Mój pierwszy raz: misja Rosomak

- W Afganie też tak się czeka i czeka? - zapytałem na kolejnym postoju żołnierzy z rosomaka, którym przemierzaliśmy Polskę. - Tak, armia albo czeka, albo się śpieszy. Tylko w Afganie jeszcze się modlisz, żeby pod tobą ajdik nie pieprznął - dodali poważnie.
Rosomaki Rosomaki fot. Robert Kowalewski

Wyzwanie-12

Wyzwanie-12* to były największe w tym roku ćwiczenia w Polsce. Żołnierze 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej z Międzyrzecza wejdą w skład Weimarskiej Grupy Bojowej Unii Europejskiej, sił szybkiego reagowania, które od 2013 r. mają być gotowe do interwencji w każdym zakątku Europy, Afryki i Azji. Wyzwanie-12 miało pokazać, czy polskie oddziały są przygotowane do błyskawicznego przerzucenia na drugi kraniec globu.

Preludium

Kiedy zameldowaliśmy się w punkcie dowodzenia, w oczach dowódcy kompanii, do której zostaliśmy przydzieleni, zobaczyłem żal. Żal do losu, który podczas ważnych ćwiczeń, gdy on nad głową będzie miał generała, pułkownika, kilku majorów, obserwatorów z Dowództwa Wojsk Lądowych, armii niemieckiej i Bóg wie kogo jeszcze, zesłał mu dwóch pismaków. Obaj wyglądali, jakby właśnie skończyli latte w jakiejś kafejce na warszawskim Nowym Świecie. Nie pasowali jakoś do krzątających się pod siatkami maskującymi żołnierzy. - Panie kapitanie, chętnie byśmy w rosomaku przez pięć dni pojeździli - rzuciłem, bo to ja i fotoreporter Robert byliśmy tym duetem z piekła rodem. Dowódca kompanii uśmiechnął się. - Ale my nie śpimy w hotelach i nie jemy w restauracjach - zaznaczył. - Mamy sprzęt. Już niejedną dobówkę zaliczyliśmy, panie kapitanie - powiedzieliśmy wesoło. On uznał pewnie, że podczas ćwiczeń straty muszą być, więc czemu tymi stratami nie mieliby być dziennikarze. - Zapraszam rano na zbiórkę - powiedział delikatnie, jak do kompletnych idiotów. Uprzedzając fakty: nie docenił nas.

*Wyzwanie-12

Ćwiczenie Wyzwanie-12 miało sprawdzić przygotowanie poddodziałów Weimarskiej Grupy Bojowej Unii Europejskiej do działania w operacjach przywracania pokoju i stabilizacji sytuacji po konfliktach zbrojnych. WGBUE jest zdolna do przerzutu wojsk w rejon operacji w ciągu 10 dni i może samodzielnie prowadzić działania przez cztery miesiące. Polacy utworzyli dowództwo Grupy i stworzyli główne siły bojowe, Niemcy odpowiadają za zabezpieczenie logistyczne, a Francuzi - za zabezpieczenie medyczne.

Rosomak Rosomak fot. JURIJ/WIKIPEDIA

Na początek zdobyliśmy McDonalda

Rosomak robi wrażenie. Osiem metrów długości, prawie trzy wysokości i szerokości oraz 22 tony masy. Jest ogromny, a im bliżej się podchodzi, tym bardziej wydaje się gigantyczny. Z przodu siedzi kierowca, w wieży działonowy oraz dowódca wozu. Z tyłu - na desancie - piechota. I my. Rozkładane krzesła wydają się wygodne, za oparciami miejsce na plecaki, w kącie stoją zgrzewki wody. Jak zobaczyliśmy te zgrzewki wody, to szlag nas trafił. Bo my spakowaliśmy się, jakbyśmy przez pięć dni mieli nosić wszystko na plecach. Zapomnieliśmy, że pomoże nam kilkaset koni mechanicznych Rosomaka, i że wszystkiego - wody, jedzenia i ubrań - można było wziąć więcej.

- Panowie, plan jest taki. Jedziemy do Świnoujścia, jakbyśmy wyjeżdżali na misję. Czyli jesteśmy w kraju, nic nam nie grozi. W Świnoujściu ładujemy się na okręt. Jak zejdziemy z pokładu na ląd, to już jesteśmy na misji, powiedzmy w Afryce. Od tego momentu obowiązują takie zasady, jakbyśmy byli na wrogim terenie. Jasne? - dowódca rosomaka spojrzał na swój desant, który w połowie składał się z dziennikarzy. - Jasne! - rzuciliśmy.

To, że na desancie siedziało trzech dziennikarzy (był jeszcze Michał z "Nowej Techniki Wojskowej") i tylko trzech żołnierzy, okazało się darem niebios. Było mniej broni, mniej amunicji, mniej kamizelek kuloopornych, czyli - więcej miejsca. To ważne, bo choć rosomak może po drodze pędzić i 120 km/h, to w kolumnie jechały jeszcze stary i honkery, więc prędkość nie przekraczała 60-70 km/h. Poza tym nie mogliśmy jechać główną drogą. Kolumna około 30 pojazdów była rozciągnięta na kilka kilometrów - na głównych drogach kierowcy chcieliby nas zamordować. I połamaliby zęby na pancerzu. Szkoda ich zębów.

Przy takiej prędkości przejazd do Świnoujścia trwał więc prawie cały dzień. Wygodne krzesełko stawało się coraz twardsze, miejsca na nogi z każdą chwilą było coraz mniej. Wyobraziłem sobie, że w Afganistanie w środku siedziało sześciu żołnierzy, oprócz nich amunicja, mnóstwo wody, wielkie plecaki i broń. To dopiero musiała być masakra.

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, W McDonaldzie

My, całe szczęście, mieliśmy zaplanowany postój. W McDonaldzie. Widok kilkudziesięciu umundurowanych żołnierzy zamawiających cheeseburgery - bezcenny.

Rosomak, betonowe nabrzeże i żwirowy placyk w porcie Marynarki Wojennej Rosomak, betonowe nabrzeże i żwirowy placyk w porcie Marynarki Wojennej fot. Robert Kowalewski

Morza szum, ptaków śpiew...

Tylko plaży i psa nie było. Było betonowe nabrzeże i żwirowy placyk w porcie Marynarki Wojennej. I dwa okręty transportowo-minowe: ORP "Poznań" i ORP "Toruń". I pytanie, dlaczego wojskowi tak uwielbiają skróty: KTO (Kołowy Transporter Opancerzony), GSD (Główne Stanowisko Dowodzenia) i oznaczenia funkcji oficerów w jednostkach, np.: S3, G2 (nie rozszyfrowaliśmy ich), oraz SU-2 (to akurat wiemy: wojskowe suchary. Są pyszne)... - Panie poruczniku, melduje się DeZetDeEl - podeszliśmy do dowódcy naszego plutonu. - Dwuosobowy Zespół Dziennikarzy "Logo" - wyjaśniliśmy zadowoleni z siebie.

Kapitan ORP "Poznań" pozwolił, by żołnierze spali na jego okręcie. Większość wybrała świeże powietrze. My jednak popędziliśmy pod pokład, w końcu nie codziennie można spać na okręcie wojennym, trzeba było wykorzystać okazję. Kajuty załogi, do których zaglądaliśmy przez uchylone drzwi, wyglądały całkiem przytulnie. My trafiliśmy do pomieszczenia dla szczurów lądowych, których Marynarka Wojenna czasami transportuje. Trzypiętrowe łóżka stały w kilku szeregach, nawiew pracował głośno, w kącie była minisiłownia. - Luksus - uznaliśmy. Ciut mniej luksusu było w łazience, gdzie trzeba było uważać, wychodząc spod prysznica, by przez otwarty właz nie wpaść do jeszcze niżej położonej części okrętu. Ciemnej, wilgotnej i pachnącej mało zachęcająco. Ale była łazienka, której w rosomakach nie ma. I dach nad głową. Oraz, jak się okazało w nocy, dużo chrapania i coraz intensywniejszy zapach ponad dwudziestu męskich ciał. - Jak płynąłem tym okrętem do Anglii na ćwiczenia, to było nas tu sześćdziesięciu. I płynęliśmy pięć dni - pocieszył nas jeden z żołnierzy.

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, Nocleg na ORP ?Poznań?

Rano się dowiedzieliśmy, że następną noc też można spędzić na okręcie. Miało padać. - Mam w dupie deszcz. Śpię na dworze - zapowiedziałem od razu.

Wieczorem żołnierze długim szeregiem szli na okręt, by uniknąć zapowiadanej ulewy. My z kilkunastoma innymi twardzielami zostaliśmy na lądzie. - Panowie, rozkładamy pałatki, ale jak chcecie, możecie się przespać w rośku - zaproponowali nam.

W rośku było twardawo, ręka a to rąbała w ciężkie zawiasy drzwi czy metalowe elementy krzesła, a to zaplątywała się w taśmy plecaka, ale wyspałem się znakomicie. Nie padało, więc zostawiliśmy uchylone drzwi, do snu skrzeczały nam mewy, wiała delikatna bryza...

Nocleg w rosomaku Nocleg w rosomaku fot. Robert Kowalewski

Załadunek, rozładunek, załadunek, rozładunek...

W Afganistanie w czasie patrolu żołnierze nie wychodzą z rosomaka. Muszą więc spać na siedząco. Jeśli jest bezpiecznie (na tyle, na ile w Afganistanie może być bezpiecznie), wtedy w środku dwóch śpi na podłodze, a dwóch nad nimi, na rozłożonych krzesełkach. Reszta trzyma wartę. My mieliśmy lepiej.

Rano spotkaliśmy kolegów, którzy noc spędzili na okręcie. - Nigdy! K...wa! Więcej! - wycedził przez zęby jeden z nich. - Wszyscy! K...wa! Chrapali! - dodał, gotując kawę na kuchence polowej.

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, Cały dzień żołnierze ćwiczyli wjeżdżanie i wyjeżdżanie z okrętu

Czekać i jeszcze raz czekać

Przed nocą w rośku cały dzień żołnierze ćwiczyli wjeżdżanie i wyjeżdżanie z okrętu. Jak na promie, ale wjeżdżanie 22-tonowym rosomakiem na okręt to nie jest bułka z masłem. Okręt wydaje się wielki, ale rosomaki muszą wjechać na styk. Marynarze każdy wóz "sztormują", czyli przytwierdzają łańcuchami, żeby w czasie rejsu nie przesunął się nawet o milimetr. W ogóle całe te ćwiczenia polegały na sprawdzaniu drobnych, z pozoru nieważnych elementów. Grupa bojowa od momentu wydania rozkazu ma być gotowa do działania w ciągu 10 dni. Długo? - Żeby uświadomić sobie skalę przedsięwzięcia, proszę wyobrazić sobie, że pańska firma w ciągu 10 dni pakuje cały sprzęt, wszystkich pracowników i zaczyna pracę w południowej Afryce. Albo w Afganistanie. Dalej wydaje się panu, że 10 dni to długo? - tłumaczył mi potem generał brygady Rajmund T. Andrzejczak, dowódca 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej oraz dowódca WGBUE. Na świecie tylko wydzielone grupy elitarnych jednostek specjalnych są gotowe do akcji non stop. Amerykańskie czołowe dywizje mają być gotowe do wyjazdu na wojnę po dwóch tygodniach od wydania rozkazu.

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, Nasza kompania ćwiczyła załadunek na okręty

Nasza kompania ćwiczyła załadunek na okręty, kolejne dwie ładowały rosomaki, stary, honkery i inne wozy wojskowe na wagony kolejowe oraz do samolotów transportowych. - W czasie dojazdu i transportu może dojść do awarii. Ktoś może zachorować. Te ćwiczenia pozwalają nam również sprawdzić, czy mimo niespodzianek jesteśmy w stanie elastycznie modyfikować plan, tak by osiągnąć cel - mówił gen. Andrzejczak.

Ja na ćwiczeniach Wyzwanie-12 poczułem, jak to jest być 'klikniętym' po mapie Ja na ćwiczeniach Wyzwanie-12 poczułem, jak to jest być 'klikniętym' po mapie fot. Robert Kowalewski

Panowie, jesteśmy w pieprzonej Afryce!

W grach strategicznych wojna to przesuwanie całych armii po mapie. Rzut kostką albo kliknięcie myszką na ekranie i już 30-tysięczny korpus Napoleona z Flandrii przesuwa się do Bawarii. Klik! I pięćdziesiąt abramsów i kilka kompanii marines wkracza do Bagdadu...

Ja na ćwiczeniach Wyzwanie-12 poczułem, jak to jest być "klikniętym" po mapie. Generał Andrzejczak narysował plan ćwiczeń dla około 1700 ludzi. Podpułkownik Rafał Miernik, dowódca batalionu manewrowego, ze swojego stanowiska dowodzenia wydawał rozkazy i synchronizował działania czterech kompanii. Dowódcy kompanii w terenie starali się wykonać zaplanowane działania i pilnowali, by żołnierze zapomnieli na moment, że to ćwiczenia, i żeby zachowywali się jak "w realu".

Tymczasem dowódcy plutonów...

- Panowie, k...wa, jesteśmy w pieprzonej Afryce, k...wa. Zakładać mi kamizelki i hełmy. Kapitan mnie j...bie, że wy sobie w kulki lecicie, jak zobaczę kogoś bez pełnego wyposażenia, to mu nogi z dupy powyrywam - krzyczeli dowódcy plutonów.

A żołnierze? Żołnierze z 17. Wielkopolskiej Brygady bywali już wcześniej na misjach w Afganistanie, Iraku i Czadzie. Wpadali w zasadzki, walczyli z rebeliantami, opatrywali rannych, żegnali kolegów, którzy zginęli w czasie akcji. Podczas ćwiczeń robili więc wszystko dobrze, bo to fachowcy pierwsza klasa, ale nie zapominali, że ta Afryka to jednak Świnoujście i poligon w Wędrzynie. Jak dowódca nie widział, hełm lądował na siedzeniu. Słońce piekło, rebelianci zachodniopomorscy byli tylko fikcją, więc po co się smażyć?

W drodze powrotnej ze Świnoujścia do Wędrzyna jechaliśmy dwoma kolumnami przez poligon w Drawsku Pomorskim. Tam mieliśmy przeżyć atak rebeliantów i atak chemiczny. To znaczy, miały być to niespodzianki, ale żołnierze z "siedemnastej" dobrze wiedzieli, że skoro nadrabiamy drogi przez Drawsko, to będą atrakcje.

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, gen. bryg. Rajmund  T. Andrzejczak, dowódca  17. Wielkopolskiej Brygady ZmechanizowanejRano trzeciego dnia ćwiczeń ruszyliśmy. Generał Andrzejczak wyznaczył cele, podpułkownik Miernik ruszył piony na mapie, a my... My siedzieliśmy w rowie przy polnej drodze w okolicach Drawska próbując schować się w cieniu, który rzucał rosomak. Wydawało nam się, że słyszymy strzały, znaczy pierwsza kolumna wpadła w zasadzkę. My czekaliśmy na swoją kolej.

- Hełmy, kamizelki, broń, wystawić warty! - pieklili się dowódcy.

Minęła pierwsza godzina czekania, druga... - Ci Afgańczycy to byli strasznie mili ludzie. A wystarczyło, że usłyszeli muzykę, a już się bawili. Sympatyczni, ale tak się tych talibów bali... - zaczęły się opowieści z misji. - Hełmy, kamizelki, wartyyy! - głos dowódcy niósł się wzdłuż naszej kolumny. - A pamiętasz, jak żetony [Żandarmeria Wojskowa - przyp. red.] nic do roboty nie mieli, tylko flaszek szukali - rozległy się śmiechy. Potem przeszliśmy płynnie do narzekania na dowódców, zarobki, wyposażenie i broń. - Jest aż tak źle? - zapytałem. - Nie, no co ty..., ale wojsko lubi narzekać - usłyszałem. - Dobra, dupy w troki, hełmy na łeb, zakładamy kamizelki i ruszamy. Teraz na tip-top jedziemy - zerwali się wszyscy. Miała być akcja, więc dowódca już nie musiał nikogo popędzać. Wszystko było połapane.

Ale akcji nie było. Rebeliantom poszło tak dobrze z pierwszą kolumną, że dla nas nie starczyło już czasu. - Wio, rośku, do domciu. Widzisz, redaktorze, tak wygląda wojna, a nie tak jak na filmach!

Ćwiczenia działań  w terenie zabudowanym. Ćwiczenia działań w terenie zabudowanym. fot. Robert Kowalewski

Zagrałem lokalnego dziennikarza

Ostatniego dnia na poligonie w Wędrzynie wszyscy byliśmy już "w pieprzonej Afryce". Choć chyba bardziej gdzieś w Afganistanie, bo trafiliśmy do miasteczka (na poligonie w Wędrzynie jest miasteczko do ćwiczenia walk w terenie zabudowanym) opanowanego przez bojowników. Pozoranci - prawie dwustu przebranych żołnierzy - odgrywali swoje role z dużym zaangażowaniem. A ich koledzy z WGBUE mieli zaprowadzić porządek i zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom zbliżających się rozmów pokojowych. - Piotr, nie chciałbyś zagrać lokalnego dziennikarza, który zadaje trudne pytania naszym żołnierzom? - zaproponował kpt. Artur Pińkowski, oficer prasowy 17. WBZ. Pewnie!

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, - Odejdź, cofnij się, nie masz akredytacji!

Sytuacja wyglądała tak: po miasteczku biegały grupki wrzeszczących tubylców. Z jednej strony, na małym wzniesieniu był posterunek "siedemnastej", który rebelianci próbowali zdobyć. Ruszyłem tam. Ponieważ były to duże ćwiczenia połączone z oceną żołnierzy, na ramieniu miałem opaskę "prasa". Pewnie tym zmyliłem wartowników, którzy widzieli mnie już wcześniej, więc bez pytania przepuścili mnie przez posterunek. A w środku było gorąco. Żołnierze uspokajali zatrzymanych rebeliantów. A tu ja wyrastam jak spod ziemi i krzyczę: - Jestem z redakcji Al-Dżaziry! Czemu zaatakowaliście nasz kraj! - zaskoczenie było kompletne, ale tylko przez ułamek sekundy.

- Odejdź, cofnij się, nie masz akredytacji!

- Czemu atakujecie... - zacząłem znów krzyczeć, podchodząc do dowódcy.

. - Trzymaj ręce z tyłu, jakbyś miał kajdanki. Nie będę robił jaj i nie skuję cię . - Trzymaj ręce z tyłu, jakbyś miał kajdanki. Nie będę robił jaj i nie skuję cię fot. Robert Kowalewski

Gdzie mrówki mówią "dzień dobry"

I w tym momencie żołnierze rzucili mnie na kolana i wykręcili ręce. - Trzymaj ręce z tyłu, jakbyś miał kajdanki. Nie będę robił jaj i nie skuję cię, OK? - usłyszałem.

No i wylądowałem na kolanach razem z rebeliantami. - A ty kto? - zmierzyli mnie wzrokiem. - Swój - uspokoiłem ich. Niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy rzucić się na wartowników. - Stary, normalnie mieliby ostrą, a ty byłbyś już posrany ze strachu, wyluzuj - pokręcił głową rebeliant, wyglądający na szefa.

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, Chwilę później wartownicy odprowadzili nas na bok i kazali położyć się twarzą do ziemi

Chwilę później wartownicy odprowadzili nas na bok i kazali położyć się twarzą do ziemi. - K...wa, mrowisko - jęknąłem. - Dobra, panowie, siadajcie, ale bez wygłupów - zlitowali się strażnicy. Ale trochę postanowiliśmy ich podrażnić.

- Dajcie nam wody, psy na smyczy Amerykanów!

- Dobre z tymi psami! Wody!

- Oddajcie nam nasze kobiety!

- I osiołki!

Pośmialiśmy się i zostaliśmy wypuszczeni. Ale rebelianci, mimo że się bardzo starali, z rośkami wygrać nie mogli. Konferencja pokojowa odbyła się bez zakłóceń.

A mnie jeszcze dwa tygodnie bolał lewy bark, lekko naciągnięty, gdy zostałem zatrzymany, grając lokalnego dziennikarza. Ćwiczenia ćwiczeniami, ale jak jest akcja, to chłopaki z "siedemnastej" dają z siebie wszystko!

Podziękowania za pomoc w realizacji materiału dla Dowództwa Wojsk Lądowych oraz 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej

Więcej o: