Mój pierwszy raz: jeden strzał w Akademii Duchów

Przez pół dnia się skradasz, czołgasz, zastygasz w bezruchu na kilka godzin, obserwujesz, sprawdzasz, przeliczasz... Oddajesz jeden celny strzał. Znikasz.

Tekst napisał w 2009 roku śp. Artur Brykner, który był wybitnym dziennikarzem gorzowskiej 'Gazety Wyborczej' oraz był autorem materiałów publikowanych w miesięczniku Logo.
Mój pierwszy raz: jeden strzał w Akademii Duchów Mój pierwszy raz: jeden strzał w Akademii Duchów fot. Daniel Adamski

Mission Impossible: znaleźć snajpera

Weszli do lasu przed nami. Twarze pomalowane w zielone i brązowe pasy, na mundurach maskujące kombinezony uszyte ze skrawków różnokolorowych materiałów w kolorach polskiego lasu w środku lata, czapki z siatkami maskującymi, rękawiczki, fińskie karabiny Sako pokryte maskującymi barwami. Żadnych błyszczących sprzączek, klamer, guzików i odznak. W snajperskich kombinezonach wyglądali trochę jak leśne yeti. - Za pół godziny na leśnej łączce - rzucili w naszą stronę i zniknęli w gąszczu.

 Z grupą żołnierzy 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej idziemy szybko leśną drogą. "Siedemnasta" to jedna z najlepszych jednostek w polskiej armii. Jej żołnierze służyli na misjach w Afganistanie, Iraku i Czadzie. Tutaj działa Akademia Duchów - jedyna w Polsce szkoła strzelców wyborowych (od 2011 roku szkolenie strzelców wyborowych odbywa się w Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia im. gen. Józefa Bema w Toruniu).

Po obu stronach drogi mijamy las. Dużo buków, trochę sosen i brzóz. Drzewa rosną na stoku opadającym do leśnego duktu. - Wyśmienite miejsce dla strzelca wyborowego do urządzenia zasadzki - mówi jeden z żołnierzy. Idziemy swobodnie i nie zdajemy sobie sprawy, że każdy z nas ma już swój krzyż - w lunecie celownika snajperskiego karabinu. Czterej strzelcy: Kendrol, Przemas, Cygan i Wróbel, od kilkunastu minut śledzą ruch każdego z nas.

Tuż przed nasłonecznioną łąką, pod drzewem na skraju drogi widzę kopczyk z liści. Dopiero z odległości kilkunastu metrów spostrzegam, że kopczyk ma lufę. To Kendrol, pierwszy strzelec oczekujący na nas w umówionym miejscu. Wstaje i wita się z nami. - Prowadziłem was kilkaset metrów. Miło sobie gaworzyliście, a w tym lesie jest bardzo niebezpiecznie - mówi z ironicznym uśmieszkiem. - Tak rozgadany patrol nie miałby żadnych szans. Reszta chłopaków czeka na was na stoku. Szkolenie zaczniemy, jak ich znajdziecie.

Kendrol: - Strzelając do samolotu na lotnisku, jednym nabojem za 4,5 dol. zniszczę sprzęt wart 27 mln dol. Ekonomia w wojnie odgrywa coraz większą rolę. Snajperów szkoli się też w niszczeniu drogiego sprzętu.

Maskowanie i szukanie

Spoglądam w kierunku lasu wskazanego przez Kendrola. - Mnie widzieliście, ale ja się nie ukrywałem przed wami. Czekałem. Przemas z Wróblem są na pagórku, między wysokimi sosnami, poniżej trawiastego stoku - tłumaczy Kendrol. Mój wzrok podąża za jego ręką wskazującą ukrytych strzelców. Jest las, drzewa, liście, krzaki, kilka pieńków i połamane, suche gałęzie. Żadnych żołnierzy. - Leżą obok siebie, ale nie szukaj ludzi. Obserwuj teren i spróbuj zlokalizować miejsce, które twoim zdaniem wygląda nienaturalnie. To właśnie jakiś dysonans w krajobrazie, jakiś szczegół powinien zdradzić ich stanowisko. Zamaskowali się tak, żebyś mógł ich w końcu znaleźć - tłumaczy Kendrol.

Skanuję las metr po metrze. Odkrywam dół osypany wokół ziemią. - Nie, nie! - instruktor wyprowadza mnie z błędu. - Idiota by się w nim położył, nie strzelec. Za bardzo rzuca się w oczy. Doświadczeni żołnierze od razu zwróciliby na to miejsce uwagę i ostrzelali je na wszelki wypadek.

Przyglądam się każdemu pieńkowi. Na porośniętym zielenią stoku jest ich kilka, ale nie dostrzegam nic podejrzanego. Podchodzimy bliżej. - No teraz już ich widać jak na dłoni. Są lufy karabinów, a Przemasowi widać nawet but - słyszę podpowiedź. Po chwili sam zauważam. Leżą jakieś 20 metrów ode mnie. Dwa pieńki z wystającymi lufami karabinów, które zaglądają mi w oczy. Przemas i Wróbel wstają, otrząsają się z liści i traw. - To było łatwe, teraz znajdź Cygana. Zagrzebał się tak, że sarny po nim spokojnie chodziły i nie zwróciły uwagi.

Wskazują mi stok, na którym ukrył się Cygan. Chodzę od drzewa do drzewa, zaglądam za każdy krzaczek. Gościa nie ma. Chyba robią mnie w balona. Przez kwadrans kilka razy przeczesuję skrawek lasu wzdłuż i wszerz. Nawet jeśli nie dostrzegłbym ukrytego snajpera, to w końcu bym na niego nadepnął. Wreszcie staję zrezygnowany. - Kilkanaście razy przeszedłeś mu pod lufą - mówią strzelcy. - Spójrz na te liście - wskazują pokryty warstwą suchych liści i gałęzi zacieniony pagórek.

Patrzę. Oczy wytrzeszczam i nic nie widzę. Liście leżą, ptaki ćwierkają. Grzyby widzę, ale nie Cygana. Podchodzimy na szczyt. Rozglądam się zdesperowany. Jaja sobie robią. Nagle dywan z liści faluje. Dwa metry ode mnie wstaje Cygan. - Cześć. Trochę się tu należałem. Dwa razy prawie mnie podeptałeś - mówi.

Liście na swój kamuflaż strzelec zebrał kilkanaście metrów od miejsca, gdzie się ukrył. Naturalny układ opadłych liści na jego pozycji nie został naruszony i wraz z zamaskowanym strzelcem wyborowym nie wzbudzał żadnych podejrzeń.

Jak znaleźć ukrytego snajpera? Zasada jest prosta. Każde odstępstwo od naturalnego ukształtowania terenu, jego barwy, oznacza, że może ukrył się w takim miejscu strzelec. Raczej... niedoświadczony, ponieważ stary wyga nie zmienia nic w otoczeniu swojego stanowiska. Wtapia się w tło, znika. Dlatego nie można szukać człowieka. Obserwując teren, trzeba wypatrywać pięciu elementów: kształtu, odblasku, sylwetki, cienia i ruchu. W przypadku Cygana i ta zasada się nie sprawdziła. - Moją pozycję mógłby zdradzić jedynie wystrzał.

Za dużo suchych liści - podmuch wystrzału mógłby je poderwać do góry. To nie było idealne miejsce - przyznaje.

Snajperskie triki

Kendrol - 17. Wielkopolska Brygada Zmech.

Wróbel - 17. Wielkopolska Brygada Zmech.

Podstawowy kurs na strzelca wyborowego trwa około 10 tygodni. Od snajpera wymaga się celnego oka i perfekcyjnej znajomości broni. Kandydat na strzelca musi też umieć czytać mapę, szybko przeliczać kilka parametrów na raz, maskować się i skrycie poruszać się po otwartym terenie - od tego zależy przecież jego życie. Musi potrafić oceniać siłę wiatru bez przyrządów i jego wpływ na tor lotu pocisku. Dlatego zazwyczaj najlepszymi snajperami zostają myśliwi, pracownicy leśni, ale też... geodeci.

Kandydaci na strzelców wyborowych w polskiej armii przechodzą testy psychologiczne. Konieczna jest umiejętność koncentracji - kiedy inni wpadają w panikę, oni muszą mieć chłodną głowę i pewną rękę. Pożądane cechy to także cierpliwość, wytrwałość i odporność na stres. Jakiekolwiek uzależnienia, np. od papierosów, od razu przekreślają kandydata na strzelca wyborowego - po pierwsze, palą zazwyczaj ludzie nerwowi; po drugie, bywają zadania, które wymagają wielogodzinnego czekania, gdzie zapalenie papierosa może oznaczać koniec strzelca i fiasko akcji. Dwumiesięczny kurs podstawowy to dopiero początek strzeleckiej kariery. Potem latami doskonali się rzemiosło.

Cygan (II zmiana w Afganistanie): - W czasie pierwszej wojny na jedną ofiarę śmiertelną przypadało 7,3 tys. wystrzelonych pocisków, w wojnie wietnamskiej - już 25 tys. pocisków. Dobrze ukryty strzelec zużywa jeden nabój.

Bryki - "Logo"

Ja będę miał jednodniowy kurs. Przebieram się w mundur i maskujący strój snajperski. Kendrol amerykańskimi szminkami pokrywa mi twarz maskującymi barwami. - Trochę będzie piekło, ale to dobre farbki, długo się utrzymują. Tymi kolorami trzeba przełamać charakterystyczne elementy twarzy, szczególnie nos, jabłko Adama na szyi, uszy. Usta też malujemy na ciemny kolor i nie uśmiechamy się - tłumaczy Kendrol, wcierając we mnie maskujące barwniki. Strzelcy wyborowi indywidualnie szykują sobie mundury. Mój ma fragmenty karimat wszyte w okolicach piersi i nóg - chronią przed wilgocią i zimnem, gdy trzeba długo leżeć się na ziemi. W miękką czapkę z siatką maskującą żołnierze wtykają mi liście i trawę. Kombinezon maskujący, inny na każdą parę roku i teren, w jakim się działa (biały w zimie, piaskowy na pustynię itd.), waży kilka kilogramów. Na dłonie naciągam delikatne, oliwkowe rękawiczki. W końcu od Kendrola dostaję ważący 6 kg fiński karabin. Oddaje mi go niechętnie. - Wiesz, karabin to nie dziewczyna. Niełatwo się z nim rozstać - tłumaczy.

Każdy strzelec wyborowy ma swój, ustawiony tylko pod siebie karabin. Nad lufą rozciągnięta jest ciemna taśma - niweluje miraże powstające w obrazie celowniczej lunety.

Snajperskie makijaże, maskujące ciuchy. Nawet karabiny i lunety mają kamuflaż.

Nasi strzelcy, podobnie jak amerykańscy, kanadyjscy czy brytyjscy, działają w dwuosobowych zespołach - strzelec i obserwator. Ten ostatni, wyposażony w dalmierz i urządzenie do mierzenia siły wiatru, wskazuje cele strzelcowi. Obserwator zazwyczaj też jest strzelcem wyborowym i również zabiera ze sobą swój karabin. Może też być uzbrojony w karabinek maszynowy do walki na niewielkie odległości. Każdy z nich ma przy sobie jeszcze pistolet i nóż. - Strzelców wyborowych nikt do niewoli nie bierze. Dlatego jeśli nie można się wycofać, nikt się nie poddaje, pozostaje walka do końca - wyjaśnia Przemas. - W naszym wypadku najważniejsze jest, żeby nie dopuścić przeciwnika zbyt blisko.

Kiedy jestem ubrany i pomalowany, dostaję wytyczne. Moim obserwatorem będzie Cygan. Mamy zadanie niepostrzeżenie przejść niewielki las, podkraść się na jego skraj, z którego widać poligonowe budynki, i tam znaleźć najlepszą pozycje strzelecką. Budynki dzieli od lasu około 300 m otwartej przestrzeni poligonowej strzelnicy. Na skraju lasu mamy czekać na kolejne rozkazy. Łącznością zajmuje się Cygan

Dobra pozycja

Skradamy się z Cyganem między drzewami. Idę pierwszy. Partner mnie osłania. Po kilkunastu metrach przyklękam. Sprawdzam teren przez celowniczą lunetę. Spokój. Daję znak Cyganowi, że może iść. I tak na zmianę przez ponad godzinę. Żadnych zbędnych ruchów. Idący za nami jako instruktor Kendrol podpowiada, że tam, gdzie las się przerzedza i jest dużo nasłonecznionych miejsc, powinniśmy się czołgać. Wart ponad 20 tys. zł karabin (bez noktowizji i dodatkowych bajerów) kładę na rękach i trzymam przed sobą, metr po metrze pełzam, wykorzystując obniżenia w terenie. Zatrzymuję się przy naturalnych kryjówkach - drzewach i większych krzewach. Szybko robię się mokry od potu. Karabin, wyposażony w dużą lunetę i podstawę pod lufę, wciąż zaczepia o kępy trawy i suche gałęzie. Tak mija godzina. Kendrol co chwilę zwraca mi uwagę. - Niżej tyłek. Niżej głowa. Nie śmiej się, bo widać zęby! Uważaj na optykę! - syczy wściekły, widząc, co wyczyniam z jego sprzętem.

Długie, ciche czołganie i skradanie się na pozycję strzelecką.

Na skraju lasu żołnierze wraz z Wróblem i Przemasem symulują patrole przeciwnika. Widzę ich przez lunetę. Rozłażą się dookoła, ale do lasu na wszelki wypadek nie wchodzą. Rozmawiają ze sobą, z ruchu ust dzięki celownikowi mógłbym odczytać temat rozmowy. Zwykły, znudzony patrol. Jesteśmy oddaleni od nich o jakieś 50 m. Cygan rzeczywiście jest mistrzem maskowania. Kiedy wypuszczam się do przodu i odwracam, żeby dać mu znak: "podążaj za mną", dostrzegam go dopiero po chwili, kiedy zaczyna się czołgać.

Wreszcie Cygan wskazuje oddalone o kilkanaście metrów zagłębienie terenu, przykryte suchymi gałęziami. - Tam jest dobre miejsce. W cieniu, więc się nie będziemy smażyć na słońcu i będziemy mniej widoczni. Na pagórku, na prawo będzie nasza zapasowa pozycja, na wypadek, gdyby nas wykryli i położyli ogień - tłumaczy. - Nie jesteśmy samobójcami. Strzelec zawsze musi mieć kilka wariantów wycofania się na zapasowe pozycje.

Czołgam się do skraju lasu z nosem przy ziemi. Robię to bardzo wolno, żeby mój ruch był jak najmniej widoczny. Odgarniam przed sobą suche gałęzie i patyki. Żaden trzask nie może nas zdradzić. Jesteśmy zbyt blisko. Zapadam się w zagłębieniu. Opieram policzek o kolbę karabinu, przeglądam przedpole leśnej strzelnicy. Patrole poszły w lewo. Czysto. Cygan jest już koło mnie. Też ustawia karabin, uważnie lustruje teren przez lornetkę. - Mamy już wyznaczony cel, mężczyznę w czerwonej czapce - mówi, nie odrywając lornetki od oczu.

Słyszę ostatnią instrukcję od Kendrola. - Na lunecie, z prawej masz bęben do regulacji wyprzedzenia ruchu, bębnem górnym ustawiasz odległość, ten z lewej ustawisz na podaną przez obserwatora siłę wiatru. Teraz przeładuj karabin samym kciukiem, tak żebyś złapał w dłoń wypadającą z komory łuskę. Jest mosiężna i jej blask może cię zdradzić - tłumaczy. Ćwiczę na pustych łuskach, kilka razy przeładowując. W końcu łuska sama wskakuje do dłoni.

Obawiam się, że patrole usłyszą strzał i szybko nas zlokalizują. Cygan mnie uspokaja. - Jesteśmy na skraju lasu, z drugiej strony też jest las. Po prawej stronie jest kolejna ściana lasu. Tutaj będzie takie echo, że zupełnie się pogubią, nie będą wiedzieli, skąd padł strzał. Właściwie będzie słychać kilka wystrzałów. A ty strzelasz tylko raz. Trafiasz. I odskakujemy, nim się połapią...

Jeden strzał

Jasne, nigdy nie strzelałem, a teraz - lekko zdenerwowany, zdyszany, rozdygotany od czołgania przez ostatnią godzinę - mam, oczywiście, trafić za pierwszym razem! Kendrol w sekundę ustawia na moim karabinie bębny regulacji. - To zajęcia teoretyczne, więc zakładamy, że strzelasz do wykrytego strzelca wyborowego, bo to jedno z naszych zadań. Pewnie oglądałeś film "Snajper" z Tomem Berengerem. W filmie było mnóstwo przekłamań, ale takie strzały jak w filmie, w lunetę snajpera, zdarzały się w rzeczywistości - mówi Kendrol. - Tak strzelali m.in. amerykańscy strzelcy w Wietnamie. Znanym strzelcem piechoty morskiej był sierżant Carlos Hathcock. Specjalizował się w strzałach z dużej odległości. Zastrzelił snajpera z Wietkongu, celując w jego lunetę, przez którą przeszła kula i trafiła w oko. Żołnierze Wietkongu nazywali go "Białopiórym Snajperem" (od białego piórka wtykanego za kapelusik) i wyznaczyli nagrodę pieniężną za jego głowę.

Obserwacja.

Kendrol znika w lesie. Lufa mojego sako opiera się na dwóch nóżkach. Pod kolbę podkładam pięść - tak wcześniej uczyli mnie strzelcy. Dociskam policzek do poduszki na kolbie. Patrzę przez lunetę na linię strzału karabinu.

Czekam...

Pot cieknie mi po policzkach. Trawa lekko kołysze się na wietrze. W lunecie widzę, jak faluje rozgrzane powietrze. Słyszę tupot. Mimowolnie dociskam karabin do barku i jeszcze bardziej się wgniatam w ziemię. Kilka metrów przed nami przebiegają żołnierze. Cygan nawet nie drgnął.

Trzymając lornetkę w niezmienionej pozycji, w opartych o ziemię rękach, odwraca nieznacznie głowę w moją stronę. - Nie bój się. W takim biegu nic nie zobaczą. Musieliby iść bardzo wolno lub się zatrzymać i popatrzeć w naszą stronę.

Czekam...

Cygan mierzy siłę wiatru, wcześniej ustawił dalmierz. - Cel na godzinie 11. Mężczyzna w czerwonej czapce. Odległość 300 m - mówi cicho.

Szukam. Godzina 11, czyli lekko w lewo. Jest! Słupek granitowy. Na nim czerwona czapeczka z daszkiem. - Cel widzę - odpowiadam zgodnie z instrukcją.

- Wiatr z trzeciej, dwa metry na sekundę - rzuca mój obserwator.

- Cel bez zmian - odpowiadam.

- Możesz strzelać!

Czekam...

Spokojne celowanie.

Cygan, cały czas patrząc przez lornetkę, sylabizuje. - Nie spiesz się. U-spo-kój od-dech. Krzyż w lunecie powinien się tylko minimalnie unosić przy każdym oddechu. Spokojnie, spokojnie. Mamy czas i tylko jeden strzał. Nie będzie dużego szarpnięcia. To delikatna maszynka. Postaraj się po strzale nie stracić celu z krzyża w optyce.

Pełna koncentracja i strzał!

Naciskam spust. Strzał! W celowniku widzę obłoczek dymu na słupku. Trafiłem! Podrywam się. Cygan dociska mnie do ziemi. A ty, kur..., gdzie się wybierasz?! - szepcze prosto do ucha. Zastygam w bezruchu. Oko do celownika. - Trafiony - mówię według procedur. Cygan długo patrzy przez lornetkę. - Potwierdzam - odpowiada po chwili. Uchodzi ze mnie powietrze. Przeładowuję. Cygan tyłem wycofuje się między pobliskie drzewa. Daje znak ręką. Składam karabin. Jeszcze ciepłą łuskę zabieram na pamiątkę. Nie wyłapałem jej, kiedy wyskakiwała z komory nabojowej. Wyczołguję się tyłem z zagłębienia. Ciągnę karabin za sobą. Po kilku minutach jestem przy obserwatorze, który zaczyna mnie rugać: - Powinieneś przeładować tuż po strzale, bez naboju nie mógłbyś natychmiast poprawić.

W rzeczywistości dalej byłoby tak: gość w czapce leży z przestrzeloną głową, a nasi przeciwnicy usłyszeli strzał. Teraz wszystkim, co mają, napier... na oślep we wszystkie strony. Mamy zamieszanie i ostrą jazdę. Dużo huku, dymu, kurzu. Pociski świszczą i ścinają gałęzie drzew nad nami. No, małe piekło jest... Ale to akurat dla nas dobrze, bo oznacza, że nie wiedzą, skąd padł strzał. Tak jest zazwyczaj. Pierwszy strzał rzadko zdradza pozycję strzelca. Ale bardziej doświadczeni kumple gościa w czapce przyczają się. Widzą, gdzie dostał, jak leży. W tym zamieszaniu niektórzy mogą mniej więcej wiedzieć, z jakiego kierunku strzelaliśmy i stamtąd będą oczekiwali na kolejny strzał, a ten już mógłby nas zdradzić - tłumaczy Cygan. - Ale my jesteśmy przecież profesjonalistami, którzy strzelają celnie za pierwszym razem, więc kończymy zabawę. Oddałeś dobry strzał, a teraz to wszystko dobrze opisz. Bo wiesz, jak coś pójdzie nie tak, to spotkamy się w krzyżu...

Sako TRG-22

 

Karabin wyborowy fińskiej firmy Sako Ltd. kaliber 7,62 mm. Magazynek na 10 naboi. Długość 120 cm (lufa 66 cm). Masa 5,3 kg, z dwójnogiem i celownikiem optycznym 6 kg. Karabin ma ciężką, precyzyjnie wykonaną, "swobodnie pływającą" lufę (free floating barrel). Oznacza to, że zamocowana w komorze zamkowej lufa nie styka się z żadną inną częścią broni, w tym również z łożem. Takie rozwiązanie zwiększa celność, ponieważ podczas wystrzału na lufę nie działają w miejscu jej mocowania do łoża żadne siły. Karabin ma także kolbę z regulowaną poduszką podpoliczkową. W 2005 r. Cenzin dostarczył dla Wojska Polskiego partię Sako TRG-22 z optyką Zeissa wraz z przystawkami noktowizyjnymi w cenie około 75 tys. zł za sztukę, z czego wartość optyki i noktowizji stanowiła około 2/3 ceny.

Najlepsi strzelcy wyborowi

Fin Simo Häyhä jest uznawany za najlepszego strzelca wyborowego w historii wojen. Podczas wojny zimowej (1939-1940) zastrzelił 505 żołnierzy sowieckich. Używał fińskiej wersji karabinu Mosin, ale nie korzystał z celownika optycznego. Uważał, że luneta zdradza pozycję strzelca.

 

 

Rosjanin Wasilij Zajcew to najlepszy snajper w Armii Czerwonej. Na front trafił z 284. Dywizją Strzelców, która walczyła w Stalingradzie. Do końca 1942 r. Zajcew zabił 242 żołnierzy niemieckich. Do zakończenia wojny liczba jego trafień urosła do 400.

Najdłuższy strzał

Największy dystans, z którego trafiono człowieka strzałem snajperskim w walce, wynosi obecnie 2430 m. Oddany został z karabinu powtarzalnego McMillan TAC-50 kalibru 12,7 mm przez kanadyjskiego strzelca wyborowego Roba Furlonga.

Oddział, w którym walczył Kanadyjczyk, przydzielono do amerykańskiej 101. Dywizji Powietrzno-Desantowej, która walczyła w dolinie Shah-i-Kot w Afganistanie. W marcu 2002 r. podczas operacji "Anakonda" oddział Furlonga dostał się pod ogień karabinu maszynowego. Kanadyjski strzelec wyborowy, sam pod ostrzałem, oddał trzy strzały w kierunku stanowiska karabinu maszynowego odległego o prawie 2,5 km. Za trzecim razem trafił taliba obsługującego karabin maszynowy.


Więcej o:
Komentarze (1)
Mój pierwszy raz: jeden strzał w Akademii Duchów
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: Hunter

    0

    Ĺ?ukasz 20/07/2012 W filmiku z czÄ?Ĺ?ciÄ? przctykanÄ?, przy ciÄ?ciu piĹ?Ä? na szerokoĹ?Ä? 3mm widaÄ?, Ĺźe ostatecznie jest ciÄ?ta inna klepka niĹź ta, ktf3ra zostaĹ?a na poczÄ?tku przygotowywana.Wydaje mi siÄ?, Ĺźe jeĹ?li za pierwszym razem coĹ? siÄ? nie udaĹ?o, to warto to teĹź pokazaÄ? lub dodaÄ? w komentarzu co i dlaczego poszĹ?o nie tak, aby inni nie musieli popeĹ?niaÄ? tych samych bĹ?Ä?df3w A poza tym bardzo fajny serwis OdkryĹ?em go dopiero wczoraj i z zainteresowaniem przeglÄ?dam wszystkie materiaĹ?y

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX