Gwiazda Logo: demony życia według Topy

Z wykształcenia weterynarz - raz nawet prawie przeprowadził na sobie operację. Z miłości (do kobiety) aktor - po pierwszym występie ze wstydu rozpłakał się przed publicznością. Z pochodzenia góral - uparty, twardy, a w okolicach Rabki nawet zaczyna zaciągać. Do szczęścia wystarczy mu tlen.
Bartłomiej Topa Bartłomiej Topa fot. Michał Mutor

Bartłomiej Topa

Klasyczny aktor charakterystyczny. Urodzony w 1967 r. w Nowym Targu, ukończył PWSFTViT w Łodzi. Karierę rozpoczynał w teatrze, szybko znalazł role w filmach (m.in. "Trzy kolory. Biały" i "Pożegnanie z Marią "). Popularność przyniosła mu telewizyjna rola Zenka w "Złotopolskich", a uznanie w oczach kinomanów i krytyków - rewelacyjne kreacje w obrazach Wojciecha Smarzowskiego: "Weselu", "Domu złym" i "Drogówce".

Zajmuje się także dubbingiem oraz produkcją.

 

Umówiliśmy się rano, ale Bartek zdążył już odbyć trening. O 6.00 obudziła go Ściema, którą kilka miesięcy temu psia fundacja znalazła w śniegu, pod betonową płytą. Zaczynamy od Nowego Targu - mój rozmówca tam się wychował, ja z pobliskiego Zakopanego przyjeżdżałam na najlepsze lody. - Wyrabiał je mój nauczyciel fizyki z rodziną. I ciągle wyrabia. Naturalne, niepowtarzalne, nakładane wielką łyżką, nie w kulkach - rozmarzył się Bartek.

Człowiek z gór

Jest coś takiego? Jakiś zespół cech, który można powiązać z góralskim pochodzeniem - zastanawiamy się wspólnie. - To upór i wytrwałość, które powodują, że ciągle mi się chce. Jest we mnie taka góralska skalistość, dająca oparcie. Nie bierze się ona z dewocyjnej religijności ani silnego przywiązania do tradycji, co u górali częste. Chociaż mój dom był religijny i tradycyjny - wyznaje.

- Kościół co niedzielę. Śpiewałem w chórze, byłem ministrantem, angażowałem się w ruch oazowy. W latach 80. Kościół uczył otwartości. Gromadziła się w nim inteligencja, dawał sporo oddechu.

Dziś z takiego wychowania została Bartkowi wiara w to, że jeśli się czegoś bardzo chce, to się w końcu musi udać. - I coś, czego nie odważyłbym się nazwać gwarą, bo gwara jest w genach, a u mnie w domu gwarą nikt nie mówił. To raczej góralski zaśpiew, który bezwiednie mi się włącza, gdy dojeżdżam do domu. Zaczynam zaciągać już w okolicach Rabki.

Ma dwójkę rodzeństwa. Starsza o cztery lata siostra jest dyrektorką wiejskiej szkoły, brat lutnikiem, wyrabia mistrzowskie skrzypce. Mama pracowała w księgowości w NZPS "Podhale", zakładach produkujących relaksy. - Jak ja tych butów nie znosiłem, straszny obciach. Szczytem lansu były kanady. Wysokie, wiązane, skórzane, na grubych, jasnych podeszwach. Produkowane dla armii kanadyjskiej. To w kanadach chciałem chodzić. A tu bez przerwy relaksy - śmieje się. - Ojciec jeździł do Stanów. Pierwszy raz jak miałem siedem lat. Mama pracowała do późna, w domu rządziła siostra. Nabierała nas "na niespodzianki". "Zróbmy mamie niespodziankę i posprzątajmy!". Innym razem niespodzianka polegała na zmywaniu, odrabianiu lekcji itd. Tata przysyłał czasami prezenty, np. malutkie zestawy Lego. Kiedyś przysłał  ciemnozielone spodnie sztruksowe podszyte czerwoną flanelą oraz kurtkę na zatrzaski. Doskonale pamiętam, wszyscy zazdrościli!

Pod nieobecność ojca rodzinie pomagał wujek. Był GOPR-owcem, więc często chodzili w góry. Bartek uczył się w klasie sportowej, uprawiał lekkoatletykę, chciał jeździć na łyżwach, grać w hokeja, Dobrze się uczył, więc przenieśli go do lepszej szkoły. Ale ze sportu nigdy nie zrezygnował. - Zawsze chodziło mi o ruch, nie o rywalizację. Kocham narty, ja się z nimi urodziłem, spałem w nich! Pamiętam, jak wyczekiwałem prezentów pod choinką w nadziei, że będą to buty narciarskie. I w końcu je dostałem. Strasznie płakałem, bo marzyłem o porządnych butach na klamry, a tu stary model, dwie klamry i na dole sznurówki.

Bartłomiej Topa Bartłomiej Topa fot. Michał Mutor

Weterynarz i aktor

Nie został narciarzem, a nim stał się aktorem, postanowił być weterynarzem. Z czystej przekory. - W Nowym Targu jest świetne liceum, do którego szli wszyscy koledzy, każdy sprofilowany, wiedział, co chce robić. Ja nie wiedziałem, wiec poszedłem do technikum weterynaryjnego - opowiada. Weterynaria prawie mu się przydała. Wakacje między pierwszym a drugim rokiem studiów aktorskich spędził w Szwecji, kosząc trawniki. - Piłem piwo z puszki, do której wleciała osa. Połknąłem ją, zaczęła mi puchnąć krtań. Ponieważ miałem jeszcze świeże doświadczenia ze szkoły, wiedziałem, jak robić tracheotomię. Poszedłem do kuchni po nóż, byłem gotowy na rozcinanie sobie krtani. Na szczęście połknąłem osę razem z żądłem. Zjadłem więc wszystko, co było w lodówce, przepchałem tę opuchliznę i najgorsze minęło.

- Jest także historia przedszkolna - przywołuje początki aktorskie. - Wystawialiśmy "Kopciuszka". Uciekła mi królewna, Renata miała na imię. A ja, pięcioletni, w białych rajtuzach od komunii, po siostrze, zostałem na scenie sam. Rozpłakałem się, ludzie w śmiech. Trauma. Trzeba było tę traumę jakoś wyleczyć. Zamienić drwiący śmiech w śmiech uznania. Po latach.

No i jest jeszcze historia miłosna. Z dziewczyną, której w czasach technikum podarował obrączkę ze splecionych igieł. Gdy postanowiła zdawać na aktorstwo, zrobił to samo. Dostał się z drugim wynikiem. Ona wcale. Ale dziś też jest aktorką. Małżeństwem byli dwa lata.

- Poznaliśmy się na oazie, pobraliśmy na pielgrzymce. Młodzieńcza miłość, to się nie mogło udać - podsumowuje Bartek. Choć w praktyce jest długodystansowcem, w monogamię już nie wierzy.

Techniki odnowy psychologicznej

W trudnych chwilach pomagało mu bieganie. - Jak coś się wali, czasem wystarczy się dotlenić. Serce pracuje intensywniej, klarowniej widzimy priorytety, mocniej stoimy na ziemi. Dwa lata temu miałem taki moment przejściowy. Wtedy zadzwonił do mnie Tomek Karolak i zapytał, czy chciałbym wystartować w triathlonie - wspomina. Na razie finałem triathlońskiej przygody jest ukończenie pół-Iron Mana: 2 km pływania, 90 km na rowerze I 21 km biegu.

- Czasami jednak bieganie nie wystarcza. W połowie lat 90. trenowałem... głębokie emocje. Pomogły mi spotkania w stołecznym Laboratorium Psychoedukacji. Wiele rozmów, przemyśleń. Sporo dał też rebirthing, czyli technika świadomego oddychania. Wiem, że dla wielu to są bardzo wątpliwe narzędzia. Na mnie zadziałały.

Bartłomiej Topa Bartłomiej Topa fot. Michał Mutor

Wzloty i wtopy Topy

Wcześniej były zaś radosne czasy studenckie. - Łódź. Po Nowym Targu to wielkie miasto. Tylko że nic tam nie ma. Szerokie, puste ulice. Knajpa naprzeciwko akademika na Piotrkowskiej serwowała pizzę na strasznie grubym cieście, z groszkiem z puszki. Stanowiła nieodzowny element codzienności. Od rana do nocy siedzieliśmy w szkole, zajęcia były tak interesujące, a spotkania tak inspirujące, że nie chciało się wychodzić. Po zajęciach filmy - pełen przegląd kina światowego. Tam poznałem Wojtka Smarzowskiego, był Paweł Wilczak, operator Łukasz Kośmicki, zaczęliśmy snuć plany. "Ty napiszesz scenariusz, ty wyreżyserujesz, ty zagrasz, a ja wyprodukuję"

- od razy podzieliliśmy funkcje. One się oczywiście wymieszały, ale marzenia zostały. Pod koniec lat 90. Wojtek zadzwonił z pomysłem na "Kurację". Chcieliśmy zrobić film, ale z braku pieniędzy powstał teatr telewizji. Tak się zaczęła nasza współpraca. Kiedy pracowałem jako producent filmów reklamowych, przyszedł z pomysłem "Wesela". I poszło.

Zanim poszło, Topie marzyła się kariera międzynarodowa. Kupił sto kaset VHS, nagrał na nich swoje 10-minutowe demo, dodał angielskie napisy. Zapakował taśmy w koperty i posłał w świat, do agencji aktorskich. Nic z tego nie wyszło, więc wyjechał do Anglii. - Pewnie bym tam został, gdyby nie zaczęły przychodzić propozycje. Z Polski.

Drugi trudny moment w karierze nastąpił po "Złotopolskich". Z serialu zrezygnował w 2006 r. Przez jakiś czas po Zenku nie miał propozycji, wpadł w szufladkę roli, wypadł z rynku. Zająłby się poważniej produkcją, lecz zabrakło góralskiej cierpliwości. - To zbyt frustrujące, że moje działanie jest uzależnione od decyzji, na którą muszę czekać dwa lata. Aktorstwo jest mi bliższe. Choć jestem tylko częścią dzieła, które może po prostu okazać się złe - komentuje. A takich filmów w polskim kinie nie brakuje. Topa zaliczył zarówno te najgorsze ("Wyjazd integracyjny"), jak i te najlepsze. Czyli dzieła Smarzowskiego.

Bartłomiej Topa Bartłomiej Topa fot. Michał Mutor

Autentyzm i autyzm

Choć najlepsze, w odbiorze są to filmy bardzo trudne, wręcz nieprzyjemne. Pytam Bartka, czy zgadza się z wizją zawartą w obrazach kolegi. Czy sądzi, że nasza rzeczywistość jest naprawdę tak brzydka, zepsuta, skorumpowana? Odpowiada mi pytaniem:

- Jeździłaś kiedyś bez biletu? Dałaś kanarowi w łapę? "To" się zaczyna od najdrobniejszych spraw. Idziesz ulicą, rzucasz papierek do kosza, nie trafiasz. I nie wracasz. Każdy jest zły - na miarę swoich możliwości. Ludzie tak bardzo się nie zmienili od czasu II wojny światowej. Smarzowski wyciąga ciemniejszą stronę naszej natury.

Bartek ma na koncie jeszcze jedną doskonałą rolę. Rok temu w internecie pojawiły się kręcone komórką z ukrycia filmiki, przedstawiające go w codziennych sytuacjach - w metrze, w sklepie spożywczym - zachowującego się w niecodzienny sposób. Macha ręką, łapie się za głowę, mamrocze, patrzy nieprzytomnym wzrokiem. W podobny sposób zaprezentował się w telewizji śniadaniowej. W sieci zawrzało od komentarzy, wyzywających Topę od ćpunów, pijaków i wariatów. Temat podchwyciły plotkarskie serwisy i już po chwili mówili o tym wszyscy. Po kilku dniach okazało się, że aktor wziął udział w akcji Fundacji Synapsis, zwracającej uwagę na problem autyzmu. - Miesiące przygotowań, spotkań z ludźmi dotkniętymi chorobą, ich nadwrażliwością. Najtrudniejsze było pierwsze ujęcie - na pl. Zbawiciela. Dwóch operatorów z iPhone'ami siedziało już w Charlotte, ja miałem wyjść z sąsiedniej kawiarni. Wtedy dopiero uświadomiłem sobie, jak głęboko muszę w to wejść, aby wypadło wiarygodnie. Emocjonalne utożsamienie się z rolą było ogromne, poczułem dojmującą samotność. Nie wszystkie filmy opublikowaliśmy, nie było potrzeby. Wątpliwości nie miałem żadnych. Byłem głęboko przekonany, że cała akcja ma sens. Komentarze mam w dupie. To przejaw dziwnej potrzeby wkładania kija w mrowisko, wyrzucania z siebie nienawiści, frustracji - wnioskuje.

Od 22 lat jest wegetarianinem. W podhalańskiej rodzinie na przełomu lat 80. i 90. to nie był popularny wybór. Skąd się wziął? - Z biedy. I przekonania, że to mi dobrze robi. Rodzice bardzo się martwili: "Synu, co się z tobą stało, przestałeś chodzić do kościoła, mięsa nie jesz, chyba jakaś sekta namieszała ci w głowie" - śmieje się. Zapytany o syna, mówi krótko.

- Antek jest wspaniały. Słowa są nieadekwatne do naszych przeżyć. Za słabe, by wyrazić emocje. Moim ulubionym jest: "współodczuwanie". Bo wszyscy odczuwamy podobnie i mamy podobne problemy. Kredyty-sredyty, te wszystkie codzienne sprawy trzymające nas przy ziemi. Ważne, by nie dać się im przytłoczyć, potrafić się od tego oderwać. Umieć określić i zrozumieć swoje prawdziwe potrzeby.

Więcej o: