Odlot na kajcie już niedługo. Zima nie trwa wiecznie!

Niewyobrażalna siła wyciąga mnie w przestworza. Frunę. Nic to, że bez deski. Nic to, że nie panuję nad gigantycznym latawcem nad moją głową. Nic to, że za chwilę zachłysnę się wodą. Pełna ekstaza. Po prostu kajt.
Kite surfing Rodos 2013 Kite surfing Rodos 2013 fot. Lukas Nazdraczew

Wyspa słońca

Mitologia grecka milczy, czy Helios zapuszczał się na Prasonisi - wysunięty najdalej na południe cypel Rodos nazywanej inaczej "wyspą słońca". Znając zamiłowanie bogów do luksusu i lenistwa, można sądzić, że bóg słońca wybierał raczej wschodnie, osłonięte od wiatru wybrzeże, i tam popijał wino podarowane przez kumpla Dionizosa.

Stawiam jednak dolary przeciwko orzechom, że Helios ruszyłby swój boski tyłek i podążył na spot Prasonisi, który dla kitesurferów z całego świata odkrył ponad 20 lat temu Maciej Boszko. I choć dziś najczęściej słychać tu angielski, to o Polaków jest równie łatwo jak na Marszałkowskiej.

Na Prasonisi wszystkich kajtowców jak magnes przyciąga Meltemi. To ten wiatr, gnający z północy poprzez Morze Egejskie pomiędzy Grecją a Turcją, na końcu wpada w lejek utworzony przy Prasonisi i nabiera dodatkowego przyspieszenia. Meltemi z zadziwiającą regularnością wieje od czerwca do końca września z siłą od 4 do 6 stopni w skali Beauforta. Tu będę uczył się kitesurfingu razem z ekipą Ford Kite Cup.

Rodos 2013 Rodos 2013 fot. Lukas Nazdraczew

Dwie twarze Prasonisi

Nad gigantyczną plażą, do której trzeba zjechać wąską serpentyną, unoszą się dziesiątki wielkich motyli - to skrzydła kajtów. W pierwszym odruchu próbuję je liczyć. Beznadziejna sprawa. Dostrzegam tylko jedną prawidłowość. Od wschodu morze jest gładkie - później dowiem się, że to płaski spot, idealny do freestyle'u i nauki. Z kolei strona zachodnia jest biała od grzbietów załamujących się fal. To spot wave.

Ten na Prasonisi jest szczególnie trudny, bo rzadko buduje się na nim duża fala, a krótka i ostra. Technicznie tylko dla najlepszych, czyli na pewno nie dla mnie. Nieźle żegluję. Uwielbiam "470" i "420", ale dotychczas unikałem wsiadania na coś, co ma powierzchnię tylko trochę większą od chusteczki do nosa, a takie są rozmiary deski do kajta.

Siedzę w zbawczym cieniu namiotu i taksuję instruktorów. Do kogo lepiej trafić? Serce wyrywa się do olśniewającej Natalii Grabowskiej, zwyciężczyni Pucharu Polski Ford Kite Cup 2012, ale rozum podpowiada - zaufaj, chłopie, facetowi. Trzymam więc kciuki, żeby uczył mnie Tomek Lebecki, Rafał "Rafik" Zielonka lub Kuba "Patyczak" Gąsiewski. Pada na Kubę. O, mam dodatkowy bonus. Razem ze mną w grupie lądują dwie oszałamiające panie - Małgorzata Golba z "Vivy" i aktorka Weronika Książkiewicz.

Rodos 2013 Rodos 2013 fot. Lukas Nazdraczew

Ekstremalna zabawa przy 10 stopniach

Nie miej złudzeń. Kajta sam nie będziesz w stanie opanować. Na początku musisz korzystać z porad instruktorów lub kolegów, którzy już wiedzą, z "czym to jeść", oraz mają wystarczająco dużo cierpliwości i opanowania.

Szybko się okazuje, że nasza trójka nowicjuszy trafiła wprost fantastycznie, bo Kuba ma wszystkie te zalety, a kite i windsurfing dla tego 24-letniego chłopaka są całym życiem. W ciągu roku więcej dni przebywa na wodzie niż na lądzie. Śniegu nie widział od pięciu lat. Zarabia, podróżując po świecie i udzielając lekcji. Ostatnie cztery lata spędził w Egipcie, na Rodos, spotach Indii i Tajlandii.

W Dahab chciał mieć całą plażę tylko dla siebie, więc jedzenie i sprzęt zapakował na wielbłąda, a przewodnik wywiózł go kilkanaście kilometrów od najbliższych osad.

- Egipcjanin popatrzył na mnie cokolwiek dziwnie - przyznaje "Patyczak". - Skasował jednak ichnie funciaki i oddalił się w popłochu.

To na tym "prywatnym" spocie Kuba wypłynął na kajcie przy 10 stopniach w skali Beauforta (wiatr dochodzi wtedy do 102 km/h). Zaznacza, że przy najbliższej okazji będzie chciał to powtórzyć, ale tylko wtedy, gdy oceni, że nie będzie to po prostu szaleństwo.

Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że jak Keanu Reeves i Patrick Swayze w filmie "Na fali" jest uzależniony od adrenaliny.

Wierzę, że Kuba znajdzie gdzieś na krańcu świata swój wymarzony spot i założy na nim swoją bazę. To jego cel. Zamieszka w niej z Lindsey, swoją miłością, którą poznał w Indiach, i razem ze stadkiem "kajciątek" będzie wieść szczęśliwe życie.

Oj, chyba odpłynąłem, a przecież jeszcze nie zabrałem was na kajta. Niestety, na razie tego nie zrobię.

Rodos 2013 Rodos 2013 fot. Lukas Nazdraczew

Weronika w kosmosie

Powód zwłoki jest banalny. Dla początkujących optymalny wiatr to ok. 10-14 węzłów (19-26 km/h). Tymczasem Prasonisi powitało nas wiatrem o sile 22 węzłów (41 km/h).

?Patyczak? zdecydował, że zaczniemy ćwiczenia na plaży od puszczania 3-metrowego latawca. Uprzedził, że przy tym wietrze nawet tą miniaturką nie będzie łatwo sterować. Ma?rację. Kajt-pisklak brzęczy nad głową jak rozwścieczony szerszeń, a ciągnie z mocą byczka. Poza rozmiarami to jednak kajt pełną gębą. Steruje się nim 20-metrowymi linkami zaczepionymi do poprzecznego drążka, czyli baru.

Zasada prosta - przyciągasz bar prawą ręką, kajt skręca w prawo. Przyciągasz go w lewo, kajt sunie w tę stronę. Niby proste, ale to maleństwo przy silnym wietrze jest rzeczywiście bardzo wyczulone na każdy, nawet najsłabszy ruch. Najgorsze, co można zrobić, to próbować okiełznać je używając siły, a taki błąd najczęściej popełniają początkujący. Nie uniknąłem go i ja.

Prawidłowo powinno wyglądać to tak: skrzydło porusza się po półkolu od godziny 9 do 3. Największą siłę ciągu ma na godzinie 12, ale tylko wtedy, gdy przechodzi przez tę strefę (to power zone), a my przyciągniemy bar do siebie. Jeśli go w porę odpuścimy, kajt będzie stał spokojnie, nad naszą głową.

Kilka razy zlekceważyłem "przeciwnika". Zamiast delikatnym ruchem baru skierować skrzydło z 3 na 9 wykonałem wariant siłowy bez odpuszczania. Efekt? Potężne szarpnięcie i spektakularny upadek skrzydła na ziemię. Tylko swojej wadze i sile zawdzięczam, że nie zrobiłem sobie peelingu twarzy.

Nie uniknąłbym tego, gdyby nad moja głową powiewał kajt o rozmiarze choćby dwa razy większym.

Minęło czasu małowiele, a nasza trójka poczuła się całkiem pewnie, zupełnie jakbyśmy pozjadali wszystkie kajtowe rozumy i bylibyśmy mistrzami świata. Pierwsza za tę pychę zapłaciła Weronika. W jednej chwili radośnie wykrzykiwała, jak fajnie jej idzie, a zaraz potem zagrała scenkę pt. "Książkiewicz w kosmosie". Trwała ona ułamki sekundy, ale w tym czasie jej szczupłe ciało wykonało kilkumetrowy lot i z gracją rąbnęło o piasek (ten numer w ramach wprawki Weronika odegrała jeszcze raz). Najwyraźniej Małgosia pozazdrościła koleżance i zanosząc się od śmiechu, mieliśmy powtórkę z rozrywki.

Myślicie, że obie panie przejęły się potknięciami? Skądże. Z zaciętą miną ćwiczyły dalej. Choć aż podskakiwaliśmy z niecierpliwości, pierwszego dnia "Patyczak" nie dał nam większych zabawek i nie wpuścił do wody. Pozostało z zazdrością patrzeć na fachowców śmigających po spocie.

Rodos 2013 Rodos 2013 fot. Lukas Nazdraczew

Odpuść bar, odpuść bar...

Nie będę wnikał, co takiego mają w sobie greckie noce, że nawet po najbardziej intensywnej zabawie budzisz się rześki jak skowronek. W takim właśnie nastroju rozpocząłem kolejny dzień przygody. Pierwsze, co zrobiłem, to szybko, zupełnie jak rasowy kitesurfer sprawdziłem, czy wieje. Były podmuchy, a to oznaczało, że i na Prasonisi powinno być świetnie. I było.

Kuba zarządził, że czas na "dorosłego" kajta. Ordynuje dwunastkę - to cztery razy więcej, niż miał wczorajszy szerszeń!

Kajta można napompować w bazie lub na spocie. Wygodniejsze jest pierwsze rozwiązanie - nie trzeba targać ze sobą pompki, a samo zaniesienie pokaźnych rozmiarów skrzydła nie stanowi żadnego problemu. Unoszone wiatrem, jest lekkie jaki piórko i praktycznie nie czujemy go w rękach.

Zabieramy ze sobą również trapezy, czyli uprząż, do której przypina się kajta i bar. Rezygnujemy z kamizelek i kasków. Te drugie przypominają wielkie prezerwatywy i można powiedzieć o nich wszystko, tylko nie to, że są twarzowe. A trzeba wiedzieć, że kitesurferzy do wyglądu przywiązują wielką wagę. Dominują bajecznie kolorowe boardshorty Mystic, Quiksilver, Billabong, Rip Curl. A spod koszulek to tu, to tam wychyla się dyskretny tatuaż.

Na spocie podpinamy do skrzydła linki od baru. Każda z nich ma inny kolor końcówki. Wystarczy sparować je z końcówkami kajta w tej samej barwie. Pomylić może się tylko daltonista.

Druga ważna rzecz - należy sprawdzić, czy linki nie są splątane. Bierze się je między palce i pokonuje trasę od baru do kajta. Łatwizna.

Kajt gotowy, wiatr wymarzony (14 węzłów), trapezy zapięte. Skrzydło startuje "Patyczak". Ja mu asystuję. Polega to na tym, że w momencie, gdy ja wraz z latawcem i Kuba z barem znajdziemy się w jednej linii 90 stopni względem wiatru, to po sprawdzeniu linek on unosi kciuk do góry, ja wypuszczam kajta - nie mogę tego zrobić bez sygnału.

Kuba podfruwa do wody. Przepinamy kajta do mojego trapezu i zaczynamy zabawę. Okazuje się, że choć dziś skrzydło jest dużo większe, prawie nie czuje się jego siły - wszystko przyjmuje na siebie hak przymocowany do trapezu. Dzięki temu ręce są odciążone, a barem można sterować dosłownie jednym palcem. Kręcę spokojnie ósemki od godz. 1 do 11 i z powrotem. Wszystko jest OK do momentu, gdy...

- Odpuść bar, odpuść bar, odpuść - krzyczy Kuba.

Cholera, zagapiłem się i na 12 trzymałem zaciągnięty. Za późno. Kajt?wyrywa mnie z wody. Podróż w powietrzu kończę efektownym szczupakiem, a skrzydło ląduje w wodzie. Żeby je podnieść, muszę odczekać, aż zacznie napełniać się wiatrem. Wtedy trzeba będzie pociągnąć linkę z lewej lub prawej (w?zależności, w którą stronę płynie kajt), a podniesie się ono w powietrze.

Oddaję się lenistwu. Patrzę, jak radzą sobie dziewczyny. Radosne piski, co chwilę chlup do wody. Szybko wstają i walczą dalej. Obserwacja - im niżej stoją na nogach, im większy wykonują balans, tym idzie im lepiej. Jeśli jednak prostują nogi, tracą rytm. Warto to zapamiętać.

Po kilku godzinach zaczynamy ćwiczyć bodydragi. To nic innego jak dalsze kręcenie ósemek, ale tym razem leżymy w wodzie. Przypomina to halsowanie na żaglówce. Na początek pływamy razem z Kubą.

Ponieważ Weronika i Małgosia grają w wadze piórkowej, kajt bez trudu wyrywa je z wody. Ze mną nie idzie tak łatwo, ale prędkość musi być naprawdę spora.

Dlaczego tak sądzę? Zdjąłem piankę i płynę w kąpielówkach. Uczucie, jakbym miał zaraz stracić organ, do którego jestem wyjątkowo przywiązany.

- Teraz płyniecie sami - decyduje "Patyczak". - Pamiętajcie. Nic na siłę. Instynktownie wyczujecie, kiedy trzeba zmienić kierunek.

Jak pech, to pech. Wiatr przybiera na sile. Musimy skończyć.

Rodos 2013 Rodos 2013 fot. Łukasz Nazdraczew

W poszukiwaniu trzeciej ręki

Jeśli kiedykolwiek kajt wyciągnie was?daleko od brzegu, nie panikujcie. Przypomnijcie sobie, czego uczył was?instruktor, i wszystko będzie w porządku. Piszę to, bo trzeciego dnia nieco przeszarżowałem. Spokojne z początku bodydragi w moim wykonaniu skończyły się wraz z gwałtownym podmuchem wiatru. Ani się obejrzałem, gdy postaci na brzegu zaczęły przypominać figurki na szachownicy.

Siła kajta była wprost oszałamiająca. Źle dopasowany trapez zaczął uciskać przeponę. Tak więc siłuję się ze skrzydłem, wypluwam wodę i staram się odzyskać oddech. Nie chcę się poddać, dlatego nie macham ręką po motorówkę. Trochę to trwa, ale wreszcie podpływam bliżej, a Kuba przejmuje ode mnie kajta. Płynę sobie do brzegu, a on wykonuje popisowego bodydraga w poprzek zatoki. Teraz złota myśl: Przynajmniej na początku korzystajcie z kamizelek.

Po krótkiej regeneracji wracam do wody. Tym razem wreszcie z deską! To, że ją dostanę, wcale nie oznacza, że za chwilę pomknę w szaleńczym ślizgu. Najpierw trzeba nauczyć się wystartować. A tu niespodzianka. Jedną ręką trzymam bar, drugą podtrzymuję deskę, a gdzie jest trzecia? Właśnie tak. Trzecia ręka bardzo by mi się przydała, żeby ustabilizować ciało. Wykonuję kilka prób. Chcę wystartować w prawo.

Ustawiam delikatnie kajta na godz. 11, nieco mocniej daję na 1, a potem zdecydowanie na 12 i zaciągam bar, po czym steruję kajtem z powrotem na prawo. Nie udaje się wstać. Zmieniam technikę. Próbuję na dwa razy ? delikatnie w lewo i szybko w prawo.

A potem? To już znacie. Zaczyna wiać, że łeb urywa.

Karolina Winkowska, Ford Kite Cup 2013 Karolina Winkowska, Ford Kite Cup 2013 fot. Łukasz Nazdraczew, Ford Kite Cup 2013

Kite to "uzależniacz"

Siedzę więc na plaży i przeżywam gorycz porażki. Ale na spocie człowiek nigdy się nie nudzi. Oto dostrzegam faceta, który najwyraźniej stracił instynkt samozachowawczy. Precyzyjniej - dostrzegam tylko jego głowę okrytą hełmem Red Bulla.

To Lukas Nazdraczew robi zdjęcia Karolinie Winkowskiej. Nasza mistrzyni świata we freesyle'u pędzi wprost na Lukasa. Gdy wydaje się, że za chwilę roztrzaska mu czaszkę, wzbija się w powietrze i ląduje tuż za nim. I?tak kilkadziesiąt razy. Wreszcie Lukas daje za wygraną.

? Nie mam dobrej klatki. Jutro powtórka - decyduje i taszczy kilkanaście kilogramów sprzętu do bazy.

A Karolina się bawi. Wydaje się, że nie obowiązują jej prawa fizyki. Skacze kilka metrów w górę, robiąc skomplikowane ewolucje - kajt to technika, a nie siła. Schodzę ze spotu przekonany, że jutro wreszcie uda mi się popłynąć.

- Chłopie, kajt to czekanie na wiatr - pociesza mnie nazajutrz Tomek Lebecki. - Nie ma wiatru? Nie ma pływania. Jest bardzo silny, a ty nie masz odpowiednio mniejszego kajta? Nie ma pływania. Jest słaby, a ty nie masz dużego? Nie pływasz.

Pocieszenia nie na wiele się zdają. Okazuje się, że przez najbliższe dni wiatr będzie tak słaby, że będą w stanie pływać tylko ci, którzy mają przynajmniej 18-metrowe skrzydła lub jak Karolina ważą tyle co piórko. Ale uzbrajam się w cierpliwość i każdego dnia jadę na Prasonisi.

Codziennie w autokarze jest nas coraz mniej. Jedni zwiedzają, inni nurkują. Ja siedzę na spocie. Już nie popłynąłem. Żałuję? Pewnie. Najbardziej jednak boli, że nie zacząłem zabawy z kajtem o wiele wcześniej. Jeśli szukasz sportu, który?zapewni ci maksimum rozrywki i adrenaliny, poszukiwania zakończone. Kajt jest dla ciebie.

Ford Kite Cup 2013 Ford Kite Cup 2013 fot. Łukasz Nazdraczew, Ford Kite Cup 2013

Gdzie latać, jak się przygotować - poleca Natalia Grabowska

Egipt - Hurghada (spot całoroczny)

To już Afryka i Morze Czerwone, ale leci się tyle samo, co do europejskich spotów. Błękitna, przejrzysta i zazwyczaj płytka woda oraz wiatr wiejący praktycznie cały rok. Do tego można często upolować całkiem tani wyjazd z opcją All Inclusive.

Grecja - Rodos, Prasonisi

Trzy godziny lotu z Polski i prawie zawsze gwarantowany wiatr. Z jednej strony płaska woda do nauki i freestyle'u, z drugiej fale dla miłośników wave'u ? każdy znajdzie coś dla siebie. Spot "działa" od maja do końca września. W miesiącach wakacyjnych wieje prawie non stop, ale za to jest straszny tłok.

Hiszpania - Fuerteventura (spot całoroczny)

Jedna z Wysp Kanaryjskich, oddalona kilka godzin lotu od Polski. Na wyspie jest kilka różnorodnych spotów, dlatego dobrze jest wynająć samochód na miejscu i "jeździć za wiatrem". Najlepiej jechać tam latem, bo wtedy mocno wieje, ale przez cały rok jest ciepło i można uprawiać również surfing.

Polska - Półwysep Helski

To mekka polskich kitesurferów. 34 km linii brzegowej, przy której można pływać w wodzie płytkiej do kolan nawet kilkanaście metrów od brzegu. Gdy wieje, jest to jedno z najlepszych miejsc na świecie, lecz niestety latem wieje rzadko, dlatego najlepiej jeździć ?na prognozę?. Fajnie wieje w maju i we wrześniu, ale wtedy gruba pianka obowiązkowo!

KOSZTY (I WSKAZÓWKI):

Przygodę z kitesurfingiem polecam zacząć od kursu z doświadczonym instruktorem, najlepiej jeśli będzie miał uprawnienia IKO (International Kiteboarding Organization). Kitesurfing to łatwy sport, ale może być bardzo niebezpieczny, gdy próbuje się go, nie wiedząc, jak sterować latawcem. Jeden niewłaściwy ruch i lecisz dwa?metry do góry, lądując z impetem w wodzie, lub gorzej ? w piasku.

Koszt kursu waha się w okolicach 100 zł/godzina nauki z instruktorem i sprzętem. Zrobienie pierwszego ślizgu na desce następuje średnio po około 8 godzinach nauki (ale jest to kwestia indywidualna, jedni łapią po 4 godzinach, inni po 12). Zazwyczaj po wypływaniu pierwszych kilkunastu godzin z instruktorem można próbować samemu na własnym sprzęcie (najlepiej w towarzystwie bardziej doświadczonych kolegów).

Koszt nowego latawca z barem to ok. 5-7 tys. zł, deski ok. 2,5 tys. zł, dlatego na początek lepiej jest kupić używany sprzęt, którego jest na?rynku bardzo dużo. Używany zestaw latawiec + bar + deska +?trapez w bardzo dobrym stanie można kupić już od 3?4 tysięcy. Do tego brakuje nam tylko pianki, ale tę lepiej mieć nową (przyzwoite można znaleźć już od?400 zł).

Więcej o: