Rafting w Himalajach

Oto opowieść o jednej rzece, trzech pontonach i kilkunastu bardzo mokrych osobach. Bardzo mokrych, bo na miejsce mojego pierwszego spływu wybrałem nie coś prostego, a rzekę Kaligandaki. Moja raftingowa inicjacja odbyła się więc w Himalajach. Warto było!

Miejsce akcji: Kaligandaki, Nepal

Kaligandaka, Nepal, rafting

Gumowym łodziom przybijającym do brzegu uważnie przypatrywał się sadhu, święty mąż, pustelnik, który wyzbył się doczesnych dóbr i popędów, szukając wyzwolenia. Kątem oka (siedział bowiem bokiem do rzeki) zerkał też na nie srebrzystoniebieski Śiwa, jeden z najważniejszych bogów hinduskiego panteonu. Rzeźba bóstwa naturalnej wielkości stała tu, bo w tym miejscu do Kaligandaki - jednej z trzech głównych rzek Nepalu - wpadał dopływ Modi Khola. Wszystkie te rzeki ostatecznie skończą w najświętszym Gangesie, same więc też są święte.

 

 

 

 

 

Przybiliśmy do niewielkiej plaży, na której mieliśmy spędzić najbliższą noc. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki, zmarznięci i zmęczeni. Ale podekscytowani, bo właśnie kończył się pierwszy z trzech dni, które spędzaliśmy na raftingu - spływie rwącą, górską rzeką.

 

Sadhu, hinduistyczny pustelnik, dostaje od nas kubek

gorącego rosołu i siatkę z resztkami ze śniadania.

Nasi kibice - nie tylko sępy

Nepalki pozdrawiały nas z brzegu, w przeciwieństwie do kormoranów i małp, które przyglądały nam się jedynie z milczącym zainteresowaniem.

Pod okiem sępów

Moja przygoda z raftingiem zaczęła się kilka godzin wcześniej. Nasza grupa skończyła właśnie pięciodniowy trekking w okolicach Annapurny. Z mięśniami obolałymi od łażenia po górach zeszliśmy do drogi, z której zabrał nas autobus - kolorowy jak z narkotykowych wizji Johna Lennona (przypuszczam, że gdyby wpadł do wody, momentalnie zmieniłby się w żółtą łódź podwodną).

Po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy na miejsce. Tu Kaligandaki płynie na odcinku około kilometra prosto przez dolinę. Widać po niej wprawdzie, że jest górską rzeką, woda faluje, zdradzając szybki nurt, ale żadnych przełomów nie ma. Autobus zjeżdża z drogi. Na długiej na kilkaset metrów półce z kamienną skarpą, prowadzącą do wody, przechadzają się niespiesznym krokiem dwa sępy - ścierwniki białe. Nasza obecność ich nie peszy, odlatują po prostu 50 m dalej i przyglądają nam się z zainteresowaniem. Po drugiej stronie drogi wznosi się pionowa ściana o wysokości jakichś 100 m. Na pojedynczych drzewkach sterczących z urwiska siedzą kolejni padlinożercy. I patrzą. Brrr...

W tym miejscu z pewnością często zaczynają się spływy raftingowe. Czy te sępy wiedzą o czymś, o czym my nie wiemy? Czyżby niektóre spływy również tu się kończyły?

Nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Z dachu autobusu spadają na ziemię nasze plecaki i pakunki ekipy raftingowej. - Pompujemy tratwy i przepakowujemy ciuchy - zarządza Maila, jeden z Nepalczyków, którzy przeprowadzą nas przez progi rzeczne i bystrza Kaligandaki. - Na pontonach nie ma miejsca, weźcie więc ze sobą tylko rzeczy niezbędne. Reszta wróci do waszego hotelu - wyjaśnia.

Dostajemy po jednym wodoszczelnym worku na dwie osoby. To naprawdę niewiele. Dwa porządne ręczniki i worek jest już prawie pełny. Ja w dodatku solidnie się w górach przeziębiłem, więc chcę zabrać coś cieplejszego. Mam dostać zapalenia płuc pośrodku nepalskiej dziczy? To ja już poproszę sępy.

Kapok, kask i pagaj

Kaligandaka, Nepal, raftingWszystko zajmuje nam dobrą godzinę, zwłaszcza, że na hasło: "Kto chce machać pompką przy pontonach?", wszyscy nagle zanurzają głowy w workach albo podziwiają górski krajobraz. W końcu jednak tratwy lądują na wodzie, a nasze worki w środku, przywiązane ciasno linami i pasami. Jeszcze szybki posiłek i gotujemy się do spływu.

Każdy z pontonów pomieści osiem osób i przewodnika. Gumowe łodzie są duże i ciężkie, zwłaszcza kiedy wypełniamy je naszymi bagażami. Jak mamy tym sterować? Tym bardziej że żadne z nas nie będzie wiedziało, którędy należy płynąć.

Podczas szkolenia wszystko staje się jasne. To Shankar będzie sterował naszą tratwą, wydając nam polecenia - np. kiedy usłyszymy "all forward", mamy mielić wodę wiosłami jak opętani; na komendę "right back" ludzie na prawej burcie odpychają się pagajami do tyłu, zaś ci po lewej stronie nie przerywają wiosłowania do przodu i tak dalej (wszystkie komendy na poprzedniej stonie). Mówiąc krótko - zostajemy zredukowani z wartościowych dolarowych turystów do galerników.

No i sprzęt - historie o piankowych kombinezonach, dzięki którym nie zmarzniemy w wodzie, okazują się funta kłaków warte. Zamiast tego dostajemy ortalionowe kubraczki (śmierdzące wszystkimi poprzednimi klientami), kapoki i kaski. Oraz wiosło - oczywiście. Plastikowy pagaj, który przez najbliższe trzy dni będzie naszym atrybutem, naszą bronią, naszym jedynym sensem istnienia.

Początek spływu: rzeka ma moc!

Kaligandaka, Nepal, rafting

Pontony są trzy - do dwóch ładuje się cała grupa. Trzeci jest kuchenny, mieści się w nim nasze zaopatrzenie. Co ciekawe, podróżuje bez galerników, jedynym jego pasażerem i władcą zarazem jest Gopal, kompletny wariat nieustannie wyszczerzony w uśmiechu, którego angielszczyzna ogranicza się do gromkiego "whazzzup!", wykrzykiwanego co chwilę w naszą stronę.

Czas ruszać. Koło nas przepływają dwaj chłopcy na wielkiej dętce od ciężarówki albo traktora. Rafting a la autochtoni. Siadam z przodu pontonu, bo ponoć najfajniej. Odbijamy od brzegu i ruszamy w nieznane. Sępy wiodą za nami wzrokiem, aż znikamy za zakolem.

Jest w tej rzece moc, której nie widać z brzegu czy z mostu. Stamtąd to po prostu ciągnący się w dal pasek przypominający trochę oglądany pod lupą materiał dżinsowy. Kiedy siedzę w pontonie i rozglądam się wokoło, zaczynam dostrzegać, gdzie w tym nurcie kryją się niewidoczne, ale potężne głazy. Obserwuję tony wody, przewalające się nad nieokreślonymi przeszkodami. Patrzę, jak rzeka pulsuje, jak jej powierzchnia się wybrzusza i zapada tu i ówdzie, niczym brzuch bohatera filmu fantastycznego klasy B, któremu obcy wniknął pod skórę. I szumi, nieustannie, nieubłaganie, groźnie szumi, choć przecież jeszcze nie zbliżyliśmy się nawet do żadnego progu.

Pierwszy próg

Aż wreszcie jest. Mały Brat, bo tak się nazywa pierwszy próg, przez który będziemy się przeprawiać, czyha za rogiem. Jeszcze go nie widzimy, ale z daleka dobiega łoskot, jakby pomruk siedzącego gdzieś w tych głębinach potwora.

Nagle wszystko na łodzi staje się szybsze, intensywniejsze, bardziej napięte. Shankar wykrzykuje komendę za komendą. Usiłujemy je wypełniać, ale wyglądamy jak oddział żandarmów z filmów de Funesa. Wiosła zderzają się w powietrzu, mój łokieć rąbie siedzącego za mną Piotra w szczękę, czyjś pagaj wplątuje się w pasy, inny ledwo się prześlizguje po wodzie, zderzając z piórem koleżanki. Chaos, bałagan, rozpierducha. Wierzyć się nie chce, ale Shankar patrzy na to wszystko ze spokojem, jakbyśmy wiosłowali dokładnie tak, jak on sobie życzy! A przecież już widzimy Małego Brata - pomiędzy sterczącymi z nurtu skałami pieni się żywioł. Zbliżamy się do progu coraz szybciej, ponton przyspiesza na bystrzu i gna w stronę kipieli. Jakimś cudem łódź obraca się ku wirom dziobem i wbija w fale. Już wiem, dlaczego siedzenie z przodu ma być najfajniejsze. Jedna z fal z potężnym rozbryzgiem przelewa się nad burtą tratwy. Zderzam się ze ścianą wody i w ułamku sekundy jestem przemoczony do cna. Odwracam się. Siedzący pół metra za mną Piotrek szczerzy zęby w uśmiechu. Jest suchutki!

Grupa japońskich rafterów straciła jeden ponton już na drugim progu, znanym jako Wielki Brat. Mimo to udało im się kontynuować spływ i przez następne dwa dni mijaliśmy się podczas postojów.

Byle do przodu

Nie mogę jednak się gapić na współpasażerów, bo Shankar krzyczy nagle: "All back!". Zaczynamy z całych sił wiosłować do tyłu, żeby nie skończyć na skałach. Wreszcie nasza łódź wygrzebuje się z topieli i wypływa na spokojne wody. Zerkamy po sobie z głupawymi uśmieszkami.

Następnym progiem jest Wielki Brat. Pośrodku bystrza stoi wielki głaz, a woda gna tu tak szybko, że nie będziemy się przeprawiać. Wyjdziemy na brzeg i przeciągniemy pontony na linach. Mnie wydaje się to nadmierną ostrożnością. Do czasu. Najpierw jeden z towarzyszących nam kajakarzy górskich, doświadczony Kanadyjczyk, rozbija głowę na jakimś kamieniu. Chwilę później grupa płynących za nami rafterów z Japonii traci kontrolę nad spławianym pontonem. Twarda jak plastik guma rozdziera się na kamieniu, sflaczała tratwa nie tonie tylko dlatego, że osiada na skałach. Nam udaje się przejść próg bez ofiar w ludziach i łodziach.

Do końca dnia zaliczamy jeszcze kilka przełomów. Na każdym uderzenie wody przyjmujmy na klatę albo ja, albo siedzący z przodu na lewej burcie Irek. Na każdym machamy wiosłami bez ładu i składu. I przez każdy jakoś udaje nam się przepłynąć.

Wreszcie dobijamy do plaży z Śiwą i pustelnikiem. Rozbijamy namioty na piasku i nocujemy.

Obiad z pustelnikiem

Figury Śiwy znaczą miejsca, w których do Kaligandaki wpływają inne rzeki. Wszystkie bowiem skończą w Gangesie i są święte.

Nazajutrz o świcie jemy śniadanie w towarzystwie eremity. Sadhu przychodzi do nas na kubek gorącego rosołu. Uśmiecha się dziwnie, w jego oczach czai się jakieś szaleństwo. Może nieszkodliwe, ale nie czułbym się pewnie, gdybym został z nim na tej plaży sam na sam. W końcu nasi przewodnicy wrzucają mu resztki jedzenia do worka i facet wycofuje się do swojej pustelni pod wiszącą skałą.

Posiłek na biwaku ściąga nas wszystkich do stołu. Niby pełny Wersal, ale jeśli ktoś spóźni się choćby minutę, będzie jadł resztki.

Kąpiel w wodospadzie

 My zaś ruszamy dalej w dół rzeki. Dziś emocje trochę już opadły, jest więc czas rozejrzeć się po okolicy. Kaligandaki przebija się przez te góry jak atomowy lodołamacz "Lenin" przez Morze Barentsa. Po obu stronach rzeki strome urwiska wznoszą się na kilkaset metrów w górę. Tu i ówdzie zamiast urwiska jest łagodne zejście, które prześliczne Nepalki z okolicznych wiosek wykorzystują, by zrobić pranie. Czasem nad rzeką przerzucony jest wiszący most, jakich w tym kraju tysiące. Ale najbardziej zdumiewa liczba wpadających do rzeki potoków, strumieni i rzek. Są ich setki. Co kilkadziesiąt, czasem nawet co kilka metrów widać strugę wody wbijającą się z impetem w Kaligandaki.

Nagle na horyzoncie pojawia się strumień spadający z wysokiej na kilkadziesiąt metrów skały. Szatański uśmiech na twarzy Shankara świadczy, że nie przepłyniemy bokiem. Nam właściwie jest wszystko jedno. Na kilku poprzednich progach zdążyliśmy już zupełnie przemoknąć. Dzień jest pochmurny, więc wszyscy też zmarzliśmy. - Może nasikamy do pontonu, będzie przez chwilę cieplej - rzuciła parę minut temu któraś z dziewczyn.

 

 

 

Zbliżamy się do kaskady. Woda stuka w gumę, wybijając staccato jak pepesza. Wreszcie wpływamy pod ten gigantyczny prysznic. Huk wodospadu bijącego w kaski wyzwala emocje. Ktoś krzyczy, ktoś głośno się śmieje, ktoś jest bliski płaczu. Unoszę wiosło w górę, czuję się, jakbym czerpał z tej kaskady jakąś magiczną moc.

 

Spadająca z kilkudziesięciu metrów woda wywołuje w nas silniejsze emocje niż prysznic w Hitchcockowskiej "Psychozie". Ktoś krzyczy, ktoś prawie płacze, ktoś cieszy się jak dziecko.

 

 

 

 


KONKURS:

 

Sens życia nad Kaligandaki

Noc spędzamy na kolejnej plaży. I znów mamy gości - za chłopakami, którzy skoczyli do pobliskiej wioski po piwo, przywlokła się trójka miejscowych dzieci. Najstarsze z nich, na oko 14-letni chłopiec, wykorzystuje okazję, by podszkolić angielski. Na swą ofiarę wybiera mnie. - Mister, a jak się nazywa polski premier? Mister, a czy wiesz, jak się nazywa nepalski premier?

Trwa to chyba z godzinę. Wytrzymuję jeszcze pytania o sens życia i o to, co w życiu najważniejsze, ale kiedy chłopak zadaje 148. pytanie - czy hodujemy w Polsce bawoły i jak wielkie jest moje stado, moja cierpliwość się kończy i odsyłam młodego do jego bawołów.

Uwaga, odwój!

Kaligandaka, Nepal, rafting

- Dziś będzie mało progów. Większość trasy prowadzić będzie przez sztuczny zbiornik, utworzony dzięki zaporze. Tam woda jest już spokojniejsza i musimy sporo wiosłować - mówi rankiem Maila. Dzień trzeci zapowiada się więc spokojnie i nudno. Ale oznacza to tylko tyle, że stoi obok z miną niewiniątka i zawzięcie knuje, jak by się tu rozerwać.

I udaje mu się. Najpierw, na jednym z progów, wpadamy do tzw. odwoju, czyli miejsca, w którym woda po spadku z progu "odwija się" i wraca w górę rzeki. W zależności od głębokości odwoju takie miejsce należy do najniebezpieczniejszych przeszkód na górskiej rzece. Po raz pierwszy w ciągu tych trzech dni pada komenda: "All down!". Zsuwamy się z burty do wnętrza pontonu i chwytamy lin. W ułamku sekundy tracę orientację. Pociesza mnie tylko to, że ja jej mieć nie muszę.

Jestem tylko galernikiem, to nasz przewodnik powinien wiedzieć, dokąd płyniemy. Żywioł kotłuje się pod nami, wokół nas, nawet nad nami. Fale, jedna za drugą, przelewają się przez tratwę. Huk wody przytłacza, ledwo słychać polecenia Shankara. Aż wreszcie dociera do nas krzyk: "Forward". Z powrotem siadamy na burtach i mlemy wodę pagajami, by wyrwać się z tego cyklonu. Shankar nadaje tempo, choć przez ostatnie dni zdążyliśmy się już zgrać i teraz machamy aż miło. Chyba tylko dzięki temu udaje nam się wyrwać ponton ze stalowego uścisku odwoju.

Akcja ratunkowa plus rafting dla leniwych

Kaligandaka, Nepal, raftingNiedługo potem, kiedy przepływamy koło stromej skarpy na lewym brzegu, Shankar dostrzega coś na jej zboczu.

W dół stoku turla się jakiś kształt. Szybko się orientujemy, że to człowiek, ale na początku nie wiemy, czy żyje. Wreszcie zatrzymuje się na jakiejś kępce trawy. Dopiero teraz widzimy, że żyje, nie wiadomo jednak, czy jest świadomy. Ciało, zapewne miejscowego wieśniaka, kołysze się dosłownie na samej krawędzi kilkumetrowej przepaści. Dalej nie ma już nic - jeśli przekręci się choćby o kilka centymetrów, runie w dół, prosto do rzeki. A wtedy będzie po nim - akurat w tym miejscu rzeka jest głęboka, prąd jest wciąż bardzo szybki, w dodatku w mętnej wodzie ciało momentalnie zniknie i będzie nie do odnalezienia. Zamieramy z przerażenia. Tylko nasi Nepalczycy nie tracą zimnej krwi. Ponton Maili podpływa do brzegu w miejscu, gdzie skarpa umożliwi mu wyjście. Tymczasem Shankar każe nam przewiosłować na drugą stronę rzeki. Całe zbocze znajdzie sie w zasięgu wzroku, będziemy mogli w ten sposób kierować Mailą, żeby wiedział, dokąd i którędy iść. Przewodnik chwyta linę i rusza do zawieszonego na krawędzi mężczyzny. Następna minuta składa się z najdłuższych 60 sekund w moim życiu. Z przerażeniem patrzymy na kiwające się ciało. Najgorsze jest to, że facet chyba odzyskał przytomność i chce wstać, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, gdzie jest. Czy Maila zdąży? Zaciskamy pięści i zagryzamy wargi, bojąc się choćby odetchnąć, jakby podmuch z naszych ust mógł strącić gościa w przepaść. Zdążył! Chwyta mężczyznę wpół i wyprowadza kilkanaście metrów wyżej, gdzie skarpa jest mniej stroma, a drzewa dają oparcie. Kiedy wraca do pontonu, wyjaśnia nam, że to atak epilepsji omal nie zabił wieśniaka.

Nasza podróż z nurtem trwa jeszcze kilka godzin, bo górska rzeka w pewnym momencie się uspokaja, robi się powolna i rozlazła jak Wisła na Żuławach. To efekt potężnej zapory, która stoi kilka kilometrów dalej. Przy tamie dobijamy do brzegu i pakujemy się do autobusu. Bohaterowie są zmęczeni.

Cała naprzód, czyli raftingowy słowniczek

 Komendy

Forward albo all forward - wszyscy wiosłują do przodu, mocnymi, równymi pociągnięciami wiosła.

Right (left) back - prawa (lewa) strona wiosłuje w tył, druga burta wciąż odpycha się do przodu.

All back - wszyscy wiosłują w tył.

Stop - przerywamy wiosłowanie.

Hold on tight - wszyscy przestają wiosłować, pochylają się ku środkowi łodzi i chwytają mocno liny burtowej.

All in albo all down - wszyscy zsuwają się z burt do środka łodzi i chwytają tak mocno, jak się da.

 

Co może cię spotkać na górskiej rzece (na podst. BystrzeWiki) :

Próg - naturalna lub sztuczna przeszkoda, z której woda zsuwa się w dół z impetem;

Bystrze - miejsce, w którym nurt rzeki wyraźnie przyspiesza, np. w wyniku zwężenia jej koryta, płytszego miejsca albo po prostu nachylenia terenu;

Odwój - przeszkoda tworząca się za progiem; woda formuje się tam w kształt walca, kręcącego się w górę rzeki; jedna z najniebezpieczniejszych przeszkód na rzece!

Cofka - miejsce za przeszkodą terenową (np. dużym kamieniem), gdzie woda stoi w miejscu albo wręcz zawraca w górę rzeki;

Chyżka - granica pomiędzy bystrzem a cofką.

Gdzie na rafting?

Gdzie na rafting

Rafting uprawia się wszędzie tam, gdzie są fajne górskie rzeki. W Nepalu spływa się m.in. Kaligandaki, Seti i Trishuli. Świetną porą roku na takie rozrywki jest tam listopad (wtedy byłem ja), bo to już po porze deszczowej, kiedy rzeki robią się niebezpieczne. W Europie najlepiej wybrać się, oczywiście, w Alpy. Szwajcaria, Francja, Włochy, Austria - każde z tych państw ma swoje raftingowe spoty. Oprócz tego na spływ górskimi rzekami można się też umawiać w Szkocji, Hiszpanii, Chorwacji i Bośni. Dziesiątki tras są w USA (nie tylko w Górach Skalistych) i Kanadzie, a także w RPA, Peru, Chile i Ekwadorze. Poziom trudności oceniany jest w skali 1-6.

Ciekawe progi zaczynają się od 3-4 stopnia, stopień 6. oznacza niespływny próg, np. wodospad!

 

Tekst: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia:  Ireneusz Blicharski, Mikołaj Kirschke (montaż)

Dziękujemy firmie Yetico SA za pomoc w realizacji materiału.

Infografika: Wawrzyniec Święcicki

Więcej o: