Mój pierwszy raz: na polu golfowym

Są dwie rzeczy, które można uprawiać nieumiejętne, a mimo to czerpać z nich przyjemność. To seks i golf - powiedział amerykański golfista Jimmy Demaret. Potwierdzam. W sprawie golfa, ma się rozumieć.
Praktyka czyni mistrza. Jestem na driving range - golfowej strzelnicy, do ćwiczenia uderzeń Praktyka czyni mistrza. Jestem na driving range - golfowej strzelnicy, do ćwiczenia uderzeń fot. Mikołaj Kirschke

Nauka trafiania w piłeczkę

Nogi w niewielkim rozkroku, lekko ugięte - ustawia mnie Johnny, mój instruktor. Instruktor od golfa, ma się rozumieć. Jesteśmy w położonym w Manchesterze centrum golfowym Heaton Park. Stoimy na driving range - golfowej strzelnicy, do ćwiczenia uderzeń. Do mojej dyspozycji: jedno z kilkunastu stanowisk, wiadro piłeczek i zestaw kijów.

To akurat nie jest mój pierwszy raz. Korzystałem już kiedyś z driving range'a. Było to na zakończenie imprezy integracyjnej w mojej poprzedniej firmie. Można więc sobie wyobrazić, co tam się działo. Powiem tak - gdyby zamiast golfowej była to zwykła strzelnica, prawdopodobnie skończyłoby się to oblężeniem jej przez batalion sił szybkiego reagowania.

Ze sportem miało to więc niewiele wspólnego, a teraz naprawdę chcę sprawdzić, na czym golf polega. Posłusznie więc wykonuję wszystkie ruchy zgodnie z poleceniami Johnny'ego. Kij wędruje wysoko z tyłu nad moją głową, dłonie zaplecione mam na jego rączce, z kciukiem lewej ręki obejmowanym przez prawą. To żelazo 5, w rękach wytrawnego golfisty powinien posłać piłeczkę na ok. 160 jardów dość wysokim łukiem. Wbijam wzrok w piłeczkę. - Pamiętaj, żeby po uderzeniu nie zatrzymywać kija, tylko pociągnąć ruch - podkreśla instruktor. Skupiam się, chcę być świadom każdego mięśnia, by osiągnąć niezbędną precyzję.

Wreszcie uderzam. Główka kija z ogromną szybkością (u zawodowców to nawet 150 km/h, u Tigera - ponad 200) sunie łukiem w kierunku piłeczki. Bach! Zgodnie z sugestią Johnny'ego nie zatrzymuję się, zamachuję się kijem do końca. Głowa obraca się w kierunku, w którym poleciała piłka. Szukam jej na zachmurzonym niebie. Wytężam wzrok, wypatruję, ale za nic nie mogę znaleźć. Po prostu jej nie ma!

Trudno, gdzieś musiałem ją posiać, zbieram się więc do kolejnego uderzenia. I wtedy ją znajduję. Jest tam, gdzie przed chwilą ją położyłem. Niewypał, kij nawet jej nie musnął.

Zawstydzony, ocieram z główki żelaza delikatną, zieloną powłokę - to igielit, którym pokryte jest stanowisko strzeleckie. Kij przy zamachu ociera się o nie z taką prędkością, że plastik topi się i osiada na główce.

Jeszcze raz. Powtarzam wszystkie ruchy i bum! Tym razem czuję, jak kij trafia w piłkę. Kuleczka z licznymi zagłębieniami (dzięki nim może lecieć o wiele dalej) sunie przez niebo i po paru sekundach spada, za tablicą oznaczającą 100 jardów. Jiiihaaaa!

Ale radocha! Zaczynam pruć piłkami jak karabin maszynowy. Siuuu! 120 jardów. Fiuuu! 50 jardów. Sruuu! Znów powyżej stu.

Większość uderzeń idzie łukiem na prawo. To powszechny błąd amatorów, przez fachowców zwany slajsem, w środowisku golfowych nieudaczników znany jako: Gdzie, kurde, lecisz?!

Ale ja się tym nie przejmuję. Nauczyłem się trafiać w piłeczkę. Czas sprawdzić tę umiejętność w praktyce.

Schemat pola golfowego Schemat pola golfowego fot. GraphicGeoff/Shutterstock

A co słychać u Tigera?

Siedząc dzień później na trybunie przy driving range'u na polu golfowym Royal Lytham & St Annes (RLSA), obserwuję, jak radzi sobie Tiger Woods i pozostali zawodnicy ze światowej czołówki. Pole przed nimi pokryte jest setkami, może tysiącami piłeczek. Po trawie jeździ dziwny meleksik, który wygląda jak maszyna rolnicza na marchewkowym polu - kierowca kryje się w klatce, która chroni go przez kolejnymi uderzeniami, a po bokach ma duże ramiona ze specjalnymi nabierakami. Ruchome pazury nabieraków gromadzą piłeczki i oczyszczają pole. Ze zdumieniem zauważam, że większość piłeczek zgromadzonych jest w jakby ławice, w sąsiedztwie tabliczek oznaczających dystans. Na driving range'u zawodowcy nie ćwiczą przecież, jak ja, trafiania w piłeczkę i rypania nią na jak największą odległość. Dla nich to możliwość praktyki celnych uderzeń. Na pustym polu stoją tylko te tablice, więc to w nie usiłują trafić sportowcy. Nie rozpraszają ich krzyki fanów, którzy stoją kilkanaście metrów obok, w jedynej strefie na całych mistrzostwach, w której można prosić graczy o autografy. W skupieniu sprawdzają, jak idzie im tego dnia z różnymi kijami. Piłki, jakby kierowane falami radiowymi, lecą dokładnie tam, gdzie zawodnicy sobie zaplanują.

Ustawiam piłeczkę na początku pierwszego dołka Ustawiam piłeczkę na początku pierwszego dołka fot. Mikołaj Kirschke

Golf oraz putting

Z kolegą Michałem wsiadamy do meleksa i ruszamy. W Heaton Park jest klasyczne pole z 18 dołkami (par 70, czyli taka jest norma uderzeń na wszystkie dołki), ale my kierujemy się na pole pitch and putt. To uproszczona wersja golfa - każdy dołek ma najwyżej 100 jardów i par 3. Nie ma długich zagrań kijami drewnianymi, dobra rozgrywka to jedno uderzenie żelazem gdzieś w pobliże dołka, potem chip (lekki lob) na green (pole gładkiej trawy, przystrzyżonej krótko jak filc), wreszcie putt do dołka. Putt to płaskie uderzenie specjalnym kijem, wymagające delikatności i precyzji. Tak odmienne od innych, że wielki golfista Ben Hogan uznawał golfa i putting za osobne sporty. - Połowa golfa to świetna zabawa, druga połowa to putting - powiedział inny słynny gracz.

Pogodę mamy północnoangielską, zimno i leje. Wdziewam kurtkę przeciwdeszczową i ruszamy. Kilka dołków przed nami grupka młodych Anglików. Wyglądają raczej na dresiarzy. Tu golf nie jest tylko sportem dla wyższej klasy średniej.

Mój pierwszy raz: na polu golfowym, sport, mój pierwszy raz, John Daly w kraciastych spodniach

Zawodowcy nie jeżdżą meleksami. Każda gra to procesja cierpliwie maszerująca przez 18 dołków. W procesji idą, oczywiście, dwaj lub trzej zawodnicy mierzący się akurat w bezpośrednim pojedynku. Za nimi, z wielkimi torbami, suną caddies. Caddy to instytucja, ktoś więcej niż chłopak do podawania kijów. Jest doradcą zawodnika, służy mu wiedzą i doświadczeniem (caddies bywają o wiele starsi od graczy), znajomością pola i wsparciem duchowym. To dobrze płatna robota, zwycięzca turnieju płaci swojemu pomocnikowi 10 proc. wygranej. Czyli Ricci Roberts, caddy Erniego Elsa, zwycięzcy tegorocznego The Open, zgarnął około 90 tys. funtów. Nieźle, jak za jeden weekend roboty. Za nimi wszystkimi dreptają sędziowie i biedny, objuczony torbami człowiek, którego zadaniem jest noszenie tablicy wyników.

Nie ma też mowy o dresiarskim wyglądzie. Sędziowie są ubrani w klubowe mundurki, caddies noszą kamizelki w kolorach oznaczających danego zawodnika w tej rundzie, a sami zawodnicy - wystrojeni są jak na pokaz mody. To znaczy, taki pokaz mody, który można by urządzić wśród gazeciarzy z początku XIX w. Oto Adam Scott w pulowerze w czerwono-różowe romby, tam młodziutki Ryo Ishikawa w kraciastych spodniach, tu dla odmiany Brandt Snedeker w daszku na czoło i bluzie w kolorze gołębim.

Sam Tiger powiedział kiedyś, że o ile hokej to sport dla białych, a koszykówka dla czarnych, o tyle golf jest sportem dla białych ubranych jak czarni alfonsi.

W bunkrze jest niełatwo - kijem nie wolno dotknąć piasku przed uderzeniem W bunkrze jest niełatwo - kijem nie wolno dotknąć piasku przed uderzeniem fot. Mikołaj Kirschke

Gdzie ten dołęk czyli droga przez mękę

Ustawiam piłeczkę na początku pierwszego dołka. Na polu pitch and putt nie stosuje się tzw. tees, małych podstawek przypominających gwoździki. Piłka wybijana jest bezpośrednio z podestu pokrytego igielitem. W dłoniach cały czas trzymam kij 5 iron.

Biorę solidny zamach, pamiętając o odpowiedniej pozycji, wypracowanej na driving range'u. - Leć, maleńka, na to zielone - szepczę do piłeczki pod nosem. Gdybym trafił pierwszym uderzeniem na green, wykonałbym tzw. green in regulation. Dołki golfowe pomyślane są w ten sposób, że na green należy dotrzeć przedprzedostatnim zagraniem. Czyli na dołku par 3 należy wbić piłkę na green w pierwszym ruchu, na par 4 - w drugim, a na par 5 - trzecim. Wtedy masz jeden ruch na długi putt w pobliże chorągiewki i jeden na łatwe już wbicie piłki do dołka. Oczywiście, może się zdarzyć, że trafisz już długim, przedostatnim puttem, wtedy zalicza się tzw. birdie - jedno zagranie poniżej par. Możesz też mieć idealną wrzutkę na green, zakończoną wylądowaniem piłki w dołku. To tzw. eagle - dwa ruchy poniżej par.

Zwalniam ramiona i płynnym ruchem prowadzę kij. Bum! Maleńka trafiona wznosi się w powietrze i, zgodnie z moją prośbą, leci ku zielonemu. Tyle że największym zielonym obiektem w okolicy jest zagajnik położony po prawej stronie. Slajs. Słychać drugie bum! To maleńka trafia w pień jakiegoś drzewa i niknie w gęstwinie.

Zgodnie z etykietą czekam na ruch Michała, po czym ruszam na poszukiwanie piłeczki. Mam na jej znalezienie 5 minut. Jeśli mi się nie uda, będę mógł wprawdzie ustawić nową na granicy zagajnika, ale do mojego wyniku dopisze się karny punkt. - To jest właśnie przewaga kręgli nad golfem. Kuli do bowlingu nie sposób zgubić - mawiał amerykański bowler Don Carter.

Jest! Biała kuleczka chowa się w wysokiej trawie (fachowo nazywa się ją rough) na skraju lasku. Nie wolno mi ugniatać zielska, zrywać go ani robić niczego, co ułatwiłoby mi wybicie. Chwytam sand wedge, specjalny kij do krótkich wybić z trudnego terenu. Używa się go głównie w tzw. bunkrach, piaszczystych dołach wykopywanych jako przeszkody na drodze do dołka.

Co zresztą będę miał okazję sprawdzić, bo po trzech nieudanych zagraniach z rougha piłka leci do jednego z bunkrów. Stylem gry przypominam średniowiecznego chrześcijańskiego ascetę - droga do poznania prowadzi przez cierpienie, porażki i trudności. W bunkrze znów jest niełatwo, kijem nie wolno dotknąć piasku przed uderzeniem. Zanim mi się uda wybić piłkę na green, do mojego arkusza trzeba będzie dopisać dwa punkty.

Matt Kuchar musi wybijać piłkę klęcząc na zewnątrz bunkra Matt Kuchar musi wybijać piłkę klęcząc na zewnątrz bunkra fot. Ian Walton/R&A

Pocieszenie: zawodowcy tez się mylą

Na polu zawodnikom nie idzie już tak idealnie jak na driving range'u. Im też zdarzają się trafienia do bunkrów, które tu są o wiele głębsze niż na moim polu, z wysoką na metr, pionową ścianą od strony greena. Przy jednym z tych dołów widzę Matta Kuchara, któremu piłka ustawiła się tak, że musi ją wybijać, klęcząc na zewnątrz bunkra! I robi to bezbłędnie. Później ta sama sztuka nie uda się Tigerowi. Na szóstym dołku ostatniego dnia będzie uderzał dwa razy, żeby wydostać się z piachu. Ostatecznie skończy się na triple bogey, czyli trzech zagraniach powyżej par, co wykluczy go z walki o mistrzostwo.

Ba, profesjonaliści też lądują w zagajnikach. Lee Trevino powiedział kiedyś, że spędza w nich tyle czasu, że potrafi odróżnić rośliny jadalne od niejadalnych. Na RLSA to im na szczęście nie grozi. Ten nadmorski tor to tzw. links, typowa dla Wysp Brytyjskich, klasyczna odmiana pola golfowego, odpowiednik trawiastego kortu w tenisie. Położone na wybrzeżu, na piaszczystych gruntach, links nie mają przeszkód wodnych ani drzew, najwyżej krzaczaste zarośla. Brytyjskie The Open rozgrywa się tylko na takich polach.

Ale podczas tegorocznego The Open zawodnikom nieraz zdarzało się wylatywać z trasy. Oglądając jedną z takich sytuacji, pojąłem, dlaczego na tę imprezę każdego dnia przychodzi ponad 70 tys. widzów.

Na drugim dołku straszna wpadka przydarzyła się Yoshinoriemu Fujimoto. Uderzenie poszło mu mocno w bok. "Fore!", rozległ się gromki okrzyk, tradycyjne ostrzeżenie przez zbłąkaną piłką. Ta odbiła się od jednej z trybun i spadła na błotnistą ścieżkę między dołkami. Fujimoto nie miał wyjścia, musiał grać z tego błota. Kibice rozsunęli się tylko na tyle, żeby nie utrudniać mu ruchu, ale stali dosłownie dwa metry od niego. Niewiele jest chyba takich sportów, w których zwykły widz stoi w zasięgu ręki największych gwiazd na świecie. Ja sam na 5. dołku mogłem dosłownie poklepać Tigera Woodsa po plecach. Gwiazdor ukończył go właśnie, ale zamiast poczekać na rywala, pobiegł w stronę kolejnego dołka. Byłem oburzony tym naruszeniem golfowej etykiety, dopóki ktoś nie wyjaśnił mi, że tak naprawdę Woods spieszył się do sławojki.

Jest jeszcze coś. Golfiści są na wyciągnięcie ręki nie tylko w dosłownym sensie. Zwykłemu człowiekowi łatwiej identyfikować się z zawodowcem z czołówki rankingów niż z wielkim piłkarzem, tenisistą czy sprinterem. To nie są ludzie o nadludzkich warunkach fizycznych, często wcale już nie młodzi. Ernie Els wygrał tegoroczne The Open w wieku 42 lat. Tom Watson wszedł do finałowych rund z sześcioma krzyżykami na karku. No i grają na polach, z których najczęściej każdy może skorzystać. To kosztuje, oczywiście, ale jest możliwe, w odróżnieniu od gry z kumplami na Wembley, Wimbledonie czy w Madison Square Garden.

Ernie Els, zwycięzca The Open w 2012 roku Ernie Els, zwycięzca The Open w 2012 roku fot. David Cannon/GETTY IMAGES

Trochę mi brakuje do asa

Kłopoty mam też na greenie. Otaczające dołek pole ma tak krótko przystrzyżoną trawę, że piłka toczy się po nim niewiarygodnie szybko. Przestrzeliwuję kilka razy, nim znajduję odpowiednią siłę. Pierwszy dołek kończę w 11 ruchach. Szukam potem w słowniku terminów golfowych nazwy takiego wyniku, ale go nie ma. Żaden słownik nie uwzględnia takich patafianów.

To jednak było frycowe. W następnej rundzie zaliczam już tylko 7 uderzeń, czyli poczwórny bogey. To wciąż bardzo źle, ale już nie zawstydzająco. A potem, na 5. dołku, staje się cud. W dwóch ruchach udaje mi się wbić piłkę na green, całkiem blisko chorągiewki. W trzecim trafiam do dołka. Par! Nie wierzę własnym oczom!

Rozglądam się za Johnnym, który jednak gdzieś zniknął. Nie widzi więc mojego spektakularnego sukcesu. Nagle trzy razy z rzędu udaje mi się zagrać par. Instruktor zajeżdża meleksem na samą końcówkę tej niebywałej passy. Opowiadam mu o tym zdyszany z emocji, jak seter, który przyniósł panu kota. Gdybym miał ogon, machałbym nim na lewo i prawo. Johnny zerka pytająco na Michała, który potwierdza moje osiągnięcie. Instruktor waha się jeszcze chwilę, jakby nie był pewien, czy nie trzymam bliskich Michała jako zakładników. Ale najwyraźniej w końcu mi wierzy. - Well, that's fantastic for a first time - słyszę pochwałę i prośbę, żebyśmy się już zwijali, bo deszcz leje coraz mocniej.

Mój pierwszy raz: na polu golfowym, sport, mój pierwszy raz, The Open -  zmiana na tablicy wyników

Par to naprawdę nie jest zły wynik. W The Open tylko ośmiu zawodnikom udało się w końcowej klasyfikacji zejść poniżej normy. Zwycięzca Ernie Els w ciągu czterech dni, na 64 dołkach, nadrobił zaledwie 7 oczek. Tiger skończył na -3. Gwiazda młodego pokolenia i chłopak tenisistki Karoliny Woźniackiej - Rory McIlroy - miał słabiutkie +7.

Były też oczywiście wyczyny. Hindus Anirban Lahiri trzeciego dnia turnieju zrobił to, o czym marzy każdy golfista - trafił do dołka za pierwszym razem. Ponoć prawdopodobieństwo takiego zagrania, nazywanego ace albo hole in one, jest jak jeden do trzech tysięcy. W każdym razie w przypadku zawodowców z listy PGA, bo u przeciętnego amatora te szanse spadają do 1:12 000.

Ja nie jestem nawet przeciętnym amatorem, więc pewnie zostało mi jeszcze ze 20 tys. dołków do rozegrania, zanim trafię asa. Trochę skrzydła podcina mi świadomość, że Tiger Woods trafił pierwszego w wieku 6 lat. Ale pewnie jeszcze spróbuję.

Wciąż jestem zdania, że - w porównaniu z wieloma innymi sportami - golf jest równie ekscytujący co mrożona panga. Zarazem jednak łączy (jak głosi satyryk PJ O'Rourke) dwie ulubione przez Amerykanów - i chyba nie tylko przez nich - rozrywki: długie spacery na świeżym powietrzu i walenie w coś kijem. Czasem w weekend człowiekowi nie trzeba do szczęścia dużo więcej.

Najczęściej używane kije golfowe Najczęściej używane kije golfowe fot. Kletr/shutterstock.com

Najczęściej używane kije golfowe

1. Żelaza

Najczęściej używane kije. Mają mniejszy zasięg niż drewna, a piłka porusza się torem bardziej nachylonym.

2. Sand wedge

Odmiana kija żelaznego o takim kącie nachylenia główki, który pozwala na dużo bardziej pionowe wybicie piłki. Używane w bunkrach.

3. Putter

Płaski kij stosowany na greenie. Za jego pomocą popycha się piłeczkę, by potoczyła się do dołka. Ostatnio popularne robią się puttery opierane o brzuch, co wspomaga stabilność uderzenia.

4. Drewna

Czyli woody. Kije o największym zasięgu. Mają masywną główkę, która nadaje piłce dość płaską trajektorię. Wśród nich jest driver, do najdłuższych uderzeń.

Mój pierwszy raz: na polu golfowym, sport, mój pierwszy raz, Publiczność na na polu golfowym Royal Lytham & St Annes

Jak oglądać golfa na żywo

- Załóż buty, których nie będzie ci żal. Ścieżki między dołkami często są wydeptane aż do błota.

- Ubierz się na cebulkę, weź coś przeciwdeszczowego. Spędzisz na polu cały dzień, a pogoda bywa zmienna.

- Weź lornetkę.

- Zastanów się, jak chcesz śledzić rywalizację. Możesz zaczaić się przy jednym z greenów i oglądać kolejno, jak radzą sobie z nim wszyscy zawodnicy. Możesz też wybrać sobie jednego gracza i podążać za nim przez całe pole.

- Jeśli chcesz kibicować stacjonarnie, wybierz mądrze. Znajdź ciekawy green, który będzie graczom sprawiał kłopoty. Możesz też wybrać z mapy taką trybunę, z której będziesz widział jednocześnie dwa, trzy greeny.

- Ścisz telefon, nie gadaj, kiedy stewardzi podnoszą tabliczki "Silence!". Pamiętaj, że na polu golfowym zwraca się większą uwagę na kulturę niż np. na trybunach piłkarskich.

 

Dziękujemy producentowi Pilsner Urquell za pomoc w realizacji materiału

Więcej o: