Reinhold Messner: człowiek, który chciał być królem Himalajów

Kocha tylko góry i siebie. Ale to on zabrał ludzkość na szczyty, zdobywając - jako pierwszy w historii - wszystkie ośmiotysięczniki. koronę himalajów.
Nanga Parbat Nanga Parbat fot. Svy123/Wikipedia cc 3.0

Tragiczny triumf

Nanga Parbat

Wspina się nieprzerwanie od piątego roku życia. W chwilach wolnych ćwiczy chwyty na kamiennej ścianie domu albo kościelnym murze. Godzinami studiuje zdjęcia ścian i wierzchołków, szukając nowych dróg. Topografię Alp i historię alpinizmu zna lepiej od dziejów ojczystych Włoch (jest Tyrolczykiem, stąd niemieckie imię i nazwisko). Poza górami nic innego nie widzi. Maturę zdaje dopiero za trzecim podejściem. Rezygnuje też z młodzieńczych przyjemności - woli surowy biwak w namiocie i wstawanie przed wschodem słońca niż randkę z koleżanką i wspólne pieszczoty. Czuje, że jest w stanie podjąć każde wyzwanie, wydaje mu się, że jest nieśmiertelny.

W wieku 25 lat jest już uznanym alpinistą, który wyznaczył ponad pięćdziesiąt nowych dróg i zrobił dwadzieścia trudnych przejść solowych. Łamie kolejne górskie tabu. W cztery godziny pokonuje samotnie północną ścianę Les Droites (4000 m n.p.m.) - ponadkilometrową, pionową taflę lodu. Wcześniej inna, znakomita para alpinistów potrzebowała trzech dni na jej przejście.

W końcu pada propozycja zmierzenia się z Himalajami i wysokością 8000 m n.p.m. "Nawet gdyby sama królowa angielska mnie zapraszała, nie pojechałbym tam tylko dla samego wejścia. Ale ściana Rupal, najwyższa na Nanga Parbat, najwyższa na świecie, była po prostu wyzwaniem" - tak tłumaczy, co tak naprawdę się dla niego liczy w górach: nie sama wysokość, ale styl, w jaki się ją osiąga. Nanga Parbat wznosi się na 8126 m n.p.m., pionowa flanka Rupal liczy ponad 4,5 kilometra. Nikt wcześniej jej nie pokonał. To miała być granica ludzkich możliwości. Przed rozpoczęciem szturmu Messner wysyła kartkę do rodziców: "Alpinizm wysokościowy jest męczarnią". Gardło jest spuchnięte tak bardzo, że trzeba się zmuszać do picia wody, nic nie smakuje, potworne zimno, nie możesz odpocząć, nie możesz zasnąć, cały czas funkcjonujesz w półśnie, halucynacje, apatia, patrzysz w dół - mrok, spoglądasz do góry - ciemność wokół, wszędzie przepaść.

"Po prostu zacząłem inny etap. Himalaisty. Tu mniej liczyła się szybkość i sprawność, bardziej doświadczenie i wytrzymałość" - powie po latach w jednym z wywiadów. Na Nanga Parbat wchodzi razem ze swoim bratem i wieloletnim partnerem wspinaczkowym Güntherem, który go dogonił w ostatnim momencie przed wejściem na szczytową grań. "Nie lubię tego. Boję się, jak robisz te swoje wariackie przejścia solo" - młodszy brat dawał wyraz swojej troski wielokrotnie. Na wierzchołku eksplozja wrażeń. "Po raz pierwszy w życiu czułem, że naprawdę stoję ponad chmurami" - powie po latach Reinhold.

Günther nie będzie miał czego wspominać. Może weszli zbyt późno, może zbyt długo byli na szczycie, a może tak po prostu miało być. Nie udało im się zejść do piątego obozu, noc spędzili bez śpiworów, wycieńczeni, odwodnieni - od ponad półtorej doby nic nie mieli w ustach. Bez liny nie byli w stanie zejść drogą, którą weszli, poszukiwanie nowej wyczerpało ich siły do końca. Panika, majaczenie, niemoc. Günthera zabiera lawina. Nanga Parbat staje się dla Messnera granicą pomiędzy młodością i dojrzałością, czymś, co zmienia całkowicie jego myślenie o losie i życiu. Ta góra to równocześnie największa porażka, bo stracił kogoś bardzo sobie bliskiego, jak i największy sukces, pokonał ścianę Rupal i przeżył.

Manaslu Manaslu fot. Ben Tubby/Wikipedia cc 2.0

Trzy trupy w dwóch wyprawach

Manaslu

W szpitalu amputują mu sześć palców, możliwość biegania odzyskuje po niemal roku. Porzuca pracę nauczyciela i oddaje się do końca himalaizmowi. "Stałem się alpinistą tak, jak mogłem zostać rolnikiem czy inżynierem" - tłumaczy prosto. Kieruje nim chęć przygody. Pociąga go niepewność, pragnie zmagać się z nieznanym losem. Uzależnia się od intensywnych przeżyć. Utrzymuje się z pisania artykułów, książek, spotkań z publicznością, testuje sprzęt górski, prowadzi własną szkołę wspinaczkową, bierze udział w reklamach. Ustanawia rekord przejścia północnej ściany na Eigerze (3970 m n.p.m.) i Matterhornie (4478 m n.p.m.).

Przy drugiej wyprawie w Himalaje (Manaslu, 8156 m n.p.m.) ponownie walczy kilkanaście godzin na krawędzi oddzielającej życie od śmierci. Burza śnieżna, widoczność zerowa. Traci orientację. Zlodowacona broda nie pozwala mu oddychać, więc wyrywa włosy z kawałkami skóry. Dwóch partnerów umiera. Bilans dwóch zaledwie wypraw w Himalaje zamyka się rachunkiem trzech ofiar śmiertelnych. Dlatego wchodząc na kolejny ośmiotysięcznik Gaszerbrum I (8068 m n.p.m.), rezygnuje z powszechnie stosowanej formy zdobywania ośmiotysięczników poprzez obleganie góry - zakładanie kolejnych obozów, korzystanie z pomocy tragarzy, zabezpieczanie drogi poręczówkami. Razem z partnerem osiąga cel przy użyciu minimalnych środków (tzw. styl alpejski) - nie mają nawet z sobą lin, wszystko, czego potrzebują, dźwigają sami w plecakach, jedynie 15-20 kilogramów, bez butli tlenowych. "Stałem się fanatykiem klasycznej wspinaczki" - napisze po latach.

Mount Everest Mount Everest fot. Luca Galuzzi/Wikipedia cc 2.5

Sam na Mount Evereście

Mount Everest

Po wejściu "na lekko" na Gaszerbrum I Messner podnosi w górskim świecie poprzeczkę jeszcze wyżej. W 1978 r. wchodzi na Mount Everest (8848 m n.p.m.) bez dodatkowego tlenu, co wówczas wydawało się rzeczą niemożliwą. "Nikt nie wiedział, czy ludzki organizm przeżyje na takiej wysokości, co się będzie z nim działo". W ramach przygotowań himalaista wznosi się samolotem pozbawionym kabiny ciśnieniowej nad najwyższą górę świata. Chce sprawdzić, co się stanie. Lot przeżywa, kilkanaście tygodni później wspina się na szczyt Everestu. Nie chce niczego udowadniać, ale po prostu tego doświadczyć. Na wierzchołku początkowo nie czuje nic nadzwyczajnego, potem jest spokój, na końcu radość, na widok pojawiającego się partnera. "Gdy w 1953 r. Edward Hillary i Tenzing Norgay jako pierwsi zdobywali Everest, robili to po to, żeby stanąć na szczycie. Ja natomiast chciałem lepiej poznać siebie i swoje granice. I im, i mnie się udało" - tłumaczył w jednej z rozmów.

Kilkakrotnie wraca na Nanga Parbat, górę swego przeznaczenia. Już rok po tragicznej wyprawie organizuje ekspedycję w poszukiwaniu zwłok zaginionego brata (dopiero po ponad 30 latach lodowiec zwróci ciało Günthera). W 1978 r. pokonuje ją samotnie, to pierwsze wejście solo na ośmiotysięcznik. Ryzyko jest ogromne, tu nie może zdarzyć się jakikolwiek wypadek, nikt nie przyjdzie z pomocą. "To było absolutnie idealne wejście: sam o sobie stanowiłem, sam odpowiadałem za siebie, sam przeciwstawiałem się wszystkim uprzedzeniom". Dwa lata później, jak mówi, stawia kropkę nad i w alpinizmie wysokogórskim - jako pierwszy wchodzi solo, w stylu alpejskim, na lekko, na sam Mount Everest.

Alpy i Himalaje, ich zdobywanie, to dla Messnera próbowanie niemożliwego. Kieruje się jedną zasadą: "Wolność wymaga poświęceń, ale nie ma granic".

Jerzy Kukuczka Jerzy Kukuczka Graffiti Michał Bulsa/Wikipedia cc 1.0

Zdobyłem już wszystko

Jerzy Kukuczka

Bliscy zarzucają mu, że ucieka przed rzeczywistością w góry, on myśli, że jest odwrotnie: dopiero na tej wysokości, w bezpośredniej relacji człowiek-natura ukrywa się prawdziwy świat. Dlatego odrzuca styl wielkich wypraw, rezygnuje z butli tlenowych, haków, poręczy, obozów. Mówi, że skała, na którą się wspina, wspiera go w wysiłku, dlatego nie potrzebuje całego ciężkiego sprzętu - wystarczy "działać uważnie, dokładnie i w skupieniu". Przez lata nauczył się być wiernym sobie i wymagać od siebie jak najwięcej.

Padają kolejne ośmiotysięczniki. W 1985 r. jest ich jedenaście, tylko trzech brakuje do Korony Himalajów. Jerzy Kukuczka ma ich dziewięć, mimo że rozpoczął swoją przygodę z himalaizmem blisko 10 lat po Messnerze. W jednym z wywiadów pierwszy zdobywca Korony Himalajów pytany o rywalizację z Polakiem odpowiada brutalnie: "Żadnego wyścigu nie było, to był wymysł mediów. On w ogóle nie miał racji bytu, bo Kukuczka był bez szans". Potem dodaje: "Ja się z nikim nie ścigałem, a alpinizm to nie sport. Kukuczka mógłby jako pierwszy zdobyć Koronę Himalajów, tylko gdybym zginął lub gdyby coś mi się stało".

Gdy stanął na szczycie Lhotse (1986 r.), ostatniego szczytu Korony Himalajów, odzyskał swobodę dalszego działania - "nie mogę już wejść wyżej, zrobić więcej, (...) zdobyłem wszystko, co mogłem, a teraz będę się tylko powtarzał".

Jednak Messner nie potrafi żyć bez wyzwań. Gdy samotnie wspinał się na ośmiotysięcznik i leżał zasypany śniegiem ponad dwie doby, to przy życiu trzymały go myśli i plany kolejnej wyprawy. W 1986 r. wchodzi jeszcze na najwyższy szczyt Antarktydy Mount Vinson (4892 m n.p.m.) i zdobywa Koronę Ziemi.

Reinhold Messner Reinhold Messner fot. PAP

Yeti, czyli niedźwiedź

Nie ustaje, dalej poszukuje przygody absolutnej. Świat gór się dla niego skurczył, Himalaje i Alpy zostały odarte z tajemniczości, tu nie ma już miejsca na odosobnienie. Stawia sobie nowe cele: "Szperałem po mapach w poszukiwaniu regionów, gdzie nie ma dróg, telefonów, lotnisk - najwyżej kilka osad". Przemierza pieszo Tybet, Antarktydę, Grenlandię. Podróżowanie staje się dla niego celem samym w sobie - chodząc, oczyszcza umysł i myśli, porządkuje swoje życie. Podejmuje próbę przejścia z Syberii do Kanady przez biegun północny, ale pierwszego dnia zostaje unieruchomiony na dryfującej krze razem z bratem Hubertem, po kilkunastu godzinach ewakuuje ich śmigłowiec.

Przejdzie jeszcze samotnie przez pustynię Gobi, ale to góry pozostaną do końca jego największą pasją, tak wielką, że przez wiele lat będzie organizował wyprawy badawcze poświęcone odkryciu yeti - mitycznego człowieka śniegu żyjącego w Himalajach. To było w 1986 r., gdy przechodził przez południowo-wschodni Tybet, dzikie tereny regionu Kham. "I nagle w ciemności nocnego lasu zjawia się wielki, czarny potwór. Wychodzi z gęstwiny i natychmiast znika, jakby się zapadł pod ziemię. Ja absolutnie niczego nie widziałem, mogłem tylko wyczuwać coś wielkiego, ciemnego, czarnego. Stałem i rozglądałem się, słuchałem, wąchałem. Nie potrafiłbym ocenić, jaki duży był. Mogę tylko powiedzieć, że większy ode mnie, czarny i kudłaty" - opisuje drobiazgowo spotkanie pierwszego stopnia. Po wielu latach badań i poszukiwań Messner dochodzi do wniosku, że yeti to po prostu jedno z określeń niedźwiedzia błękitnego. Himalaista swoją naukową pracę podsumowuje słowami: "Utożsamianie yeti z jakimś stworzeniem między małpą a człowiekiem to typowe wyobrażenie europejskie, obraz zepsutej cywilizacji fetyszystów".

Reinhold Messner Reinhold Messner fot. Adam Golec

Wielki egoista

Przez ostatnie lata Messner skupia się na działalności muzealnej, pragnie opowiedzieć, jak góry zmieniają człowieka, o przemianie, jakiej doświadcza alpinista na szczycie. Krytycy zarzucają, że muzeum nie służy chlubie Alp i Himalajów, lecz jest gloryfikacją samej osoby Messnera. Na zarzuty megalomanii szczerze odpowiada: "Chciałbym alpinistyczne dziedzictwo zgromadzić w pięcioczęściowym muzeum. A więc wszystko, czego doświadczyłem w górach, chciałbym opowiedzieć obrazami z dziedziny sztuki o religii oraz cytatami". Jak zwykle ambitnie, jak zwykle egoistycznie, wyłącznie z własnej perspektywy.

Jego pierwsza żona mówiła o nim: "Nie znam nikogo, kto tak bardzo chciałby być lubiany i tak mało robił w tym kierunku". Messner od dzieciństwa jest wierny wyłącznie samemu sobie, pokornieje jedynie wobec gór i śmierci. Największym sukcesem dla niego samego jest to, że przeżył.

Więcej o:
Komentarze (46)
Reinhold Messner: człowiek, który chciał być królem Himalajów
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • burmiszcz

    Oceniono 116 razy 114

    Po zdobyciu przez Kukuczkę Korony Himalajów Messner wysłał do Polaka telegram: "Nie jesteś Drugi, jesteś Wielki". Wszystko na ten temat.

  • Gość: buhl

    Oceniono 132 razy 78

    Messner wie, że był szybszy ale gorszy od Kukuczki.
    Pochodzi z bogatego kraju, miał potężne wsparcie bogatych sponsorów, miał najlepszy możliwy sprzęt, wsparcie himalaistów-pomocników, którzy robili poręczowania i wnosili sprzęt, nie miał problemów z paszportem czy pieniędzmi jak nasi, siedział w Himalajach ile chciał czekając na idealną pogodę i wchodził . Kiedy zaczął zdobywać 8-tysięczniki, u nas nie jeszcze było pozwoleń żeby gdziekolwiek jechać.

    To Jerzy Kukuczka był najlepszy.

  • Gość: svante

    Oceniono 88 razy 72

    Zupełnie nie rozumiem komentujących wcześniej. Jak można deprecjonawać osiągnięcia kogoś tylko dlatego, że Polak był według nich lepszy, w dyscyplinie w której zupełnie nie chodzi o to, kto jest "lepszy"...

  • Gość: greg

    Oceniono 50 razy 36

    To dziwne, jeśi chodzi o liczbę nowych dróg, zimowych wejść i wejść w stylu alpejskim na ośmiotysięczniki to Ten Drugi jest lepszy. I szybszy, mimo znacznie skromniejszych środków.

  • Gość: eses2

    Oceniono 36 razy 30

    Jest ogromnym skandalem (najlepiej opisującym nasze służby dyplomatyczne), że w Muzeum Himalajów w Kathmandu nie ma nawet śladu polskiej aktywności i osiągnięć a o Kukuczce i Rutkiewicz nikt nie słyszał. Są wszyscy inni - ale nawet śladu tej dwójki. To także byłaby "reklama" Polski - a do takich działan powołane sa także służby dyplomatyczne. Ale kogo to obchodzi..............

  • Gość: jasiek

    Oceniono 48 razy 26

    Z Kukuczką było tak jak z Kubicą. Co z tego, że był najlepszy, jak nie posiadł umiejętności ważenia ryzyka. Co z tego, że Kubica najszybszy, jak nie ukończył żadnego rajdu. Wygrywa ten, kto dojeżdża do mety. Kukuczka to był ryzykant, szedł na całego. Ale statystycznie w końcu noga musiała mu się poślizgnąć. Najlepszy jest ten, kto wejdzie i przeżyje. Najlepszy polski himalaista to był Kurtyka.

  • Gość: kus kus

    Oceniono 45 razy 5

    Zapytaj jakiegokolwiek wspinacza na świecie, kto był lepszy. Wszyscy odpowiedzą, że Kukuczka. Messner, to tylko marketing. Przeciętny wspinacz

  • Gość: For ever in the mountains

    Oceniono 6 razy 2

    K2 - chciałbym, aby własnie Polacy dokonali pierwszego, zimowego, historycznego wejscia na niezdobyty dotad zimą szczyt. Niestety, takich wielkich pozytywnych "wariatów" jak Kukuczka, Rutkiewicz, Miodowicz-Wolf, Kurczab - już nie ma. Ci ludzie zyli w czasach (lata 70-80), kiedy nie było nic do stracenia, oni byli "napędzani tylko górami". Oni przeszli do historii - potwierdzi to kazdy, kto w latach 70/80 sluchał rano w lazience "Trojki" PR. Pewnie Berbeka byl ostatnim dziadkiem, ktory porwal sie na "point of no return". Sens - pewnie kazdy zdrowy facet widzac gorke w Karkonoszoch pomyslał kiedyś sobie: "Wejdę tam, q...o"

  • Gość: For ever in the mountains

    Oceniono 5 razy 1

    To sport ekstremalny - jak wiele innych + duuuuzo endorfin... Wymaga ogromnej siły i wytrzymałosci organizmu w roznych jego formach (większej niż sprinter Bolt, bokser Tyson i narciarka Kowalczyk wzięci razem), determinacji i siły psychicznej. Bez wątpienia - nie jest to dla mięczaków. Messner, Kukuczka i inni przed nimi i po nich byli gigantami, choc niejednemu wydaje sie, ze nie przystają do rzeczywistosci "aby do wypłaty". Człowiek (a szczegolnie samiec alfa, zdobywca) od wieków ma już tak, że wchodzi na górę (czy opuszcza się na dno oceanu), bo ona/ono jest... Bez nich otłuscimy sie do reszty przed TV i PC, i bez marzeń. Na szczęście są jeszcze tacy ludzie, i chwała im!
    PS. Swiadomy jestem merkantylizmu we wspolczesnym himalaizmie, napisów z nazwami sponsorow na kombinezonach itp. Brat Berbeki nie idzie po cialo brata, ale zeby zarobic na wyprawie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX