 7 dobach i 23 minutach Mimi Guillot, Stuart Lynch, Albert Roca i Jacky Boisset są mistrzami świata w Adventure Racing.

Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] Adventure Racing: 800 km przez dżunglę [KOSTARYKA] fot. Natalia i Michał Unolt

Kostaryka

Należy do czołówki krajów, których mieszkańcy są zadowoleni z życia. Faktycznie, sprawiają wrażenie bardzo pogodnych i przyjaznych. Kluczowa jest dla nich bliskość rodzin (najczęściej wielodzietnych i wielopokoleniowych) oraz przyjaciół. Mają za to typowe dla krajów hiszpańskojęzycznych podejście do zobowiązań i terminów: "Jakoś to będzie".

Kostarykańczycy mówią o sobie Ticos. Wszystko przez nagminne zdrabnianie wyrazów i używanie końcówek -tico (jeśli chodzi o rodzaj męski) i -tica (rodzaj żeński). Z kolei najbardziej popularnym, wręcz narodowym zwrotem na Kostaryce jest Pura Vida (dosłownie "samo życie"). To taka lokalna wersja hakuna matata, znacząca "wszystko dobrze", ale w rzeczywistości mająca bardzo szerokie zastosowanie. W kilkuminutowej rozmowie pada przynajmniej kilkanaście razy, również jako "cześć" (na dzień dobry i do widzenia) czy zwykły przerywnik zdania.

 

fot. Natalia i Michał Unoltfot. Natalia i Michał Unolt

Adventure Racing

To zespołowe (na ogół 4-osobowe, z przynajmniej 1 kobietą w składzie) multidyscyplinarne rajdy przygodowe, które w zależności od warunków, terenu i pomysłowości organizatorów łączą m.in. trekking, jazdę na rowerze górskim, kajaki, rafting, coastering, kanioning, łyżworolki, pływanie, narty biegowe, eksplorację jaskiń czy zadania linowe (lista dyscyplin jest otwarta).

Zadaniem uczestników jest jak najszybsze odnalezienie zaznaczonych na mapie punktów kontrolnych, dlatego istotna jest umiejętność orientacji w terenie. Zespoły same wybierają drogę między kolejnymi punktami, a całą trasę muszą pokonać wspólnie, bez możliwości rozdzielania się. Zawody rozgrywane są na dystansie od kilkudziesięciu do ponad tysiąca kilometrów, zazwyczaj w formule non stop od startu do mety.

To, czy i kiedy drużyny odpoczną lub będą spały, zależy wyłącznie od nich. Jedynie najlepsze 2, 3 teamy na świecie mają na tyle mocne wsparcie sponsorów, że mogą traktować rajdy jako pracę. Cała reszta musi wkomponować treningi i starty w "normalne życie".

Adventure Racing w Internecie:

- Trailteam.pl (oficjalna strona polskiego zespołu Sportovia TRAILteam)
- Napieraj.pl (największa polska strona o rajdach przygodowych)
- Sleepmonsters.com (największa ogólnoświatowa strona o rajdach przygodowych)

Najlepsze zespoły Mistrzostw Świata w Adventure Racing, Kostaryka 2013:

1. Thule (Szwecja), 168 godz. 23 min

2. Columbia Vidaraid (Hiszpania), 171 godz. 25 min

3. Tecnu (USA) i Adidas Terrex Prunesco (Wielka Brytania), 176 godz. 01 min

Więcej o: