Mój pierwszy raz: na okręcie Marynarki Wojennej

W dzieciństwie marzyłem o pływaniu po morzach. Czytałem wszystkie książki, w których na wietrze łopotały sztaksle i kliwry, mimo to do dziś nie odróżniam sztaksli od kliwrów i nie wiem, czy to, że łopoczą na wietrze, to nie jakaś fuszerka. Kiedy więc wszedłem na pokład ORP Bukowo, trałowca polskiej Marynarki Wojennej, poczułem, że jestem najszczęśliwszym szczurem lądowym na świecie.
1 Zejście po siatce ratunkowej do morza jest proste, ale kąpiel w 2 stopniach - mało przyjemna. na szczęście okazało się, że w czasie alarmu ćwiczebnego wystarczy zanurzyć dłoń w morzu Zejście po siatce ratunkowej do morza jest proste, ale kąpiel w 2 stopniach - mało przyjemna. na szczęście okazało się, że w czasie alarmu ćwiczebnego wystarczy zanurzyć dłoń w morzu fot. Robert Kowalewski

Na stanowiska!

Zejście po siatce ratunkowej do morza jest proste, ale kąpiel w 2 stopniach - mało przyjemna. na szczęście okazało się, że w czasie alarmu ćwiczebnego wystarczy zanurzyć dłoń w morzu

Po pierwsze, wychodziłem w morze prawdziwym okrętem. Po drugie nie miał być to rejs "wkoło komina", tylko normalne trzydniowe ćwiczenia w morzu, a ja miałem być członkiem załogi, a nie dziennikarskim turystą.

 

- W tym całym zamieszaniu chodzi o to, by każdy członek załogi wiedział dokładnie, gdzie jest jego miejsce podczas walki lub niebezpieczeństwa - wyjaśnił Jack.

Patrick O'Brian, "Dowódca 'Sophie'"

Uprzedzając fakty: morze było gładkie, ale lodowate, a termometr pokazujący temperaturę powietrza bardzo niechętnie wspinał się powyżej zera. Do tego wiał dość silny wiatr, całe szczęście okrętem nie bujało. A przed zaokrętowaniem martwiliśmy się z Robertem, fotoreporterem, właśnie o bujanie. - Jeśli ty będziesz rzygał przewieszony przez burtę, to chociaż zrobię ci fotę, ale jak mnie dopadnie choroba morska, to nici ze zdjęć - przestrzegał Robert.

On martwił się jeszcze kapitańską kawą, bo od dwóch lat kawy nie pije i działa na niego jak kokainowy strzał. A tymczasem rzecznik 8. Flotylli Obrony Wybrzeża kmdr ppor. Jacek Kwiatkowski wyraźnie zaznaczył: - Jeśli dowódca okrętu zaprasza na kawę, nie można odmówić. Nie wolno poprosić o herbatę ani o wodę, to nietakt - tłumaczył. Wisiała więc ta nieszczęsna kawa nad Robertem przez cały rejs.

Na razie weszliśmy na pokład, rzuciliśmy plecaki na koje. Ale zanim zdążyliśmy się rozejrzeć po kabinie, usłyszeliśmy dzwon - podobno okrętowy, ale hałas nazwałbym piekielnym. Alarm! Kamizelki ratunkowe, bieg na stanowiska na pokładzie.

W czasie alarmów każdy członek załogi ma dokładnie wyznaczone miejsce na okręcie. Dokładnie - w wojskowym tego słowa znaczeniu, czyli co do metra. Ciekawostka: każdemu etatowemu członkowi załogi przydziela się funkcję oznaczoną symbolem lub numerem okrętowym, numer ten naszyty jest na mundurze. Gdy na pokładzie pojawi się nowy oficer, od razu wie, z kim rozmawia.

Pierwszego dnia byłem "duchem" Agnieszki, która była młodszym celowniczym (numer okrętowy 121). Posiedziałem więc w kabinie armaty na dziobie okrętu - wychodziliśmy z portu, dlatego wszyscy musieli być na stanowiskach. Mgła taka, że ledwo było widać nabrzeża - scena jak z horroru...

Po alarmie, żeby wyglądać bardziej po marynarsku, wymieniłem pomarańczową kamizelkę ratunkową rodem z wypożyczalni kajaków na granatową, węższą i nie krępującą ruchów.

Zanim zdążyłem wrócić do kabiny, już piekielny dzwonek znowu rozrywał bębenki: alarm! Człowiek za burtą! Oczywiście ćwiczenia, ale kto będzie udawał topielca? - Zapraszamy pana redaktora - uśmiechali się marynarze, wyraźnie sprawdzając, czy nie obleci mnie strach.

Trochę obleciał. Musiałem zejść po siatce ratunkowej do morza. - Mam wejść cały? - zapytałem lekko przestraszony drugiego "ochotnika", gdy wisieliśmy już nad falami. - Stary, zanurz tylko dłoń. Człowiek w taką pogodę wytrzymuje w morzu jakieś trzy minuty. Chyba że zabije go atak serca przy kontakcie z wodą - spojrzał na mnie jak na szaleńca.

Jasne. Zrobiłem z siebie kretyna. No, ale zrozumiałem chociaż, dlaczego każde wyjście na pokład musi być zameldowane u oficera wachtowego.

2 Trałowiec to nie luksusowy okręt, ale każdy ma swoją koję w ciepłej kabinie. Doceniłem to PO kilkugodzinnej wachcie na chłodzie i wietrze Trałowiec to nie luksusowy okręt, ale każdy ma swoją koję w ciepłej kabinie. Doceniłem to PO kilkugodzinnej wachcie na chłodzie i wietrze fot. Robert Kowalewski

Życie na okręcie

Trałowiec to nie luksusowy okręt, ale każdy ma swoją koję w ciepłej kabinie. Doceniłem to po kilkugodzinnej wachcie na chłodzie i wietrze


- Słucham jaśnie pana - rzekł Obieżyświat.

- Idź na "Carnatic" i zamów trzy kabiny.

Juliusz Verne, "W 80 dni dookoła świata"

Gdyby Fileas Fogg chciał te trzy kabiny zamówić na ORP Bukowo, to musiałby wynająć prawie cały okręt. I przygotować się na kilka, hmm, niedogodności. Dla angielskiego dżentelmena dramatem zapewne byłyby zasady korzystania z zapasu słodkiej wody na trałowcu. Kąpiel - zakazana (wyjątek to dwie osoby pracujące w kuchni: kucharz oraz chemik-ratownik), można jedynie umyć zęby. Po drugie, pan Fogg nie byłby zachwycony tym, że kabiny są kilkuosobowe, a przez całą noc pali się w nich czerwone światło. Ale ponieważ ja nie jestem angielskim dżentelmenem, więc skupiłem się na zaletach. W kabinie było ciepło i sucho, był stół, przy którym można było wypić kawę, gąszcz rur, na których można było wysuszyć przemoczone rzeczy, oraz gniazdko, do którego można było podłączyć telewizor i laptopa.

Trałowce projektu 207P to niewielkie okręty. Długość - niecałe 40 metrów, szerokość - ciut ponad siedem. Każdy z 27 członków załogi ma własną koję, ale o innych luksusach można pomarzyć. - W marynarce żartujemy, że dobrze zacząć służbę od trałowców, bo potem może być już tylko lepiej - rzucił kpt. mar. Piotr Lis, dowódca ORP Bukowo.

Służba na trałowcu odbywa się w systemie dwuzmiennej wachty. Cztery godziny pracy, cztery godziny odpoczynku. Są jeszcze alarmy - wtedy trzeba być na stanowisku zawsze. W praktyce wygląda to tak, że ja w drugiej dobie rejsu spałem 3 godziny. - Ale jeśli mocniej buja i jest więcej alarmów, to wtedy trzy godziny snu wypadają na całe wyjście w morze - tłumaczył mi kapitan.

Ponieważ jestem optymistą, powtórzę zalety służby na okręcie: w kabinie jest ciepło i sucho.

3 To małe pokrętło pod moją prawą dłonią to telemanipulator steru. Wyświetlacze powyżej to wskażniki kursu oraz automatycznego steru. Obok mnie KPT. Mar. Piotr Lis sprawdza, jak sobie radzę w roli sternika To małe pokrętło pod moją prawą dłonią to telemanipulator steru. Wyświetlacze powyżej to wskażniki kursu oraz automatycznego steru. Obok mnie KPT. Mar. Piotr Lis sprawdza, jak sobie radzę w roli sternika fot. Robert Kowalewski

Ster lewo na burt!

To małe pokrętło pod moją prawą dłonią to telemanipulator steru. Wyświetlacze powyżej to wskaźniki kursu oraz automatycznego steru. Obok mnie kpt. mar. Piotr Lis sprawdza, jak sobie radzę w roli sternika


Koło sterowe w rękach Martena zakręciło się w prawo, stanęło, pobiegło w lewo i znów stanęło w miejscu. [...] "Zephyr" pochylony na lewą burtę wzbił się ostrym łukiem pod wiatr, jego reje i żagle obróciły się jak rozpostarte skrzydła ptaka, który jednym ruchem barków zmienia kierunek lotu, maszty skłoniły się w prawo, a smukły kadłub przeciął własny pienisty ślad, zamykając pętlę.

Janusz Meissner, "Czerwone krzyże"

Ponieważ do niczego nie strzelaliśmy, celowniczy na wachcie meldował się na GSD (główne stanowisko dowodzenia, inaczej mostek) i stawał za kołem sterowym. To znaczy... pokrętłem sterowym. Fachowo - telemanipulatorem steru. Dla mnie wyglądało jak pokrętło od radyjka, ale moje porównanie nie wzbudziło entuzjazmu w oficerach.

Jeśli pogoda jest ładna, to dowódca wachty pozwala na włączenie autopilota. Wtedy trzeba tylko pilnować kursu. Ale jak mocno wieje albo okręt manewruje, wtedy zaczyna się sterowanie ręczne.

- Kurs 268 - zakomenderował oficer wachtowy.

- Kurs 268 - powtórzyłem jak należy. I zacząłem kręcić.

- Ej, ej, spokojnie, nie tak gwałtownie! - krzyknął oficer.

No to zacząłem kręcić ostrożnie. Patrzę na wyświetlacz: 270, 269, 268 stopni... Wyprostowałem ster, a kurs dalej leci: 266, 265, 260. Odbijam w drugą. 276, 280, co jest?! Dopiero po dłuższej chwili wyczułem bezwładność okrętu. W końcu to ponad 200 ton. Zmiana kursu na wiatr była w miarę prosta, z wiatrem okręt skręcał jak szalony. Wyczucie steru i pilnowanie kursu wciągało jak gra komputerowa. O tym, że to życie, a na pokładzie jest 27 osób, które są przekonane, że okręt jest w pewnych rękach, przypominał obowiązek rozglądania się po morzu. Czy nie ma tam czegoś, czego nie wykrył radar.

- Jest 268 - zameldowałem.

Gdy przez 20 minut udało się mi się utrzymać kurs plus minus 2 stopnie, zapytałem, jak robią to profesjonaliści. - Na piątkę odchylenie nie może być większe niż jeden stopień. Ideał: pół stopnia - usłyszałem.

Po godzinie zaczęły boleć mnie oczy, od wpatrywania się w wyświetlacz, oraz plecy - stałem lekko pochylony. Wachta rozpoczęła się o północy, o czwartej nad ranem marzyłem już tylko o ciepłej koi.

4 Stawianie trału: Do stalowych lin mocowaliśmy pływaki, tarcze rozchyłowe i przecinaki. Liny trzeba zaczepić do dynamometrów, które pokazują m.in. czy trał o coś nie zaczepił Stawianie trału: Do stalowych lin mocowaliśmy pływaki, tarcze rozchyłowe i przecinaki. Liny trzeba zaczepić do dynamometrów, które pokazują m.in. czy trał o coś nie zaczepił fot. Robert Kowalewski

Samotna wachta na rufie

Stawianie trału: Do stalowych lin mocowaliśmy pływaki, tarcze rozchyłowe i przecinaki. Liny trzeba zaczepić do dynamometrów, które pokazują m.in. czy trał o coś nie zaczepił


- Im gorsza pogoda, tym bardziej opłaca się ćwiczyć - mawiał Jack. - Nigdy przecież nie można być pewnym, że napotka się nieprzyjaciela na gładkim, spokojnym morzu.

Patrick O'Brian, "Pan i władca na krańcu świata"

O siódmej rano obudził mnie wyjątkowo nie piekielny dzwon, tylko mój własny budzik w komórce. Wachtę zaczynałem o ósmej, postanowiłem zjeść wcześniej śniadanie w normalnym tempie, a nie przełykając kanapkę w biegu. Gdy szedłem na wachtę, zadzwonił dzwonek - alarm trałowy! Świetnie, nie tracę snu na wachcie - ucieszyłem się.

O ile GSD jest naszpikowane elektroniką, wyświetlaczami, pokrętłami, czujnikami i Bóg wie czym jeszcze, o tyle stawianie trału (w tym przypadku: MMTK-1M, Morskiego Małomagnetycznego Trału Kontaktowego) to kawał ciężkiej fizycznej pracy.

Do stalowej liny trzeba przymocować pływaki i tarcze rozchyłowe, dzięki którym dwie stalowe liny tworzą za okrętem szeroki wachlarz. Pomiędzy nimi na linie mocuje się przecinaki. Pływaki i tarcze rozchyłowe to duże kawałki żelastwa, które najpierw trzeba wyciągnąć spod pokładu. Przecinaki na linie mocuje się za pomocą metalowego klina. Klin dobija się młotem. Liny zaczepione są do dynamometrów - gdyby lina o coś zahaczyła, widać byłoby wzrost obciążenia.

Wyciąganie pływaków i machanie młotem o ósmej rano było całkiem fajnym zadaniem - i rozgrzewającym. Zastanawiałem się tylko, jak spędzę pozostały czas wachty. Szybko dostałem odpowiedź. Kiedy wszystko było gotowe, podszedł do mnie oficer.

- Widzisz, jak układa się trał? Tak jest w porządku. Jak coś się zmieni - melduj. Patrz też na dynamometry, jakby coś się działo - też melduj. Powodzenia - i poszedł. Godzina 9, a ja zostałem na rufie sam. Okazało się, że jestem dublerem minera (numer okrętowy 131), którego nie ma na tym rejsie...

Rzuciłem okiem na trał, na dynamometry, na trał, na dynamometry, obszedłem rufę (jakieś cztery na cztery metry) i znów wszystko sprawdziłem. Na szczęście przyszedł Robert. Jeszcze raz obejrzeliśmy trał. Pogadaliśmy o pogodzie, pożartowaliśmy. Znów sprawdziłem dynamometry. I rzuciłem okiem na zegarek: godzina 9.15. - Oż, kur..., jeszcze prawie trzy godziny wachty - jęknąłem.

Po następnych dwóch kwadransach dziękowałem Bogu za to, jak się ubrałem. Grube narciarskie rękawice, ciepłe kalesony, wiatroodporne spodnie, gruba koszulka termoaktywna, wełniany sweter, kurtka z podpinką, wojskowa czapka i kaptur.

Było nieźle do 10.30. Potem morski wiatr i wilgoć zaczęły się przeciskać do środka. Przez moment wahałem się, czy powinienem schodzić ze stanowiska, ale uznałem, że zaryzykuję. Pobiegłem do kambuza i poprosiłem kucharza o kawę. Oczywiście słodką, trzeba było dostarczyć energii organizmowi. Gdy po kilku minutach stanąłem przy dynamometrach z kubkiem w dłoniach, świat znów stał się przyjaznym i ciepłym miejscem.

Trał stawia się właściwie tylko przy spokojnym morzu. Ale jeśli nagle pogorszy się pogoda, to jego wybieranie czasami wypada, gdy okręt skacze po falach jak piłeczka pingpongowa. Łatwo wtedy machnąć ciężkim młotem w palce kolegi lub jeszcze gorzej - w kolano, czy upuścić na stopy wielki metalowy pływak.

5

Człowiek od gotowania morale

Proponowano mu kawę i herbatę, a także coś z szerokiego wyboru dań na stole: kotlecików baranich, bekonu, jajek, śledzi w sosie, ciasta na zimno, szynki, masła oraz grzanek z marmoladą.

Patrick O'Brian, "Wojenne losy"

Jakoś dotrwałem do 11.30, kiedy dowódca ogłosił kolejny alarm. Wybraliśmy trał raz-dwa. Ale gdy już chciałem iść na obiad, poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. - Teraz je druga zmiana. Ty schodzisz ze stanowiska, jak oni zjedzą - usłyszałem. Szlag by to, przy stole usiadłem dopiero o 12.15.

Przed rejsem Robert przytoczył opowieści znajomych, którzy wspominali okrętową kuchnię: przepiórki na stołach, świeżutki chleb, wielkie porcje mięsa. To niestety rzeczywistość większych okrętów wypływających poza Bałtyk. Na trałowcach jedzenie jest skromniejsze, ale i tak pyszne. "Biały", bo tak mówi się na kucharza, w niewielkim kambuzie dokonywał cudów, by z prostych wojskowych racji wyczarować porządny obiad. Pieczone mięso, które pałaszowałem po mojej pierwszej wachcie minerskiej, smakowałoby mi nawet w restauracji na stałym lądzie. Na morzu, gdy usiadłem przy stole zmęczony i wychłodzony, czułem się, jakbym odwiedził restaurację nagrodzoną przez Michelina trzema gwiazdkami.

Ale kiedy na kolację na talerzach pojawiła się niezbyt dobra mielonka, w naszej kabinie ("biały" spał z nami) było aż gęsto od pretensji. Kłótnię zakończył "biały": - Przypominam, że jutro też ja gotuję. Jeśli chcecie zjeść, to się odpier... - warknął. Grzecznie posłuchaliśmy.

Dobry kucharz na okręcie to skarb. - Mój brat pływał na statku, na którym kucharz gotował po prostu fatalnie. Został odsunięty od garnków i musiał się ukrywać przed wściekłą załogą. Po półrocznym rejsie dostał wilczy bilet. Nie sądzę, by ktokolwiek zatrudnił go jeszcze na statku, takie informacje rozchodzą się bardzo szybko - opowiadał kapitan Lis.

Ja po obiedzie miałem wolne do 16. Gdy kładłem się na koi, dopadła mnie Krysia, nasza pani chemik-ratownik (numer okrętowy 171). - O 13 kolejny alarm trałowy, nie prześpisz się - rzuciła. Cholera! Znowu stawianie trału (tym razem TEM-PE-1M, Trału Elektromagnetycznego Pętlowo-Elektrodowego), znowu wiatr i chłód, a do tego zachodzące słońce. Stawianie trału, krótka przerwa, wybieranie trału, i akurat zaczęła się moja kolejna wachta. Tym razem, ponieważ trał nie był postawiony, jako miner byłem gońcem. Na korytarzu między kambuzem a kabinami stało krzesło. Od godz. 16 do 20 musiałem warować czekając na zadania. Jakiś alarm pozwoliłby mi zabić czas. Niestety, żadnych rozkazów nie było. Wachtę zakończyłem z tyłkiem obolałym od siedzenia.

6 Właśnie daję Właśnie daję "gazu" - a silnik ma ok. 1000 koni mechanicznych! Komendy z Głównego stanowiska dowodzenia otrzymywałem za pomocą telegrafu maszynowego (biała tarcza w czarnej ramce w prawym dolnym rogu zdjęcia). fot. Robert Kowalewski

Zstąpiłem do CRM

Właśnie daję "gazu", a silnik ma ok. 1000 koni mechanicznych! Komendy z Głównego Stanowiska Dowodzenia otrzymywałem za pomocą telegrafu maszynowego (biała tarcza w czarnej ramce w prawym dolnym rogu zdjęcia).


- A komu jest źle? - odpowiadam pytaniem.

- Tym na dole, co wiosłują. [...]

- Czy pani naprawdę nie widziała maszyn? - pytam raz jeszcze.

- Proszę pana, a te okrągłe okienka, to one nie do wiosłowania, co?

Karol Olgierd Borchardt, "Znaczy Kapitan",

opowiadanie "Awantury arabskie"

Tuż przed godz. 20, gdy wizualizowałem już ciepłą koję i koc, podszedł do mnie oficer mechanik ppor. mar. Mikołaj Nowicki. - Od rana masz wachtę przy maszynach, to teraz cię trochę wprowadzę - powiedział. Ciepłe łóżko musiało poczekać.

Porucznik solidnie zabrał się do wprowadzenia w tajniki siłowni (pomieszczenia z silnikami) oraz CRM - Centrali Rozdziału Mocy, skąd kieruje się pracą siłowni. Pokazał mi ogromne zbiorniki, w których zmierzyłem poziom paliwa (proste: jak mierzenie poziomu oleju w aucie, tylko wyniki są w tysiącach litrów), silniki i setki przewodów, rurek oraz kabli.

Ja z techniką jestem na bakier, ale jedna rzecz mnie bardzo ucieszyła. Na porannej wachcie miałem zasiąść przy silnikach i ręcznie nimi sterować. Zapowiadało się ciekawie, więc o północy, po skończonej wachcie w CRM, szybko wskoczyłem na koję.

W siłowni zameldowałem się o siódmej. Założyłem słuchawki (hałas przekracza tam 100 dB, coś jak startujący samolot). Usłyszałem stłumiony warkot - maszyny ruszyły.

Na telegrafie maszynowym zaświeciła się lampka przy liczbie 850 oznaczającej obroty. Obróciłem pokrętło, by GSD wiedziało, że zrozumiałem polecenie (nazywa się to "kwitowaniem"), i przesunąłem wajchę. Poczułem, jak drżenie narasta, silnik zerwał się do pracy. Hałas słychać było nawet przez słuchawki, okręt lekko się zakołysał. Po chwili zaświeciła się lampka przy 1100. Skwitowałem, przekręciłem wajchę - wio, okręcie! Taka niby toporna wajcha, a jaka moc pod ręką!

7 Po prawie 18 godzinach kolejnych wacht  i alarmów na blacie stołu spało się niczym na edredońskich puchach Po prawie 18 godzinach kolejnych wacht i alarmów na blacie stołu spało się niczym na edredońskich puchach fot. Robert Kowalewski

Kapitańska herbata

Po prawie 18 godzinach kolejnych wacht i alarmów na blacie stołu spało się niczym na edredońskich puchach


Wachta w siłowni skończyła się w południe. Okręt powoli wracał do portu w Świnoujściu, więc ja miałem już wolne, jak to mówią marynarze "odbój". Kapitan Piotr Lis zaprosił nas do mesy.

- Herbatę, kawę, wodę? - zapytał.

- Czy to oznacza, że nie musimy pić kawy? - upewniał się Robert.

- Bo my słyszeliśmy, że jak kapitan zaprasza na kawę, to nie można wybrać herbaty - powiedziałem. - I już trochę się martwiliśmy, że nas pan nie zaprasza na kapitańską kawę. Może coś zbroiliśmy... - dodałem.

- Owszem, jest taki zwyczaj. Ale muszę się panom przyznać, skąd ten brak zaproszenia. Ja po prostu nie piję w ogóle kawy - zaśmiał się dowódca.

8 ORP Bukowo w Porcie Wojennym w Świnoujściu. Marynarze nazywają te trałowce piłeczkami pingpongowymi, bo już na niewielkiej fali mocno się kołyszą i ORP Bukowo w Porcie Wojennym w Świnoujściu. Marynarze nazywają te trałowce piłeczkami pingpongowymi, bo już na niewielkiej fali mocno się kołyszą i "skaczą" fot. Robert Kowalewski

Trałowiec

ORP Bukowo w Porcie Wojennym w Świnoujściu. Marynarze nazywają te trałowce piłeczkami pingpongowymi, bo już na niewielkiej fali mocno się kołyszą i "skaczą"

 

Przeznaczony jest do poszukiwania min dennych i kotwicznych postawionych w zagrodach minowych lub pojedynczo. Ponadto okręt przystosowany jest do stawiania min morskich.

Sam okręt ma małe zanurzenie oraz kadłub z laminatu poliestrowo-szklanego, dzięki czemu jest trudniej wykrywalny przez zapalniki niekontaktowe min morskich.

 

Mój pierwszy raz: na okręcie Marynarki Wojennej, morze, mój pierwszy raz, Schematy trałów używanych w polskiej Marynarce Wojennej na trałowcach takiego typu jak ORP aut. Wawrzyniec Święcicki