Logo z klasą: historia szampana Moët&Chandon

Trudno sobie wyobrazić, że ledwie 300 lat temu ludzie w ogóle nie wiedzieli, co to szampan.
Dziś co sekundę ktoś na świecie otwiera butelkę pochodzącą z piwnic największego producenta - domu Moët&Chandon.
Szampan Moët&Chandon Szampan Moët&Chandon fot. Moët&Chandon

Najpierw Moët...

Zaczęło się na początku XVIII w. Rodzina Moët nie miała zupełnie nic wspólnego z winem - handlowali wełną. W rodzinnym biznesie zabrakło miejsca dla najmłodszego Claude'a, tata znalazł mu zatem posadę zarządcy w dobrach miejscowego szlachcica. Nie miał pojęcia, kogo traci - łebski chłopak okazał się świetnym administratorem i dosyć szybko kupił sobie własną winnicę w okolicy Épernay w Szampanii. Tam - prawdopodobnie w 1709 r., choć pierwsze dokumenty pochodzą z 1743 r. - założył dom winiarski La Maison Moët.

Na nieszczęście dla Francji, a szczęśliwie dla młodego Claude'a wkrótce zmarł Ludwik XIV. Okazało się, że finanse kraju są w opłakanym stanie. Rozpoczęła się masowa sprzedaż licencji na produkcję dóbr wszelakich i prawdopodobnie wówczas Claude kupił sobie prawo do wytwarzania szampana i dostarczania go na królewski dwór.

Jego wino nie było ani lepsze, ani gorsze od innych, o niebywałym sukcesie zadecydował kaprys pięknej kobiety. Markiza de Pompadour, faworyta Ludwika XV, w owym czasie wyrocznia mody i dobrego smaku (ciekawostka - była przecież tylko zwykłą mieszczką i z domu nazywała się Poisson, czyli "ryba"), życzyła sobie pić wyłącznie szampana od Clauda Moët. Mawiała ponoć, iż jest to "jedyny trunek, który sprawia, że kobiety pięknieją z każdym kolejnym kieliszkiem".

Co roku w maju, gdy dwór przenosił się do Chateau de Compiegne, Claude wysyłał jej skrzynię swojego najlepszego wina. Niby w uznaniu dla jej urody i inteligencji. Prawda wyglądała jednak nieco inaczej - 120 butelek było korzystną inwestycją w reklamę. Snobistyczni królewscy dworzanie, ich krewni i znajomi, paryska i prowincjonalna arystokracja, bogate mieszczaństwo - wszyscy, których było stać - chcieli pić szampana modnego i jedynie słusznego.

Zamawiali hektolitry musującego wina, dom Moët ledwo nadążał z dostawami. Tylko że o gratisowych butelkach nie było już oczywiście mowy. A interes się kręcił, tak że spadkobierca Claude'a Moëta - Claude Louis-Nicolas - musiał znacznie powiększyć obszar winnic.

Absolutną gwiazdą w historii firmy był wnuk założyciela - Jean-Rémy Moët. Miał niesamowitego nosa do interesów. Czarujący, wykształcony i oczytany, mer miasta Épernay, a przy tym obywatel świata, podróżnik, esteta, humanista i dusza towarzystwa, był zaprzyjaźniony z najważniejszymi ludźmi swoich czasów, dobrze wiedział, komu i kiedy podesłać darmową skrzynkę szampana. Obsługiwał dwór Ludwika XVI, przyjaźnił się z cesarzem Napoleonem. To on zaczął wysyłać swoje wina na dwory Anglii, Hiszpanii, Belgii, Szwecji i Danii. Również do Watykanu.

Koronowane głowy Europy nie tylko zapraszały Moëta do siebie, także oddawały mu wizyty. Luksusowy dom w Épernay, cud nowoczesnej architektury, z romantycznym angielskim ogrodem, palmiarnią i pomarańczarnią, podziwiał m.in. imperator Wszechrusi Aleksander I, cesarz Austrii Franciszek II, król Prus Fryderyk Wilhelm III, królowie Saksonii, Westfalii, Bawarii i Neapolu, a nawet amerykański prezydent Thomas Jefferson. I tak jak dziś najbogatsi ludzie świata szczycą się zaproszeniem do rezydencji George'a Clooneya nad jezioro Como, tak wtedy w dobrym tonie była przyjaźń z Jeanem-Rémy.

Podczas licznych podróży po Europie młody Moët analizował rynki europejskie - porównywał miejscowe wina z francuskimi, sprawdzał, gdzie się co pije. Zorganizował siatkę ludzi, którzy na bieżąco informowali go o sytuacji w kraju, także tej politycznej. Szpiedzy Moëta, nazywani przez niego ambasadorami, byli wykształceni i obyci, doświadczeni w branży winiarskiej, świetnie znali języki. Dzięki nim błyskawicznie zdobywał informacje, wiedział o szykujących się mariażach, oczekiwanych potomkach, najnowszych królewskich kochankach, poznawał arystokratów - z ksiąg firmy wiemy, że wśród jego klientów było 126 markizów, hrabiów, książąt i lordów.

Gdy Francja przystąpiła do wojny w 1814 r., w Épernay pojawili się Prusacy i Kozacy. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak wielkich spustoszeń dokonywali w czcigodnych piwnicach rodziny Moët. Ale Jean-Rémy patrzył na to wszystko spokojnie: "Ci oficerowie, którzy dziś mnie rujnują, przyniosą mi fortunę w przyszłości. Pijąc moje wino, nie zapomną jego smaku i rozsławią go na całym świecie". Znowu miał rację.

Kiedy w 1832 r. porzucił prowadzenie interesu, jego szampan był już sławny we Włoszech (od 1789 r.), w Stanach Zjednoczonych (1792), Holandii i Skandynawii (1798), Portugalii, na Malcie i Jamajce (1822). W ostatnim roku kierowania firmą zdołał jeszcze opanować rynki Grecji i Turcji, nie doczekał jedynie chwili, kiedy transporty szampana dotarły do Chin - zmarł rok wcześniej, w 1842 r.

Szampan Moët&Chandon Szampan Moët&Chandon fot. Moët&Chandon

...potem Chandon

Następcą Jeana-Rémy'ego zostały jego dzieci, Victor i Adelajda. Tak naprawdę rządził jednak mąż Adelajdy - arystokrata ze starej francuskiej rodziny, hrabia Pierre Gabriel Chandon de Briailles. Firma zawdzięcza mu nie tylko zmianę nazwy na Société Moët&Chandon.

To właśnie młody hrabia wymyślił, że szampan musi być dobrem luksusowym - pożądanym przez wszystkich, dostępnym dla niewielu. Wraz z synem Raoulem wymyślił krótkie serie limitowane, wypuszczane na specjalne okazje, dedykowane szczególnym osobom. Tak powstał Brut Impérial przypominający przyjaźń Napoleona dla domu Moët, szampany na cześć królowej Wiktorii, szampan z okazji koronacji Edwarda VII. Królowa Wiktoria przyznała zresztą domowi Moët & Chandon przywilej Royal Warrant, specjalnego dostawcy dworu. Hrabia Chandon wpadł także na pomysł produkowania szampanów rocznikowych - z win wyłącznie jednego, wyjątkowo dobrego rocznika. Wreszcie - za czasów obu panów Chandon de Briailles rozpoczęła się tradycja uświetniania szampanem wyjątkowych uroczystości - m.in. otwarcia największych hoteli świata: Savoya i Claridge'a w Londynie, Crillona w Paryżu, Carltona w Cannes, Ritza w Nowym Jorku - z tej okazji firma Moët&Chandon wydała bal - chyba jeden z najwspanialszych w XX w.

W latach 30. szefem firmy został człowiek nienazywający się ani Moët, ani Chandon, za to blisko z jednymi i drugimi zaprzyjaźniony. Robert-Jean de Vogüé, kolejny francuski arystokrata w firmie i geniusz na miarę Jeana-Rémy'ego Moëta. To właśnie jemu firma zawdzięcza swojego najbardziej prestiżowego, najdroższego szampana - markę Dom Perignon. To śmieszne, ale aż do tego czasu nikt nie wpadł na to, aby wykorzystać nazwisko legendarnego wynalazcy szampana (który faktycznie wcale nim nie był, musujące wina wymyślili sto lat przed jego urodzeniem benedyktyni z opactwa Saint-Hilaire z Limoux na południu Francji). Prawie nikt - ponoć właściciele niewielkich winnic z okolic Hautvillers produkowali kiedyś musujące wina Dom Perignon, jednak nie zarejestrowali nazwy, co skrupulatnie wykorzystał Robert-Jean de Vogüé.

Dom Perignon ma tylko dwie odmiany: Brut i Brut Rosé. Sprzedaje się go w butelkach o dwóch wielkościach: 0,75 lub 1,5 l. I zawsze jest rocznikowy: rok podany na etykiecie oznacza, że szampan powstaje z mieszanki win wyprodukowanych w jednym, bardzo dobrym roczniku (za absolutnie wyjątkowy uważa się dziś 1990).

W czasie II wojny światowej Robert-Jean de Vogüé został aresztowany przez gestapo - najwyraźniej akurat ci Niemcy woleli piwo - i zesłany do obozu pracy. Gdy po dwóch latach obóz wyzwolili Brytyjczycy, de Vogüé powrócił i zabrał się do pracy. Jak gdyby nigdy nic.

Rządził aż do lat 70. Miał świetne wyczucie, rzadko zawodziła go intuicja. To dzięki niemu 100 tys. turystów rokrocznie zwiedza 28 km piwnic pod Épernay. To on pomnożył majątek firmy, kupując winnice nie tylko we Francji, nie tylko w Europie, ale i w Nowym Świecie - w Kalifornii i Argentynie. Wreszcie to on wpadł w 1971 r. na pomysł połączenia swojej firmy z Hennessym, słusznie rozumując, że kogo stać na szampana, temu można zaproponować także zacny koniak. Po 15 latach z tej pierwszej spółki powstał gigantyczny koncern wszelkich dóbr luksusowych o nazwie LVMH (skrót od pierwszych liter słów Louis Vuitton, Moët i Hennesy) osiągający 1,5 mld euro zysku rocznie. Obecnie LVMH sprzedaje wina i alkohole (Dom Pérignon, Moët&Chandon, Veuve Clicquot i Hennessy), perfumy (Dior, Guerlain, Givenchy), kosmetyki (Bliss, Fresh, BeneFit), ciuchy i dodatki (Donna Karan, Givenchy, Kenzo, Louis Vuitton), zegarki i biżuterię (TAG Heuer, Ebel, Chaumet, Fred). Do korporacji należą sklepy Sephora, paryskie supermarkety Le Bon Marché i 61% grupy DFS (duty-free shops).

Szampany Szampany fot. Marcin Klaban

Piękni i bogaci

Kino i show-biznes okazały się kolejną szansą rozwoju firmy. Robert-Jean de Vogüé zaprosił do promowania szampana Moët&Chandon piosenkarzy: m.in.: Josephine Baker i Maurice'a Chevaliera, pisarkę Colette, aktorów: Sarah Bernhardt, Gretę Garbo, Avę Gardner, Marilyn Monroe, Cary'ego Granta, Orsona Wellesa, Paula Newmana. Od 1946 r. M&C został zresztą oficjalnym szampanem festiwalu w Cannes i nawet nie wypadało go nie lubić - do wielkiego uczucia przyznają się dziś m.in. Nicole Kidman, Gwyneth Paltrow i Sarah Jessica Parker.

Firma sponsoruje, a co za tym idzie - oblewa litrami swojego szampana - zwycięzców Formuły 1 i 24-godzinnego wyścigu na torze Le Mans oraz najsłynniejszych regat świata America Cup.

Moët&Chandon pojawia się na najwspanialszych pokazach mody, czyli Fashion Weeks w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Barcelonie i Mediolanie, oraz funduje prestiżowe nagrody dla najbardziej utalentowanych projektantów świata. Laureatami byli m.in. Vivienne Westwood, Philip Treacy i Matthew Williamson.

Wreszcie - szampany Moët&Chandon grają ważną rolę w filmach. Najsłynniejszym fikcyjnym znawcą i wielbicielem Dom Perignon jest oczywiście Bond, James Bond. Okazuje się jednak, że agent 007, choć zawsze pija szampana w temperaturze 3 st. C, jest dość niekonsekwentny w wyborze rocznika. Otóż Sean Connery w "Doktorze No" uznaje tylko Dom Perignon rocznik 1953 (tu malutka dygresja: Marilyn Monroe też wybierała ten rocznik), bezwstydnie używając butelki z roku '55 jako broni. Tego samego szampana Connery wybiera w filmie "Goldfinger", ale już w "Operacji Piorun" sięgnie po rocznik '55, a w "Żyje się tylko dwa razy" - po '59. Roger Moore w "Szpiegu, który mnie kochał" wybiera Dom Perignon 1952, a w "Człowieku ze złotym pistoletem" odrzuca proponowany mu rocznik 1964, wyznając, że woli 1962.

- Wiadomo - agent Jej Królewskiej Mości mógł pić wyłącznie szampana Dom Perignon - mówi z dumą Pascal Pecriaux, międzynarodowy ambasador marki Moët&Chandon.

Pytam, czy na pewno, bo coś mi się wydaje, że ostatni Bond wybrał jednak konkurencję.

- No tak, kiedyś nikt nie miał wątpliwości, że to może być tylko nasz szampan - wzdycha Pascal. - A producenci Casino Royale powiedzieli OK, niech będzie, tylko zapłaćcie za reklamę. Płacić? My? No to zapłacił Bollinger.

Czasy się zmieniły. Może Moët&Chandon potrzebuje kolejnego wielkiego menedżera?

Moët&Chandon i potrawy Moët&Chandon i potrawy fot. Patricia Hofmeester/shutterstock.com

Moët&Chandon i potrawy

1. Białe wytrawne szampany Moët&Chandon (Vintage Blanc, Brut Imperial) podajemy do białych mięs i ryb o białym mięsie, ostryg, owoców morza, dań z zielonego groszku i fasolki szparagowej, do łagodnych żółtych serów oraz serów o twardym środku, a miękkich na zewnątrz, takich jak mało dojrzały camembert lub brie. Pasują też do niezbyt mocno słodzonych ciast z jabłkami i gruszkami (Francuzi podają je do tarty tatin, my możemy do szarlotki) oraz do deserów z białą czekoladą.

2. Stare, szlachetne roczniki Moët&Chandon pasują do ryb słodkowodnych, dzikiego ptactwa, pieczonej kaczki, pasztetów z gęsi oraz dojrzałych serów, np. comte, beaufort, cantal.

3. Różowe szampany podamy do bardziej intensywnych w smaku serów owczych i kozich, do serów "mytych" (z pomarańczową skórką), także do jagnięciny, tłustego drobiu (gęsi, kaczek) oraz do deserów z czerwonych owoców. Ten rodzaj szampana pasuje także do dań kuchni śródziemnomorskiej: greckiej, prowansalskiej, hiszpańskiej, włoskiej - z ziołami, oliwkami, pomidorami i bakłażanami.

Szampany różowe

Robi się je z tych samych szczepów co białe, z tą różnicą, że ciemne winogrona są prasowane razem ze skórkami. To właśnie skórki nadają winu delikatny kolor (od poziomkowego do łososiowego), zmieniają smak (rosé są bardziej taninowe) i aromat (można wyczuć np. owoce leśne). Ostatnio są bardzo modne, popularne wśród celebrities, chętnie serwowane w nocnych klubach. Generalnie kosztują więcej od swoich białych odpowiedników. Krytycy nazywają je "szampanami dla Barbie" i uważają, że nadają się tylko na lato i na piknik - zamiast oranżady. No, ewentualnie na grilla.

Więcej o: