Mój pierwszy raz: kanioning

Kanioning przypomina trochę wizytę w wypasionym aquaparku, w którym ktoś zapomniał włączyć ogrzewanie. Mój pierwszy raz był w każdym razie bardzo zimny i bardzo, ale to bardzo fajny.
Mój pierwszy raz: kanioning w Szkocji Mój pierwszy raz: kanioning w Szkocji fot. Bartosz Bobkowski

Spływ górską rzeką na własnej dupie

Woda w strumieniu ma najwyżej kilka stopni, mózg kurczy mi się do rozmiarów orzeszka laskowego.

Człowiek ma w sobie coś z karalucha. Albo porostu. Wszędzie musi wleźć, wszystko zdobyć, do każdego zakamarka zajrzeć, podbić, zaliczyć, zawojować. Kiedy już poznał wszystkie senne, nizinne rzeki, wymyślił sobie górskie spływy pontonowe. Kiedy ponton przestał się mieścić między skałkami i kamieniami nieco bardziej wartkich cieków, przesiadł się do górskiego kajaka. Wreszcie natknął się na potoki, do których nawet najmniejszy i najbardziej zwrotny kajak nie wpłynie. Na wąskie górskie strugi przełamujące skalne rumowiska, gdzie niewielkie baseny przedzielone są kaskadami, a woda czasem na siłę przeciska się przez wąskie szpary między potężnymi kamieniami. Naonczas Człowiek stworzył kanioning. I wiedział, że to było dobre.

Szkockie śniadanie na szkocką pogodę

Najkrótsza definicja kanioningu: spływ górską rzeką na własnej dupie. W wersji podstawowej wystarcza górska rzeka, pianka, kapok, sportowe buty, kask i trochę odwagi. W wersji rozbudowanej przydają się trudniejsza górska rzeka, uprząż wspinaczkowa i nieco więcej odwagi.

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, Piękne szkockie lato

Mój pierwszy raz z kanioningiem ma miejsce w pobliżu szkockiego miasteczka Pitlochry na skraju Cairngorms, największego brytyjskiego parku narodowego. Zaledwie dzień wcześniej byliśmy na trekkingu w górach, w uroczych warunkach atmosferycznych - zacinający poziomo deszcz, wiatr, który doprowadza do szaleństwa nawet chowające się w tutejszych wrzosach pardwy, oraz chmury wiszące tak nisko, że widoki ograniczają się do pleców Keitha, naszego przewodnika. Ot, piękne szkockie lato.

Rano wstaliśmy więc z fotografem Bartkiem nieco zaniepokojeni, czy pogoda nie okaże się zabójcza dla naszych planów. Tym razem jednak w brytyjskiej loterii synoptycznej wygraliśmy kupon na jeden dzień słońca. Zjadamy więc lekkie szkockie śniadanie - płatki, jajko sadzone na bekonie, parówki, smażone pomidory, fasolka w sosie pomidorowym, podsmażona kaszanka i haggis (lokalny przysmak z podrobów) - i wsiadamy do auta. Musimy dotrzeć do pobliskiego Ballinluig. Nie mam pojęcia, jak to się wymawia, gdybym musiał spytać o wskazówki, pewnie czułbym się jak Szkot szukający drogi do Brzyskorzystewka, od czegóż są jednak GPS-y...

W Ballinluig, w siedzibie firmy Nae Limits, głównego w tej okolicy dostawcy adrenaliny, czekają już na nas przewodnicy. Liderem miniekspedycji jest Pete. Pete wygląda jak każdy Szkot. Może nie każdy, ale z pewnością tak, jak powinien wyglądać przyzwoity Szkot. Jest rudy i ma piegi wszędzie. W każdym razie wszędzie tam, gdzie wzrok sięga. Pete'owi towarzyszą Matt, Anglik z południowego wybrzeża, i Litwinka Caroline, wyposażona w aparat i znajomość terenu wokół kanionu, co przyda się Bartkowi przy ustawianiu do zdjęć.

Haggis ,szkocja

Haggis

Szkocka potrawa narodowa, coś w rodzaju mocno doprawionej kaszanki z owczych podrobów. W formie klasycznej podawany jest jako haggis with neeps and tatties, czyli z ziemniaczanym purée oraz... brukwią, warzywem pysznym i zdrowym, choć w Polsce powojennej niesłusznie zapomnianym. Podsmażone plastry haggisa mogą też stanowić element solidnego szkockiego śniadania


Wbjiam się w piankowy kombinezon i ruszamy przez dwustuletni zagajnik do wodospadów Bruar Wbjiam się w piankowy kombinezon i ruszamy przez dwustuletni zagajnik do wodospadów Bruar fot. Bartosz Bobkowski

Człowiek w gumie

W dzień kanioningu wylosowaliśmy akurat na brytyjskiej loterii synoptycznej piękne słońce. Wbjiam się więc w piankowy kombinezon i ruszamy przez dwustuletni zagajnik do wodospadów Bruar

Bądźmy szczerzy - to, co mnie za chwilę czeka, nie będzie szczególnie ryzykowne. Poza złamaniem kręgosłupa, pęknięciem podstawy czaszki i hipotermią nie grozi mi właściwie żadne niebezpieczeństwo. Odprawa w wykonaniu Pete'a jest więc krótka i rzeczowa. - Dostaniesz pełny komplet neoprenowy, który ochroni cię przed wychłodzeniem. Założysz spodnie, kurtkę i skarpety piankowe, na to pójdzie kamizelka ratunkowa, a na głowę kask.

- Masz jakieś stare adidasy? - pyta. Kiedy odpowiadam, że wziąłem tylko sportowe sandały i lekkie gumowe buty do brodzenia w morzu, kręci głową. - W jednych i drugich będziesz się ślizgał na kamieniach. Idź za róg budynku i coś sobie wybierz - sugeruje.

Stoi tam spory regał zawalony starymi butami sportowymi. Wybierając pasującą na moje stopy parę, przypominam sobie wizyty w muzeach w latach 80., kiedy całą klasą przepychaliśmy się do wielkich skrzyń, aby dorwać dla siebie najmniej odrażające filcowe laczki.

Znajduję wreszcie przyzwoicie wyglądające adidasy i ruszam wbić się w piankę. To najmniej przyjemna część każdego wodnego sportu, zwłaszcza jeśli kombinezon nie wysechł idealnie po poprzednim użytkowniku. Kiedy już udaje mi się wsunąć spodnie, zapiąć krzywe rzepy (będą mnie drapały w ramiona przez następnych parę godzin) i założyć kurtkę, czuję się jak przyodziany w wielką prezerwatywę, niczym w scenie bezpiecznego seksu w "Nagiej broni".

Pete patrzy na mnie jednak sceptycznie. - Załóż jeszcze jedną kurtkę - rzuca, uznawszy najwyraźniej, że jest mi zbyt komfortowo. Widząc malujące się na mojej twarzy cierpienie, uspokaja: - Kiedy pianki namokną, będą wygodniejsze.

Z gościną u diuka

Pakujemy się wszyscy do land rovera i ruszamy na północny zachód. Do przejechania mamy nieco ponad 20 km. Po prawej stronie, przy drodze bieli się niemal disnejowski zamek Blair, rodowa siedziba diuka Atholl, miejsce o tyle ciekawe, że stacjonuje tam jedyna legalna prywatna armia Europy. Pułk piechoty Atholl podporządkowany jest wyłącznie rozkazom diuka, brytyjska królowa i jej generałowie nie mają nad tymi żołnierzami żadnej władzy. Aż strach pomyśleć, jak zakończyłaby się kłótnia między diukiem a np. Romanem Abramowiczem na zawodach w Ascot. Czy słynny pancerny jacht Romka przetrwałby szturm regimentu szkockich górali?

Diuk i Abramowicz przypominają mi się chwilę później, kiedy auto zjeżdża z głównej drogi i staje przed sporym kompleksem budynków z napisem "House of Bruar". To sklep firmy produkującej ciuchy w tradycyjnym, szkockim stylu ziemiańsko-myśliwskim. - Znanej i drogiej - dodaje Pete. - Wczoraj ktoś przyleciał tu na zakupy helikopterem - mówi, zatrzymując auto tuż przy sklepie.

Czyżbyśmy też wpadli tu na shopping? Pal sześć te ceny, szef może uwzględniłby mi w służbowym rozliczeniu wydatek 400 funtów na kaszmirową marynarkę, ale mam ją przymierzać w neoprenowym kombinezonie?!

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, Niewiarygodne jak bogate formy przybiera Bruar Water

Niewiarygodne, jak bogate formy przybiera ta rzeczka. Napotykamy kolejne progi, rynny, kamienny most zbudowany przez człowieka oraz naturalny łuk skalny.

Okazuje się jednak, że za sklepem wije się cel naszej podróży - Bruar Water. Wartki strumień, który wpada do rzeki Garry, ta zaś kończy swój bieg w Tummel, będącym dopływem największej szkockiej rzeki Tay. Bruar nie ma więc żadnego znaczenia. A raczej nie miałoby, gdyby nie ciągnące się na długości kilkuset metrów kaskady, zwane Falls of Bruar. Przed ponad 200 laty zachwycił się nimi Juliusz Słowacki Szkocji - Robert Burns. Na jego prośbę ówczesny diuk Atholl obsadził brzegi strumienia dziesiątkami tysięcy drzew i wytyczył wśród nich ścieżkę spacerową.

Korna petycja

Narodowy szkocki poeta Robert Burns odwiedził Falls of Bruar w 1787 r. Rzeka płynęła wówczas wśród surowego, górskiego krajobrazu, tak typowego dla tych rejonów Szkocji.

(...) Tu się wśród skał spiętrzonych pienię,

W potężnych skrętach spadam;

Tam wrą i dymią wzwyż strumienie

Huczące wodospadem;

Wzbieram potoków, źródeł mrowiem,

Co ku mnie z gór przecieka;

Aby mnie ujrzeć, śmiało powiem,

Że warto przyjść z daleka (...)

przeł. S. Kryński

To fragment "Kornej petycji rzeki Bruar do Jaśnie Oświeconego Księcia Athole" - w ten wierszowany sposób poeta prosił diuka, by okolice wodospadu obsadził drzewami i krzewami. Magnat spełnił jego prośbę, sadząc w okolicy - jak podaje Wikipedia - ok. 120 tys. modrzewiów i sosen szkockich. Dziś kaskady szumią już więc w całkiem solidnym lesie.

Zostałem ubrany w kask, piankę i aż dwie neoprenowe kurtki. Woda w potoku jest potwornie zimna Zostałem ubrany w kask, piankę i aż dwie neoprenowe kurtki. Woda w potoku jest potwornie zimna fot. Bartosz Bobkowski

Szokująca aklimatyzacja

Idziemy więc leśnym duktem wśród emerytów zażywających relaksu po zakupach w House of Bruar i przyglądamy się pokręconemu nurtowi rzeczki, powyginanym skałom i kłębiącej się pomiędzy nimi, spienionej wodzie. Bruar Water płynie kilkanaście metrów pod nami, na dnie wąskiego jaru. Z krawędzi tego wąwozu struga wygląda, jakby w najgłębszym miejscu sięgała mi najwyżej do kostek. Zaczynam się zastanawiać, czy w kanioningu chodzi o dreptanie po kamieniach w płytkiej wodzie. A jeśli tak, to po co mi pianka i aż dwie neoprenowe kurtki.

Rozmyślania przerywa głos Pete'a. Jesteśmy u celu. W tym miejscu wzdłuż wschodniej ściany wąwozu ciągnie się dość łagodna ścieżka na sam dół. - Na dole zaczniemy nasze zejście wodospadami Bruar - wyjaśnia Szkot. - Najpierw zanurzymy się w "basenie aklimatyzacyjnym", żeby oswoić się z wodą i wpuścić ją do pianki. Potem ruszysz za mną. Idź ostrożnie. Jeśli między dwoma kamieniami widzisz dno z drobnym żwirem, to właśnie tam postaw stopę. Da ci to lepsze oparcie niż wyślizgany przez wodę głaz. Jeśli jednak jest między nimi ciemno, nie ryzykuj.

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, krystalicznie czysta woda górskiego strumienia potrafi być niezwykle złudna

Rzeczywiście, krystalicznie czysta woda górskiego strumienia potrafi być niezwykle złudna. Przekonuję się o tym już w basenie aklimatyzacyjnym. To, co z góry wyglądało na płytkie bajorko, raptem kilka centymetrów, z bliska szacuję na wodę sięgającą mi do kolan. Wbiegam doń radośnie jak sarenka i szybko się okazuje, że woda jest tu tak głęboka, iż zanurzam się w niej aż po szyję.

I jest zimna. Cholernie zimna. Jeszcze nigdy nie byłem w tak zimnej kąpieli. Setki lodowatych igiełek błyskawicznie wpływają pod neopren i przeszywają moje ciało. Ryczę coś w niebo, jakieś bluźnierstwo, które ma mnie rozgrzać od środka. Wiem, że póki jestem w szoku, powinienem też zanurzyć głowę, żeby nie rozdzielać tej nieprzyjemności na dwa etapy. Daję nura. Kiedy wyskakuję z powrotem nad powierzchnię, woda pod kombinezonem jest już właściwie ogrzana ciepłem mojego ciała. Za to łeb zaczyna mnie boleć niemal natychmiast, a dłonie kostnieją z zimna. Zauważa to Matt i radzi przy każdej możliwej okazji wkładać ręce pod kapok.

Studnia w kałuży

Pianka to jednak genialny wynalazek. Uwięziona pod nią warstewka wody przyjemnie mnie grzeje, a ja ruszam za Pete'em w dół strumienia. Na chwilę wychodzimy z basenu aklimatyzacyjnego, by zaraz za rumowiskiem zanurzyć się w kolejnym głębokim stawie. Takie zagłębienie o spokojnym nurcie w fachowej nomenklaturze nazywa się chyba plosem. Przepływamy je koślawym kraulem (spróbujcie płynąć niekoślawo w kapoku i kasku) i docieramy do pierwszego progu. Zaraz za skalistym murem woda opada jakieś dwa metry w dół. - To jest pierwszy, najłatwiejszy skok na trasie - wyjaśnia Pete. - Spróbuj trafić dokładnie tam, gdzie kończy się piana.

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, Największą radochę sprawiają mi kilkumetrowe skoki.

Największą radochę sprawiają mi kilkumetrowe skoki.

Opadająca przez tysiące lat struga (wodospady Bruar zostały uformowane ok. 10 tys. lat temu) żłobi u podnóża wodospadu tzw. kotły eworsyjne, zwane też marmitami, solidne zagłębienia wypełnione wodą. Stojąc na kamieniu w pełnym słońcu, zdążyłem się już przyjemnie rozgrzać, więc powrót do mroźnej wody średnio mi się uśmiecha, ale przecież po to tu jestem. Odrywam się od porohu i celuję stopami w kipiel. Wszystko trwa zaledwie ułamek sekundy, ale daje ogromną radochę. Zderzenie ciała z powierzchnią strumienia, zderzenie lodowatości, od której kostnieją ręce i tężeje twarz, z przyjemnym ciepłem kombinezonu, zderzenie lęku przed nieznaną głębią z przyjemnością, jaką dają tylko pełne adrenaliny rozrywki ekstremalne. Kiedy po chwili wynurzam się spod wody, zaczynam natychmiast mleć ramionami przed siebie. Nie po to, by uciec spod tej kaskady, ale by jak najszybciej dotrzeć do następnej przeszkody, do kolejnej zabawy.

Takie zagłębienie o spokojnym nurcie w fachowej nomenklaturze nazywa się chyba plosem Takie zagłębienie o spokojnym nurcie w fachowej nomenklaturze nazywa się chyba plosem fot. Bartosz Bobkowski

Kałuża głeboka na pięć metrów

Tam czeka mnie tzw. tobogan - czyli rynna, którą Bruar spływa nieco łagodniej niż wodospadem. Siadam na skraju i przybieram pozycję połamanego narciarza, zwożonego ze stoku toboganem przez toprowców. Rynna jednak rozczarowuje. W dobie powszechnych aquaparków zjazd kilkumetrową, średnio śliską rurą przypomina raczej korzystanie ze zjeżdżalni na placu zabaw. Wyczołguję się więc ze strumienia i po kamieniach przebiegam do nowego progu.

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, tobogan - czyli rynna, którą Bruar spływa nieco łagodniej niż wodospadem

Tu nurt idzie jakby bokiem, po kamieniach, ale bez wyraźnej rynny. Nie da się więc ani skoczyć, ani spłynąć. Za to z boku widać zagłębienie, które woda żłobi prawdopodobnie przy wyższych stanach, po obfitych opadach. Kończy się skalistą półką, więc żeby nie połamać nóg, ześlizgujemy się ostrożnie, asekurując liną.

Obok półki jest kałuża. Ot, zagłębienie w skale o wymiarach metr na metr. Wypełniająca je woda czerni się jak smoła, więc nie sposób ocenić, czy ma głębokość 5, czy może 45 cm. Ale nie więcej. Dlatego baranieję, kiedy Matt każe mi do niej wskoczyć. - Nie mówisz serio - rzucam do niego. Anglik, choć uśmiechnięty, jest jednak całkowicie poważny. Wierzę jego zapewnieniom, że nic mi nie grozi, i robię krok do kałuży. Kałuża okazuje się studnią. Zapadam się w niej aż po czubek głowy, a pod moimi stopami wciąż nie czuć gruntu. Wrażenie jest niesamowite, trochę klaustrofobiczne. - To ma 5 m głębokości - wyjaśnia mi Pete, kiedy wysuwam głowę nad powierzchnię. - Kiedyś w niej zanurkowaliśmy. Na dnie jest duży głaz, wokoło niego woda wymywa wszystko inne - tłumaczy.

Kanioning ,szkocja, sporty ekstremalne

Kiedy nie muszę płynąć, wyjmuję dłonie ponad powierzchnię. Woda jest tak lodowata, że palce kostnieją mi po kilku sekundach Kiedy nie muszę płynąć, wyjmuję dłonie ponad powierzchnię. Woda jest tak lodowata, że palce kostnieją mi po kilku sekundach fot. Bartosz Bobkowski

Myszy i ludzie

Kiedy nie muszę płynąć, wyjmuję dłonie ponad powierzchnię. Woda jest tak lodowata, że palce kostnieją mi po kilku sekundach.

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, Musisz dobrze wycelować swój skok - zapowiada Pete

Wydaje się niewiarygodne, jak bogate formy przybiera ta rzeczka, która z daleka wyglądała na płytki i wąski ciek, wijący się po prostu między kamieniami. Przez najbliższych kilkaset metrów napotykamy na swojej drodze kolejne progi, rynny, kamienny most zbudowany przez człowieka oraz naturalny łuk skalny. Są głębokie baseny i płytkie sadzawki wypełnione żwirem. Największą jednak przyjemność sprawiają mi skoki. W dwóch przypadkach Pete patrzy na mnie uważnie i pyta: - Are you a man or a mouse? Jesteś mężczyzną czy myszką?

Gdybym przyznał się do pokrewieństwa z gryzoniem, czekałby mnie skok ze zwykłej wysokości, jak większość klientów Nae Limits. Ja? Myszą? O, pardon, wypraszam sobie! W obu przypadkach wybieram więc bushido, drogę wojownika, która prowadzi mnie metr albo dwa wyżej. Zwłaszcza przy drugim skoku robi się ciekawie. Stoję chyba z 8 metrów nad powierzchnią wody. - Musisz dobrze wycelować swój skok - zapowiada Pete. Chodzi o to, żebym dobrze się odbił od skały, która nie jest w tym miejscu pionowa, ale też nie przesadził, żeby nie rozbić się na urwisku na drugim brzegu. Daję susa nad pochyloną sosenką i opadam w dół kanionu. Lot trwa wystarczająco długo, żebym zdążył się zlęknąć. Ściany wąwozu odbijają echem jakiś mój głupi, ekstatyczny okrzyk radości i przestrachu, po którym następuje głuchy plusk, a ja ląduję w głębi rzeczki Bruar. To było coś!

Niestety, ten skok jest zwieńczeniem mojego kanioningowego debiutu. Za tym basenem strumień spłaszcza się i rozlewa dość szeroko. Dalszy spacer nie ma sensu, bo byłby rzeczywiście brodzeniem wśród kamieni. Podajemy sobie z Pete'em i Mattem zgrabiałe z zimna dłonie na zakończenie. To była naprawdę fajna, choć lajtowa przygoda. Czas rozejrzeć się za jakimiś poważniejszymi kanionami.

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, Najzimniejszym miejscem na szlaku okazuje się wodospad pod naturalnym łukiem skalnym.

Najzimniejszym miejscem na szlaku okazuje się wodospad pod naturalnym łukiem skalnym. Przez cały dzień nie docierają tam promienie słoneczne. W mrocznej jaskini da się wytrzymać zaledwie parę minut.

Cairngorms i okolice

Największy park narodowy Wielkiej Brytanii leży w samym sercu Szkocji. Trekking po górach to oczywiście najpopularniejsza tutejsza rozrywka. Dla bardziej aktywnych są dziesiątki tras rowerowych i konnych oraz firmy organizujące rozrywki ekstremalne: kanioning, skoki na bungee, górskie spływy pontonowe itp. A po wyczerpującym dniu można spędzić kilka godzin, zwiedzając jedną z tutejszych destylarni whisky. Więcej informacji o Szkocji na: www.visitscotland.com, a o Wielkiej Brytanii na: www.visitbritain.com.

Mój pierwszy raz: kanioning, sport, mój pierwszy raz, Cairngorms - największy park narodowy Wielkiej Brytanii

Za ile i gdzie?

Dwugodzinne zejście wodospadami Bruar kosztuje ok. 50 funtów. To, oczywiście, nie jedyne miejsce, gdzie można popróbować kanioningu. W Wielkiej Brytanii popularne są również strumienie i rzeczki w Walii, zaś na kontynencie europejskim - w Alpach (Francja, Włochy, Austria), na Bałkanach i w Hiszpanii.

Więcej o: