Luz i retro: podróż przez Kalifornię

Na trasie spotkaliśmy chłopaka, który jechał z San Francisco do Los Angeles na longboardzie. Nie wiem, kto się bardziej zdziwił - ja czy on - kiedy zobaczył mnie wyskakującego z vana w samych bokserkach, z aparatem w ręku.
1 Destynacja: fascynacja Destynacja: fascynacja fot. Zbigniew Szarzyński

Destynacja: fascynacja

Przyznaję się, jestem zafascynowany Stanami Zjednoczonymi. W podstawówce marzyłem o furgonetce GMC Vandura z "Drużyny A" i chciałem mieszkać przy deptaku w Venice Beach, tam gdzie MacGyver. Potem zaczęli puszczać mecze NBA w telewizji. Na targu osiedlowym od razu kupiłem sobie koszulkę Charlesa Barkleya. Innych nie było.

W końcu zdecydowałem się na wyprawę do USA. Na trzy tygodnie. Niby długo, ale jak na taki wielki kraj - potwornie krótko. Wahałem się, gdzie pojechać ze znajomymi. Padło na zachodnie wybrzeże: spaloną słońcem Kalifornię, ogromne sekwoje, alternatywne Portland i deszczowe Seattle.

Ale pierwsze kroki po drugiej stronie Atlantyku zrobiliśmy nie po amerykańskiej ziemi, a po wykładzinie na lotnisku w Waszyngtonie. W stolicy nie zabawiliśmy długo - jak obliczył to pan z obsługi lotniska, który pomagał nam znaleźć następny cel na tablicy odlotów - "20 minutes walk that way".

Po 10 minutach marszu wyprzedziła nas otyła para Amerykanów. Biegli tak szybko, ile mieli sił w nogach. Szybko też zareagowali na nadjeżdżającego meleksa i złapali stopa. Spotkaliśmy ich chwilę później, kiedy żegnali się z życzliwym kierowcą pochodzenia hinduskiego. Ona krzyczała: "Hurry, we're gonna miss the plane!" On, poprawiając kowbojski kapelusz, odparł spokojnie: "Wait, God damn it, must tip the man!". Lepszej filmowej scenki na żywo nie mogłem sobie wyobrazić.

2 Los Angeles Los Angeles fot. Zbigniew Szarzyński

Miasto świateł i autostrad

Pamiętasz moment z filmu "Big Lebowski", kiedy His Dudeness leciał na dywanie nad Los Angeles? Tak się właśnie czułem, widząc morze świateł przez okienko samolotu. Minuta, dwie, pięć, a pod nami cały czas światła wielkiego miasta. W rejonie LA mieszka ponad 13 milionów ludzi, a mnie się wydawało, że wszyscy na mój przylot zapalili w domach lampy. To jedna z najludniejszych metropolii świata, z samolotu widać to najlepiej.

Z powodu swojego ogromu Los Angeles jest ciężkie do zwiedzania. A przede wszystkim - do przemieszczania się. Komunikacja miejska sprawia, że człowiek zaczyna tęsknić do warszawskich autobusów. Na przystankach nie ma rozkładu jazdy, a same przystanki czasem ciężko zauważyć. Wszyscy tutaj jeżdżą samochodami. Istnieją dzielnice mieszkalne, gdzie nie ma chodników. Jak mówią Amerykanie: "Tutaj autostrady są ulicami". Rzeczywiście, gdziekolwiek chcesz się przemieścić, musisz wjechać na autostradę.

Mój kolega potrafił kiedyś przejechać całe Miasto Aniołów w niewiele ponad pół godziny. W "Grand Theft Auto 3". W rzeczywistości zajmuje to około dwóch godzin, jeśli nie ma akurat korków. Ale najczęściej są, więc właściwie nawet najkrótsza podróż trwa 30-40 minut. A do tego iście amerykańskie odległości. W ciągu trzech dni zwiedzania miasta przejechaliśmy ponad 500 km, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi odległość między Krakowem a Gdańskiem. Bardzo łatwo jest też stracić orientację, bo brakuje charakterystycznych punktów, a większość budynków jest jednokondygnacyjna.

Całe szczęście pomagał nam znajomy, który tam mieszka. Woziliśmy się z nim jego golfem, a obok nas sunęły wielkie amerykańskie SUV-y i furgony. Golf niewielki, do tego na bio-dieslu. - Gdzie ty to tankujesz? - pytam z niedowierzaniem. - Jest taki ogródek, gdzie podjeżdżamy i lejemy do pełna.

Amerykanie powoli zaczynają być eko. Niektórzy. Istnieją dwie grupy: ci, którzy uwielbiają rozrzutne amerykańskie życie - nieumiarkowanie w jedzeniu, piciu i spalaniu paliwa, oraz eko-wyznawcy, którzy zakupy robią w sklepach ze zdrową żywnością i przesiadają się do małych samochodów. Jazda na rowerze w LA to jednak za dużo dla większości z nich.

3 Miasto palm i betonu Miasto palm i betonu fot. Zbigniew Szarzyński

Miasto palm i betonu

Ale co tam komunikacja! Klimat wynagradza prawie wszystko. Jak na filmach: betonowe, równe chodniki, zielone, równo przystrzyżone trawniki, szerokie ulice i palmy. Z tymi palmami, tak na marginesie, to jest tak, że one tu nie rosną same z siebie.

Ktoś kiedyś zaczął je w Los Angeles sadzić, i tak już zostało, są teraz charakterystycznym elementem Miasta Aniołów. Zarówno bogatego Beverly Hills (formalnie osobnego miasta), jak i brudnych bocznych uliczek. Te boczne uliczki mają zresztą coś w sobie. Odizolowane od zgiełku miejskiego, odwiedzane przez dostawców, śmieciarzy, przestępców uciekających przed policją, policję goniącą przestępców i sfiksowanego fotoamatora, który widzi w nich piękno. A palmy... dużo z nimi problemów. W Los Angeles zaczyna brakować wody, a palmy wysuszają glebę.

Wracając do klimatu: pamiętam dokładnie swój pierwszy poranek w Mieście Aniołów. Nocowaliśmy w Highland Park, dzielnicy meksykańskiej. Słońce przedzierało się przez moskitierę, drzwi były otwarte. Wyszedłem na zewnątrz. Mimo że godzina była wczesna, już czułem, jak otacza mnie przyjemne ciepło. Szczekał pies, w oddali co chwilę słychać było odgłosy przejeżdżających ośmiocylindrowych potworów, a po przeciwnej stronie ulicy sąsiad, Latynos śpiewający pod wąsem meksykańskie melodie, mył na podjeździe samochody. Ta osiedlowa myjnia działa w każdą niedzielę. No i były oczywiście palmy. Prawdziwe the hood.

Woda w Los Angeles interesowała mnie również z powodu Terminatora. Bardzo chciałem przejechać nad LA River. I wyobrazić sobie, że to właśnie ja jestem na tylnym siedzisku harleya, z przodu siedzi Arnold, a na ogonie mamy terminatora T-1000 w ciężarówce, która właśnie spada z mostu do koryta rzeki. Wiem, że zabetonowana rzeka nie jest zazwyczaj priorytetem turysty, ale ta scena z "Terminatora 2" głęboko utkwiła mi w pamięci.
Chciałem więc wjechać na most, ale - jak to w Los Angeles - trochę się pogubiliśmy i w efekcie zjechaliśmy nad samą rzekę.

Tunel na szerokość naszego samochodu wyglądał zachęcająco. Po chwili jechaliśmy wzdłuż rzeki. Wody nie było dużo. Przejechaliśmy się po LA River, jak w filmach, tylko wolniej i nikt nas nie gonił. Na szczęście, bo jak się później dowiedziałem, jeżdżenie korytem rzeki jest zabronione.

4 California route California route fot. Zbigniew Szarzyński

California route

Opuściliśmy zatłoczone Los Angeles i ruszyliśmy na północ. Trasa do San Francisco jest bardzo popularnym "must do" w Stanach. Tę drogę pokonują turyści, zagraniczni i krajowi, motocykliści, pasjonaci muscle carów oraz europejskich supersamochodów, ludzie na tandemach i różnych innych środkach transportu. Jeździ też tu dużo wypożyczonych specjalnie na tę okazję fordów mustangów.

Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Z jednej strony dziki ocean, z drugiej - góry. To z pewnością jedna z najpiękniejszych dróg na świecie. Startujemy z Malibu, które słynie z modnych plaż oraz tego, że mieszka tam wiele gwiazd. Nas jednak bardziej interesowały gwiazdy na niebie podczas naszego pierwszego noclegu na dziko. Miejsce było urokliwe. Zaparkowaliśmy na klifie. Księżyc oświetlał spokojny ocean.

W każdym mieście są inne zasady dotyczące spania na dziko, o czym informują odpowiednie tabliczki przy wjeździe. Ale ogólnie nie ma z tym problemu. Chyba że - tak jak my - nocuje się w fordzie ecoline o jaskrawych kolorach. Wyobraź sobie jakikolwiek kolor, a ten kolor był na naszym pojeździe. Na tylnej klapie dodatkowo napis: "Rent me!". Rzucaliśmy się w oczy, czego chcieliśmy uniknąć, jednak mogliśmy trafić gorzej. W ofercie wypożyczalni był jeszcze samochód z Marilyn Monroe, Andym Warholem i Myszką Miki...

Pierwszej nocy policjant, który zastukał latarką o szybę naszego forda, poprosił tylko, abyśmy opuścili teren parkingu, który rzekomo był prywatny. Później nikt nam już nie przeszkadzał. Chociaż pamiętać należy, że policja w niektórych stanach może być ostrzejsza.

Drugiego dnia na trasie spotkaliśmy chłopaka, który przemieszczał się z San Francisco do Los Angeles na longboardzie. Nie wiem, kto się bardziej zdziwił - ja, kiedy ujrzałem gościa w kapeluszu, z wielkim plecakiem pędzącego na longboardzie po rozgrzanym asfalcie, czy on, kiedy zobaczył mnie wyskakującego z vana w samych bokserkach, z aparatem w ręku.
Tego samego dnia dojechaliśmy do Big Sur, które leży w miejscu, gdzie góry gwałtownie wyrastają z Oceanu Spokojnego. Region Big Sur nie ma ustalonych granic. Można je łatwo przeoczyć, bo są tylko: stacja benzynowa, restauracja i sklep. Widoków jednak nie da się przegapić. Są oszałamiające.

5 Kurier, który surfuje Kurier, który surfuje fot. Zbigniew Szarzyński

Kurier, który surfuje

W drodze postanowiliśmy posurfować. Bo gdzie pływać, jak nie w Kalifornii? Co prawda woda tu jest zimna, a pod powierzchnią czają się rekiny, ale jechać do Kalifornii i nie pływać na desce surfingowej, to jak pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla. No dobra, może trochę przesadziłem.

Zajechaliśmy do miejscowości Cayucos. W lokalnym surfshopie chcieliśmy wypożyczyć sprzęt. Właściciel sklepu powiedział jednak, że dzisiaj warunki są średnie i najlepiej jakbyśmy udali się do Santa Cruz, tam popływamy. Miło. Ale Amerykanie są na ogół po prostu mili. Bez problemu zaczniesz konwersację z przypadkowo poznaną osobą. Tak, jest to kontakt powierzchowny, ale lepszy taki niż żaden.

Była szósta rano, siedzieliśmy na klifie w Santa Cruz i obserwowaliśmy, jak surferzy łapią fale. Podjeżdża kurier, parkuje dostawczaka, a spomiędzy paczek pocztowych wyciąga deskę. Popływał godzinę i pojechał do pracy. Tu pływa prawie każdy. - Hurry up man, it's gonna be crowdy today [pospiesz się, dziś będzie tłoczno] - słyszę z oddali chłopaka, który ubrany w piankę dojada płatki z mlekiem na tyle swojego pikapa. Lokalni surferzy przychylnie patrzą na początkujących. The Lane znany jest z długich i łagodnych fal. Bez trudu nauczysz się tu pływać.

Z Santa Cruz do San Francisco jest rzut beretem. Po drodze minęliśmy Palo Alto, gdzie swoje siedziby mają m.in. Facebook i Google. Frisco jest zupełnie inne niż rozległe LA. Są tu przede wszystkim strome ulice, którymi kiedyś pomykał porucznik Bullitt, a teraz zapewniają sporą frajdę kierowcom. Oczywiście punk-tem obowiązkowym jest przejazd mostem Golden Gate. O ile go widać, bo mgły pojawiają się w San Francisco bardzo często. Aha, gdybyś tam się wybrał: najlepszy punkt widokowy jest nie tam, gdzie się wszyscy zatrzymują, tylko po drugiej stronie mostu.

W Mission District trafiliśmy do knajpy motocyklowej Zeitgeist. W zasadzie jest to bar. Na całej długości lady, która liczyła dobrych parę metrów, ustawiono różnego rodzaju piwa. Było w czym wybierać. - Serwujecie jedzenie? - spytałem. Barman wskazał palcem dalszą część knajpy. Dotarłem do kucharza. - Medium or rare? - rzucił tylko, gdy zamówiłem hamburgera. Rozmowni nie byli, ale burger i piwo były świetne.

6 Drzewo gitant Drzewo gitant fot. Zbigniew Szarzyński

Drzewo gitant

Na północ od San Francisco rosną majestatyczne sekwoje. To one były następnym celem. Moja narzeczona już spała, kiedy w nocy dojeżdżaliśmy do parku narodowego Redwood. W radiu leciało country, a na drodze mijałem głównie amerykańskie ciężarówki. Droga zaczęła się zwężać. Po chwili już wiedziałem dlaczego. Ustępowała miejsca ogromnym sekwojom.

Rano obudziliśmy się pomiędzy Sequoia sempervirens. Było mglisto i rześko. Trudno opisać uczucia, jakie się we mnie kotłowały, kiedy stałem pod drzewem gigantem. Człowiek czuje się wtedy strasznie mały, pojawia się niepokój, jednak chce się również przytulić do tego mutanta. W lasach Redwood rośnie najwyższe drzewo na świecie, które mierzy ponad 100 metrów. Mniej więcej tyle, co wieżowiec Złotych Tarasów w Warszawie. To w tych okolicach kręcono "Gwiezdne wojny: Powrót Jedi".

Ewoków nie spotkaliśmy, więc ruszyliśmy dalej na północ. W Portland zatrzymaliśmy się u Deana, którego poznaliśmy wcześniej w Los Angeles. Na weselu, na które poszliśmy właściwie przez przypadek. Żona naszego przyjaciela nie mogła pójść, więc zabrał nas do towarzystwa. Nie było to typowe wesele. Wszyscy przyjechali na rowerach, każdy przyniósł coś do jedzenia i tak sobie siedzieliśmy na trawie w nieczynnym parku pod stadionem Dodgersów z widokiem na Downtown. Ślubu udzielił rabin, który później otworzył mi piwo swoim sygnetem. Było to trzecie wesele tej pary młodej. Każde w innym mieście. - Mamy bardzo dużo znajomych - mówili. Gdy Dean, ojciec pana młodego, dowiedział się, że będziemy w Portland, od razu na zaprosił do siebie.

O ile okolica Portland nie jest zbyt ciekawa, o tyle samo centrum okazało się nadzwyczaj fajne. Wiele tu prostych, poprzemysłowych budynków, w których aż roi się od kawiarni. Trochę tu tak... europejsko. Jest czysto i bezpiecznie. I co chwilę sklep ze zdrową żywnością. Na punkcie ekologii mieszkańcy Portland mają bzika. Podobno produkują tu nawet ekologiczne tampony.

7 Twin Peaks Twin Peaks fot. Zbigniew Szarzyński

Twin Peaks

Dotarliśmy do ostatniego punktu naszej podróży - Seattle. To miasto wywarło na nas chyba największe wrażenie. Seattle położone jest na kilku wzgórzach, dlatego z każdego miejsca rozpościera się ładny widok. Na Space Needle - symbol miasta, górę Mount Rainier, port czy jezioro Washington. Do wyboru, do koloru. Szkoda, że tak często pada tu deszcz. My na szczęście trafiliśmy na idealną pogodę. Udało nam się również trafić pod dom Kurta Cobaina. W parku obok stoi ławka - cała porysowana wyznaniami jego fanów.

Seattle jest spokojne. - Beautiful day, isn't it? - usłyszała moja narzeczona, która stała na środku osiedlowej drogi, fotografując jesienną aurę. Pani w samochodzie nie trąbiła, nie krzyczała. To nie Nowy Jork. Ulice Seattle są piękne, zwłaszcza kiedy w październiku liście na drzewach zaczynają nabierać rozmaitych kolorów.

No i kawa. Ciężko stwierdzić, gdzie lepsza - w Seattle czy Portland. Co prawda w Capitol Hill roi się od knajp i kawiarni, ale niektóre dzielnice w Portland depczą im po piętach. Zaskoczeni byliśmy natomiast liczbą bezdomnych kłębiących się w centrum Seattle, a szczególnie w publicznej bibliotece. Czytali książki, przeglądali magazyny, dyskutowali w grupach. The Seattle Public Library jest chlubą miasta, a nikt ich stamtąd nie przepędza.
Na zachód od Seattle jest taka mała mieścina o nazwie North Bend. Tam David Lynch kręcił "Miasteczko Twin Peaks". Zatrzymaliśmy się w Twede's Cafe na ulubiony zestaw agenta Coopera "cherry pie and a damn fine cup of coffee".

Ciastko takie sobie, kawa przyzwoita. Ale przecież nawet Ameryka nie musi zawsze być taka jak na filmach.

Pospiesz się, spóźnimy się na samolot. - Poczekaj, niech to szlag, muszę dać mu napiwek!