Top 10: supersamochody, o których mogłeś nie słyszeć

21.07.2015 10:18
Nie wszyscy bogacze chcą jeździć znanymi supersamochodami. Niektórzy producenci są więc tak dyskretni, że o ich autach nic nie wiadomo, a kupujący je wybrańcy muszą polegać na famie krążącej w hermetycznym środowisku koneserów egzotycznych marek. Przeciętny kierowca nie wie o nich nic.
1 Top 10: supersamochody, o których nigdy nie słyszeliście - Venturi Fetish Top 10: supersamochody, o których nigdy nie słyszeliście - Venturi Fetish fot. Venturi Fetish

1. Venturi Fetish

Jedni uznają to za mistrzostwo marketingu, a inni za katastrofę sprzedaży. Ta francuska firma umiarkowanie dozowała sobie sukcesy. W latach 90. XX w. oferowała ładny, choć raczej powolny model Atlantique, który łączył w sobie stylistykę ferrari 355 i lotusa esprita. Silniki - obowiązkowo francuskie, z produkcji Peugeota i Citroëna - były jednak zbyt słabe, jak na sportowe samochody. W 2000 r. Venturi więc zbankrutowało.

Odżyło jednak chwilę potem w Monako. Jest jedynym producentem samochodów w księstwie, a przy tym oferuje wyłącznie superauta... elektryczne.

I tu dochodzimy do marketingowego mistrzostwa. Nazwać auto "fetyszem" jest łatwo, trudniej sprawić, by nazwa pasowała do produktu. A do fetisha pasuje jak ulał. Jest pierwszym elektrycznym roadsterem świata, wyprodukowanym w liczbie tylko 25 sztuk - to fetysz dla kolekcjonerów. Waży tylko 1100 kg - to fetysz dla inżynierów, bo auta elektryczne mają zwykle bardzo ciężkie baterie. No i jest drogi - to fetysz dla bogatych. Aby stać się posiadaczem tego auta, trzeba wydać ponad 300 tys. euro. A dla wszystkich miłośników szybkiej jazdy bez zwiększania efektu cieplarnianego, fetish to również fetysz - bo jeździ się nim bezkarnie. Emisja CO2 wynosi przecież zero.

2 Top 10: supersamochody, o których nigdy nie słyszeliście: Orca C11 Top 10: supersamochody, o których nigdy nie słyszeliście: Orca C11 fot. Orca

2. Orca C11

Wielu marzy o zbudowaniu własnego supersamochodu, garść się na to decyduje, a jeszcze mniej odnosi sukces. Jednym z tych, którzy są między drugim a trzecim krokiem, jest René Beck. Ten Szwajcar, dzięki finansowej pomocy ojca, poświęcił 15 lat na pracę nad orcą C113. Pierwszy z 99 egzemplarzy Orki wyjechał z jego manufaktury w 2005 r.

To auto z daleka może przypominać bolidy klasy GT-1, znane z wyścigów serii Le Mans. Ale technologicznie jest chyba nawet o krok dalej. Kompletny samochód - z klimatyzacją, skórzanymi fotelami i porządnym stereo - waży 860 kg. W pierwotnej wersji orca dysponowała 400-konnym silnikiem rodem z Volvo, ale szybko zmieniono go na jednostkę rodem z Audi - 850-konną V-8 z dwoma turbinami. Ten silnik przygotował Roland Meyer, legendarny założyciel MTM, firmy, która z Audi robi samochody dla mężczyzn.

Efekt współpracy obu panów przerasta większość oczekiwań. Orca osiąga pierwsze 100 km/h w niecałe 3 sekundy, a René Beck upiera się, że jazda z prędkością 400 km/h nie stanowi dla niej problemu.

Musiał być jednak jakiś inny problem, bo mimo dość atrakcyjnej jak na superauto ceny - nieco ponad ćwierć miliona dolarów - René nie sprzedał spodziewanych 99 sztuk i w 2007 r. zajął się czym innym.

Ale jeszcze o nim usłyszymy!

3

3. Tramontana R

Drugie hiszpańskie auto w zestawieniu, ale gdyby porównywać auta do tytoniu, to przy Tramontanie Fuore Blackjag jest jak plaster z nikotyną przy papierosach ducados. To takie hiszpańskie popularne bez filtra, tylko mocniejsze. Ten pojazd to połączenie bolidu F1 z myśliwcem. Góra fighter jeta, dół rodem z wyścigów. Miejsca też jak w samolocie, pasażer siedzi za kierowcą. Kopuła, która zakrywa kabinę, to po prostu hardtop - można go zdjąć i korzystać z auta w kaskach. Tyle że trzeba mieć do tego spore cojones. Dwunastocylindrowa, doładowana dwiema turbosprężarkami jednostka tramontany rozpędza bowiem zbudowane z włókien węglowych auto w 3,6 s do setki. Konstruktorzy zdali sobie sprawę z tego, jakiego potwora stworzyli, i wyposażyli go w pokrętło, którym można regulować maksymalną moc i moment obrotowy. Dajesz tramontanę dziewczynie? Klik i silnik rozwija tylko 550 KM. Wybierasz się poszaleć za miasto? Klik i moc wzrasta do 720 KM, a moment obrotowy do zatrzymujących Ziemię 1100 Nm. Charakterystyka silnika dobrana jest tak, że tramontana R wykazuje się też nieprawdopodobną elastycznością - od 100 do 200 km/h w 6,5 s.

Tramontana ma obsesję na punkcie materiałów. Ramiona felg wykonane są z włókna węglowego, piasty są magnezowe, hamulce - oczywiście! - ceramiczne. Jeśli będziecie w okolicach Costa Brava z wolnymi 400 tys. euro, nie wracajcie bez tego auta.

4

4. Beck LM800

Pamiętacie René Becka i jego orkę? Nie zrezygnował po tym umiarkowanie udanym projekcie. 2 lata temu zaprezentował swoje następne dzieło - LM800. Jest o niebo lepszy od orki. Tym samochodem Beck wprowadził w życie swoją filozofię, którą najprościej można ująć słowami: "Tam, gdzie inni się poddali, ja dopiero zaczynam". LM800 jest fenomenalnym zastosowaniem tej maksymy. Skonstruowany niemal identycznie jak bolid F1, ma jednak dach, klimatyzację i radio. Tam, gdzie trzeba, jest z aluminium, tam, gdzie wypada - z tytanu, a cała reszta to kevlar i włókno węglowe. Aktywne zawieszenie przejęto prosto z F1, ale udoskonalono, dzięki czemu samochód łagodnie pokonuje wyboje (przynajmniej te mniejsze), a na torze wyścigowym jest twardy jak decha. Roland Meyer przygotował kolejną wersję silnika V8 Audi, która w zależności od użytych turbosprężarek rozwija od łagodnych 650 KM po dramatyczne 1000. A to oznacza, że w najmocniejszej konfiguracji na każdy z 900 kilogramów masy LM800 przypada nieco ponad 1 koń mechaniczny. Nie dziwią więc 3 sekundy do setki, nie dziwią. Do tego sekwencyjna, siedmiobiegowa skrzynia i - tak samo jak w wyścigówkach - wbudowane podnośniki pneumatyczne. Niepotrzebnie - LM800 i tak nie ma bagażnika na drugi komplet kół, a poza tym trudno sobie wyobrazić, żeby jego właściciel sam je zmieniał. Jeśli mógł wydać 750 tys. franków na auto, to chyba ma własną załogę pit-stopu.

5

5. Cizeta v16t Moroder

Produkcja supersamochodów to nie jest zajęcie dla każdego  - nawet jeśli mamy talent i pomysł, przeważnie brakuje gotówki. Właśnie dlatego w późnych latach 80. zeszłego wieku włoski inżynier Claudio Zampoli spędził sporo czasu, przekonując kompozytora Giorgia Morodera, aby zainwestował tantiemy w motoryzację. Gwarancją sukcesu miała być ekipa budująca nowy samochód, czyli inżynierowie, który odeszli z fabryki Lamborghini. Ich wpływ na wygląd auta widać zresztą doskonale po przedniej części karoserii, którą zaprojektował twórca Lamborghini Diablo. Moroder - supergwiazda disco i uznany autor muzyki filmowej, zażądał, by w zamian za pomoc finansową pojazd nazwano jego nazwiskiem. Podpisano dokumenty, uruchomiono przelewy, rozpoczęto produkcję... i nic. Przez 11 lat, od 1992 do 2003 r., zbudowano 10 egzemplarzy auta. Nieprawdopodobne skomplikowanie konstrukcji (pierwszy 16-cylindrowy silnik w samochodzie dopuszczonym do ruchu) nie przekładało się na osiągi - ferrari czy lamborghini były równie szybkie, a łatwiejsze w produkcji. Co gorsza, 20 proc. produkcji wykupił sułtan Brunei - co spowodowało, że mechanicy doglądający jego samochodów byli niedostępni dla innych klientów. Porażka? Niekoniecznie. Do dziś cizetę V16T można zamawiać - zbudują ją za 600 tys. dolarów.

6

6. Mitsuoka Orochi

Japończycy w produkcji samochodów osiągnęli mistrzostwo. Zaczynali jako wyśmiewani kopiści, dziś są wzorcem niemal w każdej dziedzinie motoryzacji. Brakuje im jednak wciąż tego, co jest esencją supersamochodu - dziedzictwa. Gdy w Europie ferrari, porsche i jaguary ścigały się o sportowe trofea, Japonia podnosiła się z kolan po przegranej wojnie. Tradycji szlachetnych marek nie było kiedy budować. Od kilkunastu lat próbują to robić japońskie firmy - Honda ze swoim NSX, Toyota z ultradrogim LF-A, ale to nie to samo.

Wyzwanie stworzenia supersamochodu w Japonii przyjęła mała firma Mitsuoka, która po czterech latach prac w 2005 r. pokazała finalną wersję modelu Orochi. Nazwa ?Ośmiogłowy smok? brzmi nieźle. Gorzej z realizacją. Mitsuoka zaprojektowała karoserię łączącą w sobie modny ?biodesign? lat 90. z klasycznymi motywami nawiązującymi do ferrari czy lambo. Efekt był niejedno-znaczny. Co gorsza - zamiast zamontować w orochi jakiś potężny silnik, projektanci Mitsuoki włożyli do niej żenującą w tej klasie V-6 z Toyoty o mizernej mocy 230 KM. To wyjątkowo dziwne superauto. Wygląda jak przysłowiowy milion dolarów, jest zaskakująco pewne w prowadzeniu, wygodne i świetnie wykonane - a mimo to brakuje w jeździe zaangażowania, które oferuje każdy inny konkurent. Osiągi nie porażają, a wręcz rozczarowują, co przy takim wyglądzie powoduje jedynie frustrację właściciela. Czy to dobrze wydane 120 tys. zielonych? Trzeba się dobrze zastanowić.

7

7. Vector W8

Ameryka to kraj motoryzacji. I jednocześnie kraj, w którym samochodów się nie szanuje. Są traktowane jak dżinsy, zużyte się wyrzuca i kupuje następne. Dlatego w Ameryce nigdy nie powstał samochód, o którym można by powiedzieć, że to supersamochód. Bardzo bolało to Geralda Wiegerta.

Ten urodzony w Detroit, kolebce amerykańskiej motoryzacji, przedsiębiorca, po karierze w firmach wielkiej trójki amerykańskiego przemysłu samochodowego zdecydował się zainwestować wszystko w produkcję pierwszego amerykańskiego superauta. Chwytliwa nazwa Vector pasowała jak ulał do projektu, który miał wskazywać drogę innym, uznanym markom. W 1989 r. Wiegert pokazał swoje dzieło - Vectora W8.

Prawdę mówiąc, gdyby nie był projektantem we własnej firmie, to pewnie by go wylano z pracy. W8 wygląda bowiem koszmarnie. Jest jak marzenie maklera z Wall Street: agresywny, kanciasty, kiczowaty i bez gustu. W dodatku technologicznie skomplikowany jak kij baseballowy. Ramę auta stworzono na podstawie specyfikacji wyścigówek grupy "C", nałożono na nią makabryczne panele karoserii, a pod maskę wciśnięto turbodoładowany silnik rodem z wyścigów NASCAR, po czym połączono go z trzybiegowym automatem. Miłośnicy aut sportowych płakali na widok takiej profanacji. Wnętrze vectora szło w parze z karoserią, zawstydzając KITT-a z "Knight Ridera", który wyglądał przy nim jak ubogi krewny. I można by się długo wyżywać na tym pokracznym aucie, gdyby nie to, że vector broni się osiągami. Pierwsze egzemplarze rozwijały prędkość 390 km/h, a udoskonalenia pozwalały na jeszcze więcej. I pewnie byłby W8 jednym z pierwszych aut łamiących granicę 400 km/h, gdyby wierzyciele nie sprzątnęli Wiegertowi firmy sprzed nosa. Skończyło się na 20 egzemplarzach, które są w stałym obrocie firm aukcyjnych - w cenie od pół do miliona dolarów.

8

8. Laraki Fulgura

Fulgura jest dziełem Abdessalama Larakiego, syna marokańskiego przedsiębiorcy i dobrego znajomego emira Dubaju. To, oczywiście, rozwiązuje kwestie finansowania dowolnego projektu. Ale fulgura nie jest spełnieniem kaprysu rozpieszczonego beztalencia. Abdessalam odebrał gruntowne wykształcenie designerskie (m.in. u sławnego twórcy samochodów koncepcyjnych Franca Sbarra) i jest uznanym projektantem luksusowych jachtów. Gdy więc w 2004 r. zaprezentował w Dubaju plan stworzenia pierwszej arabskiej marki supersamochodów, został uważnie wysłuchany. Wiarygodności dodała mu miażdżąca krytyka, jakiej poddał wszystkie supersamochody świata. Według Larakiego są albo tylko luksusowe (rollsy i maybachy), albo nadają się wyłącznie do jazdy po pustych, szerokich drogach (pagani czy koenigseggi). Takie stwierdzenia, choć bliskie prawdy, są jednak bełkotem, jeśli nie ma się w zanadrzu argumentów. A Laraki je ma.

Kosztem 10 mln euro zbudował na bazie udoskonalonego układu jezdnego lamborghini diablo nieprawdopodobnie luksusową fulgurę. W specjalnie postawionej przy Dubai Autodrome fabryce tworzy pojedyncze egzemplarze swojego cuda i sprzedaje je po 590 tys. dol. za sztukę. I chyba warto tyle zapłacić, bo mówimy o 12 cylindrach, 4 turbosprężarkach, 800 koniach i ponad 350 km/h prędkości maksymalnej. A na ćwierć mili fulgura jest szybsza od veyrona. Mało?

9

9. Lotec C1000

Lotec C1000 został zbudowany tylko w jednym egzemplarzu. Jego historia zaczęła się w 1990 r., gdy jeden z baronów naftowych z Bliskiego Wschodu (do dziś nie wiadomo dokładnie który) zwrócił się do niemieckiej firmy Lotec z bardzo prostym zleceniem. Chodziło o skonstruowanie najszybszego samochodu świata.

Firma Lotec to dobre miejsce na składanie takich zamówień. W latach 70. była uznaną stajnią podrasowującą porsche i przygotowującą samochody tej marki do sportowego wyczynu. Dekadę później zdobyła sobie renomę ekstremalnego tunera Mercedesa. Naftowy szejk oczekiwał, że samochód będzie zbudowany z precyzją równą produkcji seryjnej, że będzie mieć wszystkie udogodnienia, jakie powinno mieć porządne auto, a przede wszystkim - że będzie bardzo szybki.

I był, oj, był. C1000 zbudowano na szkielecie z włókien węglowych i wyposażono w silnik skonstruowany na bazie jednostki Mercedesa, znanej z limuzyny 560 SEL. Wśród niezliczonych zmian najistotniejszą było wprowadzenie dwóch turbosprężarek, które zapewniały moc 1000 KM. Dla trwałości obniżono ją do 850, a i tak samochód przyspieszał do setki w 3,2 s i osiągał prędkość maksymalną 405 km/h.

Skonstruowanie tego bolidu zajęło pięć lat, a same prace projektowe kosztowały ponad milion dolarów. Budowa podwyższyła rachunek o kolejne 2,5 mln.

C1000 to dowód na dewaluację. Po latach spędzonych w garażu właściciela pojawił się na eBayu raptem za 350 tys. dol. - i natychmiast znalazł nabywcę. Dziś czeka na klienta w małym, obskurnym komisie w Concorde w stanie Północna Karolina.

10 Top 10: supersamochody, o których nigdy nie słyszeliście: Fuore Blackjag Top 10: supersamochody, o których nigdy nie słyszeliście: Fuore Blackjag fot. Fuore Blackjag

10. Fuore Blackjag

Tego samochodu nie znajdziemy w żadnym katalogu Jaguara. I - na razie - wyprodukowano tylko jeden egzemplarz. Ale jest cień szansy, że indyjscy właściciele Jaguara zechcą udzielić firmie Fuore licencji na używanie nazwy. Twórcą blackjaga nie jest jednak Jaguar, pochodzi z Hiszpanii. Studio projektowe Fuore mieści się w Barcelonie i tam zaprojektowano samochód, który miał oddawać ducha Jaguara. Trzeba przyznać, że Hiszpanie wycisnęli, co się dało, z nazwy i historii tej marki, tworząc auto niezwykle eleganckie, a równocześnie jakby przyczajone do skoku. Niewielki, bo długości VW jetty, i niziutki samochód mieści dwie osoby oraz gigantyczny, siedmiolitrowy silnik o mocy 640 KM. Mimo takiej jednostki napędowej udało się ograniczyć masę samochodu do 1350 kg. Osiągi? 100 km/h w 3,8 s i ostrożne 340 km/h prędkości maksymalnej. Trzeba dużej odwagi, żeby tak szybko jechać prototypem, ale ponieważ blackjaga zmontowano w niewielkiej manufakturze niedaleko włoskiego toru Nardo (w Hiszpanii nie było firmy, która podjęłaby się tego zadania), to nie zastanawiano się długo i sprawdzono go w naturalnych warunkach.

Fuore będzie mieć jednak z blackjagiem kłopot. Jeden z najważniejszych detali jego wspaniałej karoserii, kontrastujący z lakierem aluminiowy wlot powietrza przed tylnym kołem, został bezlitośnie ściągnięty przez projektantów Audi i wykorzystany w ich R8. Splendory za fantastyczny design spłynęły więc na ten plebejski w porównaniu z blackjagiem samochód. Trzeba będzie zmienić sylwetkę blackjaga, a wtedy może się okazać, że to już nie będzie to samo...

Skomentuj:
Top 10: supersamochody, o których mogłeś nie słyszeć
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX