Wyprawa na aligatory

Afrykańską sawanną włada lew, Górami Skalistymi niedźwiedź grizzly, a bagnami w południowej części USA - aligator. W czasie mojego pierwszego spotkania z tym gadem niewiele brakowało, bym stał się obiadem bestii. Udało się przeżyć, więc do dziś miło wspominam moją wyprawę na aligatory. I smak ich delikatnego mięsa.

Aligatorze, zjedz Francuza!

Wyprawa na aligatory, mój pierwszy raz, ameryka północna

Płaskodenna motorówka sunie po wodzie, od czasu do czasu prześlizgując się po pływających na powierzchni gałęziach i konarach. Norbert, trzymający prawą ręką rumpel, tylko przechyla wtedy silnik, tak aby śruba nie zahaczyła o przeszkodę. Siedzę w łodzi bokiem, dzięki czemu jednocześnie mam na oku powierzchnię wody przed dziobem i siedzącego za moimi plecami francuskiego turystę. Ściskam w dłoniach aparat, gotując się do szybkiej akcji. Trochę liczę bowiem na to, że lada chwila z głębin Lake Martin wyłoni się uzbrojona w kilkadziesiąt ostrych jak brzytwa zębów paszcza i rozszarpie Francuza na strzępy. A ja będę robił fotkę za fotką...

Na razie jednak to moja przynęta pstryka mnóstwo zdjęć - czaplom, kormoranom, dławigadom. OK, położone na słynnych bagnach Luizjany jezioro Martin jest znaną w całych USA ostoją ptaków, ale wszakże takie same znajdziemy i we Francji, i w Polsce. Przecież nie po to tu jesteśmy, nie pływam po jeziorze, żeby oglądać ptaki. Mam nadzieję na spotkanie oko w oko z najbardziej drapieżnym mieszkańcem tych mokradeł - aligatorem.

Wyprawa na aligatory, mój pierwszy raz, ameryka północna

Panie Norbercie, aligatora poproszę

Wyprawa na aligatory, mój pierwszy raz, ameryka północna

Nasz przewodnik Norbert LeBlanc jest kwintesencją Luizjany. Właściciel firmy LeBlanc Swamp Tours to stuprocentowy Cajun (czyt. kejdżyn), czyli potomek francuskich osadników z terenów dzisiejszej Kanady, którzy przybyli na obszar podmokłej i bagnistej delty Missisipi przed 200 laty. Jest - jak przystało na południowca - szalenie grzeczny (co drugie zdanie kończy pełnym szacunku "yes, sir"), dumny ze swoich korzeni i znajomości francuskiego. Spotkaliśmy się z nim rano w kawiarni Chez Jacqueline w miasteczku Breaux Bridge, gdzie zwykle jada śniadania - francuski omlet, tościk z dżemem truskawkowym i porządna kawa, nie ta lura, którą serwują w każdej amerykańskiej knajpie. Norbert od razu wzbudził moje zaufanie. Po tym czerstwym staruszku o brodzie białej jak wianek dziewicy było widać, że okoliczne bagna zna lepiej niż ja rozkład biurek w redakcji "Logo".

Zadanie dla Norberta jest proste - obwieźć nas po miejscowych bagnach i zorganizować spotkanie pyskiem w pysk z dzikimi aligatorami. Brzmi banalnie? No to zacznijmy od zadania pierwszego. Breaux Bridge leży w pobliżu Atchafalaya Basin, największego bagna w USA. Mokradła Luizjany mają powierzchnię ponad 10 tys. km kwadratowych (połowa obszaru Słowenii, nieco więcej niż województwo opolskie). Prosić kogoś, żeby w ciągu jednego dnia obwiózł was po tamtejszych bagnach, to jakby - mając godzinę na przesiadkę na lotnisku Heathrow - żądać od księcia Karola: "Pokaż no mię pan tę swoją Anglię".

Wyprawa na aligatory, mój pierwszy raz, ameryka północna

 

Krok w tył: widzę aligatora

Burozielonego aligatora naprawdę niełatwo dostrzec, kiedy zanurza się w mętnej wodzie.

Kiedy znów się spotykamy nad samym jeziorem, nie mam zbyt wielkich nadziei. Czekamy jeszcze na parę Francuzów, którzy zabiorą się z nami na wycieczkę po bagniskach. Kiedy widzę, jak staruszek Norbert uwija się przy swojej łodzi, zdumiewa mnie jego siła i sprawność fizyczna. Zaczynam podejrzewać, że tak naprawdę jest starszy niż te bagna, że znają go i szanują wszystkie tutejsze zwierzęta.

 Aligatory, USA, Floryda

Znów dopytuję go, czy spotkamy gdzieś krwiożercze gadziska. Norbert, zniecierpliwiony moim indagowaniem, odwraca głowę ku powierzchni wody i nagle wykrzykuje coś niewyraźnie. Podążam oczami za jego wzrokiem i widzę - równą taflę rozcinają trzy małe, ciemnozielone pagórki. To gałki oczne i nozdrza gada - sporych rozmiarów aligator sunie w poprzek zatoczki, z której mamy wypłynąć na naszą wycieczkę. - Ależ ty masz, chłopie, szczęście! - spogląda na mnie z podziwem LeBlanc i zaciąga na brzeg zatoki. Chwyta leżący tuż obok kij i zaczyna nim mieszać w wodzie. Aligatory nie należą do najinteligentniejszych drapieżników świata. Mówiąc szczerze, to wyjątkowo bezmyślne bydlęta, reagujące na najprostsze bodźce. Coś pluska w wodzie? Najprawdopodobniej to obiad. Gad podpływa więc do brzegu, unosząc górną część pyska. Naszym oczom ukazuje się rozpłatana na dwie części żuchwa. Ten aligator to inwalida! - Aaa, znam go - rozpogadza się Norbert. "Jasne", myślę, "znasz przecież wszystkie aligatory w okolicy. Założę się, że z imienia i znaku zodiaku".

- To samiec, którego musiała kiedyś zahaczyć śruba motorówki. Jego żuchwa do dziś się nie zrosła - ciągnie Le-Blanc. - Moglibyśmy go wyciągnąć na brzeg, żebyś miał lepsze zdjęcia, ale trzeba by go skusić jakimś jedzeniem - dodaje. "Czym? Jogurtem malinowym? Ptasim mleczkiem?", dumam kpiąco, patrząc na kaleką żuchwę gada. Norbert chyba czyta w moich myślach, bo zaczyna opowieść o tym, jak tydzień wcześniej ten sam aligator zeżarł sporego psa, który przyszedł napić się wody z jeziora. Na wszelki wypadek robię krok w tył.

Amulety i opowieści

Wreszcie zjawiają się Francuzi. Tymczasem aligator, znudzony naszym "zawracaniem kijem Wisły", opada powoli pod wodę. Przez chwilę jego pozycję wskazują bąbelki powietrza. Po minucie i one znikają. - Aligatory mogą przebywać pod wodą nawet 40 minut - mówi Norbert. - Nie wiadomo, gdzie on teraz jest. Może się wynurzyć za kwadrans po drugiej stronie bagna - wyjaśnia. Przed wypłynięciem każde z nas dostaje od Norberta obciachowy, plastikowy naszyjnik z aligatorem. Wygląda trochę jak różaniec. - To amulet - mówi poważnym głosem LeBlanc. - Odgania aligatory. Ale gdyby nie zadziałał, to ściśnijcie go mocno w ręku i odmawiajcie zdrowaśki, bo nic lepszego już wam nie pozostanie - śmieje się po chwili.

Wskakujemy więc do łodzi i ruszamy na zwiedzanie mokradeł. Angielszczyzna ma takie świetne słowo "spooky", oznaczające coś jednocześnie przerażającego, dziwacznego i fascynującego. Te moczary są superspooky. Kiedy wpływamy w jeden z zaułków, nagle robi się zupełnie ciemno, choć przecież jest lipcowe południe w Luizjanie, a słońca nie zasłania ani jedna chmurka. Słowa "zaułek" użyłem świadomie, bo rosnące tu drzewa, głównie potężne, kilkusetletnie cypryśniki, tworzą prawdziwy labirynt placyków, alei i mrocznych, podłych uliczek, w których zamiast zamaskowanego bandyty czeka na ciebie ważący pół tony gad.

Opowieści Norberta, czyli szukamy aligatorów

Nasza motorówka sunie więc z cichym pomrukiem przez ten złowieszczy, podmokły teren, a Norbert snuje opowieści o bagnach, aligatorach i życiu w Luizjanie:

Wyprawa na aligatory, mój pierwszy raz, ameryka północna

- o cypryśnikach - "żyją nawet tysiąc lat, osiągając wysokość wieżowca" (najwyższy egzemplarz ma 44 m);

- o wykorzystywaniu cypryśników przez mieszkańców - "mój pierwszy dom (dość niewielki wprawdzie) zbudowany był z jednego (!) ściętego drzewa"; ich drewno ponoć świetnie nadaje się do tego celu, bo jest twarde, wytrzymałe i odporne na wilgoć;

- o hiszpańskim mchu (po naszemu oplątwa brodaczkowa), dziwnej, pasożytniczej roślinie porastającej każde drzewo w tych okolicach - "kiedyś tutejsi ludzie zbierali go i sprzedawali tapicerom do wypełnienia mebli; dla mojego tatusia było to główne źródło utrzymania";

- o polowaniu na aligatory - "trzeba strzelić mu prosto między oczy, inaczej zraniony gad zanurkuje i odpłynie; wtedy, nawet jeśli rana będzie śmiertelna, nigdy go nie znajdziesz".

Aligatorów niestety zabrakło

Wreszcie zatrzymuje motorówkę w jakiejś zatoczce i sięga pod swoje siedzenie. Najpierw wyciąga stare zdjęcia z polowań. - Pierwszego aligatora zastrzeliłem, kiedy miałem 14 lat - opowiada, choć fotografii z tego wydarzenia nie ma w albumie (przypuszczam, że były to czasy, kiedy ludzie nie robili sobie zdjęć, tylko zatrudniali malarza portrecistę). Potem stare magazyny kolorowe, okazuje się bowiem, że LeBlanc nie po raz pierwszy jest bohaterem artykułu (jego zdjęcie widniało nawet na łamach amerykańskiej edycji miesięcznika "National Geographic"). Wreszcie butelkę moonshine, czyli własnego bimbru na brzoskwiniach, pędzonego nielegalnie z pokolenia na pokolenie. Doskonałego!

Tymczasem jednak ja wciąż rozglądam się za aligatorami. I wciąż nic. Tu i ówdzie na powierzchni widzę drobne pęcherzyki. Mogą one świadczyć o leżącym na dnie gadzie, ale równie dobrze może to być gaz ulatniający się z mułu. Nasza wyprawa z Norbertem dobiega końca. Kiedy wracamy na nabrzeże, mam jeszcze nadzieję na aligatora kalekę, ale jego też ani widu, ani słychu. Norbert jednak radzi mi, żebym pojechał do sklepu po kawał mięsa i wrócił nad mokradła. Jest szansa, że bestia się pojawi.

Szczyt głupoty: dokarmianie bestii

Wyprawa na aligatory, mój pierwszy raz, ameryka północna

Kiedy wracamy z supermarketu z tacką kurzych udek, LeBlanc ma już motorówkę na przyczepie i zbiera się do odjazdu. - Niestety, wciąż go nie ma - oświadcza z żalem. Naszej rozmowie przysłuchuje się jego kolega, również miejscowy przewodnik wycieczek po bagnach. - Spróbujcie pojechać wzdłuż mokradeł na zachód. Pół mili stąd moja żona widziała wczoraj dwie potężne sztuki - radzi.

Dwa razy nie trzeba powtarzać. Ruszamy autem wzdłuż bagna, uważnie obserwując taflę wody. I rzeczywiście, kilkaset metrów dalej moja niezawodna żona dostrzega dwie gadziny, odpoczywające w mętnej wodzie. Parkujemy samochód i schodzimy nad brzeg mokradła. Chwila chlapania i mniejszy z aligatorów, prawdopodobnie samica, podpływa do nas zaciekawiony. Szybko wycofujemy się na drogę - brzeg jest wszak najbardziej niebezpiecznym miejscem. Tu aligator ma największą przewagę nad człowiekiem - jest ślisko, łatwo się poślizgnąć, a unosząca się w wodzie bestia może zaatakować w ułamku sekundy.

Robię więc to, co na Florydzie jest bezwzględnie zabronione, w Luizjanie zaś dopuszczalne, ale równie głupie - dokarmiam aligatora kurczakiem. Rzucam udko metr od brzegu. Samica wygrzebuje się z wody na swoich krótkich łapkach i dopada ochłap, przekrzywiając paszczę na bok, by złapać go w zęby.

Jak (prawie) zostałem obiadem...

Wyprawa na aligatory, mój pierwszy raz, ameryka północna

Niemieję z podziwu. Nie jest specjalnie wielka, ma może ze 2,5 metra długości. Ale nawet taka robi na mnie wrażenie. W jej potężnej szczęce moje kości łamałyby się jak słone paluszki. Rzucam kolejne kawałki mięsa. Monstrum pożera je, jakby to były koreczki koktajlowe - na raz, na jednego chapsa. Zainteresowany posiłkiem samiec też podpływa i wyczołguje się na brzeg. Niemieję po raz drugi. Jest dobre półtora raza większy od samicy. Gigant. Nogi mi miękną, zwłaszcza kiedy przypominam sobie, że jesteśmy w trakcie okresu gniazdowania. To teraz z jaj wykluwają się małe aligatorki, a samice robią się cholernie nerwowe. Połowa obszaru miejscowych bagien jest wówczas objęta całkowitym zakazem wstępu, bo gady atakują nawet bez wyraźnego powodu, a nieostrożny eksplorator może łatwo skończyć w ich żołądkach. My wprawdzie nie wkroczyliśmy na teren zabroniony, ale nasze dwa aligatory też mogą być niespokojne. Na razie obie bestie prawie jedzą mi z ręki. Staram się jednak nie wyciągnąć ich bardziej ku drodze - niech trzymają się w pobliżu swojego mokradła. Nagle atmosfera robi się gęsta.

Floryda, USA, aligator

Nie mam pojęcia, czy to, co właśnie słyszałem, jest sykiem zapowiadającym atak, czy może zalotnym chrząknięciem. Ale od razu przypominają mi się inne słowa Gryllsa: - Aligatory są bardzo terytorialnymi zwierzętami. Nigdy nie zbliżaj się do nich na mniej niż 15 stóp!

15 stóp to ok. 5 metrów. A ja stoję jakieś 2-3 metry od tych bestii. Jeśli wydaje ci się, że na lądzie nic mi nie grozi, jesteś w błędzie. Na krótkich odcinkach te gady potrafią osiągnąć prędkość 50 km na godzinę! Przypomnijmy, że Ben Johnson na olimpiadzie w Seulu, kiedy sterydy wylewały mu się uszami, biegł nieco ponad 36 km na godzinę. Ja nie wiem, czy byłbym w stanie osiągnąć w połowie tak dobry wynik. A to oznacza, że zdążę przebiec może ze dwa metry, zanim te potężne szczęki sprowadzą mnie na ziemię. Czuję, jak kropla potu spływa po moich plecach, od potylicy aż po sam krzyż. Nie wiem, czy to skwar lipcowego dnia na bagnach czy raczej lęk, od którego gęstnieje powietrze. Zdaje się, że gdzieś za moimi plecami zatrzymała się rodzina amerykańskich turystów. Pstrykają zdjęcia, co chwilę słyszę: "Wow!" i "Awesome!", ale nie widzę ich. Oczy wlepione mam w ślepia gada. A on w moje. Jak Virgil Earp i Billy Clanton w "Tombstone", jak Neo i Agent Smith w ostatecznym pojedynku w "Matriksie". Usiłuję grać twardziela, ale nogi mam jak spętane ze strachu.

Wreszcie głos Moni, która dzielnie robiła zdjęcia przez cały czas, wyrywa mnie z katatonii. Nie czekam na drugi ryk samca. Ostrożnie, nie spuszczając wzroku z obu zwierząt, wycofuję się do samochodu. Krok za kroczkiem dokonuje się moja rejterada. Powoli, bo od temperatury i nerwowego napięcia powietrze ma konsystencję galarety. Gady też nie przestają na mnie patrzyć groźnie. Ani jednak drgną, więc w końcu bezpiecznie docieram do auta. Wsiadamy oboje i napięcie spływa z nas wraz z hektolitrami potu. Nasze koszulki można wyżymać. Nogi mi miękną i dopiero po chwili znajduję w nich tyle siły, żeby wcisnąć pedał gazu. Odjeżdżamy na bezpieczną odległość. Po kilku minutach bestie wycofują się na mokradła.

... ale w końcu to ja zjadłem aligatora!

 

Floryda, USA, aligator

Wieczorem w miejscowej, szalenie popularnej restauracji Mulates słuchamy cajuńskiej muzyki folkowej na żywo. Nagle na stole ląduje jakaś zakąska. - To nasz przysmak - uśmiecha się Dona Degatur Richard, szefowa lokalnego biura promocji turystycznej, z którą jemy kolację. Chwytam w dłoń panierowane kawałki mięsa, zanurzam w czosnkowo-majonezowym sosie i zagryzam. Smakuje dziwnie. Mięso jest miękkie, jasne i łagodne. Jakby kurczak, ale znacznie delikatniejsze i bardziej soczyste. W końcu pojmuję! - Smażony aligator!? - pytam Donę, a ona potwierdza. Zajadam gada ze smakiem. Teraz jest mój czas na wyżerkę!

Co? Gdzie? Jak?

Floryda, USA, aligator

Nasze spotkanie z aligatorami miało miejsce w parafii (odpowiednik powiatu) St. Martin w Luizjanie, ok. 200 km na zachód od Nowego Orleanu. Na zwiedzanie bagien koniecznie wybierz się z Norbertem LeBlankiem (LeBlanc Swamp Tours, tel. 001 337-332 6546, -654 1215), cena to kilkadziesiąt dolarów od osoby. W okolicy warto zatrzymać się na kilka dni i, zamiast nocować w motelach, poszukać dobrej i przytulnej kwatery prywatnej. My spaliśmy w fantastycznych On The Bayou Cottages w Breaux Bridge (onthebayoucottages, tel. 001 337-316 2527. Na mięso z aligatora i cajuńską muzykę idź do Mulates Cajun Restaurant (325 W Mills Ave, Breaux Bridge, tel. 001 337-332 4648, www.mulates.com). A jeśli jeszcze mało ci informacji, to poszukaj ich na cajuncountry.org.

Więcej o:
Komentarze (7)
Wyprawa na aligatory
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • jebanezer

    Oceniono 3 razy 3

    Tanczylem pod Zydeco w Mulates,najlepszej Cajun oberzy na zachod od Missisippi.Aligator byl smaczny ale zabie nogi lepsze.Mam nadzieje ze moj autograf na scianie nie zostal zamalowany.

  • gniewkosynrybaka

    Oceniono 1 raz 1

    slajdom mowie NIE, precz z preczem... na co wam to, na te kilka wiecej "klikniec"? po 2 zrezygnowalem, jak i pewnie wiekszosc potencjalnych czytelnikow.

  • net244

    0

    To był TEN-fiter. Dziwne , że go nie zjadł. Jednak polska fantazja jest niesamowita. TRZY metry od czterometrowego krokodyla...:-) Musze tak spróbować z Niedzwiedziem...:-)
    Wezme go na chipsy :-) Z Biedronki.

  • californian1

    0

    O.K Po pierwsze - Gorami Skalistymi Nie rzadzi niedzwidz Grizzly. Chyba tylko w powiesciach Karola Maya.... Tzn. tak sa ale nie w dolnych 48 stanach. Alaska, Kanada i polnocne skrawki USA ( Idaho, Montana). Po drugie autor musial cos pokrecic. Albo to nie byl samiec z samica albo to nie byl okres gniazdowania czy wyklowania tylko okres godowy. Samiec z samica trzymaja sie razem TYLKO w czasie godowym w pozostalym okresie trzymaja sie osobno a samica przepedza samca ktory zjada swoje nowonarodzone potomstwo. Po trzecie: radze nie sluchac Grylisa tylko raczej Les Strouda lub Cody Laudiniego.... Grylis wlasnie stracil prace.... pozatym jego programy byly ustawiane.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX