Mój pierwszy raz: bieg katorżnika

Szuwary, szuwary. Błocko, bagno. Woda, wodorost. Konary, komary. Tu muł, tam dół. I jeszcze musisz za to płacić! Nim osiągnąłem metę inspirowanego komandoskimi egzaminami Biegu Katorżnika, w towarzystwie kleszczy, zaskrońców i żab spędziłem trzy godziny.
Bieg katorżnika Bieg katorżnika fot. Mariusz Kieslich

Jestę katorżnikię

Moja pozycja w firmie i dziennikarskim półświatku jest ustabilizowana - szeregowiec Ryan. Kiedyś byłem nawet motorniczym, szybowałem jak Dedal, wylądowałem jednak bez telemarku. Zasiadłszy za biurkiem działki technologicznej "Logo", zamiatam od lat. Koledzy z redaktorskiej ławy przesiedli się na korporacyjne trony, wysyłają się na wywiady z modnymi kobietami i pięknymi sportowcami, objeżdżają złote fury na Lazurowym.

Surwiwale obskakuje twardziel Zabłot, ale w połowie sierpnia obskakiwał akurat europejskie wakacje. Gdy pojawił się pomysł zrealizowania materiału o Biegu Katorżnika, z braku lepszych - perspektywa wyprawy zardzewiałym nissanem 40 km pod świętą Częstochowę wydała mi się całkiem atrakcyjna. Bieg Katorżnika? Brzmi dumnie. I symptomatycznie. Jestę katorżnikię!

Katorżniczka na mecie Katorżniczka na mecie fot. Sławomir Kamiński

Narodowa obsesja biegowa

Niestety nie lubię biegać, konkurować, pokonywać słabości w imię cholera wie jakich wartości. I kontestuję narodową obsesję biegową. O co chodzi z tymi maratonami, półmaratonami i absurdalnymi "piąteczkami"? Nie można pobiegać po cichu? Trzeba udowadniać sobie i innym? Z medalem, zdjęciami, a przynajmniej trasą treningu wyświetlaną na fejsie via Endomondo? Choć roweruję, nie podpinam się też pod inicjatywę masy krytycznej. Blokowanie połowy miasta na razie nie przyniosło większych efektów. Poza eskalacją konfliktu z kierowcami.

Thriatloniści, o, to co innego! No bo, nie oszukujmy się, biegają ci, którzy nie potrafią pływać, proste. Przebierać nogami umie nawet niemowlę. Porównaj sylwetkę słabego pływaka i świetnego maratończyka, kolego, helou!
Na szczęście Bieg Katorżnika to żaden bieg. Jak napisał mi - zaniepokojonemu swą bardziej dziennikarską niż wyczynową kondycją - Pan Organizator: ?Spoko, to pokonuje się głownie marszem?. No to spoko.

Thriatloniści, o, to co innego! No bo, nie oszukujmy się, biegają ci, którzy nie potrafią pływać, proste. Przebierać nogami umie nawet niemowlę. Porównaj sylwetkę słabego pływaka i świetnego maratończyka, kolego, helou! Na szczęście Bieg Katorżnika to żaden bieg. Jak napisał mi - zaniepokojonemu swą bardziej dziennikarską niż wyczynową kondycją - Pan Organizator: "Spoko, to pokonuje się głownie marszem". No to spoko.

O co biega O co biega fot. Sławomir Kamiński

O co biega

Ani biega, ani nawet maszeruje. Co roku tysiąc wariatów z całej Polski (oraz paru stranieri) płaci po 190-250 zł wpisowego, by przez parę godzin poczłapać w szlamie Polski C. Lepsi na czas, pozostali dla siebie, patrz rozdział wyżej. Trasa ma koło 10 km i dla hecy zmienia się troszkę każdego lata. W tym była ciut dłuższa.

Kwota ma uzasadnienie, uczestnicy dostają koszulki z dziurą wyszarpaną wilkołaczymi pazurami, markowy woreczek-plecaczek i najważniejsze - na mecie czeka dwukilowa podkowa. Wizytówka katorżnika. Zresztą cena nie ma znaczenia, miejsca na bieg mężczyzn kończą się w dniu, w którym zaczynają się zapisy. Serio.

Imprezę organizuje Wojskowy Klub Biegacza na terenie kurortu Silesiana, który widział lepsze czasy. Klimat piknikowo-militarny, rodziny i panowie w moro. ?Biegi? startują co pół godziny. Faceci normalni, faceci specjalni - czyli VIP-y i dziennikarze, potem dziewczyny, drużyny, na koniec znów faceci. Gdy jedni wracają utaplani jak aligator, inni startują nabuzowani niczym Arnold w filmie ?Predator?. I tak od rana do wieczora.

Imprezę organizuje Wojskowy Klub Biegacza na terenie kurortu Silesiana, który widział lepsze czasy. Klimat piknikowo-militarny, rodziny i panowie w moro. "Biegi" startują co pół godziny. Faceci normalni, faceci specjalni - czyli VIP-y i dziennikarze, potem dziewczyny, drużyny, na koniec znów faceci. Gdy jedni wracają utaplani jak aligator, inni startują nabuzowani niczym Arnold w filmie "Predator". I tak od rana do wieczora.

Olimpiada Monty Phredatora Olimpiada Monty Phredatora fot. Sławomir Kamiński

Olimpiada Monty Phredatora

To plan głównego wyścigu. Zabawy zaczynają się jednak dzień wcześniej od Biegu Tyłem. Przepraszam: od Mistrzostw Polski w Biegu Tyłem. Na jedną milę. Brzmi i wygląda śmiesznie, lecz przyjrzeliśmy się zawodom dokładniej, gdyż antysprint przyblokował wyjazd naszego nissna, i nie jest wcale tak wesoło. Ciężko utrzymać kierunek na wstecznym, zawodnicy lądują w krzakach. Uskarżają się też na łydki, które przy takim układzie ciała chyba otrzymują znikome wsparcie od ud. Uzyskane czasy: od 6 do 12 minut.

Poważnie robi się o godz. 22, gdy z Silesiany na pace wywożone zostają prawdziwe hardkory. Za udział w Ucieczce Skazańców skuta aż do rana kajdanami para (najczęściej męsko-męska) płaci 800-1000 zł. Nie do końca rozumiem, o co chodzi, bo pokryte szlamem duety ponownie zobaczyłem dopiero na pomoście sąsiedniego ośrodka wypoczynkowego Posmyk, gdzie wraz z fotografem, operatorem i głośnymi koloniami jedliśmy... śniadanie.

Zatem cytuję oficjałkę: "Uwięzieni zostają poddani próbom i sprawdzianom na wzór ćwiczeń SERE (skrót od angielskich wyrazów: Survival - przetrwanie, Evasion - unikanie, Resistance - opór, oraz Escape - ucieczka)". Szukaj "Ucieczka Skazańców" na YouTube. Worki na głowach, męczarnie psychiczne w sali przesłuchań, nad ranem jeszcze 10 km trasą solowych katorżników. Sidney Poitier i Tony Curtis zmykają z Guantanamo przez Klewki!

Prawie jak Rocky Prawie jak Rocky fot. Sławomir Kamiński

Prawie jak Rocky

Ranek. Po zjedzeniu gotowanej kiełbasy (plus słodka herbatka z dzbana, kawy brak) udajemy się do epicentrum wydarzeń. Tu do startu gotują się Mikro (4-8 lat), Mini (9-12) i Mali (aż do osiemnastki) Katorżnicy. Do pokonania mają trochę błocka i całkiem dorosły tor przeszkód, m.in. z drutem kolczastym, pod którym będę musiał się przeczołgać i ja. Choć nie jestem z tego dumny, widok umorusanych krasnali, często wspieranych nie tylko psychicznie przez rodziców, uznaję za przesłodki. Dlaczego na mnie mama krzyczała, że wracam utytłany? Przecież były pollena 2000 i cocolino!

Bachory jednym, konkurencję mierzę bacznie drugim okiem. Najbaczniej, oczywiście, dziewczyny, których w roli zawodniczek stawiła się prawie setka. Jak się okaże, 16 będzie miało lepsze czasy niż ja (dwie zdecydowanie nie młodsze), a mokry T-shirt, już bez zaskoczenia, zdecydowanie lepiej wygląda na jędrnej piersi. Wiecie, walki w błocie... Gdyby nie smutny fakt, że nie umiem gotować, musiałbym stwierdzić, że to moje miejsce jest w kuchni.

Dieta nie była najmocniejszym punktem mych żałosnych przygotowań. Stołówka pracownicza karmi jak karmi, najtańsze są mielone, czasem dla zmyłki zwane pożarskimi, redaktora zamiatającego z kredytem i nastoletnim nissanem na głowie nie stać na homary ze szparagami. Poza tym wieczorami hołduję dziennikarskiej tradycji zapisanej złotymi zgłoskami w ?Weselu? Wyspiańskiego (w sumie Smarzowskiego też). Za to poranki, nie ma ?to tamto?. Odstawiłem basen na rzecz joggingu. Pięć kilosów, siedem, dyszka. Tempo lekkopółśrednie, do przodu, lecz ciężko być optymistą. Bagien koło domu nie mam. Zresztą co się będę syfił w stolicy, jestem reprezentantem poważanego miesięcznika lifestyle?owego, trzy razy byłem w Vegas i raz w Monako!

Dieta nie była najmocniejszym punktem mych żałosnych przygotowań. Stołówka pracownicza karmi jak karmi, najtańsze są mielone, czasem dla zmyłki zwane pożarskimi, redaktora zamiatającego z kredytem i nastoletnim nissanem na głowie nie stać na homary ze szparagami. Poza tym wieczorami hołduję dziennikarskiej tradycji zapisanej złotymi zgłoskami w "Weselu" Wyspiańskiego (w sumie Smarzowskiego też).

Za to poranki, nie ma "to tamto". Odstawiłem basen na rzecz joggingu. Pięć kilosów, siedem, dyszka. Tempo lekkopółśrednie, do przodu, lecz ciężko być optymistą. Bagien koło domu nie mam. Zresztą co się będę syfił w stolicy, jestem reprezentantem poważanego miesięcznika lifestyle'owego, trzy razy byłem w Vegas i raz w Monako!

Ostatni batonik redaktora Ostatni batonik redaktora fot. Sławomir Kamiński

Ostatni batonik redaktora

Naczytałem się internetów. Radzono wziąć ochraniacze na golenie (ukryte badyle) i taśmę do sklejenia ich z nogami, a nóg - z butami (coby tenisówki w mule nie zostały). Wyniosłem z firmy taśmę burą do paczek, zawodnicy oczywiście elegancko obwiązywali się srebrną, lśniącą w słońcu, uszczelniającą. Wielu podeszło do sprawy jednak na luzie, po prostu T-shirt, krótkie spodenki, na nogach cokolwiek - co wyląduje na słynnym katorżniczym stosie obuwia zużytego.

Ja pożyczyłem od Zabłota, wiecznie niedoszłego maratończyka, seksowne rajstopy biegacza, licząc, że uchronią przed pijawkami i kleszczami (słusznie), świadomie ujmując sobie wątpliwego męstwa. Na górę - z tych samych powodów - długi rękaw, łapówkowy polartec wyniesiony po równie ekskluzywnym wyjeździe w jurajskie skałki.

Obuwie, zgodnie z poradą, jakiej udzielił namolny lokales ośrodka wczasowego podczas nasiadówy wieczoru uprzedniego, eks-katorżnik, jak najlżejsze. Wbrew pierwotnym założeniom na straty skazuję liche trampki, nie grubaśne obuwie DC. Stopy obklejam ciasno, à la chińska dama, wypijam izotonik, zjadam banana i batonik. Fastryguję GoPro do klatki. Siadam na pomoście startowym. Jeziorostaw Pomyk nie wygląda ciekawie, pani z ośrodka odradzała kąpiel dla relaksu. Nie wiem, co tu robią koloniści między śniadaniem a kolacją. Skaczemy za chwilkę.

Ludzka stonoga Ludzka stonoga fot. Sławomir Kamiński

Ludzka stonoga

Rywalizuję w stawce z żurnalistami i "VIP-ami". Pierwsza transza 160 samców zwyczajnych przebija szlak od pół godziny. U mnie kilkadziesiąt osób, także kobiety. Bryluje facet, który będzie biegł po raz enty. Generalnie wśród zawodników łatwiej o weterana niż prawiczka - bagno Katorżnika wciąga na lata. To dziewiąta edycja, on zaliczył kilka. I wyjaśnia, że tworzymy wagonik, tak będzie łatwiej przebić się przez sięgającą po piersi wodę, z którą zmierzymy się na pierwszym kilometrze. Odliczamy z wodzirejem: dziesięć, sześć, trzy, dwa, jeden. Hop.

Ląduję za plecami eksperta, na drugiej pozycji. Na dzień dobry nie ma rywalizacji, tylko współpraca w dążeniu ku wspólnemu celowi, jak za słusznie minionych lat. Nie pcham się, sportowe ambicje zostawiłem na orliku. To inni pchają mnie. Ludzka stonoga brnie pod równoległą do startowej część pomostu, potem dalej w wodę, machając milionom kibiców i fotoreporterów. Na autografy jeszcze przyjdzie pora.

Indywidualiści, którzy próbują płynąć, szybko wracają do wężyka. Tak rzeczywiście jest łatwiej, ubranie za bardzo ciąży, by wyprzedzić kraulem kuriozalne perpetuum mobile. Po prawej trzciny - i moi koledzy, dokumentujący mokrą hucpę. Po lewej wyprzedza nas zaskroniec, wyskakuję z szeregu, by złapać go w kadrze. Co i rusz włączam i wyłączam kamerkę, bo widzę, że z baterią nietęgo. Chyba nie zgasiłem ekraniku, lecz nie mam czasu na takie pierdoły.

Robi się płycej, ktoś kogoś podnosi i pomaga, inny niechcący kopie bądź jest kopany. Gdy wchodzimy w mulistą rzeczkę, lambada ma już tylko niewygodny aspekt erotyczny, więc rozłażą się nogi stonogi. Mimo superpogody i supergaci zaczyna być mi zimno tu i ówdzie. A wyziębienie jest najczęstszym powodem wycofania się nieszczęśnika z wyścigu. W tym roku ten los spotkał trzy osoby - i ja nie byłem jedną z nich!

Najpierw w trosce o klejnoty, potem jako efekt tzw. berserku profesjonalnego zwierzęcia błotnego, zaczynam przyspieszać. Mój wewnętrzny Forrest Gump to mija konkurenta - w związku z szerokością trasy jest to bardzo trudne, trzeba trąbić: "Przepraszam, wyprzedzam" - to przewraca się. To musi przejść betonowym kanałem, to pod jakąś rurą - rzadko, bo tereny wokół dzikie. Pobliskie chałupy, które wkrótce znikną, straszą. Wiem, bo zwiedzałem teren poprzedniego wieczoru. Doszedłem aż do końca cywilizacji. Tak jak teraz.

Samotność długodystansowca Samotność długodystansowca fot. Sławomir Kamiński

Samotność długodystansowca

Odbijam od lądu, w lewo, ku nicości. Przyspieszam, po co zwalniać. Wkraczając na polder - tak kawałek wody zwanej Kokotek II, zarośnięty wysokim zielskiem, określają organizatorzy - jestem już sam. Samotność długodystansowca. Buszujący w zbożu. Z popkulturowych cytatów najbardziej pasują tu Püdelsi i "Szuwary". Pamiętam tylko refren, idzie mniej więcej, a nawet dokładnie, tak: "Szuwary, szuwary. Szuwary, szuwary. Szuwary, szuwary. Szuwary, szuwary".

Za mną dobra godzina marszochodu, kolejne 30 minut spędzę sam jak debil wśród jakiegoś wodolubnego zboża. Boże, zboże. Czy oby na pewno nie zgubiłem trasy? Chyba nie, przecież idę między czerwono-białymi taśmami. Na szczęście żelazny uścisk taśmy, z powodu którego nie tyle nie mogłem ruszać stopami, co wręcz zatamowałem im dopływ zbawiennej krwi, zelżał.

Kiedy byłem w pobliżu lądu, rozważałem postój w celu rozluźnienia konstrukcji, teraz byłoby to niemożliwe. A jakby coś mi się stało? Lub innemu zawodnikowi. Przecież tędy pobiegną 50-letnie damy, z jedną śniadałem w stołówce! Gdzie karetki, motorówki, poduszkowce-zbożołamacze?

Mapka terenu Mapka terenu grafika Tomas Mayer

Idę czy nie idę

Doganiam maruderów z pierwszej grupy, jak się okaże - to połowa trasy. Przepływam między nimi a zielskiem, bo robi się grząsko. Najgorsze błocko dopada katorżników na lądzie. Subtelnie mówi "dzień dobry" tam, gdzie na mapce "teren zmienny". Czyli kanał ociekowy, las, szuwary, szuwary, no i błocko. Jest lepiej, bo zaczyna się lekki cross. I gorzej, bo zaczynają się też mokradła.

Gdy widzisz przed sobą brunatną maź, nie masz pewności, czy to kałuża o głębokości 5 cm czy 1,5 m. Przy takiej pułapce zasiadł fotograf, którego zdjęcie otwiera materiał (dziękujemy, Panie Mariuszu!). Tam było z półtora metra. Moje GoPro dawno poszło spać, szkoda, widowisko na miarę otwarcia igrzysk olimpijskich. Jeszcze gorszą konsystencję niż świńskie jacuzzi mają korzenie, które zamiast ssać spokojnie pod ziemią - przebijają się złośliwie do tych chlupadeł.

Nagolenniki sprawdzają się nieźle, piszczele nieuszkodzone - a do tego trzymają buty, bo wziąłem model chroniący również kostkę, zaś gumą naciągnąłem nie na stopę, lecz podeszwę. Kolana mam jednak konkretnie poobijane. Przez kolejne pół godziny już tylko błocko i stumilowy las. Po błocku nie pobiegniesz, no bo jak. Po lesie co najwyżej podbiegniesz, bo patriotyczne taśmy pociągnięto wąsko, a gdy tylko natura na to pozwoliła, kazano nam przeciskać się między konarami.

Przy dróżce pojawiają się kibice, czasem nawet przybiją piątkę. Jest wreszcie stanowisko organizatorów, dostajemy wodę.

Trasa wiedzie z powrotem do jeziora, przez pomościk, na który trzeba wspiąć się po wiszącej drewnianej "drabinie". Jeszcze nie finałowy, chyba przy moim ośrodku Posmyk. Ktoś pyta, czy to już grupa VIP-ów (fioletowe numerki, u mnie na plecach), sugerując, że jestem pierwszy. Wiem, że to niemożliwe, lecz gdzieś tam, wiadomo... A może? Tyle wyprzedzańska...

Skok do wody, chlup, chlip, i do lasu. Tu już przełaj. Pędzę jak z tym tekstem, dwu-, trzyosobowe tłumy wiwatują, wiem, że za chwilę tor przeszkód i upragniona meta.

Jest i Silesiana, backstage. Zaczyna się przeprawą przez pustostan, ten lepszych czasów nawet nie pamięta. Potem za nisko - jak na człowieka z GoPro na klacie - powieszony drut, pod którym trzeba się przeczołgać. Jakiś kibic uprzejmie lekko unosi kolczastą pułapkę. Jeszcze oponki, betonowy walec, pomost i finał, finał, proszę państwa!

Bieg katorżnika Bieg katorżnika fot. Mariusz Kieslich

Sukces połowiczny, jestem halfcorem

2:50:47, osiąg maratoński! Tylko dystans czterokrotnie krótszy, kilometr sprintowałem w 16:44...

Na szyi ląduje podkowiszcze ze srebrną inkrustacją - dla tych, co w pierwszej dziesiątce (danego biegu, oczywiście). Idę się popluskać. Srebro szybko obraca się w brąz - pan wręczył mi podkówkę przez pomyłkę. Byłem 13. wśród VIP-ów i dziennikarzy. Piąty wśród samych żurnalistów, przegoniłem "Przegląd Piekarski" i "Tygodnik Gwarek". Oraz 364 innych uczestników. Przede mną było 336 osób. Jestem w połowie stawki. Najlepsi okazali się szybsi o niecałą godzinkę, godzinkę po mnie przybiegali ci mocno wolniejsi. Czyli uplasowałem się w połowie stawki, w połowie czasu. Nie jestem hardkorem. Jestem halfcorem.

Raport organizatorów z tegorocznej edycji: skręcone staw kolanowy i skokowy, cztery rany do szycia, trzy wyziębienia, pięć razy omdlenia, 10 wyciągniętych kleszczy, dwie pary oczu do przemycia, 20 stłuczonych kolan (swojego nie liczę, to dane oficjalne), 150 ran i otarć do przemycia. Czyli strach ma wielkie oczy, a z dużej chmury mały krwi deszcz. Skoro ja dałem radę, każdy da radę.

Za rok jubileuszowa edycja. Znów trzy tony podków zostaną wykute. Na zapisy pewnie będzie jeden dzień - w połowie stycznia. Aha, nie to, że się lansuję, ale profilówkę i fejsowe zdjęcie w tle oczywiście zmieniłem.

Więcej o:
Komentarze (10)
Mój pierwszy raz: bieg katorżnika
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: idiokracja atakuje

    Oceniono 22 razy 8

    widzę, że moda na gloryfikowanie upośledzenia umysłowego (jestę katorżnikię) dotarła do LOGO

    lemingi się cieszą - nareszcie logo się dostosowało do ich poziomu

  • Gość: Podpisz się

    Oceniono 1 raz 1

    Dziwnie to pisane. Nic nie zrozumiałam..

  • Gość: wojdec

    0

    Bieg katorżnika to nie przelewki - mój 37 letni znajomy zmarł na atak serca w trakcie tego typu "rozrywki"

  • Gość: dawca

    Oceniono 6 razy 0

    3h katorznik to chyba tylem. Do do tytułu w gw jak ci się znudził maraton zapobiegnie katorznika uważam że katorznik jest o wiele łatwiejszym biegiem. Jak ktoś chce coś mocniejszego to zapraszam w góry albo na jakieś ultra

  • Gość: michał

    Oceniono 6 razy 0

    biegłem -fajnie ;-)

  • Gość: c

    Oceniono 1 raz -1

    Autoplay OFF tak na początek, dalej nie zaglądałem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX