Mont Ventoux: rowerem na Golgotę

Po raz pierwszy słynna z Tour de France góra Ventoux śniła mi się w nocy przed atakiem na szczyt. Widziałem w słońcu jej łysą czaszkę z księżycowym krajobrazem i wieżą meteo na czubku. Moja golgota.
Zdobyłem ją. Tydzień po mnie (w 2009 roku) swoje pierwsze w zawodowej karierze zwycięstwo odniósł na Ventoux najlepszy polski kolarz Sylwester Szmyd.

Koszmar zaczął sie w nocy

Ventoux , Tour de France , rowery

We śnie jechaliśmy wymordowani, a do szczytu wciąż było tyle samo kilometrów. Mijaliśmy te same krzaki, te same drzewa, te same słupki z napisem "nachylenie 12 procent". Krzyczeliśmy do siebie, że nie dajemy rady, ktoś dramatycznie apelował, by spróbować jeszcze do tamtego drzewa, a to było to samo cholerne drzewo, co wcześniej. Zobaczyłem kroplę, która spada z mojego nosa i rozpryskuje się na ramie roweru - krystalicznie czysty obraz jak w HD. Dogoniliśmy grupę kolarzy, którzy wyglądali gorzej niż my. Jechali jak Tom Simpson, śmiertelna ofiara góry, wężykiem, chwiejąc się, zataczając. Zaczęliśmy ich wyprzedzać, gdy jeden z nich spojrzał na mnie - to byłem ja, tylko 10 lat starszy.

Obudziłem się o czwartej rano w naszym pokoju w hoteliku La Garance. Dwie godziny się wierciłem w łóżku i myślałem gorączkowo: "Żeby wypruć sobie żyły, muszę zasnąć, muszę się wyspać. Nie wjadę po nieprzespanej nocy i karafce lokalnego wina do kolacji". Nie wjedziecie, nie ma szans - słyszeliśmy w Warszawie od kilku ludzi obeznanych z kolarstwem, gdy się dowiedzieli, co zamierzamy.

Mont Ventoux i Tour de France

Słabli na niej najlepsi kolarze w historii wyścigu, oni też zwyciężali: Raymond Poulidor, Eddy Merckx, Marco Pantani, Richard Virenque... Do dziś "gigant z Prowansji" budzi w peletonie strach.

W 1955 r. Jean Mallejac po wjechaniu na szczyt zwyczajnie spadł z roweru. Doznał udaru słonecznego. Ale to było tylko preludium do tragicznego wydarzenia, do którego doszło 12 lat później. Brytyjczyk Tom Simpson podczas etapu prowadzącego z Marsylii i Carpentras próbował za wszelką cenę dogonić dwóch uciekinierów Poulidora i Julio Jimeneza. Gdy wjechał na ostatni, sześciokilometrowy odcinek, temperatura wynosiła ponad 40 stopni i nigdzie nie było skrawka cienia. Simpson jechał całą szerokością drogi, od czasu do czasu stawał na pedały, wreszcie na kilometr, półtora przed metą stoczył się na bok. Pierwszej pomocy udzielali mu kibice. Helikopterem został odwieziony do szpitala. Zmarł jeszcze tego samego dnia. W kieszonce jego koszulki znaleziono ampułki z amfetaminą. W 1970 r. Eddy Merckx zasłabł kilka minut po zwycięstwie. Całkiem niedawno w 2004 r. Richard Virenque, chowając się w cieniu stacji meteorologicznej, kilkanaście minut dochodził do siebie po samotnym finiszu. Na dekorację doczłapał się z opóźnieniem.

- Wszyscy znają Ventoux, ale zawsze ciężko na nią wjechać - mówi Amerykanin Lance Armstrong, siedmiokrotny zwycięzca Tour de France.

Mont Ventoux często znajduje się na trasie czerwcowego Dauphiné Libéré (to właśnie w tym wyścigu, na tej górze, odniósł 11 czerwca 2009 roku swój pierwszy zawodowy triumf polski kolarz Sylwester Szmyd).

Organizowanych jest tu też wiele amatorskich zawodów. Pierwszy miał miejsce w 1908 r. Wygrał go miejscowy rzeźnik Jacques Gabriel.

Rekordy? Iban Mayo wjechał z Bédoin na szczyt w 55 minut. W 1987 r. Jean-François Bernard pokonał trasę z Carpentras przez Bédoin na szczyt - w sumie 36 km - w niewiarygodnym czasie: 1 godzina i 19 minut.

Przyda się reanimator

 Poprzedniego dnia jechałem z fotoreporterem Kubą Atysem samochodem z Mediolanu do hotelu i góra towarzyszyła nam przez ostatnich 60 km, aż wreszcie zatrzymaliśmy się pod Bédoin, aby w spokoju napatrzyć się na to, co nas czeka następnego ranka.

Mont Ventoux wznosiła się majestatycznie z płaskiego terenu wokół Luberon, na dole gęsto zalesiona, a gdzieś na wysokości 1300-1400 m przemieniona w stertę kamieni, zupełnie jakby dziecko gigant usypało sobie z kamyczków kopiec wysoki na 1910 m. Tak to wyglądało z daleka, z odległości 30 km. Z bliska jest gorzej - obszerny szczyt góry Ventoux przypomina kamienną pustynię, z kępkami niewyrośniętej trawy, szarpanej porywistym wiatrem. Mówią, że nazwa Ventoux pochodzi od wiatru (venteux znaczy wietrzny po francusku), co by się zgadzało, bo przez 354 dni w roku na szczycie porywy wiatru przewracają autobusy, w czasie mistralu zanotowano nawet 320 km/godz., a dojazd jest często zamykany z powodu huraganów.

Dziwne, ale to nieprawda. Nazwa góry pochodzi od widocznego ze wszystkich stron, z wielu kilometrów znaku - białego szczytu (po celtycku Ven Top), w zimie ośnieżonego, latem oślepiająco oświetlonego przez słońce (ewentualnie od Vintura, czyli galijskiego boga gór).

Cały czas piszę "my", bo nas, wariatów z działu sportowego "Gazety Wyborczej", było trzech. Miał też jechać Czesław Lang, organizator Tour de Pologne, niegdyś słynny kolarz zawodowy, który od razu przypomniał sobie, jak to było, gdy pierwszy raz zaliczył golgotę. Jechał jako amator z zawodowcami i po prostu im uciekł.

Miał jechać, ale dwa dni przed wylotem zmarł legendarny zwycięzca Wyścigu Pokoju z 1956 r. Stanisław Królak, więc Czesław - wielki animator kolarstwa w Polsce i przyjaciel Królaka - postanowił jednak zostać w Warszawie. Obiecałem zdać mu szczegółową relację po powrocie.

Ventoux: przerażająca góra

Przemek Iwańczyk tak się zapalił do wyzwania, że korzystał z rad Andrzeja Piątka, trenera srebrnej medalistki z ostatnich igrzysk w Pekinie Mai Włoszczowskiej, pojechał na trening z kadrą pod Nałęczów, trzymał się kolarskiej diety i dziennie na rowerze spalał kwintyliardy kalorii.

Olo Kwiatkowski, spec od kolarstwa w "Gazecie", na jednym treningu potrafił wjechać 16 razy pod górę na warszawskiej Agrykoli (400 metrów wjazdu, 8 proc. nachylenia).

Ja, Radek Leniarski, lat 45, kolarz amator trochę z musu po zerwaniu i rekonstrukcji więzadła krzyżowego. W tym sezonie przyjechałem sześć razy z domu do pracy na rowerze, co w obie strony daje 52 km. Ale podczas rehabilitacji spędziłem wiele godzin na siłowni, gdzie doszedłem do niezłej wprawy w jeździe na stacjonarnym rowerku.

Wątpliwości mieliśmy, oczywiście, wszyscy, w tym dr Robert Śmigielski z Carolina Medical Center, który onegdaj był lekarzem triatlonistów, znał teren i stwierdził, że potrzebny będzie nam lekarz, najlepiej specjalista od reanimacji. Dlaczego? Bo Ventoux, choć nie jest najwyższa ani na świecie, ani nawet na trasach Tour de France, ma coś, co ją wyróżnia z tłumu gór - przewyższenie. Nie ma na trasie najsłynniejszego kolarskiego wyścigu świata wjazdu, który zaczynałby się na wysokości 290 m, a kończył na 1912 m. Wszystko na odcinku krótszym niż 22 km.

Są tam miejsca z podjazdem po stoku z 12-procentowym nachyleniem, i nie mówię tu o 100-metrowych odcinkach. Są długie na kilometr proste o stałym nachyleniu 10 proc., zmora kolarza. Są zakręty, na których nachylenie sięga 14 proc. Ani chwili odpoczynku. Płasko, czy choćby bardziej płasko, nie robi się nawet na moment. Kto bierze sobie za punkt honoru wjazd bez zatrzymania, cierpi z wysiłku, płacze z bólu, klnie, że wpadł na pomysł, aby tu przyjechać.

Simpson, Armstrong, Poli, ja

Ventoux , Tour de France , rowery

Wspominałem wcześniej o Simpsonie. W Tour de France w 1967 r. Brytyjski kolarz był już prawie na szczycie, ale nie wytrzymało serce odwodnionego, przegrzanego, wyczerpanego organizmu, nafaszerowanego amfetaminą, otumanionego alkoholem. Czesław twierdzi, że Simpsona załatwili kibice. Facet słaniał się na rowerze, spadał z niego, ale jechał w szpalerze kibiców i zawsze się znalazło dziesięciu takich, którzy mu pomogli, wyprostowali go, popchnęli, aż pękł całkiem i umarł. Widział już szczyt, zabrakło mu dwóch zakrętów, może 1500 m. Dziś tam stoi jego pomnik.

Ja starałem się nie myśleć o Tomie Simpsonie i wiem, że inni z naszej grupki też nie chcieli o nim myśleć.

Wolałem myśleć o Lansie Armstrongu, który w 2000 r. gonił pod górę Marca Pantaniego, wielkiego górala. Dopadł go w okolicy miejsca śmierci Simpsona. Razem wjechali na szczyt, a na ostatnich 15 metrach Amerykanin puścił Włocha przodem, dał mu wygrać. Widziałem to wiele razy na Eurosporcie, który pokazuje Tour de France.

Atak Lance Armstronga na Mt. Ventoux w 2000r.

Wolałem myśleć o Erosie Polim, włoskim olbrzymie - 193 cm wzrostu, 87 kg wagi, który tak daleko uciekł rywalom na długim etapie z Montpellier, że choć na podjeździe na Ventoux stracił 20 minut, linię mety w Carpentras, już po zjeździe z góry, minął jako pierwszy.

Ale żaden z naszej trójki nie spodziewał się, że będzie aż tak trudno.

Tyler daje parę

 Na początku ciężko jest tylko psychicznie - dlatego że szczyt góry jest wciąż obecny, przytłaczający i jednocześnie odległy jak pozaziemska cywilizacja. Bo na początku jedzie się lekko, zwłaszcza na wypożyczonych od Jeana Michela z Velo France Location w Bédoin rowerach z włókien karbonowych. Tam rusza się na najbardziej klasyczną trasę wjazdu na Ventoux.

Dramaty zaczynają się po minięciu St. Colombe, wioski tuż za Bédoin.

Kiedy wjeżdża się w las, droga się prostuje. Na końcach długich odcinków są tak strome zakręty - jak agrafka Świętej Esteve - że rozum nie chce wierzyć oczom, że w ogóle może istnieć tak nachylona droga. Tętno łupie w głowie i w piersiach, a za każdym razem się okazuje, że jednak da się podjechać. Potem z Przemkiem wspominaliśmy naszą niezależną taktykę - nie patrzeć przed siebie, perspektywa ma sięgać najwyżej 50 m. Lepiej nie spoglądać ku szczytowi, który wisi wciąż nieosiągalnie wysoko, i nie przyglądać się stromiźnie zakrętów.

Przyznam, że mnie moc dała muzyka. Moja córka Zuzia nagrała na iPoda (na wszelki wypadek) cztery godziny potężnych kawałków. Dzięki nim stawałem na pedały tylko wtedy, kiedy chciałem dać chwilę wytchnienia obolałym pupie i plecom. Leciały "Paper Planes (Slumdog Millionaire)" M.I.A. i utwory Aerosmith.

W końcu przyszedł moment, kiedy nie pomogły ani muzyka, ani woda, którą wymuszałem na fotoreporterze Kubie. Było to tuż za pomnikiem Simpsona, tam gdzie Brytyjczyk miał według legendy wymamrotać swoje: - Posadźcie mnie z powrotem na rowerze! Po prostu powiedziałem Kubie, że dalej nie dam rady.

Nie mam pojęcia, co wciągnęło mnie na górę. To już na pewno nie byłem ja, ale chamska, brutalna siła, która, być może, jest w każdym, kto przekroczy pewną granicę wytrzymałości organizmu. Taki człowiek niczego nie już kojarzy, ale nadal walczy.

Ostatnie metry: adrenalina dodaje sił

Być może pomogło mi to, że kiedyś, 25 lat temu, trenowałem wyczynowo i intensywnie kajakarstwo. Takie treningi uczą braku szacunku dla wysiłku, który przecież zawsze jest chwilowy.

W każdym razie tego kilkusetmetrowego odcinka nie pamiętam. Pamiętam ostatnich 200 m, pod zabójczym zresztą kątem.

To właśnie w tym miejscu omal nie zwymiotował Sylwester Szmyd, gdy wygrywał etap na Ventoux w wyścigu Dauphiné Libéré. Tydzień po naszym wjeździe. Po prostu odcięło mu instalację napędzającą, tak jak wielu, wielu innym. Stanął, ale potem powiedział sobie: "Sylwas, tak nie można, musisz dojechać!". Dogonił Alejandra Valverde na ostatniej agrafce, przemknął obok niego jak strzała i wygrał.

Sylwester Szmyd wygrywa na Mont Ventoux

Ja jakoś odzyskałem widzenie, odzyskałem też słuch, ale przytłumiony. Raz widziałem kierownicę roweru, czyli byłem sobą, a raz widziałem męczącego się kolarza, jak z tego snu na początku. Jakbym zmieniał perspektywę, jakbym towarzyszył sobie z zewnątrz. Słyszałem się, słyszałem dziwny, cykliczny hałas, ale nie słyszałem ludzi, którzy klaskali i dopingowali do ostatniego wysiłku. Krzyczałem do siebie, ale były to dźwięki - dość przerażające - a nie słowa. Kropla, która zawisła na szkle okularów, była tak denerwująca...

Kiedy skręca się w prawo, w tę ostatnią, niemal pionową agrafkę, siły nagle znów się pojawiają. Wtedy po raz pierwszy wstałem z siodełka nie po to, aby sobie poprawić te piekielne majtasy, ale dlatego żeby dokończyć, aby minąć linię mety, która wreszcie była oddalona tylko o kilkanaście metrów.

Wrażenie, że jest prosto, że nie trzeba jechać pod górę, ba, że rower sam jedzie, to ulga i zdziwienie. Widziałem tę ulgę i u Przemka, i u Ola. Obaj na ostatnich metrach wstali na pedały z nagłym dopływem krwi i adrenaliny do serca i mózgu. Sam pewnie też tak musiałem wyglądać.

Pokonał raka, pokonał górę

 Tego dnia, w środę, na Ventoux wjeżdżało kilkaset osób w różnym wieku, o różnym stopniu zaawansowania. Widzieliśmy osoby pod siedemdziesiątkę i dzieci na małych rowerach górskich, z rodzicami, kolarzy zawodowych pracujących jak lokomotywy i turystów w kapeluszach słomkowych na składakach z 21 biegami, widzieliśmy chudzielców i grubasów. Łączyło ich jedno - meta. Na szczycie wszyscy zachowywaliśmy się podobnie - pięść w górę, rower w górę, szczęście w oczach, buzowanie endorfin, gratulowanie partnerom, często przypadkowym, wspólne zdjęcie z właśnie poznanym towarzyszem wysiłku. Olo finiszował jak wściekły, obcy ludzie go dopingowali. Przemek Iwańczyk klepał po plecach 52-letniego Holendra, z którym się męczył przez ostatnich 10 km i który dodatkowo spełnił w tym momencie coś w rodzaju ślubu.

Obiecał sobie, że jak zwalczy raka, to jak Lance Armstrong wjedzie na Ventoux.

 

Wynajęcie roweru

 W samym Bédoin dostępne są trzy sklepy oferujące rowery do wynajęcia. Ceny we wszystkich są podobne, nie jest niestety tanio. Ważący 8 kg rower karbonowy, który wypożyczyliśmy na jeden dzień, kosztował nas 40 euro. Tańszy był rower aluminiowy: 35 euro za dobę. Jeśli chcemy pojeździć tylko pół dnia, zapłacimy 10 euro mniej. W ofercie dostępne są też rowery górskie. Uwaga! Jeśli ktoś ma buty SPD, nie trzeba wozić ze sobą własnych pedałów, w magazynie mamy pełny wybór. W sezonie lepiej zarezerwować rower wcześniej. Oferta dużego sklepu w centrum Bédoin jest dostępna pod adresem: bedoin-location.fr.

W obu obsługa jest profesjonalna, współwłaściciel pierwszego z nich mówi po angielsku.

Jak przygotować się na Mt Ventoux

 Jeśli robicie to poważnie, to guru kolarstwa twierdzą, że podczas przygotowań trzeba odmówić sobie seksu. Kolarze żyją w celibacie już trzy miesiące przed najważniejszą imprezą w sezonie. Sorry.

Warto przeprowadzić badania wydolnościowe, na przykład w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej w Warszawie.

Następnie poprosić trenera kolarstwa o wyznaczenie treningu. Zrobi to na podstawie wyników badań - według wyznaczonych progów tlenowo-beztlenowych, poziomów kwasu mlekowego itp. Wtedy trenując, trzeba jednocześnie mierzyć tętno.

Jeśli je masz, to w zależności od zaawansowania możesz przeprowadzać treningi według procentu tętna maksymalnego - aby zwiększyć wydolność, trzeba przejechać kilkanaście dłuższych, co najmniej godzinnych treningów, najlepiej dwugodzinnych, stopniowo zwiększając intensywność, stosując interwały, czyli jeździć z wyższym tętnem na przemian z odcinkami odpoczynku. Ćwiczenia nie muszą być monotonne - cenne jest spróbowanie się z jakąś okoliczną górą.

Jednemu z nas trener wyznaczył następujący trening:

Czas trwania - miesiąc.

Trening podstawowy, codzienny: 1,5-2 godz. przy tętnie 130-135.

Daje to około 30-40 km jazdy, u bardziej zaawansowanych nawet więcej.

Trening podstawowy przeplatany jest jazdą ciągłą 0,5 godz. przy tętnie 130-135, a następnie kilkoma minutowymi odcinkami na 90 procent tętna maksymalnego. Przerwa na tyle długa, aby tętno obniżyło się do 100. Liczba odcinków się zwiększała - od pięciu w pierwszym okresie, do 10 w ostatnim. W sumie przez miesiąc trener wyznaczył dwa-trzy dni wolne.

Warto przy pomocy dietetyka ustalić kolarska dietę - każdy kilogram się liczy, zwłaszcza na 20. kilometrze jazdy pod górę.

Zasadniczo dieta kolarza jest oparta na węglowodanach, ale raz na dwa tygodnie warto zjeść czerwone mięso, popić kieliszkiem czerwonego wina. Jak najmniej tłuszczu. Zero słodyczy i innego alkoholu - kolarze pod tym względem są zakonnikami surowej reguły.

Praktycznie na Mt Ventoux

Spodenki z szelkami, z profesjonalną gąbka i żelem warto mieć. Tyłek i tak boli jak jasna cholera, przyrodzenie będzie zdrętwiałe przez kilka godzin, a być może nawet nie wróci do pełnego czucia przez kilka dni.

Rower szosowy. Warto pojeździć wcześniej, bo jest całkiem inny niż wszechobecny w Polsce góral. Nie zapominaj o wzmocnieniu mięśni grzbietu. Podczas jazdy w górę ból nieprzygotowanych mięśni położonych wzdłuż kręgosłupa jest najbardziej dojmujący.

Przełożenia. Trzeba zwrócić uwagę, czy tarcze są dla amatorów, czy profesjonalne. Z przodu lepiej mieć też małą tarczę, a z tyłu również jak największą - na ciężkie chwile przy 14 proc. nachylenia drogi. Fachowcy w wypożyczalni znają się na tym.

Woda. Obowiązek. Bidon z wodą lub osoba towarzysząca z wodą w samochodzie musi być. Jak upał - trzeba zabezpieczyć większą ilość. Jak wariat nie wziąłem z sobą ani kropli i dwa razy woda od fotoreportera uratowała mnie przed katastrofą.

Ciepły strój. W zależności od pory roku. U nas na górze było 17 stopni Celsjusza, na dole 31.

Jedzenie. Przy dłuższych wędrówkach pod górę może zrobić się głodno. Za lasem, po 15. km jest restauracja przydrożna Chalet Reynard.

Licznik. Jest w zestawie z wynajętym rowerem. Warto wiedzieć, ile jeszcze tej mordęgi.

Pomiar tętna. Warto w to zainwestować. Wystarczy wpisać wiek, wagę i wzrost, a komputer sam wyznacza tętno maksymalne, do którego lepiej się nie zbliżać.

SPD. Uniwersalne wiązania rowerowe. Trzeba poświęcić kilka treningów, aby nauczyć się w nich jeździć, ale potem czuć różnicę w mocy - nie tylko naciska się na pedały, ale też ciągnie się pedał.

Muzyka. Wielki temat, ale trzeba krótko. Jeśli się jedzie bardziej turystycznie, może warto posłuchać przyrody. Ale przy wjeździe wyczynowym iPod jest fantastycznym wsparciem.

 

Narrator:  Radosław Leniarski, 2 godz. 3 min

Wsparcie: Przemysław Iwańczyk, 2 godz. 19 min

Olgierd Kwiatkowski, 2 godz. 40 min

 

Infografika: Wawrzyniec Święcicki

Zdjęcia: Kuba Atys

Więcej o:
Komentarze (10)
Mont Ventoux: rowerem na Golgotę
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • m.gerszewski

    Oceniono 15 razy 13

    gratuluję! niesamowity wyczyn godny podziwu!

  • Gość: Zenon

    Oceniono 14 razy 12

    Za około 10 dni zamierzam też tam wjechać. Po fakcie nieomieszkam napisać tu o wrażeniach. Ponieważ kilkakrotnie wjechałem już na Śnieżkę, a przed trzema dniami na Przełęcz Karkonoską to jestem spokojny. Pozdrawiam wszystkich śmiałków.

  • Gość: Zenon

    Oceniono 13 razy 9

    Byłem tam. Wjechałem. Ciężko było. Wcześniej nieco poczytałem o tej górze, ale porządnie mnie zaskoczyła. Zajęło mi to 2 godz. i 11 min. Jeszcze tam wrócę. Kiedyś. Zachęcam do zdobycia jej, jest z czym walczyć.

  • Gość: videoturysta.pl

    Oceniono 8 razy 8

    W tym roku wjechałem - samochodem :) Podziwiam kolarzy - samochodem nie było łatwo, a coż dopiero rowerem. Na górze szalał Mistral - ledwo głowy nie urwało, podejrzewam że spokojnie było ponad 100km/godz, termometr pokazywał 10 stopni (połowa czerwca), ale odczuwalnie było chyba -10.

  • marek.rawluk

    Oceniono 10 razy 8

    Nie przesadzajmy, ok 1600m przewyższenia na 22km to nie jest jakieś ekstremum, da się spokojnie wjechać.
    Gładki asfalt, rowery szosowe, w sumie jeden ostry i długi podjazd. Bez wstępnego ścigania się, jak to się zdarza na etapach Tour de France. Poza tym to jest tylko walka z samym sobą, na zasadzie wjadę albo nie wjadę, czas się nie liczy. Ale oczywiście szacun i ful rispekt, udało im się.
    Pozdrawiam wszystkich kolarzy!

  • fly79

    Oceniono 12 razy 8

    wjeżdżałem samochodem. ledwo:). gratuluję każdemu, kto zrobił to na rowerze.

  • Wojtek Kubacki

    Oceniono 7 razy 7

    Byłem tam. Trasa dla nieprzygotowanego EX-kolarza amatora z 20 kg nadwagi to była mordęga (trzy dni aklimatyzacji w okolicy Mountbrun- les Bains, Soult i nic poza tym to stanowczo zamało ) Zaczęliśmy trochę na opak zaraz po przyjeździe do Vergolu (mikro osada w górach) spakowaliśmy rowery do samochodu i na Ventoux ludzie dziwnie się na nas patrzyli jak wyjmowaliśmy sprzęt z bagażnika, myśleli pozerzy przywieźli rowery i sesyjka na fb bez kropli potu. Obyło się bez linczu kiedy wyjaśniliśmy, że my jedziemy w dół. Zjazd rewelacja 14st nachylenia + masa + prędkość wiatru (a był silny) dawało niezłe przyspieszenie ostre zakręty i agrafki wymagały częstego hamowania, po którym następowało przyspieszenie. Kiedy zjechaliśmy do Soult nie czułem palców z zimna, miałem wiatrówkę mój kompan był tylko w kamizelce ten dopiero przemarzł. Na szczęście do domu zostało parę kilometrów i mogliśmy się rozgrzać na dole było koło 28 stopni. Później impreza za sukces zjazdy i żałoba po klockach hamulcowych , które zostały na "Górze Wiatrów" Następne dwa dni to były wycieczki po okolicach i oswojenie się z rowerem i serwis, za który dziękuje chłopakom z Albion Cycles. Nareszcie nadszedł D-day jak Amerykanie na Normandie my ruszyliśmy na Mount Ventoux. Ruszyliśmy koło godziny ósmej mimo wczesnej pory temperatura była wysoka 28stC ze względu na nasze miejsce pobytu wybraliśmy wjazd od Soult. Pierwsze kilometry to pikuś mała rozgrzewka przez las osłonięci od słońca normalnie raj niestety jechaliśmy dość szybko więc sielanka nie trwała długo szybko dojechaliśmy do odcinka trasy "ogolonego przez naturę" tam przyszedł pierwszy kryzys Daniel mocno mi odskoczył i tyle go widziałem. Tata jako serwisant, pomoc medyczna, masażysta i facet od zaopatrzenia w wodę i jedzenie jechał za nami autem i w trakcie umówiliśmy się że będzie na nas czekał na parkingach których jest wzdłuż trasy całkiem sporo. Po jakiś 15km miał do mnie pretensje, że jeszcze nie przesiadłem się do auta bo wyglądałem jak śmierć. Dzięki serwisantom założyłem trzecią zębatkę, która uratowała mnie od porażki nie wjechania na giganta na niej pokonałem ostatnie dwa kilometry trasy nogi kręciły chyba siłą wiatru bo na pewno nie moją. Ostatnie metry agrafka w prawo i ostro w górę. Na szczycie daniel ze stoperem krzyczy 2h:30m a ja czekam od godziny. Następnym razem a będzie na pewno będę przygotowany.

  • 10maciej

    Oceniono 7 razy 7

    Wczoraj wjechalem na te gore. Nie jestem zapalonym kolarzem, kiedys, 20lat temu jexdzilem sporo ale ostatnio wlasciwie nic. Cale moje "przygotowania" to było przejechanie moze razem 350km w okresie kwiecien-sierpien. Zadnego dodatkowego sportu tylko praca, praca. Udalo mi się wjechac ale szczerze nie polecam takiego podejscia do tematu. Dodatkowo trzeba wiedziec, że sa trzy mozliwosci wjazdu. Moja z Sault byla najlatwiejsza, chociaż najdluzsza. Też trzeba wziac pod uwage jak dojechac na start. Sama droga do Sault z hotelu to było prawie 13km z tego duzy fragment okolo 5km a jakze pod gore do Aurle. Po tej miejscowosci, nawet jak było dalej pod gorke do Sault to grzalem jak szalony. Niosla adrenalina. Start w Sault jest troche zwodniczy bo zaczyna się srednio 5,5%ym zjazdem, ale nie rozpedzicie się tam, żeby "lyknac" zaczynajacy się podjazd, za duzo zakretow, poza tym drogi we Francji przypominaja już nasze i to te sprzed kilku lat. Po zjezdzie zaczal się podjazd do lasu, kazdy da rade, w lesie na tym etapie też. Nawet nie wiedzialem, że i już tutaj trafiaja się podjazdy po 7,5%. Spokojnie podjechalem. Duzo trzeba pic, mimo startu o 9:30 zrobilo się bardzo cieplo i bezwietrznie. Po drodze mielismy serwis (podawano nam mineraly do rozpuszczenia w wodzie, morele suszone oraz ciastka energetyczne) i to chyba mnie uratowalo. Do 20km dojechalem bez problemow w okolo 2godz. Ale potem zaczynaja się schody. Srednie nachylenie 7,5% znaczy że na takim kilometrze mozna nadziac się na podjazd 10% (na koncu jest 11% o ile się nie myle). Tutaj już musza wyjsc braki treningu. Zrobilem chyba z 6 zatrzyman żeby nie dostac zapasci a bardzo chcialem dotrzec wiec balem się przeforsowania. Poza tym to nie wstyd się zatrzymac. Mnostwo ludzi prowadzi rowery na niektorych odcinkach a wygladaja raczej profesjonalnie. Na wysokosci pomnika ku pamieci Simpsona widzialem chlopaka, ktory spadl z roweru i zrezygnowal. 1km przed meta. Ale trzeba wiedziec kiedy dac sobie spokoj, żeby mozna było sprobowac jeszcze raz. Ostatni etap zajal mi prawie 2godz i nie jestem z tego powodu zadowolony. Ale jestem zadowolony że się tam wdrapalem i nie odpuscilem.
    Nie zgodze się z Panem w przycietych dzinsach. Trzeba miec profesjonalne wyposazenie. Nie za bardzo sobie wyobrazam wjazdu bez porzadnych gaci z ochraniaczem na pupe. Przy zjezdzie jest to szczegolnie odczuwalne. Przydatne jest odpowiednio oddychajace ubranie a nawet dobrze przewiewny kask- co w ogole zignorowalem podczas moich "przygotowan". W pewnym momencie gdy jest ciezko zaczyna ja się liczyc szczegoly. Lepiej się przygotowac. Poczytac troche o fizjologii, mineralach, technice i przejechac wczesniej 1600km. Wtedy wjedzie się o polowe szybciej niż ja i mozna być już zupelnie zadowolony, pomyslec o zjechaniu i wjechaniu ponownie ale np z Boduinz naszej grupy byly osoby, ktore tego dnia wjechaly 3 razy no coz moze kiedys się to przytrafi i mi.
    Probujcie!.

  • maciejzimmer

    Oceniono 7 razy 7

    Sam bym chciał spróbować wjechać tam, ale przedtem chyba musiałbym przejść obóz kondycyjny i w górach miesiąc pocinać po szczytach, a jeżdżę rowerem naprawdę duuużo

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX