Ćwiczenie: w niewoli Talibów

Jako pierwszy cywil w Polsce ukończyłem wojskowy kurs SERE. Skuty kajdankami i oblewany wodą, próbowałem przetrwać przesłuchanie w bazie religijnych fanatyków, uciekałem przez całą noc przed pościgiem, przepłynąłem lodowate jezioro, holując tratwę, i przeprawiałem się przez bagna. To był prawdziwy test charakteru i lekcja pokory.

Przez bagna i jeziora

sere, survival, bagno

SERE to skrót od angielskich wyrazów: Survival - przetrwanie, Evasion - unikanie, Resistance - opór w razie uwięzienia, oraz Escape, czyli ucieczka. Ten kurs (ukończyłem go w maju 2011 roku - PHZ) uczy również, że bez motywacji (czyli kolejnej literki: M) człowiek niewiele może osiągnąć. Ale jeśli ma cel, to przetrwa, pokonując własne ograniczenia.

Dla mnie pierwszą próbą były już zajęcia z budowania szałasów i skradanie się z plecakiem. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Uwierzyłem w siebie, gdy przeczołgałem się kilka metrów od Roberta, mojego fotoreportera, a on nic nie zauważył. Poczułem się jak członek Drużyny Szóstej Navy Seals.

Ciężkie przeprawy

- Dziś pokażemy wam, co zrobić, kiedy przed wami jest bagno - rozpoczął kolejne zajęcia Aleks z piechoty górskiej. A ja od razu pomyślałem: "Trzeba je bezpiecznie obejść". Ale oczywiście na kursie SERE nie chodziło o naukę wybierania najbezpieczniejszej ścieżki. Miałem lekkiego stracha, bo chciałem wykazać się przed żołnierzami. Taka prosta, męska potrzeba.

Przed wejściem do bagna razem z kolegą obwiązaliśmy się liną asekuracyjną. Udało mi się nawet bezbłędnie zawiązać ledwo co wyuczony węzeł skrajny tatrzański. Wziąłem długi kij w rękę i ruszyłem. Macałem kijem podłoże, żeby zobaczyć, jak jest głęboko, i dokładnie w tym miejscu stawiałem stopę. Trzeba robić to ostrożnie i starannie. Bagna mają czasami podwójne dno i można zapaść się zbyt głęboko. Szedłem powoli, ale pewnie, choć buty nieprzyjemnie mlaskały, gdy zanurzały się w mulistym dnie. Powierzchnia pod nogami była mało stabilna, jakby lekko falująca i elastyczna. No i śmierdziało czymś butwiejącym i gnijącym. Całe szczęście udało mi się nie upaść na twarz.

Tego samego dnia czekało mnie jednak jeszcze cięższe wyzwanie. Przeprawa przez jezioro. Z plecakiem na tratwie. - Woda ma 14 stopni - uśmiechnął się Grzegorz z Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu. Budowanie okazało się w miarę łatwe: bierzemy dwa poprzeczne konary, na których układamy dość grube i długie gałęzie. Przyda się też jakieś skośne mocowanie. Wszystko dobrze łączymy linkami, a pod spodem solidnie przyczepiamy plastikowe butelki, żeby zwiększyć wyporność (na całym świecie co roku wyrzuca się dziesiątki miliardów takich butelek, więc można je znaleźć właściwie wszędzie). Kiedy udało nam się w czwórkę zwodować tratwę, położyliśmy na niej plecaki zawinięte w pokrowce przeciwdeszczowe. I ruszyliśmy. Jeziorko było dość płytkie, ale musieliśmy przepłynąć je w obie strony - to był prawie kilometr. Toporna tratwa stawiała opór, nam trudno było zsynchronizować ruchy czterech osób, więc płynęliśmy dość chaotycznie i powoli. Mimo że dobrze pływam, to jednak wyszedłem z jeziora nieźle zziajany. Ale za to z suchym plecakiem. Sukces!

sere, survival, tratwa

Może nie była to tratwa na miarę Kon-Tiki, ale "zrobiła robotę", jak mówią żołnierze. Choć trzeba przyznać, że większa fala mogłaby być dla niej zabójcza...

sere, survival, tratwa

Trzydniówkę czas zacząć

sere, survival, szałas

I nie chodziło wcale o trzydniową imprezę, a o sprawdzian z wiedzy i umiejętności zdobytych na kursie SERE. Zostaliśmy podzieleni. Mnie przydzielono do Piotrka, plutonowego z 6. Brygady Powietrznodesantowej. Mieliśmy zacząć od survivalu, potem miało być unikanie, a na koniec - resistance.

Dla mnie testem było jednak już takie spakowanie plecaka, żeby zabrać najpotrzebniejsze rzeczy, ale nie spuchnąć od dźwigania ciężarów. Po namyśle zrezygnowałem z zabierania karimaty, bezpodłogowego namiotu i zapasowych spodni (jak się okazało, wszystkie trzy rzeczy bardzo by mi się przydały) oraz z zapasowej kurtki (strzał w dziesiątkę). Plecak i tak ważył sporo - swoje zrobiły wojskowe konserwy.

sere, survival,

Budowanie szałasu z sosnowych gałęzi to męka - są za cienkie. Lepsze na dach byłyby gałęzie rozłożystego świerka. Przydaje się też doświadczenie - gdy ja się jeszcze męczyłem z szałasem, Piotrek z 6. BPD miał czas na znalezienie krowiej czaszki. I mieliśmy obozowisko z charakterem!

Pierwszego dnia każdy musiał sam zaliczyć sześć z ośmiu zadań survivalowych. Ja zbudowałem dwa urządzenia do zbierania wody, filtr do wody, wyciosałem dzidę, zrobiłem sobie szałas, a na koniec zaliczyłem test z rozpalania ogniska. To było coś. Zadanie wyglądało tak: w gotowym palenisku typu dakota hole trzeba było z przygotowanych drewienek rozpalić ogień i ugotować na nim około pół litra wody. W piętnaście minut. A, zapomniałbym - dostaliśmy tylko po dwie zapałki.

Poczułem presję. Ale spokojnie ułożyłem na dnie dakoty grubsze drewienka, na nich ustawiłem w stos gałązki, do środka włożyłem wysuszoną trawę, a wszystko obłożyłem małymi, wysuszonymi na wiór patyczkami. Pogoda mi sprzyjała, bo cały dzień był upał, a wieczór był bezwietrzny. Odpaliłem kawałek kory brzozowej i podpaliłem moje ognisko. Od razu buchnęły płomienie. Położyłem w poprzek mokre gałęzie, jako podstawkę, i postawiłem na nich menażkę. Woda zawrzała po 4 minutach i 30 sekundach.

Wiem, że swoją wartość można udowadniać na różne sposoby. Można być dobrym ojcem. Wspaniałym przyjacielem. Świetnym lekarzem, archeologiem lub dziennikarzem. Ale wszystko to furda w porównaniu do rozpalenia ogniska i ugotowania wody w niecałe pięć minut. Faceci tak mają. I ja też poczułem, że świat do mnie należy. Pewnie skakałbym z radości przez pół nocy, gdyby nie nadchodząca burza...

sere, survival, ognisko

Walka z deszczem

Jeszcze nad naszymi ogniskami grzaliśmy z Piotrkiem konserwy (drodzy logistycy i kwatermistrze: bigos i klopsiki są świetne), gdy usłyszeliśmy potężne grzmoty. - Może przejdzie bokiem - łudziliśmy się, ale zaczęliśmy pochłaniać jedzenie w błyskawicznym tempie. Z przechodzenia bokiem nic nie wyszło. Zanim spadły pierwsze krople, zdążyłem jednak się najeść i przebrać w cieplejsze ciuchy na noc.

Nim się rozpadało na dobre, przykryliśmy z Piotrem jeden z naszych szałasów ponchami, foliami NCR i wszystkimi kawałkami nieprzemakalnych szmat, jakie mieliśmy pod ręką. Bez tego szałas nie miał szans wytrzymać oberwania chmury. W nocy dołączył do nas Łukasz, podporucznik z 2. Brygady Zmechanizowanej. Z powodu egzaminu z angielskiego przyszedł z 12-godzinnym opóźnieniem. Musiał przemaszerować ponad 20 kilometrów. Zmęczony, musiał też zaliczyć wszystkie zadania. Wiedział, że przez trzy dni nie dostanie jedzenia (my codziennie otrzymywaliśmy wojskowe racje, czyli "eski"). Oczywiście go przygarnęliśmy, od czego są koledzy.

Po dwóch godzinach deszcz zelżał na tyle, że Łukasz mógł rozbić mały namiot. A ja zasnąłem snem sprawiedliwego. I choć rano narzekałem, że mnie łamie w kościach - brak karimaty! - to jednak się wyspałem.

Evasion czyli unikanie

sere, survival, kamuflaż

Sztuka kamuflażu

Najpierw warto posmarować twarz, uszy i kark kremem, dzięki temu farby dłużej się trzymają. Potem robimy z siebie Shreka, czyli dokładnie malujemy się na zielono. Łącznie z kącikami oczu i wnętrzem uszu. Dopiero teraz możemy chwycić czarną lub brązową farbę. Jedna kreska idzie od czoła do żuchwy przez nos, na skos twarzy - po to, żeby złamać jej symetrię. Od tej skośnej linii rysujemy jeszcze dwie, trzy poprzeczne. Każdą kreskę lekko rozmazujemy palcami.

Malujemy też szyję, a na wszelki wypadek owijamy ją jeszcze szalem snajperskim. Nie można zapomnieć o dłoniach, bo rękawiczki nie wystarczą. Czasami trzeba je przecież zdjąć, np. przy analizie mapy lub jedzeniu. Ostatni ruch to przetarcie farbą ust, żeby nie błyszczały na różowo. I gotowe!

 

 

 

Sztuka unikania

Evasion Plan of Action to dokument, który żołnierze przygotowują przed wyjściem z bazy. Siły specjalne - przed każdą misją (bo każda jest inna), normalne jednostki - raz na jakiś czas (bo np. kierunki patrolowania nie zmieniają się co chwila). W EPA zaznaczony jest tzw. korytarz ucieczki i punkty (w odległości co 24 godziny marszu), w których siły ratunkowe mogą znaleźć uczestników akcji. Marszruta musi być zaplanowana według oczywistych i łatwych do znalezienia charakterystycznych punktów w terenie. Żołnierz może przecież stracić mapę, dlatego założenia EPA powinny być jasne i proste.

Żołnierze uczą się tego na pamięć. Dokument trafia natomiast w ręce sił ratunkowych, jeśli - odpukać - ktoś zaginie w akcji.

Druga doba ćwiczeń to było unikanie, czyli ucieczka przed pościgiem. Z całym szacunkiem dla ścigających nas żołnierzy i funkcjonariuszy straży granicznej, najbardziej z etapu unikania zapamiętałem komary. Po 24 godzinach w terenie razem z Piotrkiem i Łukaszem moglibyśmy napisać nowy słownik wulgaryzmów - naprawdę staraliśmy się obrazić te cholerne moskity.

Wystarczyło się zatrzymać, a france już kąsały. Dawały radę przez mundur, przez mundur i bieliznę termoaktywną, przez kapelusik, przez moskitiery, przez kominiarki... Kąsały w dzień i w nocy. A tam, gdzie nie było komarów, pojawiały się kleszcze. Do tego gdy kilka razy musiałem szybko paść na twarz, żeby ukryć się przed patrolami, to oczywiście wylądowałem facjatą w mrowisku. Do domu wróciłem tak pogryziony, że wyglądałem, jakbym przechodził ospę.

Nawet przeprawa przez bagno i rzekę z plecakiem w rękach nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Ani ponad 10-kilometrowe skradanie się w dzień i w nocy, przerywane krótkimi drzemkami. Może dlatego, że pogoda się zlitowała - w dzień nie było zbyt gorąco, przez całą dobę nie padało, więc można było wysuszyć przemoczone rzeczy.

Drugą rzeczą, która utkwiła mi w głowie, był poranek przed etapem "resistance". Cała moja grupa spotkała się na ostatnim punkcie kontrolnym i czekała na transport do bazy terrorystów. Wiedzieliśmy, że przed nami wielogodzinne przesłuchanie. Wszyscy marzyli, żeby przed pojmaniem się załatwić. Instruktorzy na wykładach tłumaczyli, że w niewoli można kałem zostawić jakiś znak. Terroryści opuszczą z nami to miejsce, lecz znak zostanie i może zostać znaleziony przez naszych towarzyszy broni. No tak, ale my byliśmy na ćwiczeniach i wizja robienia kupy w gacie nikomu się nie uśmiechała. A poddać się po kwadransie z powodu pełnego pęcherza też głupio...

Nie wnikając w techniczne szczegóły, napiszę, że cała grupa Alfa przystąpiła do części "resistance" (zwanej uroczo "mogadiszem") nastawiona optymistycznie.

sere, survival,

Najlepszy moment na ucieczkę to sam początek porwania - mamy jeszcze ubranie, buty, a może i schowany za pazuchą zestaw survivalowy. Koledze się jednak nie udało - w rzeczywistości zostałby zastrzelony. Na ćwiczeniach, tak jak wszystkich, związano go i wrzucono do piwnicy.

Ćwiczenie: w niewoli Talibów Ćwiczenie: w niewoli Talibów fot. Robert Kowalewski

W rękach terrorystów

Nie wyrywano nam paznokci, nie bito nas, nie gwałcono, a i tak straciłem poczucie czasu i myślałem, że jestem na skraju wytrzymałości. Zaczęło się już w starze, którym jechaliśmy. Napadli na niego terroryści. - Na kolana, kurwa, na kolana! Łapy na kark, głowa w dół! - wrzeszczeli, strzelając dla postrachu. Posłusznie uklęknąłem. Star telepał się na dziurawej polnej drodze, a ja z całych sił starałem się trzymać pion na tyle, żeby nie wyrżnąć głową w metalową burtę ciężarówki. Mięśnie ud zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Myślałem, że trwa to jakiś kwadrans, może 20 minut. - To było maksymalnie pięć minut - powiedział mi potem Robert, mój fotoreporter.

Star zatrzymał się, zostaliśmy rzuceni na ziemię. Oprawcy zabrali mi okulary i zawiązali oczy bandażem i taśmą. Ręce skuli nam za plecami, związali linką w jeden szereg i kazali iść. Pod nogami czułem piasek, chyba schodziłem, kazali mi uklęknąć na wilgotnym betonie, chyba w jakiejś chłodnej piwnicy.

Przeszukanie. Znaleźli zaświadczenie, że jestem z kursu SERE. Mój błąd - już poznali nazwisko (bo to zaświadczenie "udawało" dokument tożsamości). Nieprzyjemny rechot. - Piotr, chcesz wrócić do domu? Piotr, załatwimy cię - raz krzyczeli to głośno, raz szeptali do ucha. Nie wiem, jak długo kiwałem się na klęczkach. Bolały mnie uda, wygięte stopy, kolana wciskające się w beton. Potem mnie postawili, rozebrali do majtek, założyli jakiś kombinezon. - Co nam powiesz? - pytali. Milczałem. Przykuli mnie do zimnej, betonowej ściany kajdankami. Zdjęli buty - pod stopami miałem zimny beton. - Nogi szeroko i daleko od ściany! - znowu wrzaski. Stanąłem. Cisza.

Słyszałem bicie swojego serca i własny oddech. I wtedy się zaczęło. Zimno w stopy. Zimno w palce u rąk. Nie czuję małych palców, w ogóle. Nie czuję palców wskazujących. Panika. Bolą mnie barki. Próbuję inaczej się oprzeć. - Nie tak! - wrzeszczy terrorysta. Znów bolą napięte mięśnie barków. I plecy. I kark. I zmarznięte stopy. Wydaje mi się, że straciłem palce u rąk... Chciałem się poddać.

Wtedy pomyślałem, że to ćwiczenie nie ma sensu, jeśli nie postawię sobie jakiegoś celu. Wymyśliłem więc tak: w rzeczywistości punkt przerzutowy byłby bardzo blisko granicy. Po godzinie moi przełożeni wiedzieliby, że ktoś zdradził i jesteśmy w rękach wroga. Powiedzmy, że kolejne dwie godziny to czas na przekazanie informacji tym moim kolegom, którzy jeszcze byli w lesie, że punkt przerzutowy jest spalony. Razem trzy godziny - tyle chcę wytrzymać. Nie wiem, czy moje wyliczenia trzymały się kupy, ale dały mi cel i motywację. Bez nich poddałbym się od razu - bo jaki jest sens przyjmowania bólu?

Scenariusz ćwiczeń

W czasie przesłuchania udawałem cywila, który w mundurze przemycał wojskowy plecak. Za wszelką cenę miałem chronić tożsamość swoją i swoich towarzyszy. Według scenariusza ćwiczeń byłem dyplomatą Wislandii, a oni żołnierzami tego kraju. Nasi prześladowcy byli rebeliantami z Wolnej Drawii, muzułmańskiego regionu, który chce się odłączyć od Wislandii. Naszą misją była ewakuacja sprzyjającego nam ważnego polityka Wolnej Drawii. Ktoś jednak zdradził, śmigłowce zostały zestrzelone, a my uciekaliśmy do ustalonego punktu kontaktowego.

- Założenie, że uczestników kursu przesłuchują islamscy terroryści, nie wynika z żadnych uprzedzeń bądź islamofobii. Po prostu jest to kurs wojskowy, a polscy żołnierze najbardziej narażeni na izolację są w Afganistanie - tłumaczył płk Tomasz Łysek, szef kursu SERE. Poza tym celem żołnierza w niewoli jest zdobywanie informacji. Użycie obcych imion, pseudonimów i tytułów powoduje, że trudniej je zapamiętać.

Hasło: szalony pirat

sere, survival, przesłuchanie

Specjaliści radzą osobom narażonym na porwanie, żeby nie stawiały tępego oporu. Kawałek po kawałku dzieliły się informacjami tak, żeby nie zaszkodzić kolegom, ale przede wszystkim - żeby same zachowały życie i zdrowie. I starały się zapamiętać jak najwięcej szczegółów dotyczących porywaczy. Mogą się przydać w przyszłości.

Gdy już zmarzłem i bolały mnie wszystkie mięśnie, zaczęli przychodzić do mnie terroryści. Mówili o sobie brat Lord i brat Konewka. Zadawali pytania, ja milczałem. Potem ci sami terroryści wracali do roli instruktorów i przypominali mi o zasadach bezpieczeństwa, opiece medycznej i założeniach ćwiczenia. Potem pytali o pracę w "Logo", co mnie irytowało, bo przecież ja w tej zimnej piwnicy byłem dyplomatą, a nie dziennikarzem. - Psują mi zabawę, nie pozwalają wczuć się w sytuację - pomyślałem. Do czasu. Przyszła druga wizyta i trzecia. Znów mieszali role instruktorów, kolegów, terrorystów. Zacząłem mieć mętlik w głowie, zapominałem, na które z pytań odpowiadać, a na które nie. Kiedy zmarzłem, wyprowadzili mnie na zewnątrz i kazali kopać dół. - Może dla ciebie - żartowali. Rozgrzałem się. Zaprowadzili mnie do "mułły", czyli szefa terrorystów. Opowiedziałem swoją legendę: że jestem cywilem, że przemycałem wojskowy plecak, że chciałem dostać pracę w Wolnej Drawii. W tym czasie ogrzałem i rozprostowałem dłonie i wypiłem ciepłą herbatę. W duchu podziękowałem psycholog kursu za naukę ćwiczeń relaksacyjnych: rozciągnąłem mięśnie pleców i barki. Mułła zakończył przesłuchanie i znowu wylądowałem w piwnicy.

Tym razem oprawcy polali mnie zimną wodą - wychłodzenie to metoda na złamanie oporu. Jak to się robi - nie napiszę, bo to nie jest podręcznik dla przesłuchujących. Bez specjalistycznej wiedzy można kogoś zabić zimnem, więc nie bawcie się w to w domu. Zacząłem szczękać zębami. Wydawało mi się, że zasypiam, chwilami wisiałem na kajdankach, które wrzynały się w nadgarstki. Znów bolały mnie mięśnie i odpadały mi palce z zimna. Terroryści polewali mnie wodą i szeptali do ucha straszne rzeczy: o tym, co zrobią z moją żoną, córką, co zrobią ze mną. Ćwiczenia? Może. Ale niektóre rzeczy działają na psychikę, nawet gdy wiemy, że są na niby.

Próbowałem zobaczyć, gdzie jestem - w końcu zbieranie informacji to zadanie żołnierza w niewoli. Ale udało mi się ramionami odsunąć bandaż tylko z prawego oka, a akurat na nie po prostu nie widzę. Później się dowiedziałem, że moim kolegom udało się zmierzyć tip-topami odległości, podejrzeli rozkład pomieszczeń, okien i wygląd okolicy. Jak to się mówi: szacun. Ja byłem jak ślepiec we mgle.

Znów marzłem, znów woda, znów szepty do ucha. Lekarz wsadził mi termometr do ust. Odkuli mnie i wyprowadzili na słońce. - Kop rów. Potem do mułły na przesłuchanie. Powiesz te same bzdury, trafisz do karceru. Stopy będziesz miał w misce z zimną wodą - usłyszałem. Pękłem. - Szalony pirat, szalony pirat, szalony pirat - powiedziałem hasło kończące ćwiczenie.

sere, survival, przesłuchanie

Cisza. Słyszałem bicie swojego serca i własny oddech. Wtedy się zaczęło. Zimno w stopy. Zimno w palce rąk. Nie czuję palców. W ogóle. Bolą napięte mięśnie barków. I plecy. I kark. Chciałem się poddać. Pomyślałem, że opór nie ma sensu, jeśli nie postawię sobie jakiegoś celu.

Sztuka przesłuchiwania

Wbrew obiegowym opiniom tortury (ale również tzw. wzmocnione techniki przesłuchań) nie są podstawowym środkiem wydobywania informacji. Według psychologów ból jest bowiem traumatycznym przeżyciem dla mózgu i może spowodować zaburzenia pamięci, a nawet powstanie fałszywych wspomnień. Tak naprawdę celem przemocy w czasie przesłuchań jest więc osłabienie woli jeńca. Po to, by sam poczuł potrzebę mówienia. Jego zeznania są wtedy konfrontowane z innymi informacjami i dopiero wtedy mogą stać się przydatne. Najlepiej porównać to do układania puzzli - przez przesłuchującego. Dla jeńca nie ma to nic wspólnego z puzzlami.

Wszystko połapane

sere, survival, kamuflaż

Brat Lord i brat Konewka od razu pogratulowali mi wytrwałości. I przeprosili za to, co mówili. Miły gest, który oddzielił prawdziwych ludzi od udawanych oprawców. Poczęstowali też papierosem. Posadzili przy ognisku. Ulga i ciepło. - Ile wytrzymałem? - zapytałem, myśląc, że było to około 90 minut. - 4,5 godziny - usłyszałem. Żołnierze wytrzymywali dłużej, nawet po 10 godzin, ale to było ważne tylko na początku. Potem zacząłem się zastanawiać, jaki kruchy jest człowiek. Co bym zrobił, gdyby prawdziwi terroryści mnie zgwałcili, pobili, wyrwali paznokcie? Z drugiej strony, ile mógłbym wytrzymać, gdy by od mojej postawy zależało życie córki? Mojej żony? Moich towarzyszy broni? Jakbym odebrał to ćwiczenie, gdybym wiedział, że wyjeżdżam na misję do Afganistanu, gdzie naprawdę mogę wpaść w łapy talibów? Ile trzeba mieć odwagi, żeby pojechać na wojnę, zostawiając w domu rodzinę?

Nazajutrz odebrałem certyfikat ukończenia wojskowego kursu SERE na poziomie A i B. Chwila dumy i satysfakcji z poznania własnych ograniczeń i próby ich przełamania. Gdy wyszedłem z odprawy, przypomniało mi się wojskowe pytanie: "Masz wszystko połapane?" - tzn. czy wszystko masz pod kontrolą, czy wiesz, co robić. I chciałem powiedzieć instruktorom: połapane. Choć inaczej, niż wyobrażałem to sobie przed kursem.

sere, survival,

Od lewej: ppłk Paweł Dobrowolski - Komenda Główna Straży Granicznej, płk Tomasz Łysek - szef kursu SERE, ppłk Jacek Mokrzycki - Komenda Główna Straży Granicznej, Piotr Hykawy-Zabłocki - "Logo", chor. Grzegorz Kaczmarek - Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu, chor. Dariusz Aleksiuk - 22. Batalion Piechoty Górskiej w Kłodzku, Marzena Kościelniak - psycholog z CSWL, kpr Maciej Dardzikowski - 22. BPG w Kłodzku, sierż. Monika Nowak - CSWL w Poznaniu, st. sierż. Jacek Niziałek - CSWL w Poznaniu

Kilka survivalowych porad

sere, survival, sznurek

 

 

Jak zrobić sznurek?

Giętkie, wilgotne drewno trzeba obrać z kory. Potem odseparować łyko, które dzielimy na dwa, trzy wąskie paski. I zaplatamy, skręcając każdy pasek. Taką linkę dobrze jest jeszcze pogotować chociaż przez 10 min - nie będzie się rozsychać.


survival, mój pierwszy raz, Ćwiczenie: w niewoli Talibów

 

 

Jak zdobyć wodę?

Wykopujemy metrowy dół, stawiamy w nim naczynie i przykrywamy folią, którą obciążamy pośrodku. Słońce nagrzeje jamę, a parująca woda skropli się na folii i skapnie do naczynia. Tego uczył nas Wiesiek, instruktor z Centrum Szkoleń AT, były oficer GROM.

sere, survival, woda

 

 

Jak oczyścić wodę?

Filtry możemy robić z butelek, dziurawych garnków albo - jak na zdjęciu - z chust ratunkowych rozpiętych na patykach. Trawa oddziela zabrudzenia mechaniczne, piasek filtruje drobniejsze brudy. Na dole węgiel drzewny działa bakteriobójczo.

Jak rozpalić ogień?

sere, survival, ogień

Dwoma drewienkami. Gdybym nie zobaczył na własne oczy, jak zrobił to jeden z kursantów, kpr. Roman Lichota, tobym nie uwierzył. Twardym kawałkiem drewna "wiercimy" w miękkiej deseczce. Żar trzeba wrzucić na suchą podpałkę. I delikatnie rozniecić ogień. Romek dał radę i dostał gromkie brawa. Ale przyznał, że prosto nie było.

sere, survival, ogień

Więcej o: