Mój pierwszy raz: nurkowanie pod lodem

Jest minus piętnaście stopni, środek zimy, a w Olsztynie, na środku jeziora, w grubym na 35 cm lodzie ludzie piłami łańcuchowymi wycieli dwa przeręble i nurkują do dna. Ja też tam wskoczę! Dla 'Logo' startuje we freediverskich zawodach Extremall.
Zanurkowałem na siedem metrów, nie było mnie przez 33,7 sekundy. Zanurkowałem na siedem metrów, nie było mnie przez 33,7 sekundy. fot. Albert Zawada

Nogami do przodu

Naszło mnie na to nurkowanie pod lodem. Chciałem zobaczyć i poczuć, jak wygląda świat odgrodzony od naszej rzeczywistości murem twardego jak kamień lodu. Wydzwaniam do firm, które przeprowadzają komercyjnie takie zanurzenia. Wszędzie jestem odsyłany z kwitkiem. "Nie masz zaliczonego kursu nurkowego? Nie wchodzę w to! To zbyt niebezpieczne. Tam nie ma gdzie uciec. Nie ma jak się wynurzyć", słyszę co chwila. W końcu trafiam do Doroty Łeweć, instruktorki, która pyta: - A może chcesz zanurkować pod lodem, ale bez butli? Z linką, na głębokość do 15 m. Za dwa dni jest Extremall.

Super! Dzwonię do męża Doroty, Tomka Nitki, jednej (co już wiem) z ważniejszych postaci w światku polskiego freedivingu, który będzie sędzią na imprezie. Zgadza się wprowadzić mnie w akcję. Dzięki niemu zostaję wciągnięty na listę zawodników.

Freediving znam z widzenia, bo widziałem, jak prawie każdy, "Wielki błękit". Na początek po raz kolejny oglądam ten kultowy obraz Luca Bessona. Gdy Jacques Mayol (grany przez Jeana-Marca Barra) zanurza się przez przerębel w górskim jeziorze, wstrzymuję razem z nim oddech i włączam stoper w swojej komórce. Wytrzymuję 42 sekundy. Jakbym za chwilę miał się udusić. No, ale to raczej nic dziwnego, skoro głowę zanurzam tylko w letnie wakacje, a na basenie pojawiam się z rzadka, pływając żabką "dyrektorską" (taką kompletnie odkrytą).

To jednak nie to, że dam nurka, rusza mnie najbardziej. Obawiam się raczej zimna. Wprawdzie dostanę solidną piankę, ale będzie przecież kilkanaście stopni mrozu, a ja wcale, ale to wcale nie jestem morsem.

Jedziemy z fotografem Albertem Zawadą do Olsztyna. Extremall rozgrywany jest na Jeziorze Kortowskim, położonym w południowo-wschodniej części miasta. Znam z wakacyjnych wypadów jeziora z tej okolicy i wiem, że nie zaliczę pod wodą widoków zapierających dech w piersiach. Będzie raczej mętnie.

Jezioro jest przy akademikach. W jednym z nich działa klub nurkowy Skorpena, który wraz ze stowarzyszeniem Freediving Poland organizuje Extremall. W klubie tłoczą się zawodnicy, głównie młodzi. W poprzednich zawodach wzięło udział 14 osób, tym razem, licząc ze mną, jest 36. Przygotowane są dwa przeręble. Jest TVN, kibice i karetka. Będę nurkować ostatni.

Radek Gaca, prezes Freediving Poland, wprowadza mnie w temat. Jest sympatyczny i rzeczowy, z okularami na nosie nie wygląda na pogromcę głębin, raczej na socjologa.

- Nie liczy się, jak głęboko zanurkujesz, ale ile czasu spędzisz pod wodą. Na głębokości 15 metrów jest talerzyk, na nim leżą plakietki. Masz wziąć jedną z nich i dopłynąć z powrotem do powierzchni wody. Jeżeli nie dotrzesz do dna, dostajesz żółtą kartkę.

Gdy dopłyniesz z powrotem pod powierzchnię wody, nie wynurzaj się. Odwróć się twarzą do dna i zrób statykę, czyli wytrzymaj w tej pozycji najdłużej, jak ci się uda, będziesz miał lepszy czas. Po wynurzeniu głowy masz 15 sekund na wykonanie procedury powierzchniowej. Musisz zdjąć maskę, pokazać dłonią i powiedzieć, że wszystko jest OK. W tym czasie nie wolno ci robić ani mówić nic innego. W przeciwnym razie dostaniesz czerwoną kartkę, co oznacza dyskwalifikację - instruuje mnie Radek.

Na miejscu jest Tomek Nitka. Mamy kilka minut na to, żeby pogadać, za chwilę zaczną się zawody. Pytam, jak lepiej się zanurzać: głową w dół czy może nogami?

- Nie masz doświadczenia, więc najłatwiej będzie ci zapleść nogi na linie, jakbyś się na niej wspinał, a potem spokojnie zsuwać się rękami na dół. Nie trać energii i tlenu na zbędne ruchy. Przed wejściem do wody przedmuchaj nos. Nie powinieneś dopuścić do hiperwentylacji, bo to grozi utratą przytomności. Nie rób przed próbą dużych wdechów - mówi Tomek.

Przymierzam piankę, ma siedem milimetrów grubości, jest także kamizelka docieplająca. Choć woda ma cztery stopnie, to wiem już, że nie zmarznę. Tym bardziej że Tomek pożycza mi neoprenowe rękawiczki, a Paweł Laskowski, prezes Skorpeny, swoje buty. Dodaję pas balastowy. Waży aż 10 kilogramów, ale bez niego nie dałbym rady dać nura, bo pianka zadziałałaby jak koło ratunkowe.

Jak głęboko się nurkuje Jak głęboko się nurkuje fot. Albert Zawada

Jak się nurkuje

Stały balast - nurek ma obciążenie, z którym musi wrócić na powierzchnię (i ewentualnie płetwy).

Zmienny balast - nurek ma płetwy i obciążenie,  które może na samym dole zrzucić.

No limits - nurek zjeżdża na dół za pomocą specjalnej windy, wynurza się w dowolny sposób.

Free immersion - nurek nie ma płetw ani balastu, porusza się wzdłuż liny.

 

Jak głęboko

Jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku uczeni ostrzegali, że jeżeli człowiek zanurkuje na głębokość przekraczającą 50 metrów, to ciśnienie zmiażdży mu klatkę piersiową.

Jak działamy?

Nasz organizm dobrze pamięta czasy, w których byliśmy organizmami wodnymi. Wypełnione powietrzem płuca ulegają kompresji i na głębokości 200 metrów potrafią się skurczyć do rozmiarów pięści. Naczynia krwionośne w pobliżu nadymają się wtedy, wyrównując ciśnienie wewnętrzne i zewnętrzne klatki piersiowej, co zabezpiecza ją przed zgnieceniem. Na każde 10 metrów głębokości ciśnienie pod wodą rośnie o jedną atmosferę, a nacisk wody zwiększa się o 1 kg/cm2. Na głębokości 130 metrów wynosi 14 kg/cm2, jest więc 14 razy większe niż na lądzie. Serce musi wtedy ciężej pracować, ale jemu także pomaga archaiczna pamięć naszego organizmu. Na naszej głowie mamy receptory wrażliwe na wodę i gdy zanurzamy w niej twarz, automatycznie zwalnia nasze serce. U mistrzów przy statyce uderza ono zaledwie 10 razy na minutę.

Radek pokazuje mi ćwiczenie oddechowe Radek pokazuje mi ćwiczenie oddechowe fot. Albert Zawada

Ręka na brzuchu

Do startu mam sporo czasu. Pojawia się Radek Polak, znajomy fotograf. Od  10 miesięcy próbuje freedivingu. Ostatnio chwalił się na Facebooku, że zszedł w Egipcie na 24 metry. - Mogłem zejść niżej. Miałem powietrze, nie byłem zmęczony, ale coś mnie nie puszczało. Przez kilka dni z rzędu budziłem się z myślą: dlaczego? W końcu któregoś ranka stanęła mi przed oczami scena z dzieciństwa. Jako czterolatek wpadłem głową do beczki wkopanej w ziemię. Nie mogłem się wydostać, prawie się utopiłem, w ostatnim momencie za kaloszki wyciągnął mnie dziadek. Wiedziałem już, że nie mogę pójść dalej, bo trzyma mnie blokada psychiczna. Przesiedziałem, przemedytowałem tę sprawę, a potem zwizualizowałem sobie zejście na 32 metry. Pod dwóch dniach takiej pracy medytacyjnej udało mi się zanurkować na 32,5. To jest mentalna dyscyplina. Freediving odbywa się w głowie - tłumaczy Radek.

Ja, prawdę mówiąc, mam już w głowie lekki niepokój. Czuję dobrze mi znany lęk, który pojawia się zawsze przed wykonaniem nowego zadania. Pojawia się też obawa przed ciemnością, która mnie ogarnie w wodzie. Widoczność w Kortowskim wynosi tylko pół metra.

Radek pokazuje mi ćwiczenie oddechowe. Kładzie jedną rękę na klatce piersiowej, a drugą na brzuchu. Ma poruszać się tyko ta na brzuchu. Chodzi o to, żeby oddychać z przepony, co uruchamia dolne partie płuc. Robię to, co on, i koncentruję się na kolejnych wdechach, a jego piesek, uroczy pitbul, zaczyna energicznie lizać moje stopy. Pełny relaks.

Wchodzę do wody. Nie czuję zimna, zanurzam więc głowę. Jest nawet... fajnie. Wchodzę do wody. Nie czuję zimna, zanurzam więc głowę. Jest nawet... fajnie. fot. Albert Zawada

Żółto i czarno

Jest 13.10. Do startu zostało mi pół godziny. Biorę pod pachę piankę, na ramię zarzucam pas balastowy, Albert pomaga mi nieść resztę sprzętu. Idziemy do domku nad brzegiem jeziora, gdzie podejmuję próbę wbicia się w piankę. Jak przystało na kompletnego nowicjusza na początku zakładam ją suwakiem z przodu. Ledwo mogę się ruszyć, jakby ktoś zakuł mnie w gipsową zbroję. Coś tu nie gra, dopiero dzięki jakimś młodym ludziom dowiaduję się, gdzie jest przód, a gdzie tył kombinezonu. Z lekko ironicznym uśmiechem pomagają mi prawidłowo założyć piankę. Od razu robi mi się cieplej.

Przy przeręblach stoi sporo ludzi, reporterzy czyhają na każdego wynurzającego się nurka. Zwierzam się Dorocie, że mam trochę cykora.

- Nic ci się nie stanie, asekuracja jest świetna. Skoncentruj się tylko na sobie i swoim organizmie, weź oddech i po prostu spróbuj wykonać próbę - uspokaja mnie. Na jedną rękę Tomek zakłada mi komputer, który wyliczy, na jaką głębokość zszedłem. Do drugiej zaczepia jakąś smycz. Mam ją przypiąć do liny, po której będę schodził w dół. Pod żadnym pozorem nie wolno jej potem odpinać. Gdyby coś poszło nie tak, to nią zostanę wyciągnięty na powierzchnię. Na koniec do maski przymocowuję latarkę.

Na przygotowanie do startu mam dwie minuty. Czas jest odliczany przez drugiego sędziego. Wchodzę do wody. Nie czuję zimna, zanurzam więc głowę. Jest nawet... fajnie. Przy przeręblu gromadzi się tłumek, ludzie pewnie myślą, że facet z "Logo" wytnie jakiś kozacki numer. O nie, nie dziś.

W końcu pada komenda official top. Mam 30 sekund na zanurzenie dróg oddechowych i start. Nie czekam aż tak długo i ruszam energicznie w dół. Woda ma żółtawy kolor. Szybko czuję nieprzyjemny ucisk w uszach. Zatykam nos i dmucham, ból ustaje, po kilku sekundach muszę przedmuchać się jeszcze raz. W końcu robi się czarno, a ja zaczynam się bać. Mózg informuje mnie, że zaraz skończy się powietrze, a jestem już tak głęboko, jak nigdy w życiu się nie znalazłem, i na pewno będę potrzebować sporo czasu na to, by stąd się wydostać. Od takiego myślenia tracę ochotę na to, żeby schodzić jeszcze niżej, i zatrzymuję się. Ale nie wynurzam się tak od razu, bo na górze stoją przecież ludzie. Nie chcę wyjść na cienkiego Bolka, który ledwo co wszedł, a już wychodzi. Wiszę przez chwilkę na linie, dopiero potem zaczynam się wciągać na górę.

Zbliżając się do powierzchni, czuję, że doszedłem do swojego limitu. Płuca domagają się porcji powietrza. Mózg krzyczy: Oddech! Ale zmuszam organizm do jeszcze krótkiego wysiłku. Realizuję procedurę i zaliczam próbę.

Zanurkowałem na siedem metrów, nie było mnie przez 33,7 sekundy.

Realizuję procedurę i zaliczam próbę. Realizuję procedurę i zaliczam próbę. fot. Albert Zawada

Jaka piękna łąka

- Możesz spokojnie wytrzymać bez oddechu co najmniej półtorej minuty - słyszę od Tomka. Patrzę na niego z niedowierzaniem. Tym razem siedzimy w brodziku basenu w Piasecznie. Obok pluskają się dzieci, jest rodzinnie, przyjemnie i ciepło. Tu Tomek ma mi pokazać, jak się ćwiczy tzw. statykę, czyli czysty bezdech. Przy statyce nie wykonuje się żadnych ruchów i w zimnej wodzie szybko bym zmarzł.

Przed wejściem do wody wykład: - Pierwsza faza po wstrzymaniu oddechu jest łatwa. Po kilkudziesięciu sekundach pojawia się jednak dyskomfort. To sygnał, że dłużej już nie wytrzymasz. Fałszywy. Bo to tylko twój organizm się niepokoi, w rzeczywistości tlenu będziesz mieć jeszcze bardzo dużo. Rzecz polega na tym, żeby się ten stan dyskomfortu nauczyć tolerować. Przed bezdechem odpręż się, napięcie oznacza większe zużycie tlenu. Przebiegnij myślami przez całe ciało i poluzuj miejsca, w których czujesz spięcie. Potem odpręż umysł. Zajmij go czymś przyjemnym i łagodnym. Oddychaj przez nos, tak jakbyś coś wąchał. Wydech dwa razy dłuższy niż wdech. No i oczywiście oddychaj przeponą - wylicza.

Siedzimy w kucki w brodziku. Postępuję zgodnie z jego wytycznymi. Kiedy już czuję się odprężony, robię trzy głębokie wdechy i wydechy. Zaraz potem maksymalnie napełniam płuca, zamykam oczy i kładę się na wodzie. Utrzymuję się na powierzchni, ręce zwisają mi swobodnie w dół, opieram się tylko o dno stopami. Wytrzymuję 42 sekundy.

- Powalcz! Zwizualizuj sobie coś, co odwróci uwagę umysłu - proponuje Tomek.

Wyobrażam więc sobie, że jestem na łące. Jest ciepło, sam środek lata, łąka lekko opada w dół i kończy się na ścianie lasu. To działa! Biję minutę. Znów się zanurzam w wodzie, a właściwie przenoszę na łąkę. Tym razem zauważam, że pod lasem stoi jakiś bunkier. Zbliżam się do niego, wnikam do środka i oglądam pomieszczenia. Po jakimś czasie czuję dudnienie, to mój organizm bije na alarm, przerażony tym, że przestałem oddychać. Wynurzam się. Minuta i 18 sekund. Kompletny odlot!

- Teraz, kiedy poczujesz, że dłużej nie dasz już rady, najpierw otwórz oczy i popatrz na swoje palce. Zacznij nimi ruszać, możesz też ewentualnie policzyć kafelki na dnie basenu - podpowiada mój instruktor.

Oglądam cały film jeszcze raz, a gdy czuję kres, otwieram oczy. Z lekkim zdziwieniem patrzę na własne palce. I kompletnie zapominam o tym, że należy oddychać. Moje paluchy zginają się jak jakieś robaki. Oglądam to z nienormalną fascynacją, aż w końcu przypominam sobie, że prędzej czy później muszę wypłynąć.

Byłem pod wodą minutę i 37 sekund! Jestem w szoku.

Tomek spogląda na mnie z uśmiechem. On wytrzymuje w statyce nieco ponad siedem minut, gdy pływa - prawie trzy. Przypomina mi teraz trochę podwodnego szamana, jakbyśmy obaj grali w "Odmiennych stanach świadomości". Jak żyję, tak nie odleciałem. No, w każdym razie nie w dziecięcym brodziku.

Więcej o: