Podróże: Hongkong w siedmiu aktach

Na targu rybnym mogłem zjeść coś, co wyglądało jak krewetka wielkości pstrąga i miało 30 par nóg. Nie dałem rady. Hongkong oszałamia turystę nawet bez dziwnych stworzeń na talerzu. Podobno Hongkong to miasto, w którym Wschód spotyka się z Zachodem. Ale jest trochę tak, że turysta z Europy jest zainteresowany chińskim Hongkongiem, ale chiński Hongkong ma go w głębokim poważaniu. Co to więc za spotkanie?
Akt 1. Chińskie miasto Akt 1. Chińskie miasto fot. Rafał Meszka

Akt 1. Chińskie miasto

Nathan Road to Hongkong w pigułce. To główna ulica w dzielnicy Koulun, w kontynentalnej części miasta. Od strony cieśniny wygląda tak, jak turyści jeszcze przed przyjazdem wyobrażają sobie Hongkong. Jest kosmopolitycznie, różnorodnie, energetycznie. Taki warszawski Nowy Świat, tylko że w skali makro.

Ale tak jest tylko na krótkim odcinku. Dwie stacje metra dalej Nathan Road staje się chińska. Z kawiarni i restauracji znikają menu w języku angielskim, z ulicy znikają Europejczycy, z wystaw sklepowych znikają marki znane turyście, a zaczynają go otaczać chińskie znaki i pranie na balkonach.

Podobnie jest w całym mieście. Centrum to dzielnica biznesowa, pełna szklanych wieżowców. Ale wystarczy przejść kilkaset metrów, zejść z głównej drogi w boczną uliczkę i ten Zachód znika. Znikają też turyści, oprócz garstki zapaleńców, którzy chcą poznać "prawdziwy Hongkong". Ale to fikcja. Prawdziwy Hongkong nie dba o turystów, tylko żyje swoim życiem.

Mało kto mówi po angielsku. Chcesz coś zjeść? Pokaż palcem. Chcesz zrobić zdjęcie? Spodziewaj się protestów, mało kto chce dać się sfotografować. Czujesz, że jesteś niechcianym gościem.

Akt 2. Hongkong jest wysoki Akt 2. Hongkong jest wysoki fot. Rafał Meszka

Akt 2. Hongkong jest wysoki

15-piętrowe budynki wyglądają na niskie. Zapewne też długo nie postoją, bo w mieście ceny gruntów są horrendalnie wysokie. Starsze, niskie bloki są wyburzane i na ich miejscu powstają nowe wieżowce. Wieżowce to zresztą chyba nieodpowiednie słowo. Domy mają zadziwiającą liczbę pięter - 80, 90. Ale w obrysie - małe. Często jest tak, że pierwszych kilka pięter jest wspólnych dla kilku budynków. W tej części wspólnej są kawiarnie, restauracje, centra handlowe, zejście do stacji metra. Dlatego wokół nich na ulicach nie ma żywej duszy. Wszyscy są w środku.

Mój hotel był właśnie w takim kompleksie. Wyjście z niego na ulicę zajmowało prawie pół godziny. Trzeba było przejść przez centrum handlowe, wyjść na estakadę, którą dopiero można było przejść na zewnętrzny chodnik. Bezpośrednio pod wejś- cie do hotelu można było tylko podjechać samochodem. Kiedy wracałem, to po prostu przed kompleksem brałem taksówkę i zamiast 30 minut krążyć po centrum handlowym, podjeżdżałem pod hotel. Szybko i tanio.

Z powodu cen gruntu w Hongkongu nie ma też właściwie zabytków. To znaczy jest kilka starych świątyń, ale jak na siedmiomilionową aglomerację niewiele. Ale, co zaskakujące, jest dużo parków. Czasami małych, lecz zawsze gdzieś widać kawałek zieleni. No i boiska - do koszykówki, do piłki nożnej - jak na miasto, w którym ziemia jest taka droga, to dziwne.

Ogromne wrażenie zrobiły na mnie rusztowania. Wszystkie bambusowe, a niekiedy sięgały do 50. piętra. Ja bym nigdy nie zaryzykował wejścia na taką konstrukcję.

Akt 3. Smartfony i maseczki Akt 3. Smartfony i maseczki fot. Rafał Meszka

Akt 3. Smartfony i maseczki

Siedem milionów ludzi, niewielka przestrzeń, a na ulicach tego nie czuć. W pobliżu dzielnic biznesowych w ogóle jest pusto, bo ludzie chodzą po częściach wspólnych budynków. A gdzie indziej, owszem, jest dużo ludzi, ale nikt nikogo nie popycha, nie czuć pędu. Można sobie spokojnie spacerować. Główne ulice są szerokie, ale 10 metrów od nich zaczyna się świat wąskich uliczek, warsztatów, rzeźni, kuchni czy pralni.

Mimo że Hongkong jest jedną z finansowych stolic świata, to na ulicy nie widać ludzi w garniturach. Wieczorem, w dzielnicach, powiedzmy, europejskich - czasami są, lecz większość przechodniów wygląda normalnie. Natomiast wszyscy, niezależnie od stroju, mają smartfony. Ludzie idą, siedzą w autobusie, na kawie i gapią się w ekrany. Czytają, grają, sprawdzają maile. Narzekamy, że Polacy nie rozstają się z komórkami, ale w Hongkongu to jakby zupełnie inna cywilizacja.

Inaczej jest też z knajpkami. W ciągu dnia nie ma stolików na ulicach. Chcesz wypić kawę albo coś zjeść - musisz wejść do środka. Dopiero wieczorem knajpki wychodzą na ulicę. Ale nie wszędzie, są po prostu miejsca, w których jest pełno stolików, a uliczkę dalej - pusto.

Można spotkać ludzi z maseczkami na twarzy. Ale oni nie boją się smogu, tylko są przeziębieni. Tak nam tłumaczyli gospodarze - kiepsko się czujesz, zakładasz maseczkę, żeby nikogo nie zarazić.

W bardzo wielu miejscach nie można palić, o dziwo - również w parkach.

Akt 4. Kupić, nie kupić, potargować warto Akt 4. Kupić, nie kupić, potargować warto fot. Rafał Meszka

Akt 4. Kupić, nie kupić, potargować warto

Targowiska są wszędzie i można kupić na nich dosłownie wszystko. Zaskakująca sprawa - co kilka godzin zmieniają się sprzedawcy i towary. Idziesz rano - targ warzywny, po południu - ubrania, ale raczej dla mieszkańców, normalne ciuchy, białych tam nie uświadczysz. A wieczorem otwierają się stragany z tandetą dla turystów: etui na telefony, zawieszki, koszulki "I love Hongkong". Kolega poprosił mnie o magnes na lodówkę. Wracając wieczorem do hotelu, przechodziłem przez targ i zobaczyłem pamiątki. Śpieszyłem się, więc tylko zapamiętałem miejsce i wróciłem tam następnego dnia po południu. A tu niespodzianka: warzywa i owoce. No i magnesu kolega nie dostał.

W dzielnicy Tai Po byłem na targowisku z elektroniką. Taki lokalny Wolumen [potoczna nazwa warszawskiej giełdy elektronicznej - red.]. Naprawdę duże, zajmowało ze cztery ulice. I można było na nim znaleźć dosłownie wszystko: używane smartfony, zegarki, części elektroniczne, sprzęt firm, o których w Europie nikt nie słyszał.

Bo najciekawsze są właśnie targowiska, na które nie trafiają turyści, tam można znaleźć przedziwne rzeczy. W niektórych miejscach wieczorami pojawiają się nawet uliczne seks shopy.

Wszędzie jest czysto. Pewnie, że na targu rybnym potwornie śmierdzi, ale jest zaskakująco czysto.

Akt 5. Zgadnij, co jesz Akt 5. Zgadnij, co jesz fot. Rafał Meszka

Akt 5. Zgadnij, co jesz

Jedzenie jest piekielnie ostre. Wszędzie. Raz wszedłem do restauracji, ewidentnie dla Europejczyków, bo menu było po angielsku, a obsługa też znała ten język. Zamówiłem zupę. Szczerze powiem, że ledwo udało mi się to zjeść. Płakałem, popijałem wodą, smarkałem z bólu. Było ciężko.

W knajpkach, które nie są nastawione na turystów, menu jest tylko po chińsku i nikt nie mówi po angielsku. Zresztą nawet nie za bardzo starają się turyście pomóc. Pokazujesz palcem i modlisz się, by to, co wybrałeś, było smaczne. Bawiło mnie, że co druga taka restauracyjka ma w nazwie "the spicy crab".

Uliczne bistra otwierają się dopiero wieczorem. Wtedy jest w czym wybierać. Ale wcześniej trzeba się trochę nachodzić, żeby znaleźć knajpkę. Oczywiście w centrach handlowych są restauracje, lecz tam trudno o lokalne jedzenie. Co ciekawe, jest mało fast foodów. Są, ale nie rzucają się w oczy.

Na targach rybnych przy każdym straganie jest minirestauracja. Wygląda jak rodem z trzeciego świata, jednak można zjeść świeżutkie ryby i owoce morza. I dziwne stworzenia. Widziałem takie wyrośnięte krewetki wielkości pstrąga, z 30 nogami... Nie zdecydowałem się. Zresztą o 1/3 stworzeń w ogóle nie wiedziałem, że istnieją, a o połowie - nie podejrzewałem, że są jadalne. Ale jak ktoś lubi eksperymenty kulinarne, to taki targ jest rajem.

Akt 6. Hazard na skwerach Akt 6. Hazard na skwerach fot. Rafał Meszka

Akt 6. Hazard na skwerach

Hongkong to wielka metropolia, żyje 24 godziny na dobę, ale trzeba wiedzieć, gdzie żyje, o której porze. Dokładnie tak samo jak z targowiskami. Przed południem w jednym miejscu miasto tętni życiem, ale wieczorem w tym samym miejscu jest pusto. Kilka przecznic dalej za to są knajpy z jedzeniem i bary. Czasami o drugiej w nocy z metra wysypuje się większy tłum niż w Warszawie w godzinach szczytu.

Teoretycznie można pić na ulicy, ale w ciągu dnia robią to tylko menele. Wieczorem za to można spotkać ludzi z butelkami. Czasami butelkami dobrego wina. Byłem na piwie w eleganckim barze dla Europejczyków (wiadomo, że dla Europejczyków, bo ceny zaporowe, kilka razy wyższe niż w lokalnych knajpach). A pod drzwiami usiadł Chińczyk z kilkoma flaszkami. Otwierał, degustował, komentował trunki, rozmawiał z ochroniarzami. Nikt go nie wyganiał, a wina wyglądały na takie z ciut wyższej półki.

W dzień można spotkać starszych ludzi, którzy po prostu siedzą. Po prostu siadają, często w ruchliwych punktach miasta, i przez kwadrans patrzą w jeden punkt. Potem wstają i idą dalej. Niezwykły widok.

A w parkach i na skwerkach kwitną gry na pieniądze. Gry, których ja nie znam, ale są tam zawodowcy, którzy siedzą całymi dniami przed planszami. Widać, że to ich praca. Można się przysiąść i zagrać. Ale wszyscy, nawet amatorzy, grają na pieniądze.

Akt 7. Metro kontra korki Akt 7. Metro kontra korki fot. Rafał Meszka

Akt 7. Metro kontra korki

Jeżdżenie samochodem po Hongkongu nie ma sensu. Wszędzie są korki. Aż się dziwiłem, że komukolwiek chce się wsiadać do samochodu, żeby w nich stać. Tym bardziej że w mieście właściwie wszędzie można dojechać metrem. I wszędzie, nawet w dzielnicach, które omijają turyści, wszystkie opisy są również po angielsku. Bilet kosztuje w przeliczeniu 50 groszy.

Jeśli komuś się nie spieszy, to z wyspy na kontynent można przepłynąć promem (80 gr). Chwila relaksu i piękne widoki na drapacze chmur. Na wyspie Hongkong jeżdżą dwupiętrowe stare tramwaje. Wokół szkło i stal, hipernowoczesność, a w tramwajach drewniane krzesełka, motorniczy siedzi za wielką metalową wajchą, czyste lata 60.

Są też piętrowe autobusy. Na przystankach stoi się w kolejce do wejścia, nikt się nie przepycha. Te przystanki bardzo często są połączone tylko schodami z estakadą do wspólnej przestrzeni pod budynkami, ale nie ma chodnika wzdłuż ulicy. W pobliżu siedzib banków i największych korporacji te estakady są klimatyzowane. A wszystkie są zadaszone, bo w Hongkongu trzeba być przygotowanym na przelotne deszcze.

Warto korzystać z taksówek, chociażby po to, żeby nie przebijać się piechotą przez centra handlowe w drodze do hotelu. Trzaśnięcie drzwiami kosztuje 20 dolarów hongkońskich (ok. 8 zł). Taksówkarze są bardzo mili, nie denerwują się na krótkie kursy. Nawet jeśli nie mówili po angielsku, to łączyli się z centralą i było tłumaczenie.

Hongkong: rady praktyczne Hongkong: rady praktyczne fot. Logo

Rady praktyczne

Jak dolecieć

Najłatwiej z Warszawy liniami Emirates lub Qatar Airways (z przesiadką w Dubaju lub Dosze) - za ok. 2,6-2,9 tys. zł. Można też Lufthansą (przesiadka we Frank- furcie, liniami KLM (z przesiadką w Amsterdamie), liniami Cathay Pacific (z londyńskiego Heathrow, do Londynu lata m.in. LOT i British Airways). Te połączenia kosztują między 3 a 3,6 tys. zł.

Warto zobaczyć

Żelaznym punktem dla turystów jest Wzgórze Wiktorii na wyspie Hongkong, z którego rozpościera się wspaniały widok na kontynentalną część miasta. Na szczyt można wjechać zabytkową kolejką. Największy tłok panuje przed zachodem słońca, bo wtedy można zrobić najbardziej pocztówkowe zdjęcia. W kolejce do kolejki trzeba odczekać około dwóch godzin. Taksówka kosztuje tyle samo, a jest się na górze po kwadransie. Ale kolejka sama w sobie jest atrakcją, wybór należy do ciebie.

Warto pojechać na wyspę Lamma, na której nie ma wysokiej zabudowy i samochodów. Jest za to dzika przyroda, czyste plaże oraz rybacy. Miła odskocznia od wielkiego miasta. Za to w dzielnicy Aberdeen można obejrzeć luksusowe mariny i odwiedzić pływające restauracje - lans á la Hongkong.

W dzielnicy Koulun warto pójść do świątyni Tin Hau, bogini ludzi morza. Widowiskowe są również w Hongkongu obchody chińskiego Nowego Roku - w 2014 r. wypada on 31 stycznia.

Ceny

Walutą jest dolar hongkoński (1 HKD = 0,40 zł). Przykładowe ceny: jedzenie na ulicy 10-35 HKD, piwo 8 HKD, taksówka (trzaśnięcie drzwiami) 20 HKD, noclegi od ok. 350 HKD (jedynka w hostelu), plan miasta 3 HKD, masaż 200 HKD, prom na wyspę Lamma 17 HKD. W całym mieście są oczywiście bankomaty.

Klimat

Hongkong ma cztery pory roku. Zima (grudzień, styczeń, luty) jest sucha, temperatura: 15-19 st. Rekord zimna to 0 st. Wiosna jest ciepła i deszczowa, lato - gorące, temperatura ponad 30 st. w dzień. Plus wysoka wilgotność i przelotne, ale gwałtowne burze. Jesień jest prawie tak samo ciepła, lecz mniej wilgotna i bardzo słoneczna. To najlepszy czas, by odwiedzić Hongkong.

Więcej o:
Komentarze (27)
Podróże: Hongkong w siedmiu aktach
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • bart9999

    Oceniono 59 razy 31

    "Taki warszawski Nowy Świat, tylko że w skali makro." A Times Square to taki Plac Zamkowy, tylko że w skali makro. Litości!!! Poziom zaściankowego, małomiasteczkowego licealisty... Niestety.

  • nazwa_niepoprawna

    Oceniono 52 razy 24

    "Jest kosmopolitycznie, różnorodnie, energetycznie. Taki warszawski Nowy Świat, tylko że w skali makro"

    Padłem.

    Oklepane treści w tym fotoplastikonie. Nic nowego. Spłodzić to można bez wychodzenia z domu.

  • radeberger

    Oceniono 33 razy 21

    Na targach rybnych przy każdym straganie jest minirestauracja. Wygląda jak rodem z trzeciego świata, jednak można zjeść świeżutkie ryby i owoce morza. I dziwne stworzenia. Widziałem takie wyrośnięte krewetki wielkości pstrąga, z 30 nogami... Nie zdecydowałem się. Zresztą o 1/3 stworzeń w ogóle nie wiedziałem, że istnieją, a o połowie - nie podejrzewałem, że są jadalne. Ale jak ktoś lubi eksperymenty kulinarne, to taki targ jest rajem.

    To właśnie w tych restauracjach "3go świata" można spróbować prawdziwie lokalnej kuchni, a nie kolorowej papki bez smaku, przygotowywanej dla turystów. Nie mówiąc już o tym, że owe bary z ceratą na stole i plastikowymi krzesełkami są zazwyczaj 5-6x tańsze od wspomnianych turystycznych żarłodajni.
    Jak się chce schabowego lub obiadek od mamusi -to się panie redaktorze zostaje w domu.

  • sugarka

    Oceniono 11 razy 11

    Panowie, swietne zdjecia. No, ale z tekstem I faktami to troche ''po lebkach'', co? Nie bede wytykala nierzetelnosci, bo nie o to chodzi, ale mogliscie sie troszke bardziej przlozyc ;) Gratuluje percepcji, ze HK nie jest zatloczony w godzinach szczytu. Celem zweryfikowania polecam jazde metrem w kierunku Central ok 8 I 18 ;)

  • paseo

    Oceniono 12 razy 8

    "Taki warszawski Nowy Swiat "......ludzie,kto was dopuscil do pisania .Nie moge sie powstrzymac,zeby nie napisac,choc inni juz wstawili.
    A co do jedzenia.....jesli sadzisz,ze jak pokazesz palcem,to napewno bedzie to jadalne i smaczne,to sie grubo mylisz.

  • mariuszf_m

    Oceniono 10 razy 6

    Z racji ze pracuje i mieszkam w roznych czesciach swiata, rowniez mieszkalem HK, prosze o prace jako reporter:). Moge napisac, i( przyprawic zdjeciami) podobnej klasy reportaz o praktycznie kazdym wiekszym i srednim miescie Azjatycki: ) Pozdrawiam Mariusz.

  • saulgoodman

    Oceniono 16 razy 4

    Całkiem do rzeczy artykuł na LOGO? Świat się kończy...
    Bardzo podoba mi się takie rzeczowe podejście - przydatne informacje, spostrzeżenia na temat różnic. Krótko i na temat. Tylko zdjęcia przekombinowane.

  • hieronimblue

    Oceniono 20 razy 4

    Nie mogl Pan tych wiezowcow, ktore Pan fotografowal nieco ''wyprostowac''? Przeciez one leza niemalze ''na plecach''. Zrobil Pan troche HDR toning a nie potrafil Pan skorygowac perspektywy? Troche wstyd zamieszczac takie fotografie jako ilustracje do reportazu. Inna kwestia jest to, kto zezwolil na zamieszczenie takich zdjec.Nie macie w Gazecie osoby,ktora bylaby za to odpowiedzailna?

  • muminos1975

    Oceniono 3 razy 3

    bardzo przyjemny artykuł na ciemny i zimny początek tygodnia

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX