Gwiazda Logo: Eryk Lubos

Od wykładowcy w szkole aktorskiej usłyszał, że ma 'patent na niegrzeczność'. Przez lata obsadzany w epizodach 'twarzowców', stał się jedną z najciekawszych twarzy polskiego kina. O tym, że aktor nie babra się w sobie, o tym, co daje artyście boks oraz dlaczego nie powinni się w to bawić celebryci, opowiada Eryk Lubos. Wkrótce zobaczymy go w nowym serialu Canal+ pt. 'Misja: Afganistan'.
Eryk Lubos Eryk Lubos fot. Grzegorz Suska

Nie kręcą mnie zabawy z bronią

Urodził się w 1974 r. w Tarnowskich Górach. Ukończył aktorstwo na PWST we Wrocławiu (1998) i dołączył do zespołu Teatru Współczesnego. Siedem lat później przeniósł się do warszawskiego Teatru Rozmaitości (obecnie TR Warszawa).

W kinie zaistniał dzięki występom w "Ono" Małgorzaty Szumowskiej" i "Z odzysku" Sławomira Fabickiego. Uznanie przyniosła mu kreacja w "Boisku bezdomnych" Kasi Adamik. Przełomem okazała się pierwszoplanowa postać boksera w "Mojej krwi" Marcina Wrony. Za rolę weterana wojennego w "Zabić bobra" Jana Jakuba Kolskiego otrzymał w lipcu nagrodę w Karlowych Warach. Jest stałym współpracownikiem Wojciecha Smarzowskiego ("Dom zły", "Róża", "7 dni"). Żonaty. Dwoje dzieci.

 

Logo: Ostatnio dajesz sobie wycisk. Po ostrym boksie na planie "Mojej krwi" teraz przyszło wojskowe szkolenie w telewizyjnej "Misji: Afganistan", gdzie wcielasz się w bohatera o ksywie Zbój. Chcesz być największym twardzielem polskiego kina?

Eryk Lubos: Żaden ze mnie twardziel. Ekipa filmowa wie, co się stało, jak chciałem wypalić z kałacha. To było dosyć żałosne (śmiech). Trzeba zapytać producentów, dlaczego mnie obsadzili. Pewnie z powodu wieku, bo Zbój jest najbardziej doświadczonym sierżantem. Od dwóch miesięcy wyciskam ostro - na planie.

Sto dni zdjęciowych w pełnym słońcu, duszenie się w wozach pancernych w afgańskim klimacie...

Wcześniej szkoliły nas w Polsce chłopaki z jednostki w Międzyrzeczu (zobacz również reportaż Logo z ćwiczeń 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej z Międzyrzecza "Mój pierwszy raz: misja Rosomak"). Bez nich nie dalibyśmy rady.

Kręcą cię te zabawy z bronią?

Nie jestem militarystą. W każdym razie na pewno nie robiliśmy tego serialu po to, by pokazać, jak fajnie się biega z bronią po poligonie. Wszystko, co prezentujemy w "Misji...", jest określone konkretnymi procedurami, które poznaliśmy w trakcie szkolenia. Wojna, broń, wojsko - to zbyt poważne dziedziny, żeby być "hobbystą". Ktoś, kto to tego posmakował, nie jest już hobbystą, tylko albo żołnierzem, albo weteranem.

Pytam, bo w krótkim odstępie czasu wchodzą na ekrany dwie produkcje z twoim udziałem dotykające tematu wojny. I to ze skrajnie różnych perspektyw. Wspomniany serial "Misja: Afganistan" oraz "Zabić bobra" Jana Jakuba Kolskiego.

Skrajnie różne doświadczenia. "Misja" to droga na front i realistyczny opis tego, co spotyka tam żołnierzy. Film Kolskiego dotyka doświadczenia "postfrontowej" traumy i pokazuje, co wojna robi z ludźmi teoretycznie do niej przygotowanymi.

Przechodziłeś do obu tytułów oddzielne szkolenia?

Tak. Przy "Zabić bobra" miałem zaszczyt być szkolony przez znanego oficera z bardzo znanej jednostki - mniejsza o nazwisko i nazwę - i on otworzył nam oczy na parę rzeczy. Kolski brał scenariusz i prosił oficera, by pokazał, jak zachowuje się żołnierz w konkretnych, opisanych sytuacjach. Zaskakujące, jak bardzo różniło się to od naszych wyobrażeń. To nie jest "Tożsamość Bourne'a". Zero popisów i efekciarstwa.

Mówi się o dwóch szkołach aktorstwa: amerykańskiej, opartej właśnie na "efekciarstwie", rolach "większych niż życie". I rosyjskiej, która kieruje emocje do wewnątrz.

Rozumiem, że tobie bliższe jest to drugie podejście?

W końcu wszyscy jesteśmy z pnia słowiańskiego. Wiem, że Rosjanie zrobili nam kuku, ale dbajmy o naszą wschodnią tożsamość. Jesteśmy jakoś powiązani emocjami, sposobem postrzegania Boga, przestrzeni. A jaką tradycję mają hamburgery? Poza tym Hollywood i tak stworzyli Polacy (śmiech).

Kiedyś dowcipkowałeś na temat metody Stanisławskiego, który kazał ciągle "wczuwać się" w postać.

Te wieczne dyskusje z cyklu "Co czujesz?" zawsze mnie śmieszyły. W zawodzie aktora trzeba robić, a nie analizować. Reżyser jest od tego, żeby nakierowywać. My jako narzędzia mamy się stosować do jego wskazówek, a nie "przeżywać". Przeżywanie jest już po stronie widza. To moja teoria aktorska, której się trzymam. Śmieszy mnie, gdy grono aktorskie dorabia do tej pracy koncepcje, których nie powstydziłby się Kant. Przecież chodzi o to, żeby wyjść, skręcić w prawo, w lewo, iść szybciej lub wolniej (śmiech).

Nie sądziłem, że Eryk Lubos zgadza się na bycie narzędziem w czyichkolwiek rękach. Nie kłócisz się z reżyserami? Przepraszam, ale nie wierzę.

To działa trochę inaczej. Grając, wchodzę coraz bardziej w tkankę tworzoną przez reżysera. Lecz aby całkiem się z nią nie stopić, zaczynam się w niej rozpychać. Trochę jak dziecko, które nie słucha rodziców, robi się przekorne. Bo wie, że z tyłu jest ojciec, który - gdy coś się stanie - złapie. Ważne, żeby nie robić wokół siebie zamieszania, dostosować się do głównego aktora, znaleźć swoje miejsce. Nie przeszkadzać, tylko być.

Ciekawie dobierasz reżyserów?

Nie jestem jeszcze na tym etapie (śmiech). To mnie reżyserzy dobierają, na szczęście.

Bez przesady, nie bierzesz wszystkiego, jak leci. Pracujesz z najoryginalniejszymi polskimi twórcami: od Wojciecha Smarzowskiego, po Jana Jakuba Kolskiego. Bardzo różne światy.

Kolski jest perfekcjonistą, stawiającym sobie poprzeczkę coraz wyżej. Wojtek Smarzowski to jest siła spokoju, mistrz zen. No i ma inicjały Williama Shakespeare'a. Powiedziałem mu to po "Domu złym". A on, że owszem, jest Szekspirem, tylko z Bieszczad (śmiech).

Jesteś najbardziej znanym bokserem wśród aktorów. Kiedyś powiedziałeś, że zacząłeś boksować, aby zabić w sobie aktora.

Chodzi o dystans - by nie myśleć o sobie: "Jestem artystą". Ten syndrom dotyka zwłaszcza studentów późniejszych lat szkoły aktorskiej. No więc poszedłem boksować i trenerzy Leszek Strasburger i Zygmunt Gosiewski pokazali mi, gdzie jest życie.

Śmiali się z aktora, który chce boksować?

Nie, Strasburger to bardzo poważny pan. Przyjął mnie w swoim gabinecie obok sali Gwardii Wrocław i spytał, o co chodzi. Powiedziałem coś głupiego, że chciałbym sobie popatrzeć, na czym polega boks. Pokiwał głową. Posadził mnie na krześle i kazał oglądać walki - Bartnik, Cendrowski, Zegan, Lenkow. Po krótkiej chwili wstałem i zrozumiałem, że nie ma sensu patrzeć ani gadać. Trzeba stanąć na ringu.

Czyli znowu instynkt?

W boks trzeba wchodzić jak w rolę. Zapadasz się w to. Podziwiałem Mateusza Masternaka, który ćwiczył w juniorach, kiedy byłem we Wrocławiu. Przychodził na trening na godz. 15. My, seniorzy, zjawialiśmy się trzy godziny później, on dopiero schodził. Spał na korytarzu w klubie. Niesamowity upór. Miał wtedy 13 lat, zawsze był dwie godziny przed treningiem i zostawał godzinę po. Nigdzie mu się nie spieszyło. I to jest ideał. Teraz jest znanym bokserem. Spotkałem go ostatnio w fight clubie na Pradze. Nagle z ławki podniósł się jakiś Achilles i pyta: "Eryk?". Pamiętał mnie.

Eryk Lubos Eryk Lubos fot. Grzegorz Suska

Ring kontra Księga Koheleta

Nie chciałeś się tym zająć zawodowo?

Zasuwałem wtedy w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, a jednocześnie w Gwardii byłem zmiennikiem Artura Zwarycza. Walczyłem w wadze lekkopółśredniej. Po jednym z treningów byłem wyjątkowo poobijany i takiego zobaczył mnie Piotr Cieplak, który przygotowywał spektakl "Historia Jakuba". Tylko na mnie spojrzał i powiedział: "Biorę cię". Miałem recytować Księgę Koheleta. 20 minut totalnego transu. Występowali też szacowni aktorzy z Warszawy i chodziło o kontrast: na scenę wychodzi łysy koleś na bosaka i zaczyna napierdalać całą księgę Eklezjastesa do mikrofonu, w rytm muzyki. W jednym ze spektakli zobaczył mnie na scenie trener Gosiewski i powiedział tylko: "Może pan do nas przychodzić do klubu do końca życia, ale nie będzie pan bokserem. Pan ma co innego do zrobienia".

Na planie "Mojej krwi" miałeś spotkanie z tragiczną postacią sportów walki - Markiem Piotrowskim.

Dla mnie to prawdziwy bohater narodowy. Jako Polacy mamy jednak taką złą cechę, że szybko zapominamy. Facet wyszedł z małej wiochy, pojechał do USA z jedną walizeczką i w krótkim czasie pokonał tych wszystkich bogów kick-boxingu. Nikt nie miał takich wyników, no może poza Kulejem. Ale kto o tym pamięta? Nie powinien się już podnieść po tym, co przeszedł. A dał radę.

Jest teraz moda na sporty walki. Zwłaszcza wśród celebrytów. Trochę się z nich podśmiewasz.

Bawi mnie ten model wychuchanego, wypieszczonego, ubranego w dobry kostium, twarzowo się męczącego niby-fightera. Widziałem kolesia, mniejsza o nazwisko, który ćwiczył na bieżni mimikę twarzy, żeby wyglądać "niebezpiecznie" przed jedną z tych pseudowalk. Chciałem to nawet nagrać na telefon, ale ciągle psują mi się komórki i nie mogłem.

Ten lans nie dotyczy tylko polskiego podwórka. Wspominałeś kiedyś, jakim cieniasem w boksie był Mickey Rourke.

Pewnie. Możesz to sobie znaleźć na YouTubie, to było żenujące. Przeginał pałę, kupował walki, takie ewidentne podkładki. Widownia w boksie widzi takie rzeczy.

Celebrytoza wyjątkowo cię wkurza i mówisz o tym. To rzadkie w środowisku, które czerpie z tego zjawiska profity.

Mieszkałem na Saskiej Kępie, widziałem te żałosne ustawki z paparazzi. Lansują się i jedni, i drudzy. Jedni mają fotki w brukowcach, drudzy chwalą się, że mają ustawki z gwiazdami. Nie rozumiem tego sposobu myślenia. Na przykład na festiwalu w Gdyni, który jest imprezą filmową. Dlaczego jako gwiazdy aktorskie traktowane są osoby, które nigdy nie postawiły nogi na planie filmowym? Aby zrobić film, cała ekipa poświęca mnóstwo czasu i wysiłku. Od garderoby i cateringu, przez rekwizytorów, po aktorów i reżysera. A nagle gwiazdą filmu jest osoba, która spędziła na planie raptem kilka godzin, za to jest celebrytą.

Weźmy takie Złote Kaczki - piękna filmowa nagroda z tradycjami, a kto siedzi na gali wręczenia statuetek w pierwszym rzędzie? Tancerze, piosenkarki, projektanci. Nic do nich nie mam, ale o co chodzi? To jest święto filmów! A pani organizatorka mówi mi: "Pana proszę na balkon". Odpowiadam nieśmiało, że przecież jestem nominowany. "Nieważne, tam jest pana miejsce". Zdarzało się, że o premierze produkcji, w której wystąpiłem, dowiadywałem się z internetu. Nie dostawałem nawet zaproszenia.

Ale tendencja w kinie chyba się odwraca. Filmy Smarzowskiego robią dobre wyniki, czas badziewnych komedii romantycznych też już chyba mamy za sobą. Stawia się bardziej na twórców.

Nie jestem wielkim optymistą, przed nami nadal ciężka praca. Powiem tak: jestem jeszcze przed kryzysem i zawodowym, i życiowym. Zrobiliśmy film Kolskiego z budżetem, który producenci komedii mało śmiesznych i mało romantycznych wydają na sam PR. Pracowaliśmy w ciężkich warunkach, z pełnym poświęceniem ekipy. I zostało to dostrzeżone. Wierzę, że to ma sens.

Strasznie podkreślasz tę potrzebę "nadludzkiej pracy w nieludzkich warunkach".

Wiesz, ja jestem ze Śląska. Uważam, że do wszystkiego dochodzi się pracą a nie udawaniem kogoś, kim się nie jest.

W życiu codziennym też tak wyciskasz?

Mam właśnie dwa dni wolnego i podobno wczoraj byłem nieznośny. Dziś będę robił przeprowadzkę i to jest mój dzień wolny. A jutro od rana mamy plan, potem jesteśmy w Edynburgu ze spektaklem. Od lutego nie schodzę z planu. Jestem zachwycony, lecz nie potrafię wrócić potem do tzw. spokojnego. życia.

Mów, co chcesz, jesteś twardzielem. Nawet kilkugodzinny spektakl zagrałeś z uszkodzonym stawem.

To nieważne, gdy trzeba zrobić swoje. Adrenalina skacze i nie czujesz kontuzji.

 

Wybrana filmografia

2012 "Misja: Afganistan"

2012 "Zabić bobra" (nagroda na MFF w Karlowych Warach)

2011 "Róża"

2010 "Wenecja"

2009 "Moja krew" (nagroda im. Zbyszka Cybulskiego)

2009 "Dom zły"

2008 "Boisko bezdomnych" (nagroda na FPFF w Gdyni)

2005 "Pitbull"

2005 "Z odzysku"

2004 "Ono"

Więcej o: