Mój pierwszy raz: płynę na akcję z ratownikami morskimi

To miała być zwykła impreza z kumplami. Pamiętam tylko, że trochę zawiani, wyszliśmy rozprostować kości. Kiedy się ocknąłem, byłem we Władysławowie. W morzu. Dwie mile od brzegu.

Uwaga na plażowiczów

ratownik, sar, ratownictwo

A jeśli oni zostawią mnie tu teraz samego?

To oczywiście żart. Do morza trafiłem w zupełnie inny sposób. Ale kiedy już się w nim znalazłem, może życie zależało od bałtyckich ratowników. A było tak...

Stacja Ratownictwa Morskiego SAR we Władysławowie położona jest na terenie portu. No prawie, bo pół budynku leży już poza jego terenem. Tak czy owak, żeby dostać się do ratowników, trzeba wejść przez bramę portu. Gdy chce się do nich wjechać samochodem, trzeba poprosić pana strażnika, mówiąc, że jedzie się do ratownictwa. On może się zgodzić, ale nie musi. I to doprowadza ratowników do szewskiej pasji. Gdybyście słyszeli to, co my, czyli wymianę zdań na ten temat, to wiedzielibyście, że to nie żarty.

Ciśnienie na pewno wynika także z tego, że prawie dziesięciu facetów jest przywiązanych do tego miejsca na 15 dni. Tyle trwa zmiana. Muszą siedzieć i czekać na telefon alarmujący, że ktoś na morzu potrzebuje pomocy. We Władysławowie w porównaniu z innymi stacja ratowniczymi na polskim wybrzeżu dzwoni najczęściej. Kilkadziesiąt razy w roku trzeba ratować plażowiczów, wędkarzy, amatorów sportów ekstremalnych, żeglarzy, no i rybaków. W samym Władysławie cumuje na stałe prawie 40 kutrów rybackich. Po okolicznych wodach pływają też kutry zagraniczne.

Gdy trzeba ratować kogoś nie dalej niż sześć mil od brzegu, do akcji wkracza RIB - Szybka Łódź Ratownicza, czyli po prostu mocny ponton z jeszcze mocniejszymi silnikami. Dowożony jest w miejsce, z którego będzie najbliżej do potrzebujących ratunku, na przyczepie. Ciężarówka, mieląc mozolnie plażowy piach napędem 4x4, dojeżdża na sam brzeg morza. O ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, np. pani na kocyku, która nie chce się podnieść, żeby przepuścić ciężarówkę, bo i taki wypadek miał miejsce, to RIB zostaje zwodowany i na pełnym gazie płynie w morze.

SAR 1500 - najmocniejsza broń bałtyckich ratowników w walce ze sztormem.

Gdy do nieszczęścia dojdzie dalej niż sześć mil morskich od brzegu, przychodzi pora na sprzęt zupełnie innego kalibru. Statek ratowniczy SAR 1500. Krypa, której niestraszna żadna fala. Bo gdyby nawet się przewróciła, to i tak po kilkunastu sekundach sam stanie na "nogi". Na polskim wybrzeżu na sygnał do akcji czeka dziewięć takich jednostek. Dwie są wojskowe, resztę ma SAR.

Statki zostały zbudowane w stoczni gdyńskiej na podstawie holenderskich projektów. Ten z Władysławowa nazywa się Bryza. Cumuje w porcie koło drogi na molo, na falochronie. Gdy się przechodzi obok, zwraca uwagę muskularną linią, czerwonym krzyżem na sterówce i monstrualnymi odbijaczami na burtach i dziobie. Są tak duże, że Bryza wygląda trochę jak ponton.Służą jednak nie do utrzymywania statku na wodzie, a do tego, żeby mógł bezpiecznie przybić w sztormowych warunkach do innej jednostki. Bez ryzyka uszkodzenia swego lekkiego aluminiowego kadłuba. Bryza wchodzi do akcji, gdy nie da się np. ratować ludzi przy użyciu helikoptera. Gdy robi się naprawdę ostro.

Domowe ciepełko

ratownik, sar, ratownictwoWchodzimy po schodach do pomieszczeń ratowników, gdzie wita nas jazgot włochatego białego kundelka. Pierwsza rzecz, jaką widać, to duże akwarium z wypasionymi pielęgnicami, glonojadami, sumami, a nawet jedną piranią. Podobno roślinożerną. Następna to kuchnia z dużym stołem. Atmosfera domowa. Kapitan Piotr Korczyński i oficer wachtowy Piotr Zając siedzą przy stole. Marynarz Andrzej Romanowski ogląda muzyczny kanał na ekranie dużego telewizora. Siedzi na kanapie w chilloutowej części pomieszczenia. Są tam miękkie, głębokie fotele, niski stolik i obrazy na ścianach. - Gdyby nie te akcje, to byłby świetny wypoczynek - puszcza oko Piotr.

Siadamy do stołu i popijamy ratowniczą herbatę z cytryną. Pytam, jak trafili do zawodu. Kapitan, rzeczowy i stanowczy facet w okularach, pływał na holownikach w Gdyni. Nie miał tam perspektyw na awans, więc w 2000 r. przeszedł do ratownictwa.

Piotr Zając mówi o sobie, że zawsze lubił ekstremalne przygody. Nurkuje, wspina się, pracuje na wysokościach. W ratownictwie od 1994 r. Na sarze służy od 2000 r. Andrzej nie mówi o sobie nic. Ale za to niejedno można wyczytać z jego siwych włosów i twarzy wyrzeźbionej wieloma sztormami. Gdy włączam dyktafon, znika w sypialni, żeby oglądać teleturniej "Jaka to melodia".

ratownik, sar, ratownictwo

Za sterami kapitan Piotr Korczyński.

Relaks przed akcją

Ratownicy czekają. Bez ogryzania paznokci, nerwów napiętych jak postronki i nieprzespanych nocy. To byłaby najlepsza droga do psychicznej rozsypki w prawdziwej akcji. Ratownik musi być zrelaksowany i wypoczęty. Na miejscu jest więc stół do ping-ponga, bilard, atlas, a w ogródku grill i wędzarnia. Latem można nawet wyskoczyć na pobliską plażę, żeby pokopać piłkę. Wpadają rodziny, dziewczyny. Do pełni szczęścia brakuje tylko butelki piwa wypitej przy zachodzie słońca. To jednak absolutnie nie wchodzi w grę. Nie tylko ze względu na etykę zawodową - za coś takiego grozi prokurator.

Amatorzy hardcore'u

ratownik, sar, ratownictwo

Oficer wachtowy Piotr Zając pomaga mi ubrać kombinezon.

- Ludzie się topią głównie z braku pokory wobec morza - mówi kapitan. - Wchodzą do wody, gdy jest największy przybój, a na maszcie trzepocze czerwona flaga, zakazująca kąpieli. Fala się zwija, dochodząc do brzegu, robi się coraz większa, wreszcie tuż przy samym brzegu rozbija. No i fajnie.

Ale trzeba pamiętać o tym, że fala pcha w kierunku brzegu, natomiast przy dnie są prądy wsteczne, które wciągają do morza. Niewinne igraszki kończą się tragicznie, gdy marny pływak straci grunt pod stopami - tłumaczy kapitan.

Drugim czynnikiem są prądy i wiatr. Na prądy morskie nie ma mądrych. A wiatr od lądu, nawet lekki, potrafi szybko wypchnąć w morze. - Pewnego razu w Dębkach rodzina wyszła na plażę - wspomina Korczyński. - Ojciec przyjechał po raz pierwszy w życiu nad morze. Usiadł w kółeczko z oparciem. Zaczął dryfować, nieświadom tego, że silny wiatr i prąd wynoszą go w morze. Gdyby nie było po drodze tyczki dla rybackiej sieci, za którą się złapał, to pewnie byśmy go nie znaleźli. Był półtorej mili od brzegu. Gdy dowieźliśmy go na brzeg, żona na początku nawrzeszczała na niego, potem się poryczała i zaczęła gościa tulić.

Trzecia sprawa to krótka fala. Na oceanie fale są długie. Na małym i płytkim Bałtyku nie. To dlatego Dębki nie są mekką surferów, za to przyjeżdżają tam wind- i kitesurferzy, żeby powalczyć z wiatrem na krótkiej, ostrej fali. Najlepiej jesienią. Wtedy można zaliczyć prawdziwy hard core.

- Kiedyś w listopadzie, przy sztormowej pogodzie, dostaliśmy zawiadomienie z brzegu, że człowiek na desce z żaglem jest w opałach - kolejną morską opowieść serwuje Piotr. - Dopłynęliśmy do niego, wyciągnęliśmy, a facet pyta: "Co z deską?" Mówimy, że deski nie  wyciągamy, bo my ratujemy życie, a nie sprzęt. Chciał skakać z powrotem do morza, trzeba go było siłą przytrzymać. Po pół roku przyszedł do firmy pozew o spowodowanie utraty mienia. Innym razem wypłynęliśmy ratować kite'owca. Na miejscu się okazało, że facet sam dotarł do brzegu. Wyłowiliśmy jego latawiec. Czekał u nas przez pół roku na odbiór. Facet się nie zgłosił. Podobno się bał, że będzie musiał zapłacić za akcję. A przecież my, tak jak ratownicy górscy, nie pobieramy opłat. Może szkoda...

Piotr Zając wyciąga dwa kombinezony. Jeden jest "suchy", czyli wodoszczelny. Drugi zakłada się pod niego, żeby nie uświerknąć z zimna. To ocieplacz. Mamy początek marca, woda ma dwa stopnie, a ja za chwilę mam do niej wskoczyć. Wystąpię w roli ochotnika, po to, żeby załoga mogła poćwiczyć wyciąganie ludzi z wody.

Cała naprzód!

ratownik, sar, ratownictwo

Wychodzimy na pokład, morze jest dziś, na szczęście, spokojne.

Dziś wieje od 3 do 4 w skali Beauforta, od lądu. Na morzu to prawie flauta. Wskakujemy na pokład Bryzy. W sterówce są cztery wysokie fotele - trzy obok siebie i jeden wysunięty do przodu. Wszystkie mają mocne amortyzatory i pasy. - Jak jest duża fala, to trzeba uważać z szybkością. Załoga jednego z sarów tak wyskoczyła na fali, że wszyscy pospadali z foteli - mówi kapitan.

Do sterowania służy niewielka kierownica. Obok niej są dwa wielofunkcyjne ekrany. Pokazują obraz z radaru i mapy elektronicznej. Tu, na wyświetlaczach dzielonych na cztery części, dokonuje się różnych obliczeń i innych nawigacyjnych cudów. Zasada jest taka, że mniejszy jest do dyspozycji kapitana, zaś większy - wspomagającego go oficera.

Kapitan przekręca kluczyki do dwóch silników Diesla. Razem generują moc 1360 KM. Gdyby jeden zawiódł, można płynąć dalej na drugim. Żółta kontrolka świecy żarowej sygnalizuje, że można odpalać. Szef wciska czerwony guzik zapłonu. Głęboki, chropowaty bas silników brzmi, jakby dochodził z czołgu.

Załoga rzuca cumę. Warcząc wojowniczo, wypływamy z portu. Niespiesznie mijamy kutry, stateczki, łodzie, za burtą widać gigantyczne spiętrzenie wody. SAR 1500 napędzany jest za pomocą systemu strugowodnego, czyli siłą odrzutu wody. To odrzutowiec, jak skutery wodne. Woda zasysana jest na wysokości śródokręcia, a potem wyrzucana dwoma tzw. jetami. Na statku nie ma tradycyjnego steru. Skręcając jety, wymusza się zmianę kierunku.

Rozgrzewamy silniki. Kiedy osiągają właściwą temperaturę, kapitan daje pełną faję. Ryk staje się tak duży, że sięgamy po słuchawki i przechodzimy na intercom. Zbliżamy się do dużej boi wyjściowej z portu. - Teraz zobaczysz, jak zwrotna to jednostka - mówi kapitan, po czym skręca kierownicą. Robimy kółka wokół boi. Statek ma długość 15,20 m i zanurzenie 90 cm. Nie wiem, jaki ma promień skrętu, ale na oko to jakieś 10 m.

- Można go zatrzymać jak samochód - uśmiecha się kapitan, pokazując dwie manetki po swojej prawej stronie. Niższą reguluje się wysokość obrotów, wyższą nachylenie jetów. Wyszliśmy już z wirowania wokół boi i płyniemy całą naprzód, kiedy nagle Korczyński energicznie przyciąga manetkę do siebie. Jety szybko zmieniają położenie i siła odrzutu zostaje skierowana do przodu. Dziób zanurza się w spienionej wodzie, stajemy w miejscu.

- Mamy pełne zaufanie do statku, ale zdarzają się chwile, że czujemy strach. Kiedyś na ćwiczeniach na dużych falach i przyboju podeszliśmy blisko pod brzeg. Odwróciliśmy się dziobem do fali. Pierwszej daliśmy radę, drugiej też, ale trzecia nas zabrała i zaciągnęła w kierunku lądu. Mieliśmy zapas mocy, gdyby nie to, rozbilibyśmy się o brzeg - dodaje kapitan.

Desant

ratownik, sar, ratownictwo

Piotr Zając czeka na komendę. Tu nawet do wody nie wskakuje się bez rozkazu.

Wychodzimy z kabiny. Na pokładzie atmosfera gotowości. Kapitan wspina się po drabince na swoje drugie, górne stanowisko. Ma teraz oko na wszystko, bo siedzi jakieś trzy metry od lustra wody. Opuszcza stalową, ażurową platformę. Ta lekko zanurza się w wodzie. Stają na niej ubrani w pomarańczowe kombinezony Tajfun i gumiaki Piotrek i Andrzej. Wszystko gotowe, teraz kolej na mnie. Gramolę się na odbijacz z gołą głową, bo nie ma kaptura. Ale kto by w takiej sytuacji martwił się takim drobiazgiem.

- Do wody wejdź skokiem ratowniczym, z uderzeniem o wodę rękami - tłumaczy Piotr i natychmiast klepie mnie w plecy. Znaczy, że już! Hop! Chlup! Plusk! Zanurzam się całkiem w wodzie. Wychodząc z powrotem na powierzchnię, jestem już z lekka wystraszony. Powietrze zgromadzone w nogach kombinezonu powoli wypycha je do góry, gdy leżę na brzuchu. Głowa idzie zaś w dół. Próbuję więc leżeć na plecach. To samo. Czekają mnie długie minuty w lodowatej wodzie. Na szczęście przypominam sobie, że kombinezon jest w stanie utrzymać ciepłotę ciała przez 48 godzin. Czyli mógłbym tu leżeć do pojutrza...

Wreszcie udaje mi się skierować nogi w dół. Sytuacja od razu się uspokaja. Jestem stabilny, jest mi ciepło, mogę podziwiać widoki. Sar pływa wokół mnie, robiąc fale, które mnie zalewają. Wygląda to po prostu rewelacyjnie. Kapitan ustawia statek rufą w moją stronę. I wtedy przez głowę przemyka absurdalna myśl - a jeśli oni teraz wrzucą całą naprzód i ruszą do portu, zostawiając mnie tutaj samego pośrodku morza? Jeśli nagle zostanę sam kilka mil od brzegu, otoczony wodą sięgającą aż po horyzont? Przez chwilę ogarnia mnie autentyczne, choć nieuzasadnione przerażenie. Na szczęście szybko dostrzegam, że SAR zbliża się wolno w moim kierunku.

ratownik, sar, ratownictwo

No to siup... W ułamku sekundy ogarnia mnie lodowata otchłań.

ratownik, sar, ratownictwo

Dobrze, że mają siłownię

ratownik, sar, ratownictwo

- Na plecy, ręce przy sobie! - krzyczą ratownicy. Kładę się plecach, ale myśl, że w moim kierunku płyną prawie 24 tony, nie daje mi spokoju. Odwracam się troszkę i gdy platforma jest blisko, wysuwam rękę. Ratownicy łapią mnie za kamizelkę. Nogi zaczynają mi tymczasem wpływać pod statek. Przez głowę przebiega myśl: "Co zrobię, gdy cały wpłynę pod sara?" Ratownicy mocno jednak wciągają mnie na platformę. O, jak to dobrze, że poza ping-pongiem mają też w bazie siłownię!

Wychodzę na pokład. Pierwsze podejście zaliczone, teraz powtórka, z tą różnicą, że wskoczę do morza, gdy statek będzie płynął. Kapitan rozpędza sara do 10 węzłów. Desantuję się jak żołnierz oddziałów specjalnych. Tym razem wszystko odbywa się bez żadnych sensacji. Gdy wracają, żeby mnie wyłowić, kładę się na brzuchu i łatwo daję wyciągnąć na platformę. Przebieram się w swoje ciuchy, siadam obok kapitana. Ćwiczenia skończone, płyniemy do portu.

ratownik, sar, ratownictwo

Rozbitek szybko odzyskuje rezon, gdy ratownicy podpływają SAR-em i wyciągają go na pokład. Na szczęście sztuczne oddychanie tym razem nie będzie potrzebne.

Użyj wyobraźni

ratownik, sar, ratownictwo

- Gdy oni wyciągną tak dziesięciu chłopa, to są spoceni po jaja. W 1998 r. kilka mil od Świnoujścia przewrócił się jacht żaglowy, na którego pokładzie było 12 osób - mówi kapitan. - Część złapała się kół ratunkowych, część trzymającego się jeszcze na wodzie jachtu. Wszyscy zostali wyratowani, bo pomoc dopłynęła na czas. Przepisy żeglarskie zostały tak zliberalizowane, że do pływania jachtem o długości do 7,5 m nie są potrzebne żadne uprawnienia. Ludzie wypożyczają żaglówkę i płyną w morze. Bez doświadczenia, środków łączności, rac. Przewracają się, komóreczka szybko przemaka i jest problem. Ludzie nie używają wyobraźni - mówi kapitan.

Moja wyobraźnia mocno pracuje i jej oczami nagle widzę wyraźnie siebie kierującego tym statkiem. Kapitan godzi się na ten scenariusz. Zajmuję jego miejsce. Daję trochę gazu, skręcam kierownicę, ster reaguje z lekkim opóźnieniem. Stopniowo zwiększam ciąg, w końcu osiągam około 70 proc. mocy. Czuję się, jakbym płynął czołgiem po spokojnym morzu. Kręcę kółka, robię slalom. O dziwo, najciężej płynie się po prostu do przodu, bo ciągle muszę robić korektę kursu. Tuż przed wejściem do Władysławowa oddaję ster tego ratunkowego czołgu. Wprowadzenie jednostki do portu to zawsze wyłączny przywilej kapitana.

Kurs na Bornholm

Gdy temperatura płynu chłodniczego osiąga 80 stopni, można rozkręcić silniki do 1800 obrotów na minutę. Potem co 2-3 minuty podkręcać o kolejnych sto. Od 2300 obrotów można już ruszyć całą naprzód. Gdy SAR wychodzi na akcję ratowniczą, nie ma czasu na rozgrzewkę, silniki dostają od razu pełny czad. Przy sprzyjających warunkach pogodowych, płynąc całą naprzód i spalając 230 litrów ropy na godzinę, można przepłynąć około 180 mil. Czyli mniej więcej na Borholm i z powrotem. Pełny gaz to 32 węzły (56 km/h). Jednak uwaga, morze to nie jest równiutki asfalt. I choć SAR ma dużą tzw. dzielność morską (czyli jest bezpieczny, odporny na wywrotki i wysokie fale), to i on może się na wodnych wertepach uszkodzić. Naprawa statku na morzu nie wchodzi w grę, bo na pokładzie nie ma mechanika. Temu, by działał bez awaryjnie, służą ciągłe przeglądy podzespołów dokonywane w porcie.

A tak wyglądały moje morskie opowieści:

 

Tekst: Alex Kłoś

Zdjęcia: Bartosz Bobkowski, Wojciech Surdziel (montaż)

Więcej o: