Mój pierwszy raz: noc w śniegowej norze

Wieczorem temperatura spadła poniżej -10 stopni. I przez całą noc spadała, spadała, aż nad ranem słupek rtęci pokazał -26 stopni. A ja całą tę noc spędziłem na Śnieżniku, w śniegowej norze, na igliwiu, pod cienkim brezentowym daszkiem.
1 Mój pierwszy raz: Noc w śniegowej norze Mój pierwszy raz: Noc w śniegowej norze fot. Robert Kowalewski

Wojskowy kurs SERE

Przetrwałem. Od razu wyjaśnię, że nie spałem tak dla przyjemności. Była to część kursu SERE, organizowanego (w lutym 2011 roku - przyp. red.) przez Dowództwo Wojsk Lądowych. A ja się uparłem, żeby ten kurs ukończyć.

Przed snem razem z dwoma towarzyszami - Robertem, który robił zdjęcia, i Łukaszem, podporucznikiem, który jako jedyny z nas wiedział, jak przeżyć w takich warunkach - zapaliłem znicz. W ekstremalnych warunkach nawet malutki płomyk daje psychologicznego kopa. My jednak śmialiśmy się, że palący się znicz nada odpowiednią oprawę chwili, gdy chłopaki z piechoty górskiej znajdą nad ranem nasze ciała.

Towarzysze broni. I śpiworów

Mieliśmy jednak nadzieję, że dożyjemy do rana. Choć jeszcze 24 godziny wcześniej moje szanse na przetrwanie nocy wysoko w górach oceniałem mizernie. Okazało się bowiem, że brakuje mi kluczowych elementów wyposażenia. Ale zacznijmy od początku...

- Kochanie, masz kalesony? - zapytała Troskliwa Żona przed moim wyjazdem w Kotlinę Kłodzką. To właśnie tam miałem wziąć udział w wojskowym kursie SERE (Survival - przetrwanie, Evasion - unikanie, Resistance - opór w razie uwięzienia, oraz Escape, czyli ucieczka). Był to kurs na poziomie A, czyli teoretyczny (o poziomie B czytaj w Ćwiczenie: w niewoli Talibów) ale dodatkową atrakcją miało być nocowanie na mrozie w prowizorycznym schronieniu.

Bułka z masłem. - Nie noszę kalesonów. Mam grube spodnie. I śpiwór. Wystarczy - burknąłem więc wyniośle w kierunku Troskliwej Żony. I pojechałem. Kiedy jednak w ośrodku szkoleniowym Grzesiek, jeden z instruktorów z Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych, przywitał mnie krótko i po żołniersku: - Masz kalesony?, uznałem, że coś z tą częścią garderoby jest na rzeczy. Tym bardziej że w górach przywitała nas jesienna pogoda, po jakimś czasie spadł śnieg, a potem zrobiło się zimno. A do tego wiał wilgotny wiatr. Brrr.

Kalesony dostałem z wojskowych zapasów. Kamień spadł mi z serca, ale postanowiłem przejrzeć ekwipunek. Buty - są, ciepłe skarpety - cały stos, koszulki, swetry, puchowa kurtka, trzy pary rękawic, czapki - lista była pełna. Sprawdziłem śpiwór. Niedobrze. Znaczek "-6 stopni" był symbolem materiału, z którego został zrobiony śpiwór, a nie jak wcześniej myślałem komfortowych warunków spania - tu jak wół napisane było +10 stopni. Powiało grozą. Skąd wezmę nowy śpiwór późnym wieczorem, skoro rano ruszamy na Śnieżnik?!

Określenie "towarzysze broni" to jednak w wojsku więcej niż w cywilu. Kilka rozmów i stałem się posiadaczem ciepłego śpiwora sił specjalnych. A jako bonus dostałem kompletny mundur z oddychających materiałów. Uff!

2

Na nartach na szczyt

SERE, survival, Śnieżnik, góra Bytowanie (tak w wojskowym żargonie mówi się na to, co cywile określają mianem survivalu lub męskiej przygody) w Masywie Śnieżnika zaczęło się w dolinie. Bo na górę trzeba było się dostać na nartach i jeszcze zatargać tam pełny plecak oraz rakiety śnieżne.

Na szczęście przeszliśmy wcześniej szkolenie z jazdy na nartach. - Tu są narty. To są wiązania, w które wpinamy buty. Za pięć minut ruszamy - powiedział Aleks, instruktor z piechoty górskiej. Zabrzmiało jak żart, a nie szkolenie, ale okazało się skuteczne. Weszliśmy na górę i z niej zeszliśmy. Wystarczyło zacisnąć zęby, podpatrywać, jak robią to bardziej doświadczeni koledzy i nie mazgaić się.

Na Śnieżnik też weszliśmy, chociaż wyładowany aż po komin plecak nie ułatwiał marszu. Z doliny pod masywem wyszliśmy około godziny ósmej rano, a do schroniska dotarliśmy po niecałych trzech godzinach. Mieliśmy jednak bytować nie na szczycie - tam lodowaty wiatr pozbawiłby nas szans - tylko na zboczu, około kilometra od schroniska. To było kilkanaście minut marszu. Szybko obeszliśmy teren i wybraliśmy miejsce na nocleg. Dwa dorodne świerki jako maszty do rozpięcia linki. Na niej brezentowa płachta osłaniająca nas od wiatru. Pod nią chcieliśmy wykopać głęboki dół, który mieliśmy wyłożyć grubą izolującą od zimna warstwą igliwia. A polanka miejscem na ognisko. Kiełbaski czekały w plecakach...

Robota wre

Plan wydawał się świetny. Niestety jego realizacja napotkała kilka przeszkód. Pierwszą był problem z przypięciem rakiet śnieżnych. Żeby to ustrojstwo dało się założyć na buty, trzeba było poluzować plastikowe paski. Niestety, ich mocowaniem była mała śrubka z małą nakrętką. Palcami - ani rusz. Profesjonalne noże też były bezużyteczne. Koszmar, bo brodzenie w samych butach w co najmniej metrowej grubości puszystym śniegu oznaczało dodatkowe zmęczenie i przemoczone spodnie.

Przybity sięgnąłem po papierosa. W kieszeni wyczułem coś metalowego... - Mam! - triumfalnie wyciągnąłem niewielki scyzoryk. W sumie kobiecy gadżecik z niewielką latareczką i czymś, co przypominało cążki do paznokci. Ale miał też malutkie kombinerki, które uratowały nam życie, bo mogliśmy nimi odkręcić te cholerne nakrętki od rakiet. W myślach przeprosiłem na kolanach Troskliwą Żonę. (Przed wyjazdem. Ona: - Nie masz porządnego scyzoryka, kochanie? Weź ten. Ja: - Nie wezmę tego badziewia! Tam będą żołnierze, spalę się ze wstydu. Ona: - Zrób mi przyjemność i weź, może się przyda). To był malutki sukces, ale bardzo podniósł nas na duchu.

Podzieliliśmy się obowiązkami. Ja zbierałem drewno na ognisko, Robert i Łukasz kopali śnieżną norkę i zbierali igliwie na naszą prowizoryczną podłogę. Tu pojawił się drugi problem: tylko Łukasz miał łopatkę (popularnie zwaną saperką, ale żołnierze uważają, że to durna nazwa).

SERE, survival, Śnieżnik, góra

Ale ponieważ byliśmy pełni entuzjazmu, praca sprawnie posuwała się naprzód. Koledzy wykopali głęboki, prostokątny dół, około 2 na 3 m. Po bokach usypali spory wał. Nad norką zawisła płachta.

Późnym popołudniem instruktorzy przyszli na inspekcję. - Chłopaki z "Logo". Norka jest taka sobie, obrzućcie brezent świerkowymi gałęziami, żeby była lepsza izolacja. Czeka was ciężka noc - skrytykował płk Tomasz Łysek z Dowództwa Wojsk Lądowych, szef kursu SERE. - No i zrobiliście błąd, bo na początku nie rozpaliliście ogniska. Jecie zimne czekoladki, pijecie zimną wodę, a to samobójstwo. Aha, i macie za mało drewna - rzucił, spoglądając na wielki stos gałęzi.

- Damy radę - obruszyliśmy się po ich odejściu. Ale na wszelki wypadek ogołociliśmy z gałęzi kilka kolejnych uschniętych drzew.

SERE, survival, Śnieżnik, góra

Największy problem miałem z... założeniem rakiet śnieżnych. W porównaniu z tą zegarmistrzowską operacją zbieranie chrustu na ognisko i rozbicie prowizorycznego namiotu okazały się dziecinnie proste.

3 Mój pierwszy raz: Noc w śniegowej norze Mój pierwszy raz: Noc w śniegowej norze fot. Robert Kowalewski

Płonie ognisko...

Centralnego ogrzewania starczyło nam na parę godzin.

Żeby było jasne - zbieranie gałęzi i konarów, gdy temperatura cały czas spada, nie jest łatwe. Na mrozie byłem od rana. Nie jadłem nic ciepłego. Gdy tylko się zatrzymywałem, ogarniał mnie chłód, choć byłem dokładnie opatulony. Dwie koszulki, sweter i oddychająca kurtka, na nogach kalesony, zwykłe spodnie i jeszcze spodnie mundurowe - całkiem pokaźna lista, ale prawie -20 stopni robiło swoje.

Co dziwne, nie marzłem. Nie, to było inne uczucie. Każdy oglądał pewnie film, na którym wielka maszyna po wyłączeniu jeszcze przez chwilę pracuje, tłoki ruszają się coraz wolniej, aż wreszcie mechanizm z głośnym sapnięciem zatrzymuje się. Tak się właśnie czułem. Jakby ktoś odłączał zasilanie i zapraszał do zakopania się w śniegu i odpoczynku. Co byłoby samobójstwem, więc musiałem przezwyciężyć słabość i ruszyć do pracy.

Chodzenie w śnieżnych rakietach było bardzo męczące. Nasza norka znajdowała się w połowie zbocza, a suchy las - kilkadziesiąt metrów powyżej. Spacer pod górkę zatykał płuca. Spacer w dół z gałęziami - męczył ramiona. Takich kursów wykonałem kilkadziesiąt...

Gdy zaczęło się ściemniać, uznaliśmy, że już czas na odpoczynek. Weszliśmy do naszego schronienia. Śmiejąc się, zapaliliśmy znicz i odpaliliśmy kuchenki turystyczne. W środku zrobiło się zadziwiająco przytulnie (co nie oznacza ciepło), a bulgocząca woda dodawała nam animuszu. Gdy zalaliśmy wrzątkiem zupę w proszku z suszonym makaronem, w norce zapachniało rosołem i pomidorówką. Łapczywie połykaliśmy kolację, bo zupa na takim mrozie stygła błyskawicznie.

Ciepły posiłek zdziałał cuda. Rozochoceni zabraliśmy się do rozpalania ognia. Uczciwie mówiąc, to Łukasz zabrał się do krzesania, bo jako jedyny z nas miał zapas suchej rozpałki. Robert i ja trzymaliśmy za niego kciuki, bo zmarznięte drewno nie ułatwiało pracy. Ale udało się. W trzaskającym mrozie zaczął też trzaskać wesoło ogień. Każdy z nas nadział kiełbaskę i chleb na patyk. Przy ognisku było cieplutko, a jedzenie smakowało wybornie.

Bez drewna i herbaty

Okutani po uszy, grzaliśmy się przy płomieniach i jedliśmy kiełbaski. Było fajnie i ciepło. Brakowało tylko gorącej herbaty. Po prostu w ferworze przygotowań zapomnieliśmy ją wziąć. Razem z Robertem uznaliśmy, że trzeba jednak herbatę zdobyć. Przypięliśmy rakiety i zaczęliśmy obchód. Oprócz nas na zboczu Śnieżnika nocowało jeszcze prawie 30 żołnierzy. Któryś z nich na pewno był bardziej przewidujący od amatorów z "Logo".

W czasie marszu od jednego schronienia do drugiego optymizm ulatywał z nas jak powietrze z dziurawego balonika. Herbaty nikt nie miał, wszyscy mieli natomiast przestronniejsze norki i wyższe ogniska. Nad ranem okazało się, że nasze niepozorne schronienie zdało egzamin lepiej od wielu innych. Wtedy jednak tego nie wiedzieliśmy, więc podkuliliśmy ogony jak zbite psy i wróciliśmy. Na miejscu okazało się, że instruktorzy mieli rację - stosik drewna zmniejszał się w dramatycznym tempie, a dochodziła dopiero godzina 23. Nocny spacer po opał nie wchodził w grę, bo przy spadającej temperaturze rosło ryzyko wychłodzenia.

- Może zgasimy teraz ognisko, żeby zostało trochę drewna. Wstaniemy o piątej nad ranem, znów je rozpalimy i rozgrzejemy się? - zaproponowałem. Pomysł wydawał się niegłupi, koledzy też nie protestowali. Powoli wygasiliśmy płomienie i po kolei wsuwaliśmy się do śpiworów. Oczywiście zdjęliśmy tylko buty. Cała reszta miała pomóc utrzymać ciepło.

mój pierwszy raz, survival, Mój pierwszy raz: Noc w w śniegowej norze

4 Mój pierwszy raz: Noc w śniegowej norze Mój pierwszy raz: Noc w śniegowej norze fot. Robert Kowalewski

"Logo", żyjecie?

Koledzy zasnęli od razu. Robert do rana nie obudził się ani razu i wyspał się znakomicie, Łukasz budził się kilka razy, ale ze śpiwora nie wyściubił nosa. Ja obudziłem się po dwóch godzinach. Nie wiem, czy z powodu gorszego ubrania, czy mniejszej wytrzymałości na chłód, a może dlatego że spałem najbliżej wejścia (zlekceważyliśmy rady instruktorów i zamiast zrobić porządne zamknięcie z gałęzi, zakryliśmy tylko wejście plecakami) - w każdym razie czułem, że przechodzą mnie dreszcze.

W takie sytuacji nie można po prostu zwinąć się w kłębek. - Wiesz, jak znajdują zamarzniętych? W pozycji embrionalnej - ponuro ostrzegali instruktorzy z Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych przed wyjściem na Śnieżnik. Zgodnie z ich instrukcjami wyszedłem ze śpiwora i zacząłem małą rozgrzewkę. Na dużym mrozie nie polega ona na machaniu rękami i podskokach. Trzeba raczej napinać mięśnie, żeby pobudzić krążenie, ale nie tracić energii.

Kiedy już zrobiło mi się cieplej, poczułem, że muszę się wysikać. - Cholera! - zakląłem, przedzierając się przez śnieg w kierunku pobliskiego drzewa. Wizja rozpięcia rozporka na mrozie mroziła krew w żyłach. Sikając, potwierdziłem jednak empirycznie, że ostry mróz faktycznie obkurcza naczynia krwionośne. I nie tylko. Całe szczęście, że to było tylko sikanie, i nie musiałem ściągać portek.

Gdy wciskałem się na powrót do śpiwora, rozległy się krzyki instruktorów. - "Logo"! Żyjecie? - krzyczał Maciej z piechoty górskiej. - Masz herbatę? To zapraszamy - odkrzyknęliśmy chojracko. Pośmialiśmy się i zasnęliśmy.

Jedna chusteczka za mało

Drugi raz dreszcze obudziły mnie o piątej nad ranem. Niebo zaczęło już szarzeć. Mróz był potworny - mój wystający ze śpiwora nos zmienił się w wielki sopel lodu. Zarost zrobił się dziwnie twardy. Znów wyszedłem na zewnątrz, żeby się rozruszać. Ponieważ wszyscy uczestnicy szkolenia mieli zebrać się po szóstej, zacząłem budzić chłopaków. Trzeba było rozpalić ogień i zjeść na śniadanie kiełbaski.

Łukasz wygramolił się ze śpiwora. Zaczął mozolnie układać resztki suchej rozpałki i kawałki chusteczek higienicznych. Po kilku próbach malutki płomień zatlił się na nich... i zgasł. Druga próba, to samo, choć może ogienek był ciut większy. - Macie jeszcze chusteczki? - zapytał Łukasz. Niestety. Ani chusteczek, ani papieru toaletowego.

A przecież mogliśmy wziąć ze sobą rozpałkę do grilla - to najprostszy sposób rozpalenia ogniska. A zasada dobrego survivalu brzmi, że należy radzić sobie najprostszymi metodami. Jeśli nie musisz rozniecać ognia dwoma drewienkami, to się nie popisuj. My jednak, bez papierowej chusteczki, musieliśmy zrezygnować z ogniska i kiełbasek.

Tu popełniłem błąd. Robert grzał się (no, może po prostu nie marzł) w śpiworze, Łukasz ruszał się przy rozpalaniu ognia. A ja sterczałem na mrozie, żeby nie wyjść na mięczaka i nie zostawić go samego. I głupio traciłem resztki ciepła. Przed szóstą żołnierze z piechoty górskiej zaczęli krzyczeć na pobudkę i odliczać głośno czas do zbiórki. Tu popełniłem drugi głupi błąd. Zamiast wejść do norki i pakować się razem z chłopakami, zostałem na zewnątrz. - Nie będziemy się tłoczyć. Spakujcie się, potem ja - powiedziałem.

Efekt był łatwy do przewidzenia. Gdy wszedłem do środka, byłem wychłodzony. Zdjąłem rękawice, żeby zwinąć karimatę i śpiwór. Poczułem, jak ręce eksplodują bólem przy dotknięciu zimnych materiałów. Zakląłem szpetnie. Ręce bolały. Piechota górska wołała: "zbiórka!". A ja, wstyd się przyznać, spanikowałem: - Chłopaki, nie dam rady!

Dziwne uczucie. Wiedziałem, że nikt mnie tam nie zostawi. Że powinienem zagrzać wodę, wypić zupę z proszku i ogrzać się chwilę w śpiworze i dopiero zabrać się za pakowanie. Najwyżej musielibyśmy dogonić grupę. Niby wiedziałem, ale mróz, ból rąk oraz zmęczenie zrobiły swoje. Spanikowałem i nie wiedziałem, co robić. Chłopaki ogarnęli obozowisko i pomogli mi się spakować. Pięć minut później wróciłem do formy. Został tylko wstyd.

- Przepraszam - rzuciłem krótko, licząc, że zapomną o incydencie. No, ale od czego ma się kolegów, jak nie od sypania soli w ranę. - Ej, cykor! - podśmiewał się Robert. Zasłużyłem...

Gdy jednak doszliśmy do schroniska na Śnieżniku, żołnierze z respektem poklepywali nas po ramionach: - Szacun, że daliście radę. Nad ranem było -26 stopni.

SERE, survival, Śnieżnik, góra

5

Ekspert radzi jak przetrwać na mrozie w górach

SERE, survival, Śnieżnik, góra

Karol Komisarczyk, były oficer, szkoleniowiec jednostki GROM, obecnie instruktor firmy CSAT (www.csat.pl)

Jeśli rzadko chodzisz po górach, nie ma taryfy ulgowej w warunkach zimowych. Nie wykupuj połowy sklepu survivalowego, ale podstawowy ekwipunek trzeba zabrać.

Wyprawa w góry zimą to trudniejsze wyzwanie niż wycieczka w lecie. Trzeba przygotować się na niskie temperatury, planować krótsze marsze. Ale ze względu na możliwość załamania pogody warto przygotować się jak na wyjście dwudniowe. Żeby, jeśli pojawi się mgła, deszcz czy śnieg, nie ryzykować zejścia stromym zboczem ze szlaku. Przyda się mały namiot albo chociaż płachta biwakowa z oddychających materiałów. Oraz zimowy śpiwór i karimata, która izoluje nas od zimnego gruntu.

Jak się ubrać? Banalna odpowiedź: warstwowo. Żeby nie przegrzać się w czasie wysiłku, i nie zamarznąć, odpoczywając. Fatalnym pomysłem są ubrania bawełniane - długo schną, a mokre przylepiają się do ciała. Przy ciele powinna być bielizna termoaktywna, odprowadzająca nadmiar ciepła i wilgoci, potem bluzy i spodnie polarowe, na to wierzchnia warstwa zatrzymująca wiatr.

Ubrania muszą być suche, bo inaczej łatwo wychłodzić organizm! Jedyna metoda suszenia to własnym ciałem w śpiworze. Jeśli jest ciepło można suszyć je na sobie (wydajniej, ale to mniej miłe). Na sobie lepiej suszyć spodnie i polary, bo nie przylegają do ciała, bieliznę i rękawiczki zapakuj do śpiwora. Butów nie wysuszysz, ale przynajmniej postaraj się ich nie zamrozić. Niekoniecznie trzeba skórzane buty ładować do śpiwora, wystarczy je trzymać w środku namiotu. Jeśli jednak już to robisz, zapakuj je do worka foliowego i podłóż pod głowę (włożone w nogi śpiwora strasznie chłodzą).

W góry nie idź samemu. Trzeba pamiętać, żeby przy ograniczonej widoczności nie tracić kontaktu wzrokowego z partnerem. Przed wyjściem dobrze zapoznaj się z mapą, przeanalizuj trasę pod kątem swoich możliwości, dopasuj ją do pogody i godziny, kiedy zapada zmierzch. Trzeba mieć komórkę, przytroczoną do kieszeni. W strefach granicznych pamiętaj o roamingu. Telefon trzymaj przy ciele, żeby bateria się nie rozładowała z powodu niskiej temperatury. Do plecaka wrzuć nóż, przybory do gotowania, termos, busole, mapy lub GPS, apteczkę, jedzenie, coś do rozpalania ognia, latarkę (najlepiej czołówkę), gwizdek (do wzywania pomocy) i zapas wody.

Śnieżnik w liczbach

1425 m

Mimo że Śnieżnik ma tylko 1425 metrów wysokości, jest jednak bardzo nieprzyjemną górą.

3 dni

Podobno tylko 3 dni w roku są tu bezwietrzne.

160 dni

Pod szczytem śnieg zalega przez 160 dni w roku.

10 miesięcy

Pierwsze opady białego puchu zdarzają się już pod koniec sierpnia, ostatnie - w połowie czerwca.

550 m n.p.m.

Ciekawostką jest to, że według statystyk w Masywie Śnieżnika powyżej 550 m n.p.m. nie występuje lato termiczne... Śnieg, mróz i wiatr to razem mordercze warunki, dlatego właśnie tu chętnie ćwiczą żołnierze.