Bez trzymanki: kajakiem przez Południowy Tyrol

W uszach mam głośny jak silnik odrzutowy huk fal rozbijających się o skały. Może być coś głośniejszego? Tak. Mój własny oddech gdy wyrywam haust powietrza w każdej sekundzie, w której moja głowa wynurza się ponad wodę.
1 Spływa po Eisack - dla nowicjusza to wyzwanie Spływa po Eisack - dla nowicjusza to wyzwanie Fot. Robert Kowalewski

Pierwsze kroki w górskim przedszkolu

Droga do południowego Tyrolu to prawie 14 godzin jazdy po polskich drogach, niemieckim autobahnie i alpejskich trasach, które autostradami są tylko z nazwy.

Zielony seat ibiza poradził sobie z trasą znakomicie, i przy niemieckich prędkościach, i przy włoskich serpentynach. "Danke schön, ciao!" - pożegnała nas na ostatniej bramce kasjerka. I to dokładnie oddawało, czym jest Południowy Tyrol zawieszony między Austrią a Włochami, wciśnięty w górskie doliny, piękny.

Tyrolczycy lubią przy Włochach rozmawiać po niemiecku, przy Austriakach po włosku. Tak podkreślają odrębność.

Ja przyjechałem tu nie po to, aby zgłębiać zawiłości lingwistyczne. Przyciągnęła mnie tu Eisack - dla Włochów Isarco - najważniejsza rzeka Południowego Tyrolu.

Zaczyna się na austriackiej granicy jako strumień, który kilkadziesiąt kilometrów dalej, w pobliżu Vipiteno, zamienia się w rwącą masę wody. W międzynarodowej skali WW (patrz ramka na str. 20) rzeka ma do V stopnia trudności.

W pierwszych dniach maja stoję więc nad nią i patrzę w wody zasilane śniegiem topniejącym w Dolomitach. Spłynę? Moje doświadczenie to kajak na Zegrzu.

Mistrzowska opieka

Robert Schifferle jest wielki i żylasty. Ten obdarzony potężnym uściskiem, uśmiechnięty tyrolski góral od dziecka mieszka w Vipiteno, więc Eisack jest jego naturalnym placem zabaw. Jako pierwszy zaczął spływać po nim na gumowych tratwach. Od 1999 r. wygrał wszystkie bez wyjątku mistrzostwa Włoch w raftingu.

Schifferle był też mistrzem i wicemistrzem świata, mistrzem Europy, spływał po górskich rzekach na wszystkich kontynentach. Ale zawsze wraca nad "swoją" rzekę.

- W sezonie spływam nią dwa razy dziennie, ale ona nigdy dwa razy nie jest taka sama - opowiada, kiedy przygotowujemy sprzęt przed wyjazdem. - Zmieniają się prądy, kamienie kruszą, do wody wpadają głazy czy gałęzie. Każdy spływ to niespodzianki.

To właśnie Robert miał mnie nauczyć, jak przeżyć w górskim nurcie.

- Żeby zrobić z kogoś, kto nigdy nie pływał, kajakarza, potrzebujemy zwykle około roku - mówi Robert. - Żeby dobrze radzić sobie na Eisa-cku, musisz po nim spłynąć mniej więcej 20 razy.

W duchu jęknąłem: "Mam tylko kilkadziesiąt godzin!".

W staraniach, żeby uczynić ze mnie kajakarza górskiego, Roberta będzie wspiera Oskar. O ile Robert to Goliat, Oskar przypomina raczej Dawida. Drobny, nienapakowany typ.

Na pierwszy rzut oka nie wygląda na człowieka, który zarabia na życie, rzucając się do rwących, górskich rzek. Ale zanim zaczął pracować dla południowotyrolskiej administracji, był przewodnikiem na Eisacku. Pokonał dotychczas rzekę ponad 800 razy.

- Wypiliście kawę? Niepotrzebnie! - wita się z nami rano. - Nic tak nie budzi, jak woda w Eisacku.

2 W grupie raźniej W grupie raźniej Fot. Robert Kowalewski

"Miami Beach" pełna kamieni

Pierwsze godziny mojego spotkania z rzeką. Na początek spływamy nie w kajakach, a w gumowej tratwie. Płyniemy: ja, dwójka moich instruktorów, fotograf Robert oraz dwóch innych członków ekipy z Vipiteno - Rene i Amadeus.

Do pokonania mamy dziesięciokilometrowy odcinek rzeki. Na tratwie nie ma miejsca dla leni - wszyscy wiosłują.

Dopiero z poziomu wody widać, na co się porwałem. Tylko doświadczenie i sokoli wzrok Roberta po- zwalają nam ominąć najbardziej niebezpieczne miejsca, lawirować między kamieniami, prześlizgiwać się po skałach ledwie wystających spod powierzchni.

W krótkich chwilach między bystrzynami tratwa płynęła przez krajobrazy zdumiewająco urodziwe - między ośnieżonymi szczytami, maleńkimi zamkami, w cieniu skrzydeł alpejskich drapieżnych ptaków. Tak wygląda życie na górskiej rzece: adrenalina przeplata się z ciszą i pięknem.

- Jesteśmy na "Miami Beach". Teraz sobie popływasz. Wysiadka - zarządza wreszcie Robert. Stoimy na niewielkiej, kamienistej plaży za zakolem rzeki. Przed nami płytki, wąski odcinek z kilkoma kamieniami.

- Nie bój się, nic ci się nie stanie. Musisz się nauczyć, jak radzić sobie w rzece bez łodzi. Takie szkolenie przechodzi każdy. Bez niego możesz mieć poważne problemy.

Zadanie "proste" - tratwa odpływa, a ja czekam na gwizdek. Będzie to znak, że mam wejść na środek sięgającej po kolana rzeki i pozwolić się ponieść nurtowi.

- Uważaj na samym początku - tłumaczy Robert. - Woda parę godzin temu była śniegiem, ma nie więcej niż 6-8 stopni. Kiedy się zanurzysz, może się okazać, że nie będziesz w stanie oddychać. Pracujesz wszystkimi mięśniami i na siłę wtłaczasz powietrze do płuc. Kiedy woda zacznie cię nieść, unosisz się na niej spokojnie. Kamizelka zawsze utrzyma twoją głowę nad powierzchnią. Ty tylko musisz się upewnić, że płyniesz stopami do przodu, żeby zamortyzować uderzenia w kamienie. Uwierz, nie chcesz płynąć do przodu głową.

Mam płynąć do konaru, za którym zatrzyma się ponton z resztą ekipy. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, zamiast wyjść na środek nurtu, pośliznąłem się, odbiłem od kamienistego dna i ruszyłem do przodu. Płuca od razu oświadczyły, że nie chcą tej zabawy.

Dopiero po kilku sekundach udało mi się (na siłę!) zaczerpnąć pierwszy łyk powietrza. Potem obróciłem się na bok i.. nie trafiłem w cofkę, gdzie stał ponton. Na szczęście Robert ma potężny zasięg ramion.

- Brawo, całkiem nieźle. Grunt, że nie spanikowałeś - powiedział, poklepując mnie po plecach.

"Eskimos" to za dużo

Reszta rejsu przebiegła spokojnie, nie licząc momentu, gdy zagapiłem się i wypadłem za burtę. - Zrobiło ci się gorąco i chciałeś się ochłodzić - śmiał się Amadeus.

W zasadzie miał trochę racji - grube pianki doskonale izolują od zimna, ale nad powierzchnią wody bywa w nich upiornie gorąco.

Wprawka z tratwą była tylko przygrywką. Po południu tego samego dnia miał się zacząć prawdziwy trening.

Na moje zapoznanie się z kajakiem (kajak górski to narowisty typ) wybraliśmy spokojne jeziorko tuż przy rzece.

- Na początku po prostu naucz się dobrze balansować - mówi Oskar, pomagając mi dopiąć fartuch, który chroni przed dostaniem się wody do kajaka. To ważna rada. Wbrew pozorom to nie ręce są kluczem do sukcesu. Łódź błyskawicznie reaguje na każde pochylenie, każdy ruch ciała. Dlatego opanowanie kajaka wymaga przede wszystkim doskonałego wyczucia równowagi.

- To trochę jak z jazdą na rowerze - tłumaczy Oskar. - Jak raz to załapiesz, już nigdy nie zapomnisz.

Siedzę więc w maleńkiej plastikowej łódce, którą bardziej ubiera się, niż do której się wsiada. Moje nogi ciasno przylegają do burt. Stopy opierają się na podnóżkach gdzieś głęboko w nosie.

Nieostrożne wychylenie powoduje natychmiastowe zachwianie łodzi. Również każdy nieostrożny ruch wiosłem może po prostu wywrócić kajak do góry dnem.

Wiosłowanie też wymaga sporej wprawy, właśnie przez niestabilność łodzi. Prawa dłoń sztywno trzyma wiosło, lewa nie jest zaciśnięta i pozwala mu na obrót. Obrócone pod kątem 45 stopni w stosunku do siebie pióra mają wchodzić w wodę daleko z przodu łodzi.

Szerokie ruchy pomagają skręcać, rejs po prostej to pociągnięcia przy samych burtach. Do tego szybkie zwroty - wykonywane zdecydowanymi ruchami wiosła do przodu. Byle nie zbyt szybkie - jeden z nich zakończyłem do góry dnem. Powrót do brzegu, po kostki w błocie, był pierwsza lekcją pokory.

- Pamiętaj, żeby po wywrotce od razu wydostać się z kajaka - przypomina Robert.

Jak to zrobić? Trzeba pociągnąć gwałtownie za uchwyt na uszczelniającym fartuchu. Membrana natychmiast puszcza - a kajakarz, dzięki kamizelce, wyskakuje jak korek.

Jest też druga opcja, tzw. eskimoska. Przewracający się kajakarz musi szybko ustawić wiosło równolegle do burty.

Pod wodą szybki ruch wiosła przywraca go ponownie do właściwej pozycji. Przećwiczyliśmy "eskimosa" na jeziorze, ale moi opiekunowie mocno odradzali mi próby na rzece.

3 Sam na rwącej wodzie Sam na rwącej wodzie Fot. Robert Kowalewski

Sam na rwącej wodzie

Noc mija szybko. Następnego dnia czekał mnie pojedynek (nierówny) z rzeką. Eskortę miałem silną - ja, jeden dziennikarz i czterech zawodowych kajakarzy, reprezentantów Włoch w raftingu.

Choć miałem tylko oswoić się z nurtem, od razu zorientowałem się, że to nie plusk, plusk po Zegrzu. Nawet na prostych, płaskich fragmentach, które w skali WW byłyby najwyżej jedynkami, sama prędkość łodzi robi ogromne wrażenie.

Nurt wymusza ostrożność i pokorę, ale nadmiar ostrożności czy atak paniki zawsze prowadzą do zakończenia rejsu do góry dnem. Przez pierwszy kilometr czy dwa czułem, jak wszystkie mięśnie moich nóg napinają się do bólu.

Dopiero potem przyszło rozluźnienie. Chwilami miałem wrażenie, że zaczynam już "czuć" tę rzekę, że rozumiem, jak ona działa. Ludzka naiwność.

- Nie przestawaj wiosłować, dopóki wiosłujesz, jesteś bezpieczny - mówił Amadeus tuż przed wypłynięciem. - Jeśli pojawia się jakiś większy spadek, musisz tuż przed nim naprawdę solidnie się odbić i pociągnąć łódź biodrami do góry.

Zabraliśmy się do ćwiczenia podstawowych manewrów. Trawersu rzeki, kiedy, pomagając sobie nurtem, przechodzisz z jednego brzegu na drugi, i zatrzymywania w cofce.

To wymaga niezłego refleksu i znakomitej orientacji. Kiedy przy którymś z brzegów pojawia się obszar spokojnej wody, trzeba przybliżyć kajak do krawędzi, skręcić go w stronę bezpiecznej przystani i gwałtownie obrócić na wysokości tworzącej cofkę przeszkody.

Kajak obraca się dziobem pod prąd - a po kilku sekundach intensywnego wiosłowania wbrew rzece staje, bezpiecznie zaparkowany. Brzmi prosto, ale ogromna różnica prędkości między dwoma obszarami wody to spore wyzwanie dla żółtodziobów. Było to widać.

- Kiedy mój kolega Tomas pierwszy raz popłynął Eisackiem, na odcinku 10 kilometrów pływał obok kajaka 12 razy - śmiał się Rene, pocieszając mnie się z kajaka obok.

Rejs skończyliśmy tuż przed jednym z licznych mostów na Eisacku. Pod mostem szczerzyły się zęby skał, ryczące fale wisiały nad rzeką jak nieruchome, alpejskie tsunami.

- Dobra, na dziś wystarczy - zdecydował Robert. - Przed tobą bystrze 3. kategorii. Spróbujesz jutro.

Żegnaj, życie moje

To była bardzo niespokojna noc. Przed oczami ciągle miałem kaskady wody pod mostem, słyszałem ryk nurtu, który gwałtownie przyspiesza w zwężeniu koryta rzeki. Wiedziałem, że następny dzień będzie kluczowy.

A może czekają mnie najtrudniejsze dwie godziny w życiu? E, raz kozie śmierć.

Wreszcie nad Południowym Tyrolem wstał ranek. Pochmurny poranek z uciążliwym kapuśniaczkiem.

- Za chwilę i tak będziemy mokrzy - zaśmiał się Robert.

Zafasowałem sprzęt. Na głowę dostałem reprezentacyjny kask z napisem "Italia". Zakładając piankę, buty, kamizelkę i kask, czułem się jak bohater "Władcy Pierścieni" przed bitwą.

- Na brzegu będą czekać trzy osoby z rzutkami, za tobą popłyną dwie łodzie i tratwa. Najwyżej trochę się przemoczysz - uspokajał Robert.

Wierzę mu bezgranicznie. Ja płynę za Amadeusem. Za mną - Oskar. Przecięliśmy pierwsze odcinki - 2. stopień w skali WW. Szło dobrze. Do czasu. Oglądam się i widzę wielki kamień. Przed oczami przelatują mi obrazki z życia...

4 W opałach W opałach Fot. Robert Kowalewski

Oskar przybywa z odsieczą

Otwieram oczy. Nie uderzyłem w skałę. Woda przerzuciła mnie ponad nią. Ale to nie koniec problemów. Za skałą czeka odwój.

Ten walec obracającej się w pionie wody wciąga wszystko, co przepłynęło nad skałą, z powrotem pod wodę. Znów mam szczęście. Wodny młyn przytrzymuje mnie przez kilka sekund i wypluwa dalej z nurtem.

O tym, co się stało, opowiada mi później Oskar. Jakiś strumień wody, ukryty pod powierzchnią, pchnął tył kajaka gwałtownie w prawo. Ja byłem przygotowany na przechył w drugą stronę i nie zdołałem skontrować biodrami ani wiosłem.

Jeszcze zanim moja głowa znalazła się całkiem pod woda, szybkim pociągnięciem za uchwyt zerwałem spódniczkę zamykającą wnętrze kajaka, więc kiedy łódka się odwróciła, ja po prostu z niej wypadłem i popłynąłem swoją własną drogą.

W rękach zostało mi tylko wiosło. Dlaczego właśnie ono?

Pierwsze, czego uczą nowicjuszy: "Nigdy, przenigdy, nie puszczaj wiosła. Bez niego jesteś jak ryba na lądzie".

Tak więc ja wiosła Eisackowi nie oddałem.

Po niedługim pościgu Oskar mnie dopadł i odholował do cofki. Niestety, po przeciwnej stronie rzeki niż ta, na której czekała reszta zespołu. Przesiedziałem w zimnej, sześciostopniowej wodzie 40 minut.

W zasadzie nawet nie czułem zimna - neoprenowe stroje doskonale chronią przed lodowatą wodą - ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że złotym interesem byłoby zainstalowanie w tym miejscu, nad samym brzegiem ryczącej rzeki, budki sprzedającej grzane wino.

5 Czuję się jak król Czuję się jak król Fot. Robert Kowalewski

Największy komplement

W tym czasie cała ekipa pognała w dziki pościg za moim kajakiem. To trudniejsze, niż się wydaje. Umykającą łódkę trudno dogonić, a jeszcze trudniej wyciągnąć - bo choć kajak nie tonie, to pozbawiony "zatyczki" w postaci kajakarza i fartucha błyskawicznie wypełnia się ponad 300 litrami wody.

Holowanie takiej ćwierćtonowej łodzi pod prąd to zadanie dla naprawdę wprawionych w bojach kajakarzy. Wreszcie moim duchom opiekuńczym udała się ta sztuka.

- Chcesz znowu spróbować? - spytał Robert. Usłyszałem w jego głosie powątpiewanie. Zaskoczyłem go odpowiedzią: - Oczywiście!

Nie chciałem się poddawać. Nawet jeśli miałbym się znów wykąpać w Eisacku. To była kwestia zranionej dumy. Przeciągnęliśmy kajak kilkaset metrów w górę rzeki.

Chwilę siedziałem, łapiąc oddech, starając się opanować dygotanie nóg. Wreszcie gdzieś w dole rzeki Robert zagwizdał w potężny, ratowniczy gwizdek. Sygnał, że cała ekipa zabezpieczająca zajęła miejsca.

Ruszyłem. Rejs nie był długi. Tuż przed skałą, na której czekał na mnie Robert, wpadłem w potężną falę. Robert szybko złapał mnie za ramię i przeholował w cichy obszar.

Gdzieś po drodze, wypadając z łodzi uderzyłem dłonią w kamień - nie czułem bólu, a rozorany kciuk zauważyłem dopiero na brzegu. Ale było mi wszystko jedno. Udało się. Owszem, zatopiła mnie fala - gigant, ale zdrajca, który wcześniej wyrzucił mnie z łodzi, został kilka sekund wcześniej pokonany.

Nie przepłynąłem samodzielnie całego Eisacku. Ale i tak czułem się, jakbym wstąpił do raju.

- Dobra robota! - skwitował Robert. - Zwykle potrzeba 20 spływów, żeby móc sprawnie przepłynąć przez ten odcinek. Na oko ty byłbyś to w stanie zrobić już za 6, 7. Chcesz kanapkę?

Chyba w życiu nie usłyszałem większego komplementu, i to od mistrza świata. Muszę mu to oddać: facet nie tylko wiosłuje jak demon. Robi genialne kanapki. Z salami.