Mój pierwszy raz: polo

Kiedy młotki idą w ruch, liczy się tylko fantazja, odwaga i szacunek dla rywala. No i umiejętność jazdy wierzchem.
Nauka w Warsaw Polo Club Nauka w Warsaw Polo Club fot. Maciej Świerczyński

Jedność z koniem

Wśród sportów konnych polo jest dyscypliną najbardziej widowiskową. Ja jednak do tej pory tylko oglądałem ją w telewizji, choć od lat uprawiam jeździectwo (głównie reining, westernowy odpowiednik klasycznego ujeżdżenia). Ale gdy patrzę na Argentyńczyków grających w polo, to zawsze mam przed oczami słynny rajd Diego Maradony w meczu z Anglią na piłkarskim mundialu w Meksyku w 1986 r. Te same emocje, ta sama maestria. Facet pędzi ostrym galopem i bambusowym kijem zakończonym małą poprzeczką uderza piłkę wielkości pomarańczy. Przy czym potrafi ją przepuścić między nogami konia swojego lub przeciwnika. Jak Maradona.

Przed paroma laty w Berlinie kupiłem taki kij i piłkę. Coś tam próbowałem kombinować z tym sprzętem, ale ani ja nie miałem pojęcia jak tego używać, ani konie nie były z tych eksperymentów zadowolone. Odłożyłem więc sprzęt na półkę i zapomniałem o nim na lata.

mój pierwszy raz, sport, Mój pierwszy raz: polo, Nauka w Warsaw Polo Clubfot. Maciej Świerczyński

Dopiero krótki trening w Warsaw Polo Club pozwolił mi zrozumieć kilka reguł. Szkolenie zacząłem od trzymania młotka. Jego rękojeść ma specjalną tasiemkę. Najpierw wiesza się młotek na kciuku, potem kilka razy okręca go wokół własnej osi i przekłada taśmę po zewnętrznej stronie dłoni, tak by rękojeść znalazła się w ręce. Kij musi lekko leżeć w dłoni.

Z kijem treningowym, krótszym niż do gry, wyszedłem pieszo na boisko na naukę uderzeń. Do tego wcale nie trzeba siły. Chodzi o to, żeby odpowiednio wykorzystać naturalny ruch opadającego w dół młotka i trafić środkiem poprzeczki w piłkę. Istnieją cztery podstawowe uderzenia, podobne do tenisowych - forhend i bekhend, plus ich wersje do tyłu. Szkopuł w tym, że jednocześnie trzeba się skręcić w siodle tak, aby barki były równoległe do boku konia, i mocno wychylić. Dodajmy do tego pełny galop, przeszkadzających rywali, emocje wyzwalane przez walkę i konieczność precyzyjnego trafienia w piłkę. Zaczyna mi się kręcić w głowie.

mój pierwszy raz, sport, Mój pierwszy raz: polo, Wstępna nauka na rowerzefot. Maciej Świerczyński

Wstępna nauka na rowerze nie uspokaja. Często w ogóle nie udaje mi się trafić w piłkę. Musiałbym powtarzać każde uderzenie chyba z tysiąc razy, żeby się w końcu tego nauczyć. Ale na to nie mam czasu i cierpliwości. Tym bardziej że osiodłany koń czeka w boksie. W Warsaw Polo Club do polo używa się argentyńskich wierzchowców. Są to głównie krzyżówki pełnej krwi angielskiej (konie wyścigowe) z południowoamerykańską rasą criollo. Są niezwykle dzielne, odporne i wytrzymałe. Miejscowi pasterze gaucho też hodują konie, w których żyłach płynie criollo. Miałem okazję jeździć na nich w Patagonii. Do dziś jestem pod wrażeniem. Nigdzie indziej nie spotkałem tak dobrych i tak świetnie ułożonych wierzchowców.

Wsiadłem na konia najpierw bez młotka. Podwójna wodza, specyficzne płaskie siodło, martwy wytok (specjalny pasek, który nie pozwala koniowi zadzierać głowy), szerokie stopki strzemion. Widziałem wcześniej te siodła, ale nigdy w nich nie siedziałem. Jako westernowiec jeżdżę w głębokim siodle o długich strzemionach. Tu są krótkie strzemiona i płytki dosiad, co pozwala na wykonywanie wielu skrętów, przenoszenie ciężaru ciała z tyłu na przód konia i na boki. Musiałem podpatrzyć zawodników, by zastosować ich dynamiczny styl. Ktoś, kto gra w polo, raczej z konia nie spada. Poradzi sobie w każdej sytuacji.

Sam koń reagował na moje polecenia jak automat. Galopował bardzo równym tempem, dokładnie takim, jak od niego wymagałem. Wolno to wolno, szybko to szybko, stój to stój. Skręty bez problemu, łagodne czy ostre. Koń sam odczytywał moje myśli. Stanowiliśmy jedność.

Nauka - zamach młotkiem Nauka - zamach młotkiem fot. Maciej Świerczyński

Zamach młotkiem

Wziąłem młotek i zacząłem naukę uderzania. Żeby dobrze trafić, trzeba mocno się skręcić w siodle i uderzyć piłkę, gdy jest tuż obok przednich nóg wierzchowca. Dlatego zamach trzeba dostosować do tempa jazdy - jeżeli jest szybkie, to zaczyna się odpowiednio wcześniej. Jeśli koń biegnie powoli, można poczekać z zamachem do ostatniej chwili. To jest sztuka, która wymaga dłuższych ćwiczeń. Forhend (trzymam się tej tenisowej terminologii) jakoś mi szedł. Gorzej było z bekhendem, a już całkiem źle z uderzeniami do tyłu.

mój pierwszy raz, sport, Mój pierwszy raz: polo, Nauka w Warsaw Polo Clubfot. Maciej Świerczyński

Naprawdę posmakowałem polo, gdy wjechałem na boisko z kilkoma zawodnikami. To była tylko próbka, bo nawet niezły jeździec potrzebuje trzech miesięcy, zanim zagra mecz (trener miło połechtał moją próżność, mówiąc, że mnie wystarczyłyby dwa tygodnie). Ale dzięki tej próbce zrozumiałem, co mieli na myśli zawodnicy, mówiący, że dopiero w polo odnaleźli wszystko, czego szukali w sporcie. Ostry galop dwóch koni obok siebie, tętent kopyt pozostałych, trzaskające o siebie młotki, konie jak auta wyścigowe i wielkie zielone boisko - nie ma poza tym świata, jest tylko polo.

mój pierwszy raz, sport, Mój pierwszy raz: polo, Nauka w Warsaw Polo Clubfot. Maciej Świerczyński

Książę Karol i książe William podczas gry w polo Książę Karol i książe William podczas gry w polo fot. CORBIS, PAP/EPA

Z historii polo

Swoje przetrwanie polo, które po drugiej wojnie światowej przeżyło głęboki kryzys (jedną z przyczyn było rozwiązanie oddziałów kawalerii w niemal wszystkich armiach świata), zawdzięcza podobno księciu Filipowi, mężowi królowej Elżbiety II. To on natchnął miłością do polo swojego syna księcia Karola i dwóch wnuków - Williama i Harry'ego. Popularność dwóch ostatnich, którym kolorowa prasa towarzyszy na każdym kroku, pomogła dyscyplinie. O każdym konnym występie książęcych graczy media rozpisują się w szczegółach. Gdy Harry spadł z konia podczas swojego debiutu w szkolnej reprezentacji Wielkiej Brytanii (w meczu z Francją), poinformowały o tym nawet najpoważniejsze wyspiarskie gazety. Podobnie było, gdy z ziemią zapoznał się podczas charytatywnego meczu William. Z dwóch synów księżnej Diany lepiej siedzi w siodle i wymachuje kijem ten młodszy - Harry.

Dzięki książętom na najważniejszych turniejach w Anglii pojawiają się tłumy widzów, a jeszcze niedawno było ich raptem kilkuset. Doroczny mecz, nazywany Coronation Cup, (w ostatnim, w 2012 roku Anglia pokonała RPA, zdobywając trofeum trzecie raz z rzędu) oglądało w lipcu 36 tys. osób.

Bo nie jest jednak tak, że polo to domena arystokratów i wielkich posiadaczy ziemskich. Coraz częściej na grę mogą sobie pozwolić również ci, którzy nie mają tytułów przed nazwiskiem. W ciągu ostatnich kilku lat zainteresowanie tym sportem na świecie wzrosło o kilkaset procent. W samej Wielkiej Brytanii zarejestrowanych jest 3 tys. zawodników - trzy razy więcej niż 10 lat temu, klubów jest dwa razy więcej. Konia na jedną grę można wypożyczyć już za 50 funtów. Rozwija się również moda na tzw. polo halowe, rozgrywane na mniejszym boisku i nie tak wyczerpujące dla koni.

mój pierwszy raz, sport, Mój pierwszy raz: polo, Gra w polofot. elhphoto/Shutterstock

Również w Polsce, Chinach czy Rosji po dziesiątkach lat śmierci klinicznej polo wróciło do życia. W tym ostatnim kraju burżuazyjna gra, w którą carska rodzina grała już od lat 80. XIX wieku, była zakazana w czasach komunizmu. Dopiero w latach 90. przywrócił ją do życia amerykański biznesmen o peruwiańskich korzeniach - Victor Huaco, który zainwestował 30 mln dolarów, by zbudować pierwszy klub. Dziś w stolicy Rosji granie w polo należy do dobrego tonu. Jego entuzjastą jest m.in. słynny właściciel Chelsea Roman Abramowicz. Huaco zapraszał już do swojego klubu nawet księcia Karola i jego dwóch synów. - Rosjanie kochają szybkość i niebezpieczeństwo, a ta gra ma obie te cechy.

mój pierwszy raz, sport, Mój pierwszy raz: polo, Gra w polorys. Wawrzyniec Święcicki

Szybkość i niebezpieczeństwo musi polubić nie tylko gracz, ale przede wszystkim koń, który w czasie meczu biega z prędkością do 70 km na godzinę. Wierzchowiec stanowi ponad 50 procent wartości gracza. Nie może to być koń byle jaki. Musi trenować jak jeździec. Wyćwiczony koń do polo osiąga ceny od 20 do 50 tys. funtów. Podobno najlepsze są te, które podczas meczu z uwagą śledzą przebieg gry, czekając na swoją kolej. Warto bowiem pamiętać, że w każdej części gry zawodnik musi dosiadać innego wierzchowca. Jeden koń jest w grze najwyżej siedem minut. Tyle trwa jedna część meczu (szczegółowo o przepisach na sąsiedniej stronie). W kolejnej jeździec musi dosiadać już innego wierzchowca. To jeden z powodów, dla których ten sport jest taki drogi. Zawodnik potrzebuje bowiem nawet 10 koni na jeden turniej, a do tego stajennych, weterynarza, busów do przewozów koni, kierowców- całej armii obsługi.

Często gracze traktują konie prawie jak rodzinę. Słynny Argentyńczyk Alberto Pedro Heguy (28 występów w finale najważniejszego turnieju w polo na świecie - Argentine Open, 17 zwycięstw), najlepszym swoim koniom pozwolił dożyć spokojnej starości na farmie. Nie sprzedał ich, nawet gdy oferowano mu za nie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. - La Rosa i La Purita były dla mnie jak część mojego ciała - mówi o swoich najlepszych klaczach Heguy.

mój pierwszy raz, sport, Mój pierwszy raz: polo, Nauka w Warsaw Polo Clubfot. Maciej Świerczyński

Czyż może dziwić, że najważniejszy turniej polo odbywa się nie w Anglii, a w Argentynie? To właśnie w tym drugim kraju rodzą się najlepsi gracze tego sportu. W pierwszej setce światowych rankingów jest ponad osiemdziesięciu Argentyńczyków. Za ich sukcesami stoją znakomite warunki do uprawiania tego sportu - rozległe pastwiska, wiele boisk, możliwość treningu od najmłodszych lat (wspominany Heguy mówi o sobie, że na koniu jeździł od urodzenia), znakomita hodowla koni i jeszcze lepsi ich trenerzy. Gdy Marek Dochnal, znany w Polsce z innego - mniej chwalebnego - powodu, złapał bakcyla polo, najpierw kupił całą farmę w Argentynie za niemal 3 mln funtów. Wszyscy najlepsi zawodowcy, gdy kończy się sezon w Anglii, a potem w USA, zjeżdżają do Argentyny, by tam choć potrenować w znakomitych warunkach. Polo w Anglii to splendor i blichtr, a w Argentynie prawdziwy sport. Na Argentine Open liczba kibiców sięga 30 tysięcy.

Do Argentyny jeździł też książę Edynburga. Raz po turnieju zaatakowali go miejscowi dziennikarze, którzy zaczęli wypytywać, co myśli o konflikcie o Falklandy (o te małe brytyjskie wyspy u wybrzeża Argentyny doszło nawet w 1982 r. do krótkiej wojny argentyńsko-brytyjskiej). Książę Filip wybrnął z sytuacji znakomicie: - Chętnie zamieniłbym te wyspy za dwóch waszych graczy w polo - braci Heguy (chodziło o Alberta i Horacia).

PrzepisyNIE WOLNO!

rys. Wawrzyniec Święcicki

Artykuł opublikowany na łamach Logo w 2008 r. i zaktualizowany w 2013 r.

Więcej o: