Jawa: w królestwie bakso, żółwi i wulkanów

w Indonezji nie ma śniadań, kolacji czy podwieczorków. Są tylko obiady jedzone o takich porach. Mnie przypadło do gustu bakso soto - przysmak Baracka Obamy. No to jadłem. Bakso rano, bakso w południe I bakso wieczorem.
Jawa Jawa fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

Mam zajawę na Jawę

Oh, nooo - pada z ust wyraźnie zmartwionego Ediego, naszego jawajskiego przewodnika i przyjaciela. W ciągu najbliższych 48 godzin będziemy to "oh, nooo" słyszeć przynajmniej siedem razy. W zależności od kontekstu będzie oznaczało: "kurde, brak wolnego pokoju, bo nie zadzwoniłem do hotelu"; "złapałem gumę"; "złapałem gumę po raz drugi" albo "niemożliwe, znów złapałem gumę".

Wystarczy chcieć

Z tym Edim to było tak - dzień wcześniej trafiliśmy do Jember, sporego miasta we wschodniej części Jawy. Szukaliśmy kogoś, kto zawiózłby nas nazajutrz  do odległego o 130 km Sukamade w parku narodowym Meru Betiri. Rzekomo można tam trafić transportem publicznym, ale a) trzeba wyruszyć z Jember przed 6 rano; b) nie ma gwarancji, że się uda; c) na końcu drogę przecinają trzy rzeki.

My woleliśmy więc skorzystać z innego sposobu - wynajęcia dżipa z kierowcą. Po różnych perypetiach, które obejmowały m.in. proszony podwieczorek w zakładzie krawieckim, trafiliśmy do Alfina, właściciela lokalnej Travel Agency. Alfin nie miał dżipa, nie mówił po angielsku i kompletnie nie znał miejsca, do którego chcieliśmy jechać. Ale bardzo chciał. Bardzo.

Wypożyczył od kogoś auto. Wypożyczył też Ediego, który znakomicie znał angielski i był kiedyś w Meru Betiri. Ba!, gdzie on nie był... Zaproszeni do jego domu, zostaliśmy zmuszeni do oglądania albumów ze zdjęciami. Edi i opera w Sydney. Edi i Maneken Pis. Edi i most Golden Gate. Edi i Góra Stołowa w Kapsztadzie. Zaczęliśmy podejrzewać, że Edi wklejał w Photoshopie swoją podobiznę w pocztówki z całego świata. Ale nie, on naprawdę odwiedził wszystkie te miejsca, pracując głównie na statkach wycieczkowych.

Edi, podobnie jak Alfin, bardzo chciał. Tylko czasem mu nie wychodziło. Po raz pierwszy przekonaliśmy się o tym właśnie tego wieczoru. Po wielogodzinnej, wyczerpującej podróży, po północy dotarliśmy do Sukamade. Od kiedy zawalił się jedyny most prowadzący do osady, to miejsce jest na końcu świata, w środku ostatniej prawdziwej dżungli na Jawie.

Pracownicy parku narodowego mają tam kilka bungalowów dla gości. Tego dnia wszystkie były już zajęte, a Edi oczywiście wcześniej tego nie sprawdził, bo zapomniał. - Oh, nooo - wymamrotał po raz pierwszy i uprosił jednego z pracowników, by odstąpił nam swój pokoik. A właściwie obskurną klitkę, nie tylko nieremontowaną, ale chyba niesprzątaną od około czterdziestu lat. Wybita w lufciku szybka wyglądała jak rajskie wrota dla wszystkich stawonogów zamieszkujących dżunglę.

Jawa Jawa fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

Rodzić po gadziemu

Nie przyjechaliśmy jednak do Sukamade dla luksusów, to miejsce ma inną, niesamowitą zaletę. Kilkaset metrów od tych bungalowów jest plaża. Szeroka, piaszczysta, do plażingu nadaje się umiarkowanie, bo do morza w tym miejscu nie należy wchodzić - zbyt niebezpiecznie. Ale też nikt nie przyjeżdża tam na plażing. To miejsce upodobały sobie żółwie. Żółwice właściwie. Jakby w wyniku jakiejś wielkiej akcji "Rodzić gada po ludzku" ustaliły, że właśnie Pantai Sukamade jest najlepszą porodówką w tej części świata.

Każdej nocy, przez 365 dni w roku, na brzeg wypełzają ogromne samice żółwia zielonego, szylkretowego i skórzastego. Suną ciężko po piachu kilkadziesiąt metrów i płetwiastymi łapami wykopują głębokie na pół metra doły. Kiedy dziura jest gotowa, odwracają się do niej zadami (czy żółw ma zad? przecież nie tyłek, chyba?) i pyk, pyk, pyk - "wypluwają" tyłem nawet sto miękkich, białych piłeczek. Potem jeszcze godzina zasypywania dołu i mozolny powrót do morza. Obserwowanie tego z bliska (tej nocy widzieliśmy dwie samice żółwia zielonego) było jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń w moim życiu.

Pracownicy parku trochę oszukują przyrodę i - aby chronić jaja przed drapieżnikami - wygarniają je żółwicom spod zadów (tyłków?). Cały "urobek" ląduje w specjalnym budynku-wylęgarni, gdzie oznaczony tabliczkami (data złożenia, liczba jaj, gatunek) czeka na wyklucie. Potem w dużych betonowych akwariach maleńkie żółwiki mają kilka dni spokoju na wygojenie "pępka" i wreszcie są wypuszczane do morza.

To kolejne niezwykłe przeżycie. Bierzesz wiadro pełne żółwich szkrabów, wysypujesz jakieś sto metrów od granicy wody (to ważne - żółwie muszą sobie "wdrukować" ten dystans, żeby w dorosłości wiedziały, gdzie składać jaja) i patrzysz, jak pędzone instynktem gnają, przewracając śmiesznie płetewkami, w kierunku oceanicznej otchłani. Zaledwie jeden na sto dociągnie do matury czy czymkolwiek te gady mierzą swoją dojrzałość.

Żółwie to królowie plaż, ale w pobliskich lasach rządzą inne gady. Poznajemy je bliżej po śniadaniu. Za jednym z budynków bazy pracowników parku jest małe wysypisko śmieci. Lądują tam m.in. skorupki po tysiącach jaj z wylęgarni. Prawdziwa uczta dla miejscowych makaków. Małpy skaczą niedościgle, robią małpie figle i wysysają białka ze skorupek, bezczelnie szczerząc do mnie kły, kiedy podejdę zbyt blisko. Ale rozpierzchają się w panice, kiedy z zagajnika wypełza potężny waran.

Nie jest tak wielki, jak jego kuzynowie z Komodo, ale i tak mierzy ponad metr długości. Przepędza małpiszony i spoczywa na stercie śmieci. Do czasu aż z lasu wychynie kolejny jaszczur i powalczy z nim o godność króla wysypiska. Wygląda to niesamowicie. Warany nie gryzą się nawzajem. Zamiast tego stają na tylnych łapach i splatają się w zapaśniczym uścisku. Potrafią tak siłować się nawet przez kilkanaście minut.

Po gadzim wrestlingu pakujemy się do dżipa i wracamy. Brzmi niewinnie, ale przejazd 130 km zajmuje nam kilkanaście godzin. Edi zakopuje auto po osie w rzecznym mule (musimy czekać, aż wszyscy mężczyźni z pobliskiej wioski pomogą nam je wyciągnąć), łapie gumę (musimy czekać, aż miejscowy szaman wulkanizacji załata dętkę), łapie gumę po raz drugi (patrz punkt poprzedni), wreszcie łapie gumę po raz trzeci (już nigdzie nie patrz, nie ma sensu).

Na końcu przywozi nas do hotelu, w którym nie ma ani jednego miejsca. Jest za to kilkudziesięciu pijanych w sztok jawajskich Chińczyków, bawiących się przy karaoke. Nie mamy gdzie spać, bo Ediemu zapomniało się zadzwonić. - Oh, nooo - słyszymy oczywiście. Lokuje nas w pokoju gościnnym lokalnej sklepikarki. Jest zarazem burdelowo - proste łóżko, stolik nocny z lampką w czerwonym kloszu oraz różowe firanki w drzwiach, jak i religijnie - parę metrów za oknem stoi megafon meczetu, z którego o czwartej nad ranem muezin wzywa wiernych do modlitwy albo do ukamienowania niewiernych, czyli nas. Trudno go zrozumieć.

Jawa Jawa fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

Bakso na śniadanie, obiad i kolację

Z tym kamienowaniem żartuję. Jawajczycy są przemili i próżno w nich szukać ekstremizmu. - Ty, my jesteśmy szyici czy sunnici? - Edi spanikowany będzie szukał pomocy u Alfina, kiedy go o to zapytam. Indonezja to w ogóle niesamowity tygiel religijny. Na Jawie i Sumatrze dominują muzułmanie (w prowincji Aceh sporo jest fundamentalistów). Na Bali są hinduiści. Moluki zamieszkują głównie chrześcijanie, Papuę, zwłaszcza głęboko w dżungli - animiści.

Jawajczycy, jak się wydaje, praktykują jednak głównie uśmiechizm odłamu otwartościowego. Kiedy gnamy skuterkiem przez wioski, pozdrawiają nas rolnicy na polach ryżowych i staruszkowie w białych czapeczkach noszonych na znak dokonanego już hadżdżu, obowiązkowej pielgrzymki do Mekki. Kiedy siedzimy na plaży w Papumie, popularnym wśród miejscowych kurorcie, zawinięte w chusty ślicznotki o oczach czarnych i głębokich jak górski staw podchodzą co chwilę, żeby zrobić sobie z nami zdjęcie.

To my stajemy się atrakcją turystyczną. Nie mamy chwili spokoju, bo dosłownie co pięć minut ktoś pstryka sobie z nami fotkę na fejsa. Brakuje czasu nawet na zjedzenie pysznej ryby, która na grill trafiła wprost z morza. Ryby spróbuję nawet ja, choć tego mięsa nie uznaję, a w Wigilię zwykle urządzam głodówki protestacyjne.

Rybka jest znakomita, zwłaszcza że stanowi miłą odmianę w naszej diecie. Przez dwa tygodnie odżywiamy się bowiem na zmianę trzema daniami. Jest nasi goreng, czyli ryż smażony z odrobiną mięsa i warzyw, mie goreng - makaron z tymiż, a także bakso soto - mięsne pulpety pływające w pysznym rosołku z makaronem i ryżem. Bakso to ulubiony frykas Baracka Obamy, który dzieciństwo spędził w Dżakarcie, bo jego ojczym był z Jawy. Pulpety należy samemu doprawić do smaku jawajską trójcą - saus tomat (keczup, ale strasznie plastikowy), kecap manis (słodki sos sojowy) i sambal (zabójczo ostra pasta z papryki). ? Jeśli dasz wystarczająco dużo sambalu, wszystko robi się pyszne - stwierdzamy zgodnie z Edim.

I tak w kółko, bo w Indonezji nie ma śniadań, kolacji czy podwieczorków. Są tylko obiady jedzone w porach tych posiłków. Bakso rano, bakso w południe, bakso wieczorem. I sambal, sambal, sambal. Wszystko za grosze, bo przyzwoity posiłek w warungu, ulicznym bistro w postaci przyczepy i stoliczka, potrafi kosztować w przeliczeniu na nasze około 2 zł.

Jawa Jawa fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

Odrobina zaufania

Trochę większy wybór potraw jest w Dżakarcie, ale Dżakarta to w ogóle inna bajka. W sensie kulturowym to właściwie osobna wyspa. Gigantyczna metropolia (zespół miejski liczy prawie 30 mln mieszkańców), największe miasto świata bez metra, gdzie ruch uliczny powinno się raczej nazywać stojem ulicznym, bo wszystko stoi w permanentnym, niemal całodobowym korku.

Zaduch, smog, spaliny, smród rynsztoków, woń ulicznych warungów i miks etniczno-językowy, jakiego nie ma nigdzie indziej w Indonezji. Chodniki wąziutkie, dziurawe i zastawione słupami, jakimiś skrzyniami i budami. Chcesz przejść przez ulicę? To musi być gest wiary w opatrzność i Anioła Stróża. Po prostu zamykasz oczy i ruszasz przed siebie, jak Żyd przekraczający za Mojżeszem Morze Czerwone. Ufasz.

W ogóle Indonezja, jak większość Azji, to nie jest miejsce przyjazne pieszym, zwłaszcza w miastach. Jechałem raz skuterem przez Jember. Miejska arteria, ochnaście pasów w obie strony. Zerkam nerwowo w lewo, w prawo i za siebie, bo mam niejasne wrażenie, że niektórzy kierowcy nie zaliczyli jeszcze dziś codziennego zabójstwa i chcą szybko nadrobić zaległości.

Nagle w odległości 50 m na przejście dla pieszych wyskakuje policjant. W prawej dłoni świecący lizak, w ustach gwizdek (na marginesie - to najważniejszy atrybut władzy na Jawie; masz gwizdek, jesteś gość; przy czym musisz w niego dmuchać nieustannie, choćby nie miało to żadnego uzasadnienia). Lewą ręką ciągnie za sobą jakąś starowinkę. Babunia ledwo powłóczy nogami, pewnie na tym przejściu czekała od przedwczoraj, aż ktoś ją litościwie przepuści. Nic z tego.

W końcu postanowił pomóc jej ten gliniarz. Wyłazi więc z nią na środek jezdni. Ja hamuję. Bo babcia, bo policjant, bo przejście. A za mną piekło. SUV zatrzymuje się centymetr za moim zderzakiem, a jego kierowca zawisa na klaksonie. I nie puszcza, jakby zemdlał z głową na kierownicy. W jego ślady kolejni. Cała ulica wyje, bo ośmieliłem się wstrzymać ruch i przepuścić kobiecinę. Policjant przemknął z babinką, a auta prawie przejechały im po piętach.

I tak jest właściwie zawsze w terenie zabudowanym. Przy czym Jawa to generalnie jeden wielki teren zabudowany. Tu na obszarze mniejszym niż połowa Polski mieszka tyle ludzi, co w całej Rosji. Wzdłuż asfaltowych dróg ciągną się bez końca chatki, domki, wille, rezydencje i meczety.

Jawa Jawa fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

Jak za Holendra

Nie znaczy to, rzecz jasna, że w tym wszechobecnym harmidrze nie ma oaz spokoju. Znaleźliśmy taką w Kalibaru, na wschód od Jember. Ta okolica słynie z plantacji sięgających swą historią jeszcze czasów kolonialnych. Kiedy Indonezją rządzili Holendrzy, Jawa była jak jeden wielki sklep z przyprawami. Gałka muszkatołowa? O, tutaj. Cynamon? Za rogiem. Pieprz i wanilia? W następnym rzędzie, proszę pana.

Dziś w pokolonialnych budynkach jednej z takich plantacji działa luksusowy hotel z restauracją i basenem. W Europie na ten standard nie byłoby nas raczej stać. Na Jawie płacimy zań umiarkowaną kwotę. A za płotem - niekończące się "sady" kakaowców, uprawy pieprzu, bananów, kawy i przypraw. Jak za Holendra. Tylko że na tarasie rezydencji, w wiklinowym fotelu zasiada dziś z filiżanką kawy właścicielka - indonezyjska wiekowa dama ze śladami wielkiej urody i arystokratycznymi manierami. A ta kawa! Miejscowa, chyba najlepsza, jaką w życiu piliśmy.

Holendrzy też są - grupy podstarzałych turystów zatrzymują się na plantacji. Przywożeni i odwożeni busami, nie wychylają wieczorem nosa z hotelu. W restauracji jedzą pizzę i steki, nieco zdziwieni przyglądają się nam, kiedy wieczorem wychodzimy do miasta na codzienną porcję bakso.

Plantacja leży w bok od głównej szosy i im dalej jedzie się polną drogą, tym wolniej i spokojniej mija czas. Nawet suszarnia ziarna kakaowego wygląda jak opuszczona, choć cały czas pracuje. Tu zwożone z okolicznych sadów ziarno jest myte, przebierane i wysypywane do dużych boksów nawiewanych od spodu gorącym powietrzem. Po wysuszeniu kobiety sortują ziarno na trzy kategorie w zależności od ich rozmiaru. - Najlepsze wysyłamy do Szwajcarii. Najgorsze idzie na eksport do USA - szczerzy się jeden z pracowników.

Jawa Jawa fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

Na brzegu piekła

Wschodnia Jawa to kraina wulkanów. Najsłynniejszy jest Gunung Bromo - samotny szczyt wyrastający ponad księżycowy, półpustynny krajobraz. Wiem to z Wikipedii i zdjęć przyjaciół, bo nam nie starczyło czasu na jego odwiedzenie. Zamiast tego wybraliśmy się na inny słynny szczyt - Kawah Ijen.

Alfin z Edim odebrali nas w środku nocy z hotelu i o świcie wylądowaliśmy u stóp góry. Okolica niczego sobie, landszafcik - jak to mówią - wart swoje pieniądze. No to się wspinamy. Już po kilkuset metrach widzimy, jak z góry zapieprza jakiś facet. Na nogach japonki, na ramieniu pałąk z dwoma koszami. Każdy kosz pełen jakichś żółtych kamlotów. Z daleka wyglądają trochę jak żółty styropian, ale facet co kilkadziesiąt kroków zatrzymuje się, z wyraźnym trudem przerzuca pałąk na drugie ramię i dalej zaiwania w dół. Mało mu te klapeczki nie spadną.

Te żółte kamloty to siarka, wydobywana w kraterze Ijen. A ci faceci noszą ją ze szczytu góry na sam dół, do skupu. Kiedy jeden z nich zatrzymuje się i śmiga w krzaki za potrzebą, próbujemy podnieść kosze. Nic z tego. Ani drgną. Dopiero w połowie zbocza, w stacji ważącej urobek przekonamy się, że taki ładunek waży nawet 80-90 kilogramów.

Po mniej więcej godzinie wspinaczki stajemy na krawędzi krateru. Widok jest niezwykły. W kraterze rozciąga się jezioro gorącej wody o turkusowej barwie, w dolnej części spowite kłębami siarczanego dymu. - To dlatego trzeba tutaj być tak wcześnie - tłumaczy Edi. - Później dymu jest znacznie więcej i nie ma już takich widoków.

W dole uwijają się małe ludziki. Chciałoby się to zobaczyć z bliska, ale tablica wyraźnie mówi, że wstęp jest niebezpieczny i bezwzględnie zabroniony (nie dotyczy robotników). - Eee, tam - macha ręką jeden z nich. - Chodźcie ze mną - zaprasza.

Suniemy więc w dół stromą, prawdziwie górską ścieżką, co jakiś czas przyklejając się do zbocza, by przepuścić idących z przeciwka tragarzy siarki. Ten w klapkach, ów w kaloszach, jeszcze inny w sandałach. Targają te ciężary, których my nie jesteśmy w stanie nawet dźwignąć, by na koniec dnia dostać za to parę dolarów.

Dopiero na samym dole przekonamy się, że o podziale roboty nikt tutaj nie słyszał. Na lewo od brzegu jeziora znajdujemy brzeg piekła. Z żółtej skały biją kłęby gryzącego dymu. Otwory w skale ciekną ciemnopomarańczową siarką, która płynie jak wosk i zastyga na powietrzu. Można ją nabrać w kubeczek i w beczce zimnej wody pobawić się w andrzejkowe wróżby. Ale siarczani górnicy łupią zastygły surowiec metalowymi prętami. Każdy robi tu na siebie. Co wyfedruje, będzie potem musiał wnieść na górę, na krawędź krateru, a potem jeszcze znieść na sam dół, do skupu u stóp góry.

Nagle diabelskie szpary coraz silniej buchają coraz gęstszym dymem. Nasz nowo zaprzyjaźniony górnik dołowy wyraźnie daje do zrozumienia, że powinniśmy się ewakuować. Wyciąga z torby dwie maski przeciwgazowe i każe nam je założyć. Rzeczywiście, chronią przed dymem, ale czy próbowaliście kiedyś górskiej wspinaczki w masce p-gaz? Po kilku krokach serce bije nam szybciej niż ryjówce, po kolejnych kilkunastu na najczulszych pulsometrach brakuje skali.

Zatrzymujemy się, bo tak po prostu dalej nie da się iść. Nie da? Bzdura! Właśnie mija nas tragarz z koszami pełnymi siarki i twarzą ledwo zasłoniętą kawałkiem jakiejś szmaty. - Już nigdy, przenigdy nie będę się skarżył, że ciężko pracuję - obiecuję sobie w drodze powrotnej.

Jawa Jawa fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

Z kiścią longanu

Nazajutrz rzucimy jeszcze pożegnalne spojrzenie na masyw wulkanu Ijen, mijając go pociągiem do Banyuwangi, portowego miasteczka z połączeniem promowym na Bali. Pociąg snuje się sennie przez pola, ale w środku ma klimat. Tu gdacze kura, ówdzie wędrowny sprzedawca wrzaśnie na cały wagon: - Aaaaaaiiiiiir jeruk, air jeruk, airjer... (sok pomarańczowy).

Tych handlarzy jest mnóstwo. Wsiadają na jednej stacji i zanim wysiądą na kolejnej, obejdą cały pociąg kilka razy, sprzedając wodę, sok pomarańczowy, krupuk (różne rodzaje chrupek), owoce (zwłaszcza kiście longanów przypominających nieco liczi). To już ostatni obrazek z wyspy monstrualnych miast, przyrody nadprzyrodzonej i jowialnych Jawajczyków.

fot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschkefot. Mikołaj Kirschke, Monika Bielkiewicz-Kirschke

TRANSPORT

Podczas dwóch tygodni wypróbowaliśmy chyba wszystkie (oprócz rikszy) metody podróżowania po wyspie. Był samolot z Dżakarty do Surabai, był pociąg, była taksówka. Ale był też autokar z Surabai do Jember, trwająca pół dnia podróż w kurzu, pocie, brudzie i okrzykach handlarzy wsiadających na każdym przystanku.

Był bajaj (nazywany w innych krajach tuktukiem), motorek z kabiną śmigający po ulicach Dżakarty ze śmiercionośnym pędem. Było bemo, rodzaj mikrobusa z ławkami, jadącego mniej więcej na żądanie pasażerów - jeśli jeden chce jechać na wschód, a drugi na zachód, jest duża szansa, że pojedzie na południe. No i skuter, choć tu wolałem sam prowadzić, niż korzystać z ojeka - motocyklowej taksówki.

Więcej o:
Komentarze (6)
Jawa: w królestwie bakso, żółwi i wulkanów
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • kerkopithekion

    Oceniono 9 razy 7

    a na stronie głównej jest:

    "...tutaj Polak może się naprawdę zgubić"

    wolno spytać dlaczego akurat Polak...? inne nacje się nie zgubią...?

  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 15 razy 5

    Ło matko! To ja już proszę żeby te istoty nie pisały o swoich wycieczkach, a jak już piszą, żeby tego nikt nie publikował. Napisane "na siłę", "silenie" się na humor i "nowocześnie-gimbazowy" bełkot. Rezultat: przykry. Byłem w Indonezji-nie tylko zresztą, ale takich debilizmów bym nie wypisywał, tego się nie da czytać, jest nieinteresujące, jest wręcz męczące. Chyba zacznę pisać ksiażki, a gazety niech drukują odcinki-bo oszaleć można od tych źle napisanych głupot jakie publikujecie!
    ps. może redakcja by podała co jest warunkiem "bycia" wydrukowanym, tudziez otrzymania honorarium za tekst-bo normalnie mnie zmuszacie aby wam coś jakoś wysyłać, gdyż inaczej to jest porażka totalna w tym co publikujecie:P

  • fred_die

    Oceniono 9 razy 5

    Przestańcie reklamować ten faszystowski kraj, z Indonezją powinno się zerwać wszelkie kontakty i nałożyć embargo.
    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,9837795,Lekarze_w_Indonezji_moga_legalnie_obrzezac_dziewczynki_.html

  • Marek Titow

    Oceniono 4 razy 2

    a) trzeba wyruszyć z Jember przed 6 rano; b) nie ma gwarancji, że się uda; c) na końcu drogę przecinają trzy rzeki... No, wielka przygodo hej!!!
    Ad a) Zycie w Azji, w szczegolnosci Indonezji toczy sie od wschodu do zachodu slonca, czyli od 6 rano do ok 6 wieczorem. Takie godziny podrozy to nic niezwyklego.
    Ad b) Gwarancji nie ma zadnej, zadnymi srodkami transportu. To nie Europa! Taki urok Azjii i juz. Od lat podrozuje po Azji i jakos publiczny transport dzialal bez problemu, ot po prostu miejscowi ludzie tez musza sie przemieszczac, a aut terenowych niewiele, wiec autobusy musza wyruszac, no chyba ze warunki atmosferyczne zle, ale to i wynajety jeep nie pojedzie wowczas.
    Ad c) Jesli jest publiczny transport, to znaczy, ze te trzy rzeki nie przeszkadzaja w dotarciu. Skoro auto przejedzie, autobus, bemo, jeepney itp tez dadza rade :)

  • arcchie

    Oceniono 2 razy -2

    jest co wybierać, jak się chce coś zobaczyć za małe pieniądze - www.bukujemy.pl/Place/Java_1.htm

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX