Downhill: rowerem górskim na łeb, na szyję

Serce szaleje. Oddycham ciężko jak po maratonie. Z dużą prędkością najeżdżam na rampę. Nie mam odwrotu. Muszę skoczyć. Rower i ja odrywamy się od ziemi. Uczucia? Od grozy do euforii.
1 Szaleńcza jazda Szaleńcza jazda Franciszek Mazur

Z innej planety

Kluszkowce w okolicy Czorsztyna. Zimą rządzą tu narciarze. Latem, gdy pokryty kamieniami stok jest odsłonięty, ich miejsce zajmują fani downhillu. To jedna z doskonałych miejscówek. Moim przewodnikiem po down-hillowym świecie jest Michał Gargas.

Sam zaczynał w czasach, gdy w Polsce nie było jeszcze dobrego sprzętu i trzeba było jeździć na "sztywniakach" - rowerach bez tylnego amortyzatora.

Downhillem zajmuje się więc od samego początku. Z małą przerwą - przez dwa lata leczył kontuzję, której nabawił się oczywiście w czasie zjazdu.

- Tu masz zbroję, nagolenniki, kask - Michał wręcza mi sprzęt.

- A miecz? - staram się uśmiechnąć.

- Tu chodzi o bezpieczeństwo. Nie żartuj.

To nie koniec zaskoczenia, choć myślałem, że o rowerach wiem naprawdę sporo. Przerabiałem przecież wiele modeli, łącznie z poczciwym Pelikanem, poprzez Wigry 3 i górski Romet, a na szosówkach śmigałem jako kurier rowerowy.

Tymczasem Michał zaprezentował mi coś, co owszem, widziałem na zdjęciach, ale co mało przypominało mi znany do tej pory sprzęt.

- O, siodełko od kolarzówki! - ucieszyłem się, odnajdując znajomo wyglądający element.

- Z kolarzówki - potwierdza Michał. - Musi być jak najlżejsze, ale prawie w ogóle nie będziesz na nim siedział.

Tak więc mam już na sobie pancerne wdzianko, a w rękach trzymam kierownicę aluminiowego cacka wartego wiele tysięcy złotych. Z moim komunijnym MTB ma wspólnego to, że ma dwa koła. Ale to tak jakby cadillaca porównać z maluchem.

- Co dalej? Podjeżdżamy?

- Siły zostaw na zjazd, a zresztą szkoda byłoby czasu na podjeżdżanie. Kierunek wyciąg - śmieje się Michał.

2 Piękne widoki gwarantowane Piękne widoki gwarantowane Franciszek Mazur

Tam się wjeżdża, a nie wchodzi

W zbroi jest mi gorąco, mimo że założyłem ją na cieniutką, sportową koszulkę.

Piękna pogoda, prawie 30 stopni w cieniu. Pociesza mnie to, że kask przypominający te motocyklowe zostawia zadziwiająco dobre pole widzenia.

A podziwiać jest co - z wyciągu oglądamy szczyty Pienin i Tatr oraz zalew Czorsztyński. Mimo superkrajobrazów daleki jestem od błogiego nastroju.

Przez głowę przelatują mi różne, wcale nie optymistyczne myśli: "Jak dam sobie radę? Czy nie pęknę? Czemu Michał mi wcześniej nie powiedział, że będą skocznie? Czemu w ogóle się na to zgodziłem?".

Im bliżej było do końca jazdy na wyciągu, tym bardziej malała moja pewność we własne umiejętności.

3 Zjazd zawodowca Zjazd zawodowca Franciszek Mazur

Po mistrzu pozostał tylko kurz

Dojechaliśmy. Teorię zjazdu Michał wyłożył mi wcześniej. Na szczycie nie było więc już żadnej gry wstępnej.

- To co, jedziemy? - uśmiechnął się tylko mój instruktor.

- No... - zacząłem rozwijać jakąś myśl, ale zorientowałem się, że mówię w pustkę, bo po Michale i jego rowerze pozostał tylko kurz.

- Jak jazda, to jazda - pomyślałem, ale jakoś trudno było mi ruszyć. Tym bardziej że kurz znaczący trasę mojego mistrza wzrósł w niepokojący sposób, gdy Michał dojechał do pierwszej skoczni.

- Puszczajcie te hamulce! - rozkazałem palcom, zabezpieczonym oczywiście długimi rękawicami (krótkie nie miałyby sensu, gdyby doszło do wypadku). Nie bardzo chciały mnie słuchać. W końcu z oporem oderwały się od klamek i rower ruszył w dół.

W dół po zboczu, czyli "down the hill", czyli, o zgrozo, dokładnie tak, jak powinno być. Trasa na początku nie była stroma, ale już po kilku sekundach w uszach i tak pojawił się świst powietrza i odgłos syczących bardzo głośno amortyzatorów.

W downhillu nikt nie sprawdza prędkości, więc ciężko powiedzieć, jak szybko się jedzie. Po pierwsze, żaden licznik nie przetrwałby zbyt długo w jednym kawałku - przy takich drganiach prędzej czy później by odpadł. Po drugie, w czasie jazdy nie ma czasu, żeby odrywać wzrok od trasy. Przeciętny zjazd downhillowy trwa od dwóch do pięciu minut.

Na niektórych zawodach, na przykład słynnych "Mountain of Hell" we Francji, trasa jest na tyle długa, że może trwać nawet do godziny. Ale tam zjeżdża się ze szczytu lodowca do doliny położonej 2200 m niżej.

4 Naprawdę jest cholernie wysoko Naprawdę jest cholernie wysoko Franciszek Mazur

A tam przepaść

Wróćmy jednak do Kluszkowiec i zbliżającej się do mnie z przerażającą prędkością pierwszej skoczni. Choć to zaledwie mała hopka, mnie wydaje się olbrzymia.

Przy lądowaniu rower dostaje wyraźnego przyspieszenia i ze zwiększoną prędkością pędzi dalej. Zaczynam hamować. Robię kilka zakrętów w rynnie, w czasie których znacząco odchylam się od pionu.

Dojeżdżam do pierwszej drewnianej konstrukcji. To malutki drop - zeskakuję z niego, ale nie ma czasu na radość, bo trafiam na serię doubli, które w większości postanawiam wytłumić. Jak się okazuje, drewniane konstrukcje bywają popularne na downhillowych trasach.

W Kluszkowcach są ponoć całkiem szerokie - da się nawet na nich stanąć, ale - jak mówi Michał - nie zawsze jest tak luksusowo i regułą są pomosty na tyle wąskie, że nawet trudno na nich ustać.

Dojeżdżam do Michała, który postanowił na mnie poczekać. Zaczyna mi się wydawać, że downhill to bułka z masłem. Przed nami wyraźnie większa konstrukcja - drewniany drop z trzema najazdami.

- Ty weź najmniejszy, ja pojadę średnim - instruuje Michał i już rusza. Hop - spada z kilku metrów na strome lądowisko. Przez chwilę, gdy leci w powietrzu, dolatuje do mnie charakterystyczny dźwięk obracającego się koła.

- Dobra, jasne - mówię sobie i też ruszam. Błyskawicznie pojawia się problem - z odległości nie wiedziałem, że z dropu nie będzie widać lądowiska. Panikuję. Palce zaciskają się na klamkach hamulców. Uff, wyhamowałem.

Podchodzę do krawędzi i ostrożnie się wychylam. Dopiero z tego punktu widać lądowisko. Staram się zapamiętać, jak wygląda. Podbiegam z rowerem kilkanaście metrów w górę i wizualizuję sobie skok.Ponowny start. Serce szaleje.

Oddycham ciężko jak po maratonie. Z dużą prędkością najeżdżam na rampę. Już nie mam odwrotu. Nie zdążę zahamować. Muszę wykonać skok. Szum w uszach. Drewniany najazd. Lecę. W tym momencie nie mam żadnej kontroli nad tym, co się dzieje. Jedyne, co mogę zrobić, to wypchnąć rower do przodu. To pomoże mi zachować równowagę podczas lotu i przy lądowaniu nie zrobię fikołka przez kierownicę.

Zbliżam się do ziemi. Samo lądowanie jest zadziwiająco miękkie - to zasługa dobrze wyprofilowanego lądowiska i olbrzymiego skoku amortyzatorów. Gdy tylne koło dotyka ziemi, rower dostaje potężnego kopa i z nowym impetem wpada w rynnę, która jest tuż za lądowiskiem.

5 Koncentracja to podstawa Koncentracja to podstawa Franciszek Mazur

Opłakane skutki kozaczenia na stoku

Podobnie wygląda dalsza część trasy, z tym że w jej dolnej części jest już więcej zjazdu i mniej skoczni. Od ściskania hamulców bolą mnie już nie tylko palce, ale i przedramiona.

Gdy trzyma się dwa palce na klamkach, bardzo trudno utrzymać w ryzach kierownicę. Gdy przestawiam się i hamuję zaledwie jednym, tak jak zalecał Michał, ból w przedramionach zmniejsza się.

W pewnym miejscu trasa biegnie stokiem narciarskim, o tej porze roku usianym kamieniami. Kolejne zaskoczenie. Głazy, na których na zwykłym rowerze już dawno bym się wywalił, są pięknie "wybierane" przez amortyzatory i da się po nich naprawdę szybko i sprawnie przejechać.Wreszcie jestem na dole.

Gdy zsiadam z roweru, nogi mam jak z waty, a ręce mi się trzęsą od olbrzymiej dawki adrenaliny. Jestem zaskoczony, że wszystko odbyło się to tak szybko. Czuję, że żyję i... jestem za to wdzięczny.

- No, teraz to zaczniesz kozaczyć, bo przeżyłeś pierwszy zjazd - śmieje się Michał. - Uważaj, to właśnie na drugim lub trzecim zjeździe jest najwięcej wypadków.

I rzeczywiście, Michał w sprawach downhillu po raz kolejny okazał się nieomylny.

Na drugim zjeździe pozwalałem sobie na większą prędkość i więcej skoków.

Znowu otrzymywałem olbrzymią dawkę adrenaliny. Dojeżdżam do jednego z dropów. Hop i lecę! Bach i ląduję.

- O, teraz chyba będzie stolik - myślę. A że to najłatwiejszy typ przeszkody, gnam mu śmiało na spotkanie. Ale ten stolik nagle się urywa, a za nim zieje przepaść - jako nowicjusz źle oceniłem rodzaj przeszkody. To był drop. Hamuję, ale już za późno.

Przypominam sobie, że decyzja niepodjęta natychmiast jest decyzją spóźnioną i ze zbyt małą prędkością spadam z dropu, przewracając się na prawy bok. Jestem lekko zdezorientowany. Michał widzi to wszystko, więc zbieram się i próbuję dojechać do niego. Nagle traaach! Rower stoi. To tylna przerzutka wygięła się w czasie upadku i teraz wkręciła się w koło. Jest zmielona!

6 Błyskawiczna naprawa Błyskawiczna naprawa Franciszek Mazur

Podręczny warsztat

Na dole podejmujemy decyzję. Zdejmujemy przerzutkę i łańcuch - downhill to chyba jedyna dyscyplina sportów rowerowych, w której jazda bez łańcucha jest możliwa.

I rzeczywiście: choć wygląda to dziwacznie, tego dnia zaliczam jeszcze kilka zjazdów. Sytuację ratują trochę wpinane pedały SPD, dzięki nim łatwiej mi utrzymać równowagę, choć gdybym miał specjalne downhillowe pedały platformowe z kolcami, też nie byłoby najgorzej - wbijają się w but i też nieźle trzymają.

Tylko uderzenie piszczelem w taki pedał jest bardzo bolesne - stąd nagolenniki.

- Musisz tu przyjechać kiedyś, gdy będą zawody. Wtedy pędzi się na maksa i emocje są jeszcze większe - zachęca Michał. - Poza tym jest fajny klimat. Wiesz, kilkuset szaleńców w jednym miejscu musi zrobić swoje.

Szaleńcy? Nie sądzę. Żeby uprawiać downhill, trzeba mieć naprawdę mocny charakter!

7 Opancerzony jeździec Opancerzony jeździec Franciszek Mazur

Niczym rycerz

Zbroja, nagolenniki, kask. Może być też dodatkowy kołnierz dla ochrony szyjnego odcinka kręgosłupa.

To nie są tylko zbędne gadżety. Na sprzęcie, w którym zjeżdżałem, szczególnie na nagolennikach i przedramiennikach, widać było ogromną ilość rys. Niektóre były tak wielkie, że musiały powstać podczas spektakularnych upadków.

Przydadzą się też wzmacniane spodnie i antyodpryskowe okulary.

Skomentuj:
Downhill: rowerem górskim na łeb, na szyję
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX