Śmigło na plecy i w górę! Latamy na motoparalotni

Pluję trawą. Zielone kłącza i grudki ziemi odlepiają mi się od twarzy. Przygnieciony ciężarem kumpla, silnikiem i skrzydłem, wiem, że skrewiłem. Potknąłem się i zaliczyliśmy glebę. Cóż, droga do nieba jest wyboista. Rewanż! Tu i teraz. Chcę latać, będę latać, latam.
1 Bieg po ściernisku Bieg po ściernisku Albert Zawada

Droga w przestworza

Tu i teraz to czerwcowy świt na podwarszawskiej łące. Według Adama Rdzanka to supermiejscówka - mało zabudowań, powietrzne korytarze na lotniska są daleko, a przy lądowaniu i starcie jest szansa, że nie wpadnie się na linię wysokiego napięcia.

Przeszkody? Rzeczka. Jeżeli wyląduje się za nią, trzeba iść kilka kilometrów przez bagno z dwudziestoma kilogramami osprzętu.

Wstaję i nie patrząc w oczy instruktora, wracam na start. Obiecuję sobie, że następnym razem będzie lepiej. Wystarczy, że nie kopnę go w piszczel. Startujemy. Biegnąc, zadaję sobie pytanie: Co ja tu robię o szóstej rano, próbując latać na prześcieradle i silniku od kosiarki?

2 John nad zatoką John nad zatoką John Kozlowski

John nad zatoką

Wszystko zaczęło się trzy tygodnie wcześniej, kiedy spotkałem się z Johnem Kozlowskim. Uśmiechnięty trzydziestokilkulatek z uściskiem dłoni o sile imadła, wymiata na paralotniach jak mało kto. Jest bodaj jedynym facetem, któremu udało się lądować i startować z wrakowisk okrętów wojennych, zatopionych przy plaży w Rewie.

- Musisz napisać o paralotniarstwie - mówił podekscytowany. - Zobaczysz, to fantastyczne.

Długo przekonywać mnie nie musiał, bo od dawna chciałem sprawdzić, jak to jest unosić się w powietrzu, i to nie w samolocie ściśnięty jak sardynka w puszce, ale frunąć prawdziwie ze skrzydłem nad głową i silnikiem na plecach.

Na miejsce lotu John wybrał okolice Kazimierza. Gdy podjechał terenówką, pomyślałem, że nie zabrał ze sobą sprzętu. Tymczasem John wyjął coś, co wyglądało jak spory namiot i kosiarka do trawy. Nie minęło 10 minut i na łące leżały płachta skrzydła i dziesiątki linek. - To na tym mam lecieć? - upewniałem się.

A wtedy John zadał mi cios: - Nie, ty dziś oglądasz. Niestety tandem nie dojechał, a sam daleko byś nie pofrunął.

Moja obrażona duma protestowała. Jak to?! Jako młokos bawiłem się w takie rzeczy - dobrze laski się rwało na skrzydło kumpla - i nie miałem żadnych problemów ze zlotem z górki. Ciśnienie szybko mi zeszło, kiedy zobaczyłem Johna zakładającego kask, kombinezon, radio, wariometr i... spadochron. - Potrzebujesz tego wszystkiego?

- Słuchaj... - spojrzał na mnie jak na dziecko - ...nie tak dawno spadałem przez 23 sekundy. To były sekundy walki o życie. Co prawda, to dość bezpieczny sport, tylko kilka poważnych incydentów w ciągu roku, ale po co ryzykować? Paweł, mój znajomy, połamał sobie szesnaście kości.

Po tej informacji mogłem z honorem się poddać. Schowałem ambicję do kieszeni i odganiając się od brzęczącej chmary komarów, obserwowałem przygotowania i start.

John sprawnie poderwał skrzydło w górę. Następnie zawrócił i pokazał, że śmigłem da się spokojnie kosić co wyższą trawę. Szalał w ostrych zejściach metr nad ziemią (czasami niżej!), by po chwili gwałtownie wystrzelić w górę. Lekko ogłuszony warkotem wyczynowego trzydziestosześciokonnego silnika, byłem pod coraz większym wrażeniem.

Kiedy, kilka godzin później, racząc się wyśmienitym piwem i atmosferą zasypiającego Kazimierza, wysłuchiwałem opowieści Johna o życiu w powietrzu, gdzie medytacja łączy się z adrenaliną, byłem pewien, że nie ma takiej opcji, żebym odpuścił, że muszę natychmiast namierzyć kogoś z tandemem i polecieć.

3 Taki rower, tylko latający Taki rower, tylko latający Albert Zawada

Taki rower, tylko latający

Kilkanaście dni później razem z Adamem, instruktorem ze szkoły latania Cloudbase, pędziliśmy trasą S8 w kierunku wielkiej przygody. Mieliśmy odwiedzić jego uczniów i polecieć razem.

- Nie przejmuj się - uspokajał, widząc, że mimo wszystko jestem nieco spięty. - Lot paralotnią to niczym poruszanie się rowerem, tyle że w trzech wymiarach.

Rower? Dobre sobie - pomyślałem.

- Trzymasz w piwnicy, wyciągasz na wieczór, ruszasz z podwórka i lądujesz u kumpla na grillu. Nawet prędkość podobna jak na rowerze, przelotowe 35 kilometrów na godzinę przekroczysz incydentalnie ? perorował Adam.

Na miejscu jego podopieczni rozkładali sprzęt. Nikomu nie zajęło to więcej niż 10 minut i kwadrans później wpatrywaliśmy się już w sygnalizujące kierunek wiatru, smętnie zwisające na kijach "skarpety". Ptaszki śpiewały, słońce prażyło na potęgę - nic tylko walnąć się na trawę. Tyle że przecież nie przyjechałem tu opalać się, a latać. Wykorzystując chwilę spokoju Adam jeszcze raz wbił zgromadzonym podstawową zasadę.

4 Biegnij Kuba, biegnij Biegnij Kuba, biegnij Albert Zawada

Biegnij Kuba, biegnij

- Wobec praw natury jesteśmy bezradni - mówił, nomen omen, nieco górnolotnie. - Bez szacunku dla nich kończymy tragicznie, i nie mówię tylko o skręcanych kostkach czy wsadzonych w śmigło, poharatanych paluchach.

Tak zmotywowana ekipa była gotowa do startu. Jeszcze tylko Adam zadzwonił do warszawskiego oddziału Służby Informacji Powietrznej: - Zgłaszam loty na wysokości do 200 m... Tak, zadzwonię, gdy zakończymy.

Instruktor przyniósł sprzęt. Kombinezon, kask, słuchawki, radio, wysokościomierz? Czułem, jak przeistaczam się w asa przestworzy. Po chwili wpiąłem się w ramę tandemu i dotarło do mnie znaczenie tego, o czym przed chwilą mówił Adam do uczniów. Czyżbym zaczął panikować?

Mamy polecieć przyczepieni do aluminiowej rury, z kawałkiem materiału pod tyłkiem? A do tego wystartować z kawałka pola, które dziecko przerzuci kamieniem?

No, bez jaj, to się nie może udać... - myślałem.

Tymczasem Adam wpiął się za mną w uprząż i odpalił napęd. Pogrzał silnik i przekrzykując jego warkot, ryczał: - Czekamy na podmuch. Bez niego nie uda się nam wznieść przed końcem pola! Jak usłyszysz "go!", biegniesz ile sił!

Poczułem kop adrenaliny. Zaczyna się! O bieg byłem spokojny, skoro na setkę mam 14 s., to i tu sobie poradzę.

- Go! - usłyszałem.

Po dwóch krokach poczułem szarpnięcie i niemal stanąłem w miejscu. Wznoszące się w górę czterdzieści metrów kwadratowych skrzydła zadziałało niczym hamulec. Tu nie sprintera, a wołu do zaprzęgu było potrzeba! Rzucając bluzgiem przez zaciśnięte zęby, zacząłem mocniej napierać, tylko po to, by po chwili kopnąć Adama w piszczel - za bardzo się pochyliłem do przodu.

- Biegnij! - Adam wydawał się niewzruszony.

Biegłem, ale widziałem, jak z każdą sekundą jesteśmy coraz bliżej granicy skoszonej łąki. Za nią zaczynały się zasieki z jakiegoś splątanego badziewia. Pomyślałem, że nie ma szansy. Miałem rację.

Po kolejnym kroku poczułem, jak mój but zaplątuje się w dzikich kłączach. Zanim się spostrzegłem, byłem na klęczkach, a cały sprzęt - łącznie ze śmigłem wirującym 9700 obrotów na minutę - zwalił się na mnie. Czułem się winny. Instruktor najwyraźniej to wyczuwał. - Nie łam się. Jest OK. Nic się nam nie stało - dodawał mi otuchy.

Wróciliśmy na start. Gdy ruszyliśmy ponownie, byłem mądrzejszy o poprzednie doświadczenia. Nie kładłem się na stelażu, nie wierzgałem, a jednostajnie parłem przed siebie, pracując całym ciałem. Nagle najpierw lewa, potem prawa stopa nie sięgnęła ziemi. Jeszcze przez moment przebierałem nogami w powietrzu, kopiąc co wyższe kępy trawy, kiedy dotarło do mnie ? lecę!

5 Latający z bocianem Latający z bocianem Albert Zawada

Latający z bocianem

Faktycznie, leciałem. Poczułem przeciążenie, żołądek uniósł się do gardła. "Spokojnie, stary. To jak duża huśtawka, stąd to kołysanie. Podciągnij się na uprzęży i siadaj" - myślałem.

- OK? - dobiegło mnie pytanie.

- Zajebiście - wykrzyczałem.

Cięliśmy powietrze. Za nami pozostało startowisko. Śmignęliśmy nad jakąś wioską i nabierając wysokości zawróciliśmy w kierunku Warszawy majaczącej na horyzoncie. Moje bebechy się uspokoiły. Spojrzałem na przymocowany do uda wariometr, wskazywał 60 m. Jeszcze nisko, ale by skręcić kark wystarczy 6 metrów!

Dwudziestopięciokonny silnik zamilkł, poszliśmy swobodnym lotem. Podziwiałem piękno poranka i zaciągałem się zapachem parujących w słońcu?pól. Świat był u moich stóp. Adam szturchnął mnie w plecy: - Bocian!

Faktycznie mieliśmy kompana. Wielki ptak leciał równolegle z naszą paralotnią, z dwadzieścia metrów pod nami.

6 Cudowna lekkość Cudowna lekkość Albert Zawada

Chcę tam wrócić

- Dobra - śmigło ponownie zaskoczyło, a skrzydło weszło w mocny skręt. - Zawracamy nad bazę, pokręcimy się trochę nad chłopakami.

Po kilku minutach znaleźliśmy się nad znajomym polem, z góry wydawało się jeszcze mniejsze niż z powierzchni ziemi. Jeden przelot, nawrotka, drugi. Wszystko fajnie, ale to tu mamy wylądować? W ten skrawek trafić będzie trudno, co dopiero na nim wyhamować.

- Mamy mało miejsca, zejdziemy pod wiatr. Musisz zacząć biec jeszcze zanim dotkniemy ziemi. Nie wolno nam się przewrócić. Biegniesz, póki skrzydło nie opadnie! - komenderował Adam.

No i kilka metrów nad ziemią zacząłem biec. Musiał być to komiczny widok. Dwóch facetów przyczepionych do dyszla, z których jeden przebiera nogami w powietrzu.

Lądowisko tuż-tuż. Zacisnąłem zęby, czekając na uderzenie, a tu nic! Moje nogi zamiast biec w powietrzu, zaczęły poruszać się po trawie, po chwili zmalał ucisk na ramionach - to skrzydło osunęło się na ziemię.

- Już?

- Już!

Tak miękkiego lądowania nie zaliczyłem w żadnym samolocie. Przypomniałem sobie, co Adam mówił o lataniu paralotnią na grilla. Nagle przestało to brzmieć abstrakcyjnie.

- Podobało ci się? - upewniał się Adam.

- Taaa - wymamrotałem, zastanawiając się, jak najlepiej oddać wrażenia, ale nie dostałem szansy na dokończenie.

- ...bo wiesz - przerwał mi Adam. - Mamy takie powiedzenie mistrza Leonarda (da Vinici): "Jeżeli choć raz zasmakowałeś latania, będziesz chodził po ziemi z oczami zwróconymi ku niebu, gdyż tam byłeś i tam będziesz chciał powrócić".

To były słowa, których szukałem. Zostałem naznaczony.

Komentarze (2)
Śmigło na plecy i w górę! Latamy na motoparalotni
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    plastikpiokio

    Oceniono 5 razy 1

    czasami sie spada --TWARDO .

  • avatar

    w12121

    Oceniono 2 razy 0

    Fajna pasja i hobby ;)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX