Łukasz Simlat: wolę śmiech od oklasków

11.03.2013 05:20
Od paru miesięcy rozkłada małżeństwo na czynniki pierwsze w jedynym polskim serialu HBO: 'Bez tajemnic'. W rzeczywistości jest zaprzeczeniem introwertycznego Jacka Skotnickiego. Na naszej kozetce zasiada Łukasz Simlat.
1 Łukasz Simlat Łukasz Simlat fot. Albert Zawada

Aktor filmowy, serialowy i teatralny na fali wznoszącej. W 1977 r. urodzony, w 2000 r. kończy Akademię Teatralną w Warszawie, w 2002 debiutuje na małym i dużym ekranie. "Warszawa", "Pitbull", "Kochankowie z Marony", "Wszyscy jesteśmy chrystusami", "Apetyt na miłość", "U Pana Boga w ogródku", "Prawo miasta", "Mała wielka miłość", "Hania", "Brzydula", "Generał. Zamach na Gibraltarze", "Chichot losu", "Maraton tańca", "Lincz", Krew z krwi", świetny "Wymyk".

Od paru miesięcy kreuje sugestywną postać Jacka Skotnickiego w produkcji HBO "Bez tajemnic".

 

Aktorstwo to rzemiosło czy sztuka?

Rzemiosło. Szybujesz tylko od czasu do czasu. Staram się jednak wybierać role, w których mam coś do powiedzenia i przez które mogę coś przekazać. Najlepsze w aktorstwie jest to, że można - i trzeba! - chadzać różnymi ścieżkami.

Preferuje pan role, które do pana pasują?

Przeciwnie. Im postać dalsza od aktora, tym dla niej lepiej. Choć oczywiście trudniej to zagrać. Na początku nie rozumiałem Jacka Skotnickiego z "Bez tajemnic". Jest skrajnym egoistą, nie potrafi okazywać uczuć innym - odwrotnie niż ja. Musiałem więc znaleźć nasz wspólny mianownik, polubić bohatera i pokazać w taki sposób, by uwiarygodnić go przed widzem.

Postawa Jacka to pokłosie niezdrowej relacji z ojcem. Pan też się buntował?

Nie, bo wychowywała mnie mama i musieliśmy sobie dawać wzajem siłę. Relacja ojciec-syn jest mi obca. Wymyśliłem ją od początku do końca.

Stara się pan identyfikować z odgrywanymi postaciami?

Całkowite sklejenie jest niemożliwe. Choć gdy Daniel Day Lewis szykował się do "Aż poleje się krew", za własne pieniądze postawił szyb naftowy. Ba, jeszcze pół roku po filmie kuśtykał jak Daniel Plainview. On słynie z zaangażowania. W polskich realiach nie mamy czasu na takie wejście w rolę - choćby się chciało. Wszystko dzieje się w trybie przyspieszonym. Muszę bohatera na siebie nakładać, jak T-shirt, potem koszulę i sweter. Lubię, gdy te warstwy zaczynają na mnie leżeć!

I nie ma problemu z powrotem do rzeczywistości?

Raczej nie. Co innego przy sztuce teatralnej - zanim organizm wyhamuje, mija kilka godzin. Żyję nie tyle bohaterem, co rytmem postaci czy spektaklu. A w filmie... Dla mnie film jest przygodą, możliwością spotkania ludzi. Czasami ważniejsze jest to, co znajduje się pomiędzy hasłami "stop" a "akcja" niż między "akcja" a "stop". Łatwiej mi się rozstać z postacią niż z ludźmi. Nazywam to syndromem kolonii. Gdy w dzieciństwie jeździło się na obozy, intensywne przyjaźnie kończyły się po powrocie. Bo co? Kartki mieliśmy do siebie wysyłać? Po zakończonych zdjęciach tęsknię częściej za planem niż rolą.

2 Łukasz Simlat Łukasz Simlat fot. Albert Zawada

Praca w teatrze wygląda pewnie inaczej?

Publiczność wnosi zupełnie inny rodzaj energii niż kamera. Jeśli popełnisz błąd, nie da się go cofnąć. To mobilizuje. Uwielbiam grać spektakle, w których widz się śmieje. Oklaski na końcu bywają wymuszone. Śmiech jest zawsze szczery.

Od zawsze ciągnęło pana na scenę?

Tak, gdybym nie został aktorem, pewnie byłbym muzykiem. Dla mnie liczą się emocje, improwizacja, zgranie między ludźmi. Aktorstwo wymyśliłem sobie w pierwszej klasie liceum. Dzięki dwuletniemu przytuleniu do studia teatralnego zdałem do warszawskiej Akademii Teatralnej.

Jak wygląda taka nauka?

Uczelnia uskrzydla, ale i uziemia. Zdarzają się momenty przepiękne i brutalne. Generalnie poznajesz zawód. Pod koniec pojawia się strach, bo masz świadomość, jakie są prawa rynku. I wtedy trzeba odnaleźć w sobie siłę, by szybować dalej.

Przejmuje się pan krytyką?

Lubię, kiedy ktoś nie pochwalając tego, co zrobiłem, próbuje film czy spektakl mądrze zanalizować. Szkoda, że na łamach prasy rzadko się tak dzieje. Dominują licealne rozprawki. Teza, opis, uzasadnienie tezy. Takie recenzje mnie nie obchodzą.

Czy aktor może się nie podporządkować reżyserowi?

Aktor i reżyser to dwa wektory, które powinny spotkać się mniej więcej w połowie drogi. Mniej więcej - bo chodzi o frajdę obcowania z drugim człowiekiem. Ja się reżyserowi poddaję, ale to nie oznacza, że jestem marionetką. Już na etapie rozmów można wyczuć, gdzie będzie przebiegała granica. Zdarzyło mi się kilka razy, że na planie nagle padało pytanie, czy mogę się rozebrać. Zawsze odpowiadałem, iż nie wydaje mi się to konieczne. Szczęśliwie trafiałem na ludzi myślących. Relacji Herzog-Kinski, w której jeden chce zabić drugiego, jeszcze nie zaliczyłem.

Woli pan reżysera, który pracuje z aktorem, czy takiego jak Woody Allen, który nawet z nim nie rozmawia...?

...I to widać, szczególnie w jego ostatnich, nudnawych filmach. Odpowiem na dwóch przykładach. Podczas pracy nad "Wymykiem" Greg Zgliński podchodził do mnie i pytał: "Słuchaj, jakbyś zrobił...?". Od razu wiedziałem, jak zagrać. Wychodziło dokładnie tak, jak chciał - wszystko odbywało się pozawerbalnie, wisiało w powietrzu. Co innego Xawery Żuławski, z którym kręciliśmy "Krew z krwi". On ma mnóstwo energii i tysiąc pomysłów na minutę. Nasz rodzaj chemii polegał na tym, że filtrowałem, co mówi, i wybierałem to, co mi odpowiadało. I takie podejście też się sprawdza. Nie lubię reżyserów, którzy nakazują, jak mam zagrać.

Technologia wystrzeliła do przodu. Jak będzie wyglądać praca aktora w przyszłości?

Kiedyś materiał rejestrowano na taśmie. Proces przygotowania, odgrywania czy choćby robienia dubli wyglądał zupełnie inaczej niż dziś, gdy filmy robi się kamerami cyfrowymi albo aparatami. Choć jest pozbawiona duszy, technologia się sprawdza. Może za 10 lat będziemy kręcili urządzeniami wielkości łebka od szpilki. A jak ja się w tym odnajdę? Nawet nie chce mi się o tym myśleć.

Rola marzeń?

Lubię zaskoczenia. Po co czekać na "Króla Leara" przez całe życie? Co ma być, to będzie!

3 Łukasz Simlat Łukasz Simlat fot. Albert Zawada

Łukasz Simlat o...

...Serialach

Dziś 90 minut filmu to za mało. Ludzie chcą przygody. Bohaterów, których losy śledzą miesiącami. Nie przepadałem za serialami, ale łyknąłem bakcyla po obejrzeniu "Gry o tron", "Spartakusa" i "Zakazanego imperium". W takich produkcjach zatrudniani są najlepsi aktorzy i scenarzyści, powstają widowiskowe scenografie i wykorzystuje się efekty specjalne. Wiadomo, że można zarobić, bo to dobry czas antenowy, czyli wpływy z reklam. Takiego myślenia i mechanizmu nie ma w Polsce. Miałem przyjemność grać w serialu TVP "Głęboka woda", który podobno chce kupić pół Europy. Ale nie można go sprzedać, bo źle skonstruowano umowy - to jakiś absurd.

...Gotowaniu

Uwielbiam gotować! Mam kilka ulubionych potraw, ale lubię też otworzyć książkę kucharską na chybił trafił. Mogę zrobić i żeberka, i potrawę tajską. Nie jestem mistrzem, lecz mam dryg. Tylko czasu nie mam.

...Roli, której by nie przyjął

Istnieją problematyczne pomysły, np. filmu o katastrofie smoleńskiej albo o mamie Madzi z Sosnowca. Nie zaakceptowałbym też projektu, który rozpowszechniałby jakąś dewiację, nie zapewniając odpowiedniego poziomu artystycznego. Z takimi tematami doskonale radzi sobie Haneke.

Skomentuj:
Łukasz Simlat: wolę śmiech od oklasków
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX