Czarna Wołga: Kryminalna historia PRL

21.07.2015 16:15
Zuchwałe przestępstwa, które próbowała tuszować cenzura. Milicjanci, którym w pracy czasami przeszkadzały partyjne naciski. Prezentujemy kulisy zbrodni poprzedniej epoki we fragmentach książki Przemysława Semczuka ?Czarna wołga. Kryminalna historia PRL?.
1 Czarna Wołga: Kryminalna historia PRL Czarna Wołga: Kryminalna historia PRL Materiały Prasowe Wydawnictwa Znak

PRL-owskie wampiry

O Wampirze z Zagłębia słyszeli chyba wszyscy. Jak pisze Przemysław Semczuk: - "Wszystko zaczęło się 8 listopada 1964 roku w Dąbrówce Małej, dzielnicy Katowic. Około siódmej rano dwieście metrów od torów kolejowych prowadzących do kopalni Gottwald znaleziono zwłoki kobiety. Miała zmasakrowaną twarz i ciężkie obrażenia czaszki. Ciało zostało obnażone".

Zdzisław Marchwicki został w końcu złapany, skazany i powieszony w 1977 roku za 14 zabójstw i pięć usiłowań pozbawienia życia (istnieją dość przekonujące poszlaki, że Marchwicki nie był słynnym Wampirem, a proces był pokazówką dla społeczeństwa). Mało kto wie jednak, że wtedy na Śląsku i w Zagłębiu grasowało kilku seryjnych morderców...

Czarna Wołga: Kryminalna historia PRLCzarna Wołga: Kryminalna historia PRL

Tu kupisz książkę

Drugi wampir

Śledczy działali po omacku. Nie mieli doświadczenia w takich sprawach. Nie potrafili znaleźć żadnej prawidłowości w doborze ofiar. Dlatego w Zagłębiu zmobilizowano ogromne siły milicji. Wzrosła wykrywalność drobnych przestępstw, Wampir wciąż jednak był nieuchwytny.

Postanowiono zwrócić się o pomoc do społeczeństwa. Rozdawano ulotki informujące o zagrożeniu. Proszono w nich o powiadamianie milicji o podejrzanych osobach. Uruchomiono nawet specjalny numer telefonu: 255-555, nazywany telefonem "wampirowskim".

Ludzie zareagowali na ten apel. Żony pisały, że Wampirem z pewnością jest ich mąż, bo pije wódkę, włóczy się i często nie wraca do domu. Donoszono na nielubianych sąsiadów. A milicja sprawdzała każdą taką wiadomość, co powodowało zaangażowanie setek funkcjonariuszy. Przy okazji trafiano na mnóstwo drobnych przestępstw. Niestety żadna informacja nie przyniosła postępu w sprawie Wampira.

Aż nagle, 8 czerwca 1967 roku, na milicję zgłosił się Waldemar Rybosz, mieszkaniec Katowic. Od kilku dni obserwował ogromne roje much w oknie na poddaszu vis-?-vis swojej kamienicy. Przypuszczał, że mogło dojść do śmierci lokatora. Milicjanci udali się do wskazanego budynku przy ulicy Dąbrowskiego 14. Już na korytarzu dało się wyczuć niesamowity smród rozkładającego się mięsa. Nie mogli jednak sforsować obitych blachą drzwi.

Wezwali na pomoc strażaków, by dostać się przez okno. Jeden z nich wybił szybę, ale smród był tak potworny, że do środka wszedł dopiero w masce przeciwgazowej. W mieszkaniu znaleziono poćwiartowane ciało. Z resztek odzieży domyślono się, że była to kobieta. Na miejsce sprowadzono prokuratora, lekarzy sądowych i oficerów z grupy operacyjnej "Anna".

2 MO, 1950-1970 MO, 1950-1970 fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Spokojny elektryk, uczynny dla kobiet

Zwykle widok zwłok nie robił na nich wrażenia, ale to, co zastali w mieszkaniu, zaskoczyło nawet ich. Co chwilę któryś nie wytrzymywał i musiał zrobić przerwę, aby dojść do siebie. Smród i odrażający widok spowodowały, że oględziny z przerwami trwały aż pięć dni. W dwóch małych pomieszczeniach znaleziono szczątki kilku ciał. Zostały pocięte i znajdowały się w stanie daleko posuniętego rozkładu.

W drewnianej wannie obitej blachą natrafiono na szarobrunatną masę, w której dało się dostrzec kawałki rąk, nóg i dwie czaszki. W dużym kotle znaleziono kolejną czaszkę. Biegli nie byli w stanie na miejscu dokonać szczegółowych oględzin. Zwłoki przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Zabrzu, gdzie przez kilka dni próbowano je jakoś złożyć w całość. Doliczono się czterech niekompletnych ciał.

Eksperci od razu stwierdzili, że jest mało prawdopodobne, by mordercą był Wampir. Sposób działania sprawcy był zupełnie inny. Milicja ustaliła, iż właścicielem strychu jest Bogdan Arnold, spokojny elektryk. Wśród sąsiadów miał dobrą opinię. Lokatorzy skarżyli się tylko na brzydkie zapachy, które dochodziły od niedawna z jego lokum.

W pracy Arnold także miał bardzo dobrą opinię. Był uczynny, bardzo uprzejmy w stosunku do kobiet. Co prawda nadużywał alkoholu i spóźniał się do pracy, ale w tamtych czasach było to tak nagminne, że wręcz uznawane za normę. Podejrzenia wzbudziły za to zeznania dawnych partnerek Arnolda.

Był czterokrotnie żonaty. Pierwsza żona zmarła. Trzy następne rozstały się z nim, bo nadużywał alkoholu i był brutalny. Agresja budziła się w nim w trakcie współżycia. Zadowalały go jedynie perwersje i poniżanie partnerki. Za każdym razem stawało się to przyczyną rozwodu.

W dniu, w którym odnaleziono zwłoki, Bogdan Arnold wyszedł normalnie z pracy. Od tamtej pory nikt go nie widział. Ogłoszono poszukiwania. Po tygodniu nagle sam zgłosił się na komendę milicji. Był głodny i wycieńczony. Od razu przyznał się do winy.

3 Milicja Obywatelska Milicja Obywatelska fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nikt jej nie uwierzył, bo była prostytutką

Bogdan Arnold Nie był jednak pewny, ile kobiet zabił w swoim mieszkaniu. Pierwszą ofiarę poznał 12 października 1966 roku w dworcowym barze. Gdy przyszli do domu i kobieta zażądała pieniędzy, wpadł w szał i zabił ją młotkiem. Ciało schował w wersalce i wyszedł z domu. Wrócił po kilku dniach.

Zupełnie spokojnie opowiadał ze szczegółami, jak przez pięć miesięcy kroił zwłoki na kawałki i próbował się ich pozbyć. 22 października usiłował zamordować kolejną kobietę. Udało się jej uciec, bo Arnold był bardzo pijany. Zgłosiła się na milicję, ale tam zlekceważono zeznanie, gdyż była prostytutką.

W połowie marca 1967 roku Bogdan Arnold znowu sprowadził do domu prostytutkę. Znowu był mocno pijany, ale tym razem związał ją, aby nie uciekła tak jak poprzednia. Gdy się ocknął następnego ranka, chciał odbyć z nią stosunek. Odmówiła i kazała się rozwiązać. Biciem zmusił ją do uległości, a w trakcie współżycia udusił.

Trzeciego zabójstwa dokonał miesiąc później. Niestety nie pamiętał, jak do tego doszło, bo był pijany, a gdy oprzytomniał, kobieta już nie żyła. W maju w podobnych okolicznościach zamordował ponownie. Biegli ze Szpitala Psychiatrii Sądowej w Grodzisku Mazowieckim orzekli, że nie jest chory psychicznie. Stwierdzili u niego osobowość psychopatyczną i nadużywanie alkoholu. Po zaledwie sześciu dniach procesu Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał go na karę śmierci.

4 Jerzy Nasierowski Jerzy Nasierowski Jerzy Nasierowski, fot. Jakub Ostałowski/Fotorzepa/ FORUM

Nasierowski: To było takie zabawne

Przestępcza kariera Jerzego Nasierowskiego, aktora teatralnego i filmowego, rozpoczęła się w 1965 roku od włamania do mieszkania znanego malarza, grafika i scenografa Franciszka Starowieyskiego. Pomysłodawczynią skoku była Barbara Witek-Swinarska, żona reżysera Konrada Swinarskiego. Podejrzewała żonę Starowieyskiego Ewę o romans ze swoim mężem. Aby się zemścić, chciała zniszczyć jej paszport.

Tymczasem Nasierowski był przekonany, że Starowieyska doniosła dyrekcji teatru, że jest homoseksualistą, za co miał nieprzyjemności. Gdy Barbara zagadywała Ewę, on wyjął z jej płaszcza klucze i zrobił odcisk w plastelinie. Ale podczas włamania okazało się, że klucz nie pasuje, i Nasierowski wybił szybę, po czym dostał się do środka.

Wyglądało to nawet lepiej, bo milicja nie podejrzewała nikogo ze znajomych. Jego łupem padło kilka starych zegarów, które Starowieyski wycenił na sto trzydzieści tysięcy złotych. A Nasierowski przemycił je do Londynu, gdzie w domu aukcyjnym Sotheby's zostały sprzedane za sześćset funtów. - Potem rozmawiałem z Franciszkiem Starowieyskim na temat tej kradzieży, wyrażałem ubolewanie i współczucie. To wszystko strasznie zabawne było - opowiadał, uśmiechając się.

Włamanie do Starowieyskich było wyjątkowo niewygodne dla Służby Bezpieczeństwa. Starano się je zatuszować, ale i tak na sali sądowej padło nazwisko wspólniczki Nasierowskiego Barbary Witek-Swinarskiej. Dopiero w 2010 roku Joanna Siedlecka ujawniła na łamach "Rzeczpospolitej", dlaczego esbekom tak zależało na wyciszeniu przestępstwa.

W śledztwie Witek-Swinarska przyznała się do włamania. Milicjanci jednak nic nie mogli jej zrobić, bo powołała się na znajomość z byłym wicedyrektorem Departamentu II MSW - kontrwywiadu SB - pułkownikiem Jerzym Witkowskim.

Była jego wyjątkowo cennym tajnym współpracownikiem o kryptonimie "Krystyna". Na zlecenie Witkowskiego przeprowadziła z Witoldem Gombrowiczem w Berlinie niezobowiązującą rozmowę, którą we wrześniu 1963 roku opublikowano w "Życiu Literackim" jako wywiad. Przedstawiła w nim pisarza jako anty-Polaka o faszystowskich sympatiach, który bagatelizował zbrodnie hitlerowskie. W efekcie twórczość Gombrowicza objęta została w PRL-u całkowitą cenzurą, a Witek-Swinarska w nagrodę otrzymała złoty zegarek.

5 Srebrna zastawa Srebrna zastawa fot. Gavran333 / shutterstock.com

Proszeni na obiad

W maju 1969 roku Nasierowski poznał na warszawskim Rynku szesnastoletniego Andrzeja R. Chłopak akurat skończył zawodówkę, był hydraulikiem. Nasierowski zabierał chłopaka na wystawy, do muzeum, opowiadał o obrazach, podsuwał książki. A on odwzajemnił tę fascynację. - Byłem dumny z tego, że Nasierowski chce ze mną rozmawiać. Imponowało mi jego bogactwo, wyjazdy za granicę, środowisko aktorskie - mówił podczas przesłuchań.

Następny skok zrobili już razem. Mira Grelichowska-Wajda uchodziła w środowisku za osobę zamożną. Nasierowski bywał w jej willi w Piasecznie na proszonych obiadach. Gospodyni lubiła zadać szyku i wystawiała na stół piękne srebrne zastawy, sztućce, a nawet srebrny komplet do herbaty. Aktor i jego nieletni kochanek pojechali do Piaseczna. Wiedzieli, że Grelichowska na co?dzień mieszka w Warszawie, a domem opiekuje się tylko gosposia.

Nasierowski wiedział, że okiennice nie są zaryglowane. Andrzej wszedł na parapet i wybił szybę. Ale hałas zaalarmował gosposię, która przyszła sprawdzić, co się stało. R. uderzył ją kilka razy pięścią w głowę. Gdy upadła, związał jej ręce i położył kobietę na dywanie twarzą do podłogi.

Zawołał Nasierowskiego. Splądrowali cały dom. Zabrali srebrną zabytkową zastawę do herbaty, na którą Nasierowski od dawna miał wielką chrapkę, srebrne nakrycia stołowe i przybory toaletowe. W szafie znaleźli dwadzieścia sztuk złotych monet, biżuterię, zegarki. Wyszli, zostawiając skrępowaną gosposię.

Monety od razu sprzedali za pięćdziesiąt tysięcy złotych. Srebrną zastawę do herbaty na prośbę Nasierowskiego wywiózł do Nowego Jorku korespondent Telewizji Polskiej, nie wiedząc, że pochodzi z kradzieży. Resztę łupu schowali. Zegarek z imitacją diamencików Nasierowski zachował dla siebie.

Kilka dni później pojechali razem do Grelichowskiej z "kondolencjami". Gospodyni przepraszała, że musi podać poczęstunek na zwykłej zastawie, bo srebra ukradli złodzieje. Straty oszacowała na dwieście tysięcy. Nasierowski składał jej wyrazy współczucia. "Ceniłam go, jeśli chodzi o jego urodę, znawstwo artystyczne, inteligencję. On był poza sferą moich jakichkolwiek podejrzeń" - zeznała potem na procesie Grelichowska.

W 1973 roku Jerzy Nasierowski został skazany na 25 lat więzienia - za współudział w zabójstwie. w czasie jednej z zaplanowanych przez niego kradzieży jego wspólnik zabił kobietę. Dzięki książce napisanej w więzieniu wyszedł na wolność po zaledwie 10 latach.

6

Bandyta, o którym śpiewała ulica

Była prawie piąta rano 23 września 1955 r., gdy przed wejściem do komisariatu milicji na ulicy Wilczej w Warszawie zatrzymała się taksówka. Równocześnie z roweru zsiadł sierżant Zdzisław Łęcki. Kilka minut wcześniej na rogu Marszałkowskiej i Wspólnej wylegitymował pasażerów i kazał taksówkarzowi zawieźć ich na posterunek. Sam ruszył za nimi na służbowym rowerze.

Pod komisariatem Łęcki odstawił rower, drzwi samochodu otworzyły się i ze środka zaczął wysiadać wysoki mężczyzna. Nagle na chodnik, pod nogi milicjanta, upadł magazynek pistoletu. Sierżant odruchowo się schylił, by go podnieść. Gdy spojrzał w górę, zobaczył wycelowaną w siebie broń. Padły dwa strzały. Milicjant dostał prosto w pierś. Upadł. Bandyta stanął nad nim i wystrzelił jeszcze raz, dobijając ciężko rannego sierżanta. Z samochodu wyskoczył drugi mężczyzna i obaj rzucili się do ucieczki w kierunku Marszałkowskiej.

W kieszeni sierżanta Łęckiego milicjanci znaleźli dowód osobisty Jerzego Paramonowa. Warszawska ulica zaczęła śpiewać na melodię okupacyjnej piosenki "Siekiera, motyka, piłka, szklanka" o Paramonowie: "Bo Paramonow zabił sierżanta, By z naszej władzy zrobić palanta. Warszawa w kwiatach, Mentownia w strachu, Bo znowu glina poszedł do piachu."

Po opublikowaniu w gazetach jego zdjęcia zaczęli się zgłaszać świadkowie, którzy go rozpoznali. 20 sierpnia 1955 w Międzyborowie, powiat Grodzisk Mazowiecki, Paramonow napadł na sklep Gminnej Spółdzielni. Grożąc bronią, zrabował dziewięć tysięcy złotych. Uciekał pieszo. Po drodze wszedł do obejścia wiejskiego gospodarstwa i grożąc bronią, zabrał rolnikowi rower oraz trzysta złotych.

Sześć dni później w biały dzień wpadł do sklepu przy Powązkowskiej w Warszawie. Po sterroryzowaniu obsługi wziął z kasy tysiąc złotych. Tego samego dnia w restauracji Goplana przy ulicy Stalina we Włochach zrabował około tysiąca stu dwudziestu złotych. Za zrabowane pieniądze bandyci bawili się w nocnych lokalach.

7

Milicja musiała weryfikować legendy

Ich rabunkowy rajd zakończył się 22 września, gdy zastrzelili sierżanta Łęckiego. Tego dnia rozpoczęła się ucieczka. Milicja ustaliła, że drugim bandytą był dwudziestoletni Kazimierz Gaszczyński. Do posterunków rozesłano listy gończe i zdjęcia przestępców. Szukano ich niemal w całym kraju. W Warszawie zaczęły krążyć legendy, że Paramonow ukrywa się, chodząc po mieście w mundurze listonosza z pistoletem w torbie. Milicjanci uwierzyli w to i rewidowali listonoszy.

Według innej opowieści bandyta jeździł po kraju nocnymi pociągami w mundurze kolejarza. Sprawdzano więc kolejarzy i pociągi, dezorganizując ruch kolejowy. Tymczasem uciekinierzy poruszali się głównie pieszo. 25 września w Bobrownikach w powiecie łowickim sterroryzowali bronią pracownika telekomunikacji, zabierając mu rower. Próbowali na nim jechać we dwóch, ale było trudno.

Ostatecznie 1 października wrócili do Warszawy, ale i tu musieli się ukrywać. Zdecydowali, że pierwszą noc przeczekają w stogu siana, na polu na tyłach Warszawskiej Fabryki Motocykli przy Terespolskiej. Około drugiej w nocy dwóch milicjantów, patrolując okolice Dworca Wschodniego, postanowiło sprawdzić to miejsce. Sierżant Henryk Skiba i starszy strzelec Józef Ostrowski zdawali sobie sprawę, że mogą natknąć się na niebezpiecznych bandytów.

W świetle latarek ostrożnie badali teren. Wtedy zauważyli, że jedna ze stert jest naruszona. Po cichu wdrapali się na nią i dostrzegli sylwetki dwóch śpiących mężczyzn. "Ręce do góry!" - wrzasnął Skiba. Ostrowski, nie czekając, zarzucił jednemu z nich na głowę swój płaszcz. Drugi podniósł ręce, bo Skiba trzymał przed sobą wycelowany prosto w niego rewolwer. Milicjant zaczął go przeszukiwać. Znalazł pistolet TT i młotek. Wtedy zrozumiał, że to Paramonow i jego kompan Gaszczyński.

8 Proces Jerzego Paramonowa Proces Jerzego Paramonowa Proces Jerzego Paramonowa, fot. Zdzisław Lubczyński/FORUM

Macie Paramonowa? To jakiś dowcip!

Milicjanci nie mieli nawet kajdanek, więc związali im ręce paskami od swoich płaszczy. Zeszli ze stogu i kazali iść pojmanym przed sobą. Po kilkunastu minutach doszli do Zakładów Mięsnych przy Owsianej. Stamtąd zatelefonowali na komisariat, ale dyżurny odłożył słuchawkę, śmiejąc się, że to doskonały dowcip. Skiba próbował dzwonić się do komendy dzielnicowej, a potem do miejskiej, lecz nie udało mu się uzyskać połączenia.

Sytuacja była bardzo nerwowa. Ostrowski wciąż trzymał w rękach rewolwer wycelowany w bandytów. Skiba ponownie zatelefonował do swojego komisariatu. Wreszcie po kilkunastu minutach na portiernię Zakładów Mięsnych przyjechał taksówką jeszcze jeden milicjant. We trójkę załadowali się do ciasnego samochodu razem z Paramonowem, Gaszczyńskim i kierowcą. Pojechali na posterunek. Dopiero tam zatrzymanym założono kajdanki.

8 listopada o dziesiątej trzydzieści obaj zasiedli na ławie oskarżonych przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie. Rozprawę przewidziano na trzy dni. Toczyła się w trybie doraźnym, bez prawa odwołania się od wyroku. Sala pękała w szwach. Zebrało się sporo recydywistów i różnych przestępców, którzy akurat byli na wolności. Dla nich bandycki duet stał się wzorem do naśladowania...

Wyrok śmierci wykonano 21 listopada o 19.12. O wykonaniu wyroku poinformowała również prasa. A na warszawskiej ulicy wciąż powstawały kolejne zwrotki piosenki: "Na Rakowieckiej jest szubienica, I Paramonow na niej już zwisa. Warszawa cała chodzi w żałobie, Bo Paramonow leży już w grobie."

9 Przemysław Semczuk Przemysław Semczuk Przemysław Semczuk, fot. Wydawnictwo ZNAK

Książka Przemysława Semczuka

Tom zawiera nie tylko najgłośniejsze zbrodnie PRL (zabójstwo syna Bolesława Piaseckiego, sprawa Jerzego Nasierowskiego), ale również mało znane historie złodziei obrazów, szantażystów oraz oczywiście śledztwo dotyczące legendarnej czarnej wołgi i zaginięć dzieci. Pasjonująca lektura!

Przeczytać w niej można też m.in. o ostatnim seryjnym mordercy, którego powieszono w PRL, czyli Pawle Tuchlinie vel Skorpion, a także o zostawiającej tajemniczy podpis ?K-44? grupie złodziei, która w 1957 roku ukradła dla okupu obrazy m.in. Matejki i Kossaka z Muzeum Śląskiego we Wrocławiu.

Autor nakreśla też niezwykły obraz centrum Warszawy z połowy lat 50-tych ubiegłego wieku, w którym strzelaniny, tak jak na Dzikim Zachodzie, nie były niczym niezwykłym.