Mój pierwszy raz: freeride w Alpach

Oglądasz horror, dajmy na to 'Obcego', boisz się, ale chcesz dotrwać z Ripley do końca. Chcesz wiedzieć, czy da sobie radę. No, więc oglądasz. Tylko dzięki temu wiesz, że dała sobie radę i jest super. To tak jak z freeride'em.
Mój pierwszy raz: freeride w Alpach Mój pierwszy raz: freeride w Alpach fot. Tomek Gola

Ostra jazda poza trasą

Co to jest freeride? Angielskie określenie nie ma zwięzłego odpowiednika w języku polskim. Najkrócej jest to "jazda poza trasą" - na nartach i na snowboardzie.

Kiedyś poza trasą jeździło wąskie, elitarne grono narciarzy, zwykle ludzi gór - gdy nie było jeszcze wyciągowej turystyki, gdy całe to białe szaleństwo dopiero się nakręcało.

Ale w pewnym momencie nastąpił zapłon pozatrasowych snowboardzistów.

Najpierw w latach 70., gdzieś tam w wiejskich, głównie amerykańskich, ośrodkach eksperymentowali z deskami, przymocowując do nóg choćby tace z knajpy górskiej. Potem, w latach 80., zjeżdżali na deskach wziętych jakby wprost z wysokich fal Kalifornii i Hawajów. A jeszcze później, mając już trochę lepszy sprzęt, wyklepany i klejony w garażach, wypuszczali się coraz odważniej w górskie zakamary.

Moja teoria jest taka, że ten sport wypalił globalnie razem w erą VHS, a raczej wraz z wprowadzeniem do użytku poręcznych kamer, które można było zabrać ze sobą wszędzie. Masowo pojawiły się nagrania z gór tak wspaniałe, tak imponujące, tak zapierające dech, że do sportu zaczęły ściągać tłumy dzieciaków, które też chciały przeżyć niezapomnianą chwilę megastrzału adrenaliny w żyłę i uderzenie endorfin w mózgu. Jazda własnymi ścieżkami, niechęć do utartych szlaków to przecież domena młodocianych buntowników, a wszyscy kiedyś trochę nimi byliśmy.

Znaczy wybuch nastąpił gdzieś pod koniec lat 80., na początku lat 90. ubiegłego stulecia. W tamtym czasie snowboardzistów niechętnie wpuszczano na przygotowane dla narciarzy trasy. Tylko niecałe 10 procent szlaków w USA i Europie było wówczas dostępne dla deskarzy. No to gdzie mieli jeździć?

Kelly po bandzie

Jednym z tych, którzy wtedy najwięcej mieli do powiedzenia i pokazania we freeridzie, był Craig Kelly.

Byli sławniejsi od niego deskarze, ale częściowo poszli w triki, jak np. Terje Haakonsen, częściowo w biznes, jak Jake Burton i kilku innych obecnych producentów.

Kelly - poza wygraniem słynnego slalomu "Mt. Baker po bandzie" (Legendary Mt. Baker Banked Slalom), i to trzy razy - właściwie pozostał poza komercją. Ba, nawet "Legendary Banked" był wtedy poza komercją.

Kelly podobno odrzucił wielomilionowy kontrakt w czasie halfpipe'owego wariactwa, aby jeździć tam, gdzie chce, i tak, jak chce. Burton, dziś właściciel największej firmy produkującej sprzęt i stroje dla deskarzy, wspominał: "Kiedy zacząłem słuchać Craiga (i robić deski zgodne z jego sugestiami), moja firma po prostu odfrunęła w sukces. Kiedy inni też zaczęli go słuchać, cały biznes wystartował jak rakieta".

Początkowo to Craig Kelly był bohaterem największej ilości filmów wideo z najdzikszych zjazdów - najpierw w jego rodzinnych stronach w okolicach Mount Baker w stanie Waszyngton, a później na całym świecie. Nawet teraz stare filmy zachwycają miękkimi łukami (jest uważany za arcytechnika) i trikami nad zrębami skał na wysokości 3000 m n.p.m. Choć oczywiście techniki HD, 3D robią swoje - wyprodukowany za bajońskie sumy Red Bulla i Quiksilvera film "The Art of Flight" jest ostry jak żyleta, paraliżuje efektami, no, i kilku gości z deskami świetnie się bawiło w Patagonii, na Alasce, czy w Wyomingu.

Dziś jest trochę tak, że to znów narciarze są awangardą freeride'u, a snowboardziści muszą ich gonić.

Zaś Craig Kelly zginął w lawinie razem w pięcioma innymi osobami w 2003 r.

 

Kraina śniegu

Kelly urodził się w idealnym miejscu. Na Mt. Baker pada najwięcej śniegu na świecie - w sezonie 1998-99 spadło tam 29 metrów (w jednym miesiącu prawie osiem). Widziałem film, na którym snowboardziści jeżdżą na Mt. Baker i Mt. Rainier między drzewami z rurkami do snorkelingu - w tak głębokim śniegu musieli się poruszać. Ale dużo śniegu to dużo frajdy. Fajniej spaść po nieudanym skoku z jakiejś skalnej kaskady na kilkumetrową warstwę puchowej pierzyny, fajniej ciąć w puchu po pachy, niż wgryzać się w sztuczny biały lodobeton - w dodatku po zapłaceniu 200 euro za tygodniowy karnet.

Slalom

Pierwszy Legendary Mt. Baker Banked Slalom w 1985 r. oglądało kilka osób. Do dziś nagrodą dla zwycięzcy jest zwój taśmy klejącej używanej w Ameryce do naprawiania wszystkiego, tym przypadku do przyklejenia na nogawce numeru startowego.

Mój pierwszy raz: freeride w Alpach Mój pierwszy raz: freeride w Alpach fot. mountainpix /Shutterstock

Burakowy dres

Za młodu jechałem poza trasą pierwszy raz mniej więcej wtedy, gdy rodził się porządny freeride w USA, czyli gdzieś w połowie lat 80. Tyle że był to raczej przypadek.

Kumpel załatwił nowe narty z wypożyczalni - spaldingi - i jako absolutne żółtodzioby pojechaliśmy do Szklarskiej Poręby na obóz AWF. Spalding specjalizuje się w piłkach i to się dało wyczuć. Zdaje się, że już od dawna firma zarzuciła produkcję nart. To też zrozumiałe.

Na wyciągu na Szrenicę ich czubki ginęły we mgle. Miały ponad dwa metry, talię sosnowej boazerii i mniej więcej podobną sztywność (a właściwie miękkość).

Mieliśmy też obaj pumpiaste, żarówiastożółte spodnie z bawełny, gacie chińskie, po które staliśmy ze trzy godziny w kolejce przed warszawskim Sezamem, i burakowego koloru bluzy dresowe. Oraz białe frotowe skarpetki. Bardzo wyróżnialiśmy się na tle lilaróżowych jednoczęściowych kombinezonów ortalionowych z paseczkiem i klamerką, panujących wówczas na polskich stokach. Jeździliśmy wśród świerków między Śnieżynką a Lolobrygidą, ale jako początkujący narciarze bardziej się umordowaliśmy w głębokim śniegu, niż cieszyliśmy zjazdem. Potem jeździłem sporo, ale zawsze na idealnie przygotowanych trasach.

Ale naoglądałem się filmików z wyczynów freeride'owców, więc kiedy pojawiła się okazja, postanowiłem spróbować z najlepszymi Polakami przy okazji Polish Freeride Open w austriackiej Karyntii.

Mój pierwszy raz: freeride w Alpach,  mój pierwszy raz, góry, narty, europa

Dach europy

Zawody odbyły się w okolicy Grossglocknera, najwyższego szczytu Austrii (3798 m n.p.m.). Człowiek czuje się tam jak na dachu Europy.

W Karyntii okazało się, kto jest najlepszym polskim narciarzem pozatrasowym - Paweł Palichleb i Marta Gałdyś. Snowboard wygrało rodzeństwo Wojciech i Izabela Pająkowie. Oni wszyscy nie umordowali się, zjeżdżając. Oni czerpali z tego szaleństwa absolutnie czystą przyjemność.

Szaleńcy w Heiligenblut wdrapali się na wskazany wcześniej stok - zwykle wyznacza go jakiś guru, podczas Polish Freeride Open 2012 był to Andrzej Lesiewski - a potem zjechali. Patrząca z dołu komisja oceniła: czy delikwent jechał dynamicznie, czy kontrolował szybkość i jazdę, czy wybrał trasę trudniejszą niż inni, czy wykonywał ewolucje, np. skoki z nawisów śnieżnych albo skalnych ścianek, czyli dropy, a najlepiej, by skacząc, zrobił jeszcze obrót lub salto.

Był to już drugi Polish Freeride Open w Heiligenblut w austriackiej Karyntii. Lesiewski od lat próbuje zorganizować oficjalne zawody w Polsce, bezskutecznie. W Tatrach freeride'owców ścigają strażnicy Tatrzańskiego Parku Narodowego, ci szukają więc terenów za granicą. Jeśli jeżdżą u nas, w polskich górach, wynajdują ściany odległe od oczu i lornetek strażników, głównie operujących ze schronisk.

 

Grossglockner

Grossglockner robi imponujące i groźne wrażenie, a na cmentarzu w Heiligenblut jest na grobach sporo symbolicznych pamiątek po wspinaczach, którzy nie wrócili. Właśnie górale z Heiligenblut, miasteczka, które leży poniżej masywu, dokonali pierwszego wejścia na ten szczyt w 1800 r. w ekspedycji kardynała Franza Xavera von Salm-Reifferscheidt-Krautheima.

Mój pierwszy raz: freeride w Alpach Mój pierwszy raz: freeride w Alpach fot. gorillaimages/Shutterstock

Granią na start

Freeride'owcy wdrapują się na start - zdarza się, że muszą pokonać 1000 m przewyższenia - często ferratami, czyli pionowymi skalnymi ścieżkami wytyczonymi przez strzelców alpejskich, którzy do ubezpieczenia używali mocowanych na stałe stalowych prętów i lin. W Heiligenblut olinowanie było bardziej prowizoryczne, ale i tak ratowało przed upadkiem w dół.

Wnoszą snowboard albo specjalne narty - szerokie niemal jak wodne - przytroczone do plecaka. Na umordowanych, spoconych jak myszy kościelne, czeka na górze mróz i wiatr.

W sobotę było -14°C, a wspinaczka zajęła podobno 45 minut. Podobno, bo mnie zabrała niemal 1,5 godziny. Może dlatego, że jestem starszy o 30 lat od większości zawodników. Zanim więc człowiek dotarł do startu, już był nieżywy ze zmęczenia.

Zaczęliśmy niewinnie. Ratrak wwiózł nas w pobliże parkingu, przed tunel na drodze Grossglockner Hoche Alpen, latem jest to najpiękniejsza droga w Austrii, ale zimą jest zasypana śniegiem i zamknięta dla ruchu.

Najpierw wchodziliśmy na wprost, przy czym narty z plecaka nie odfrunęły mi tylko dzięki trokom. Ledwo dobrnąłem do liny, przerzuconej z grani. Była przymocowana w kilku miejscach, nie była luźna, ale majtała się, a ja razem z nią, co chwila upadając na twarz albo na bok.

Po 200 metrach chciałem zawrócić, ale z tego miejsca raczej nie dojechałbym do celu, bo ratrak wiózł nas przez kilka kotlinek. Na samą myśl, że musiałbym przeczołgać się w śniegu po szyję ze trzy kilometry, przez skórę i żołądek przechodziły mi zimne ciarki.

Jakimś cudem, dopingowany przez lżejszego o 25 kg i 25 lat kolegę, dotarłem do twardszego podłoża, wyłoniły się spod śniegu skały. Powoli docierałem do grani. Krok za krokiem, po 20 cm, podchodziłem w górę i wreszcie zobaczyłem, co jest za nią - panorama Alp Salzburskich. Teraz to miałem ciarki, owszem, ale ze wzruszenia.

Grań była granicą między Karyntią a krajem związkowym Salzburg.

Mój pierwszy raz: freeride w Alpach,  mój pierwszy raz, góry, narty, europa

Jak na wieży

Musieliśmy iść stopa za stopą granią jak ostrze noża, trochę jak po równoważni. W narciarskich butach zapadających się w śniegu i wichurą świszczącą między kaskiem a goglami tak, że nie słychać własnych myśli.

Narciarki, które miały startować jako pierwsze, odpoczywały po tym podejściu tak długo, że początek zawodów został opóźniony o godzinę.

Start wyznaczono na półce skalnej o powierzchni może 15 m2, z której wydawało się, że wyżej jest tylko kilka okolicznych szczytów, w tym Grossglockner. Podobno w jego okolicy w Hohe Tauern, jest około 300 trzytysięczników. Ale dla mnie najważniejsze było nie to, co było ponad nami, ale to, co było poniżej - niemal pionowa, kilkustemetrowa połać śniegu.

Prawdę mówiąc, w ogóle nie wyobrażałem sobie, że można z tego zjechać. Ogarnęło mnie podobne uczucie jak przy skoku do wody z 10-metrowej wieży. Stoisz na górze i nie możesz się zdecydować, aby podejść do krawędzi, a co dopiero mówić o wybiciu się i poszybowaniu głową w dół. Po pięciu minutach namyślania się w końcu chcesz ruszyć, ale coś cię trzyma. To coś to instynkt samozachowawczy.

Ale tamci ludzie nie zastanawiali się pięciu minut przed puszczeniem się w dół. Prawdę mówiąc, nie zastanawiali się w ogóle. Kolejno, jeden po drugim, ci szaleńcy zjeżdżali przy słonecznej, wyjątkowo pięknej nawet jak na marzec pogodzie. Jeśli ktoś liczył na zwycięstwo, musiał wybrać trudniejszą trasę, w lewo, w kierunku nawisu skalnego, z którego można skoczyć kilkadziesiąt metrów. Tak zrobił Czech Pavel Bozak. Nagrodzono go za najlepszy drop imprezy, czyli skok z nawisu.

Ale nie on wygrał wśród narciarzy, lecz krakowianin Paweł Palichleb. - Najpłynniejsza jazda, inteligentny tor, wzorowa dynamika i kontrola - wyjaśniał kryteria Lesiewski, który z dwoma Austriakami tworzył jury.

Mój pierwszy raz: freeride w Alpach Mój pierwszy raz: freeride w Alpach fot. Tomek Gola

Plecak z puszkami

Wśród snowboardzistów pierwszy był Wojciech Pająk, a jego siostra zwyciężyła wśród snowboardzistek. Wojtek to był przypadek osobny, jeśli ktoś chciałby stworzyć wzór freeride'owca, to musiałby mieć go za modela. Jeszcze w piątek, gdy wygrał eliminacje, poszedł z kolegami w góry na nawis, który wypatrzył wcześniej. Bez kasku, bez żółwia dla ochrony kręgosłupa. Najpierw wykonał drop z kilkunastu metrów, a następnie ciął w dół wąskim korytarzem skalnym, w pędzie mijając skałę o pół metra i wypadając na stromą, szeroką jak step płaszczyznę.

Najpierw myślałem, że to beztroska totalna, ale Pająk, gdy mu to powiedziałem, niemal się obraził. I wytłumaczył mi: ryzyko jest wkalkulowane.

Mój pierwszy raz: freeride w Alpach,  mój pierwszy raz, góry, narty, europa, PiepsDowodem jest pieps.

Rzeczywiście, w tym środowisku jest to charakterystyczne - mogą nie mieć kasku, mogą nie mieć żółwia, bo uważają, że sami określają ryzyko, a jak już je określą, to im nic nie grozi. Ale piepsa ma każdy i każdy sam kupuje to zmyślne urządzenie, choć cena może przekraczać nawet 1500 zł.

- Freeriderzy szukają trudnych do zjazdu miejsc, a tam o lawinę łatwo. Są grupą podwyższonego ryzyka - mówi Tomasz Osuchowski, ratownik TOPR, przewodnik psów ratowniczych, który w Heiligenblut przeprowadzał szkolenie lawinowe. Przed startem stanął na tzw. bramce, przez którą musiał przejść każdy uczestnik, by sprawdzić, czy jego pieps działa. Nie masz, nie wchodzisz wyżej.

Każdy jeżdżący poza trasami powinien mieć też w plecaku szeroką, lekką łopatę do kopania w śniegu i składaną sondę lawinową, dzięki której po namierzeniu piepsem można dokładnie ustalić położenie zasypanego.

Ale czy mieli cały ten sprzęt?

Szczerze wątpię, choć nie zapytałem. Zresztą, być może, dla nich ten start był jak niedzielny wypad do Szczyrku. Być może, gdy decydują się iść w trudniejsze trasy, zabierają ze sobą pełny ekwipunek. Na Hochtor, jeśli coś w ich plecakach ważyło, to raczej puszki red bulla czy burnsa.

Mój pierwszy raz: freeride w Alpach,  mój pierwszy raz, góry, narty, europa

Nie bawiłem się

Stanąłem na tej wieży, przeżegnałem się i ruszyłem. Mniej pomogło mi psychicznie to, że miałem piepsa, raczej świadomość ubezbieczenia i tego, że w każdej chwili może przylecieć po moje połamane kości helikopter.

Powiem prawdę. Nie bawiłem się w dropy, nie bawiłem się w ogóle. Ale poczułem coś, co można porównać do takiego doświadczenia: oglądasz horror, dajmy na to - "Obcego", boisz się, ale chcesz dotrwać z Ripley do końca, chcesz wiedzieć, czy da sobie radę. No i oglądasz, a na koniec wiesz, że Ripley dała sobie radę i jest super.

Więc nie bawiłem się w dropy, ale i tak zwroty od stoku niemal pionowo w dół przy prędkości coś koło 70 km na godzinę postawiły moje włosy dęba.

Niestety nikt, do cholery, nie powiedział, jak przy takich prędkościach sumują się siły. Niespodziewana kotlinka, garb po jej drugiej stronie, i utraciłem kontakt ze śniegiem.

Gdy doszedłem do siebie, odwróciłem się, aby zobaczyć mój ślad. Kończył się jakieś dwadzieścia, trzydzieści metrów od mnie. Wtedy sobie pomyślałem, że w tym pięknym sporcie najpiękniejsze jest jednak wchodzenie na start.

Więcej o: