Mój pierwszy raz: tureckie zapasy

Zazwyczaj Turcję odwiedza się, by zobaczyć Kapadocję, ruiny Troi, plaże Alanyi albo meczety Stambułu. Byłem więc zadowolony, kiedy mój szef zaproponował mi wyjazd do tego kraju. To był jednak podstęp.
Mój pierwszy raz: tureckie zapasy Mój pierwszy raz: tureckie zapasy fot. Tomasz Wawer

50 euro na jedzenie

- Masz ochotę na podróż do Turcji? - zagaił pewnego dnia szef.

- No pewnie, kto by nie chciał - odparłem bez namysłu.

- To weźmiesz udział w tradycyjnych tureckich zapasach. Ja jestem za chudy.

Zaskoczył mnie, ale miał rację. Moje sto kilo z ogonkiem powinno wystarczyć na jakieś ludowe zapasy.

Po powrocie do domu zaczynam szperać w internecie w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji na temat zawodów. Nie ma tego za dużo. Wszędzie powtarza się, że zawody mają swój początek w XIV w. Wymyślił je turecki dowódca, by zapewnić rozrywkę swoim żołnierzom. I że towarzyszą im występy Cyganów. Lektura utwierdza mnie w przekonaniu, że to jednak wiejskie zawody - między straganami, z orkiestrą przygrywającą dla rozrywki.

Zapaśnik musi dobrze zjeść

Jadąc autobusem ze Stambułu, czytam w przewodniku po Turcji, że Edirne, gdzie odbywa się turniej, to miasto w europejskiej części Turcji, tuż przy granicy z Bułgarią i Grecją. Przez setki lat nazywało się Adrianopolis (Adrianopol) od imienia cesarza Hadriana, który założył je w II wieku naszej ery. Od 1365 r. jest we władaniu Turków. Podróż z największego miasta Turcji trwa ponad dwie godziny. Przy wjeździe do Edirne wita nas pomnik zapaśników splecionych ramionami.

Znajomy Turek, mąż koleżanki z redakcji, kilka dni wcześniej obdzwonił pół miasta i załatwił przewodnika mówiącego po angielsku. Moje wcześniejsze próby porozumienia się z kimś przez telefon po angielsku spaliły na panewce. W drodze do urzędu miasta, które jest organizatorem imprezy zastanawiam się, czy w takim razie ktokolwiek ma świadomość, że zamierzam nie tylko napisać o zawodach, ale też wziąć w nich udział. Tę prawdę będziemy musieli przekazać naszemu przewodnikowi, który czeka na nas w miejscowym urzędzie gminy.

Docieramy tam około drugiej po południu. Przed secesyjną willą z XIX w. stojącą w pobliżu największego w mieście meczetu małe zamieszanie. Podjeżdżają czarne limuzyny. Z jednej z nich wysiada gość ubrany w ludowy strój ze złoceniami i tańczy coś w rodzaju kazaczoka. Gra podobnie, choć skromniej, ubrana orkiestra. Dźwięki klarnetów i werbli rozlewają się po całej ulicy. Jesteśmy w Turcji! Mężczyzna wchodzi do budynku. My za nim. Po kilkunastu minutach poszukiwań odnajdujemy naszego przewodnika.

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Dla burmistrza Edirne zawody to najważniejsze wydarzenie w roku. Sam stanowił atrakcję turystyczną dla gości. fot. Tomasz Wawer

Deniz jest studentem i ma praktykę w urzędzie. Wyjaśnia nam, że to zamieszanie to początek zawodów, a gość z limuzyny to burmistrz miasta.

- Deniz, kiedy będę mógł walczyć? - próbuję upewnić się, czy wie, po co tu przyjechałem.

- Może jutro, może pojutrze.

- Nie mamy tyle czasu - niecierpliwię się.

- Coś załatwię. Idźcie do hotelu i przyjdźcie za dwie godziny.

Po dwóch godzinach Deniz zjawia się w hotelu z dobrą nowiną. Jest w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.

- To Ilmaz Tunca - niewysoki, ale dobrze zbudowany mężczyzna jest szefem ochrony urzędu gminy i zapaśnikiem miejskiego klubu w Edirne.

- Mogę z nim walczyć?

- On najpierw zrobi ci mały trening, ale on i jego zawodnicy nie są bogaci i musisz im dać pieniądze na jedzenie.

- Ile?

- Jakieś 50 euro.

Nie targuję się. Facet jest niższy ode mnie, ze 20 kilo mniejszy, sympatycznie się uśmiecha, więc chyba jakoś sobie poradzę. Umawiamy się na następny dzień w samo południe przed wejściem na główną arenę.

Orkiestra nie ma zabawiać gości, ale zagrzewać do boju zawodników. Orkiestra nie ma zabawiać gości, ale zagrzewać do boju zawodników. fot. Tomasz Wawer

Miasto żyje zapasami

Orkiestra nie ma zabawiać gości, ale zagrzewać do boju zawodników


W wieczór przed dniem treningu wyruszam na miasto w poszukiwaniu informacji. Liczę na to, że spotkam jakiegoś zapaśnika, może menedżera mówiącego po angielsku i dowiem się czegoś więcej o zapasach.

Jest czwartek. Jutro zaczynają się zawody. Deniz twierdzi, że miasto żyje imprezą od tygodnia. Kolorowe flagi i banery wiszą nad ulicami, zdjęcia zawodników na wystawach sklepów. Na głównej ulicy miasta wielki telebim, na którym puszczany jest film o zawodach. Kibice rozłożyli się na trawnikach wokół największego mieście meczetu Selmiye. Jedni rozbili namioty, inni śpią pod gołym niebem owinięci kocami, jeszcze inni kulą się na siedzeniach autokarów i samochodów.

Siadam w pijalni herbaty na placu przy karawanseraju Rustem Pasy. To XVI-wieczny zajazd dla kupców. Z herbaciarni co kilka minut wychodzi chłopiec z nosidełkiem zastawionym małymi szklaneczkami herbaty. Niesie je do jednego z okolicznych lokali. Tu obowiązuje specjalizacja. Zamawiam herbatę, żeby się nie odróżniać od tłumu. Mieszając cukier, dostrzegam uśmiechy kilku gości siedzących przy sąsiednim stoliku. Po chwili zapraszają mnie, żebym się przysiadł. Nietrudno rozpoznać, że to zapaśnicy. Szerokie karki, grube ramiona i charakterystyczne zdeformowane uszy.

- Za dużo cukru - śmieje się jeden z nich i pokazuje na mój brzuch.

Czyżby wzięli mnie za zapaśnika? Okazuje się, że tylko jeden nich zna kilka słów po angielsku. Rysuję mu na kartce, że jestem z Polski, z Gdańska.

W rewanżu oni rysują mi, skąd przyjechali. Samsun, północna Turcja, nad Morzem Czarnym. Później dowiem się, ze to jedno z dwóch miejsc, gdzie produkuje się charakterystyczne skórzane spodnie, w których zapaśnicy stają do zawodów.

Po kilku minutach do stolika przysiada się mężczyzna około sześćdziesiątki. Zapaśnicy zrywają się z krzeseł.

- To trener - tłumaczy jeden z nich.

Szacunek, jakim go otaczają, widać również podczas rozmowy. On - jakby znudzony - rzuca pojedyncze zdania, nie patrząc w ich stronę. Oni głownie słuchają.

Przy kolejnych herbatach tłumaczę im, że jestem dziennikarzem i też chcę wystartować. To pierwsze chyba rozumieją, drugie niekoniecznie. Żegnamy się charakterystycznym, gestem. Zamiast popularnego w Turcji pocałunku w policzek, dwukrotne uderzenie czołem w czoło. Ten największy dodatkowo miażdży mi na pożegnanie rękę. Chyba jednak zrozumiał.

W drodze do hotelu mijam kolejnych zapaśników. Teraz już wiem, że to zawodowcy, a nie wiejscy amatorzy. Zastanawiam się na ile niebezpieczne jest starcie z kimś takim. Ale co tam! Przecież w podstawówce zawsze byłem dobry w zapasach. Wolałem to niż walkę na pięści. Jak to dobrze, że nie wysłano mnie na zawody w na przykład w tajskim boksie.

Nauka Nauka fot. Tomasz Wawer

Wejść w cudze spodnie

Miejsce, w którym rozgrywane są zawody, leży jakiś kilometr za miastem. Żeby się do niego dostać, trzeba przejść przez wąski kamienny most przerzucony nad szeroką na kilkanaście metrów rzeką Tunca. Stadion leży w centrum szerokiego na kilkaset metrów rozlewiska. Miejscowi nazywają to wyspą. Smutna, betonowa budowla na kilka tysięcy osób kontrastuje ze stojącą obok zabytkową kamienną basztą z granitu i piaskowca (na oko XVI w.). Wokoło stadionu kramy. Króluje kebab, tanie ciuchy i chińskie zabawki. Przed wejściem na główną trybunę trzy pomniki zapaśników.

- Pomniki stawia się tym, którym udało się zdobyć złoty pas zawodów na własność dzięki trzykrotnemu zwycięstwu - tłumaczy Deniz.

Idziemy zobaczyć arenę. Na trybunach najwyżej kilka setek widzów. Jest za to orkiestra, która wybija rytm zawodnikom. Ta sama, która dzień wcześniej grała pod urzędem gminy. Dzisiaj na arenie walczy młodzież. Na porośniętym trawą boisku zmagają się setki młodych zapaśników. Na murawę wchodzą grupami po przeciągłym wezwaniu prowadzącego. "Nie ma boga nad Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem". Jedni w zielonych spodniach z materiału, inni w czarnych.

- Z czego są te czarne spodnie - pytam Deniza.

- To wołowa skóra. Nie każdego na nie stać.

- A ten zapach unoszący się nad boiskiem?

- To olej słonecznikowy, którym polewają się zapaśnicy tuż przed walką.

Przypominam sobie, że starożytni greccy zapaśnicy z Olimpii też oliwili swoje ciała. Tyle tylko, że dodatkowo posypywali je pyłem, by przeciwnik mógł zastosować pewny chwyt. Turcy widać zmodyfikowali tą tradycję. No i ponad 2500 lat temu Grecy używali oliwy z oliwek.

Wszystko jedno. Nie będzie łatwo złapać przeciwnika wysmarowanego tłuszczem. Zbliża się południe. Idziemy na spotkanie z Ilmazem. Czeka na nas przed głównym wejściem na stadion. W ręku trzyma pięciolitrową butelkę ze olejem słonecznikowym. Obok niego stoi mężczyzna o głowę wyższy ode mnie i na oko ze 20 kilo cięższy. To Ersin Getin. I jeszcze jeden zawodnik, mojego wzrostu i wagi - Nazim Zobar.

- A gdzie oliwa z oliwek? - pytam Ilmaza.

- Oliwa jest za droga. Używamy jej tylko podczas zawodów i to wtedy, kiedy startują seniorzy.

- Z kim będę trenował?

- Ze mną i z Ersinem. Nazim pożyczy ci spodnie.

Idziemy na oddalone o kilkaset metrów boisko piłkarskie. Już po drodze zaczynam się pocić. Jest chyba ze 40 st. Pewnie za chwilę padnę. Tomek - nasz fotograf - jęczy pod ciężarem kilkunastu kilogramów sprzętu.

Na boisku biorę do ręki spodnie. Są ciężkie i sztywne. Ważą jakieś pięć kilo. Jak w tym walczyć? W dodatku problemem okazuje się samo ich założenie. Pal licho, że muszę rozebrać się do naga. Gorzej, że wychodzi na jaw moja miłość do ciastek i czekolady. Z pomocą Nazima i Erwina przeciskam się przez obręcz spodni, przez którą przeciągnięty jest solidny powróz pełniący funkcję paska.

- Teraz olej! - rozkazuje Ilmaz i pokazuje, jak posmarować przód ciała. Okazuje się, że trzeba to zrobić również wewnątrz spodni. Plecy natłuszczają mi moi towarzysze.

- No problem, no problem. We are friends - uspokaja mnie Ilmaz, widząc moją niewyraźną minę. Klękam, a on wyjmuje z siatki pas filcowego materiału ze sznurkami. Pomaga mi go owinąć wokół łydek tuż pod kolanami.

- To dla wzmocnienia nóg - tłumaczy Ilmaz.

Zaczynamy rozgrzewkę. Ilmaz truchta, bijąc się dłońmi po udach. Co kilka kroków wyskakuje i krzyczy: Hayda bre (Naprzód! Chodźcie tu!). Potem wzajemne rozciąganie, masaż. Po 15  minutach rozgrzewki stajemy naprzeciw siebie. Pierwszy jest Ilmaz. Próbuję założyć mu jakiś chwyt.

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Nie szarp się, to tylko trening.  fot. Tomasz Wawer

- Easy, easy - uspokaja mnie, kiedy trochę zbyt bojowo ruszam do ataku. Po chwili orientuję się, że on odpuszcza, nie traktuje mnie poważnie. No, ale to przecież tylko trening.

Pokazuje mi pierwsze techniki. Skoro twój przeciwnik jest śliski jak ryba wyjęta z wody, musisz wykorzystać jego spodnie. Ilmaz łapie mnie za pas i ściąga do ziemi. Próbuję się wyrwać, ale chwyt ma mocny jak imadło. Potem łapie mnie jednocześnie za pas i za skraj nogawki. Gestem pokazuje, żebym zrobił to samo. Robię. Dzięki temu chwytowi mogę podnieść Ilmaza, odwrócić do góry nogami i przewrócić na plecy. Wygrałem!

- Teraz spróbuj z Ersinem - zachęca Ilmaz ze śmiechem.

Natychmiast przekonuję się, że dla Ersina jestem tylko workiem treningowym. Po kilkudziesięciu sekundach ląduję na łopatkach, rąbiąc plecami w ziemię.

- Ersin chce ci pokazać bardziej skomplikowaną technikę - mówi Ilmaz

- Jaką?

- Nie bój się. Przekonasz się, do czego przydaje się olej.

Ersin sprowadza mnie do parteru. Jedną ręką łapie mnie za prawą nogawkę. Drugą, dzięki naoliwieniu, udaje mu się wcisnąć z tyłu za pas moich spodni! Aż po łokieć. Łapie za szew łączący jedną część spodni z drugą, podnosi mnie, obraca i powala na łopatki.

- Teraz ty! - nakazuje Ilmaz.

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Ersin nie protestował, kiedy wkładałem mu ręce w spodnie. Odrobina akrobacji przy niektórych technikach nie zaszkodzi.  fot. Tomasz Wawer

Próbuję. Powtarzam czynności Ersina. Niestety, w końcowej fazie nie jestem w stanie dźwignąć 120-kg przeciwnika. Pot zalewa mi oczy, jest dużo ponad 30 st., błyskawicznie opadam z sił. Na dzisiaj dosyć. Kończymy trening. Jutro zawody, w których spróbuję wystartować. Ilmaz twierdzi, że nie będzie problemu. Umawiamy się na 11.

- Wprowadzę cię na arenę, gdzie występują zawodnicy - obiecuje.

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Spodnie to kluczowy element dla różnych chwytów. Kilka minut walki wystarczy by skonać. Zawodowcy walczą godzinę.fot. Tomasz Wawer

Wieczorem w hotelu zastanawiam się, czy nie poprzestać na treningu. Przecież moi przeciwnicy to góry mięśni. A co będzie, jeśli stanę naprzeciwko kogoś, kto nie będzie miał ochoty traktować mnie ulgowo? Zaczynam żałować, że nie miałem więcej czasu, by przygotować się do zawodów. Ale nie! Teraz nie mogę się wycofać. Przecież nie napiszę artykułu o tym, że poprzewracałem się z przyjaciółmi na jakimś boisku. Muszę wejść na stadion!

Tłumy ma kamiennym moście prowadzącym na arenę walk. Tłumy ma kamiennym moście prowadzącym na arenę walk. fot. Tomasz Wawer

Prawdziwa walka we własnych spodniach

Tłumy ma kamiennym moście prowadzącym na arenę walk

 

W sobotnie przedpołudnie uliczkę przed stadionem zagradza tłum widzów. Przeciskam się pomiędzy wykrzykującymi coś mężczyznami, żeby zobaczyć, o co chodzi. Koło pomnika stoi koparka. Na jej łyżce siedzi jeden z kibiców.

- Władze mają zamiar przebudować postument, bo ma wady konstrukcyjne. Ten mężczyzna nie chce do tego dopuścić - tłumaczy mi Deniz.

- Dlaczego?

- To pomnik jego bohatera. Obaj pochodzą z tej samej wioski. Chce, żeby monument stał przez całe zawody.

Zamieszanie trwa ok. kwadransa. Policjanci próbują wyprowadzić desperata. Tłum nie pozwala, gwiżdże i napiera na policjantów. Ci odpuszczają. Pojawia się burmistrz miasta, oczywiście ubrany w tradycyjny strój. Po kilku minutach udaje mu się przekonać desperata. Objęci oddalają się w kierunku radiowozu.

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Arena zawodów to stadion zbudowany wyłącznie na potrzeby zapaśników. fot. Tomasz Wawer

Idziemy na stadion. Okazuje się, że nasi trenerzy już rozegrali swoje pojedynki.

- Co z Ilmazem i jego obietnicą? - pytam naszego przewodnika.

- Ilmaz przegrał, wszyscy przegrali. Rozmawiałem z nimi. Nie chcą już dzisiaj walczyć.

No to z nimi wygrałem walkowerem! Ale zwycięstwo przy zielonym stoliku mnie nie interesuje. Chcę wystąpić na arenie, a do tego potrzebuję spodni. - Zrób coś - ponaglam Deniza.

Deniz znika. Po kwadransie przychodzi z wieścią, że jeden z zawodników, który skończył karierę, chce sprzedać spodnie za 150 euro. Idziemy do szatni. W pomieszczeniu wielkości dwupokojowego mieszkania tłoczy się kilkudziesięciu mężczyzn. Trzeba uważać, podłoga jest piekielnie śliska. To od resztek oliwy ściekającej z zawodników.

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Same spodnie nie wystarczą. Trzeba jeszcze wzmocnić nogi specjalnym kawałkiem materiału.fot. Tomasz Wawer

Mój kontrahent jest nieco wyższy, ale tuszą przypomina mnie. Próbuję założyć jego spodnie. Nie mogę się w nie wcisnąć, choć ociekają jeszcze resztkami oliwy. Siłuję się z nimi przez kilka minut. W końcu udaje mi się i wychodzę na arenę. Dopiero tutaj można się przekonać, po co zapaśnikom orkiestra. Dźwięk piszczałek i werbli świdruje mi w uszach. Czuję, że teraz pokonam wszystkich. Wczorajszy wieczorny niepokój gdzieś znikł.

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Dla seniorów oliwy z oliwek było pod dostatkiem. fot. Tomasz Wawer

Deniz biega wśród zawodników i szuka mi partnera do walki. Zjawia się po chwili z pierwszym rywalem. Wygląda na juniora. Jest ze 20 kilo lżejszy ode mnie. Łatwizna! Stajemy do walki. Próbuję założyć mu jakiś chwyt. Ale jest szybki. Wymyka się. Mam wrażenie, że trwa to całą wieczność. Czuję, jak słabną mi mięśnie. Czas na ostatnią próbę ataku. Udało się! Łapię go lewą ręką za pas, prawą za nogawkę. Po chwili leży na łopatkach. Wygrałem!

Mój pierwszy raz: tureckie zapasy, sport, mój pierwszy raz, Można atakować nogi. fot. Tomasz Wawer

Deniz przyprowadza następnego przeciwnika. Ten jest o 20 kg cięższy. Góra mięśni, posturą przypomina Ersina. Już w pierwszych sekundach dociera do mnie, że nie będę miał szans. Z łatwością zbija moje próby założenia chwytu. Chyba się ze mną bawi, a ta "walka" to dla niego rozgrzewka przed prawdziwym starciem. Słabnę.

Nagle mój przeciwnik szybkim szarpnięciem za pas spodni sprowadza mnie do parteru. Padam na brzuch. On zakłada mi rękę za szyję, łapie za nogawki spodni i już jestem na łopatkach. Nad moją głową błękitne niebo, cumulusy i wielki portret Atatürka, ojca narodu i założyciela nowoczesnego państwa tureckiego.

Mój pierwszy raz: , sport, mój pierwszy raz, Sławomir Sowula podczas tureckich zapasówfot. Tomasz Wawer

Deniz podaje mi rękę i pomaga wstać.

- Jak długo walczyłem? - pytam, bo ledwo trzymam się na nogach. Upał zrobił swoje.

- Może w sumie pięć minut? Ale musimy już iść. Moi szefowie się niepokoją. Każą nam wracać na trybuny.

- Deniz, przekonasz ich, żebym mógł wystartować w przyszłym roku w tych zawodach jako prawdziwy zawodnik? Mam już spodnie.

- Nie, to zapasy tylko dla Turków. Ale jesteś chyba pierwszym nie-Turkiem, który stanął na tej arenie od ponad 600 lat.

To już coś!

 

Zawody

W zawodach rozgrywanych co roku w Edirne uczestniczy ponad 1000 zawodników z różnych części Turcji. Zmagania trwają trzy dni. Startują w 13 kategoriach. Nie do końca wiadomo, według jakich de facto kryteriów (wagi, wzrostu, doświadczenia, umiejętności) podzieleni są uczestnicy. Na pewno są kategorie juniorskie, w których można spotkać młodzików już w wieku siedmiu lat i młodzieńców w wieku 19-20. W seniorskich kategoriach decydująca wydaje się waga, ale często dochodzi do pojedynków, w których gołym okiem widać dysproporcje wagowe.

Walka może trwać nawet godzinę, jeżeli jeden z zawodników nie zastosuje techniki, która da mu natychmiastową wygraną. Najbardziej czytelne zwycięstwo odnosi się, kładąc przeciwnika na łopatki. Można też wygrać przez zastosowanie technik polegających na wyniesieniu zawodnika i obróceniu lub też wtedy, kiedy przeciwnik popełni trzy faule. O zwycięstwie decyduje sędzia, który podnosi rękę z opaską (niebieską lub czerwoną) kolorem odpowiadającą kawałkowi materiału owiniętemu wokół kostki zwycięskiego zawodnika. Zwycięzca w najwyższej kategorii dostaje złoty pas i nawet do 100 tys. euro nagród od sponsorów i od gminy. Pas w następnym roku musi oddać kolejnemu zwycięzcy, chyba że znowu wygra. Będzie mógł go zatrzymać na własność, jeżeli wygra trzy razy.

 

Artykuł pochodzi z miesięcznika "Logo", VIII 2007 r.

Więcej o: