Polak, który samotnie zjechał z 8-tysięcznika

2 października 2013 roku. Godzina 13:12. Himalaje. wysokość 8013 metrów. Wierzchołek Sziszapangmy. W śniegowej brei samotny człowiek. To Andrzej Bargiel. Za chwilę przypnie narty i ruszy po zboczu.
Ten stok jest tylko mój. To dlatego chodzę w wysokie góry. Ten stok jest tylko mój. To dlatego chodzę w wysokie góry. fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Sam w białej otchłani

Zdany tylko na siebie. Bardzo zmęczony po wielogodzinnym zdobywaniu szczytu. Walczy z zimnem i wiatrem. W końcu odpycha się kijkami i rusza po stoku, który zdaje się nie mieć końca. Skręt w lewo, potem łuk w prawo, długa prosta. Dziewiczy śnieg jest tylko dla niego.

Obok schodzą niewielkie lawinki, jak małe strumyki. Wie, że krzywdy mu nie zrobią. Ale nie szarżuje, nie jedzie zbyt szybko. Nie może pozwolić sobie na zbyt duże ryzyko, wie, że organizm doszedł do granicy wytrzymałości. Dlatego co kilka minut hamuje, zatrzymuje się, by nabrać sił. Potem rusza dalej. Pierwszy Polak, który samotnie zjechał z wierzchołka Sziszapangmy.

W przeddzień rozpoczęcia wspinaczki. W przeddzień rozpoczęcia wspinaczki. fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Jeśli nie teraz, to nigdy

Temperatura i dreszcze, dwa dni bez jedzenia, skrajne osłabienie - 19 i 20 września nic nie zapowiadało, że Andrzej Bargiel będzie w stanie zrealizować swoje marzenie. Jest nim zjazd razem z bratem Grzegorzem z ośmiu tysięcy metrów. W bazie jest ich pięciu: obaj bracia, zapewniający im wsparcie Dariusz Załuski, Marcin Kin oraz szerpa Renzzi.

21 września Andrzej czuje się nieco lepiej. Wiedzą, że jeśli nie wyruszą teraz, to nie osiągną celu - pogoda ma się wkrótce załamać. Ostatni, 20 minut po kolegach, z bazy wyrusza Andrzej. Chce iść własnym tempem. Dogoni ich w kolejnej bazie. Po godzinie dochodzi do lodowcowego potoku. Chce go przeskoczyć.

Pierwsze dni wyprawy. na razie sprzęt niosą niezastąpione jaki. Pierwsze dni wyprawy. na razie sprzęt niosą niezastąpione jaki. fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Samonaprawa na stoku góry

- W trakcie skoku między skałami zaklinował mi się kijek. Walnąłem na plecy i poczułem okropny ból. Od razu wiedziałem, bark wyskoczył mi ze stawu - opowiada. - Najgorsza była świadomość, że do najbliższego szpitala jest 40 kilometrów. Koniec wyprawy.

Wtedy Bargiel przypomniał sobie o radzie, jakiej kiedyś udzielił mu trener narciarstwa: "Im szybciej staw wróci do prawidłowego położenia, tym uszkodzenia będą mniejsze". - Widziałem, jak to robił lekarz, bo już poprzedniej zimy ten bark mi wyskoczył - mówi Andrzej. - Spróbuję, pomyślałem.

Włożył kijek pod pachę niczym podpórkę, a zdrową ręką złapał tę uszkodzoną. Szarpnął w dół. Zalała go fala bólu, który mniej - więcej po minucie zaczął przechodzić - bark wskoczył na swoje miejsce. Nie wiedział jednak, czy wszystko będzie OK. Gdy dołączył do ekipy, nic nie powiedział, ale zauważyli grymas na jego twarzy.

Musiał się przyznać. Wspólnie uzgodnili, że może kontynuować wyprawę, skoro jest w stanie poruszać ręką w miarę sprawnie. Każdego dnia zbliżali się mozolnie do położonego na wysokości 8013 m n.p.m. szczytu Sziszapangmy.

Łyk gorącej herbaty potrafi zdziałać cuda. Łyk gorącej herbaty potrafi zdziałać cuda. fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Zaproszenie do elity

- Nie kręcą mnie mozolne wyprawy w góry. Wolę z nich zjeżdżać, niż na nie wchodzić - mówi Andrzej, którego w 2010 r. himalaista Artur Hajzer zakwalifikował do projektu Polski Himalaizm Zimowy. Ten starannie wyselekcjonowany zespół miał wejść zimą na wszystkie ośmiotysięczniki.

Hajzer zaproponował udział w projekcie m.in. młodym: Adamowi Bieleckiemu, Tomaszowi Kowalskiemu, Arturowi Małkowi, i bardziej doświadczonym, jak Maciej Berbeka (cała czwórka brała udział w tragicznej wyprawie na Broad Peak). W tym czasie Bargiel był już mistrzem Polski w skialpinizmie i zwycięzcą prestiżowego narciarskiego biegu na kaukaski Elbrus. Stwierdził jednak, że w wysokie góry woli chodzić po to, by zjeżdżać z nich na nartach, a nie zaliczać kolejne szczyty niezdobyte do tej pory zimą. Hajzer mógł być nieco rozczarowany postawą młodego zakopiańczyka, ale cenił go bardzo wysoko.

- Moc Jędrka wszyscy znamy. W połączeniu z umiejętnościami technicznymi, doświadczeniem, dojrzałą odpornością psychiczną może dać efekt piorunujący. W związku z tym myślę, że Jędrek ma szansę na dokonanie w przyszłości ważnych rzeczy w górach wysokich - mówił Artur Hajzer, który 7 lipca 2013 r. zginął podczas wyprawy na Gaszerbrum I w Karakorum.

Bargiel byłby pewnie świetnym partnerem podczas wysokogórskich wspinaczek, ale wybrał własną drogę w Himalaje - która, jak sam twierdzi, przynosi mu więcej satysfakcji.

Koniec żartów, warunki są coraz trudniejsze. Koniec żartów, warunki są coraz trudniejsze. fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Bracia rozdzieleni

Ekipy wspinającej się na Sziszapangmę nie opuszczał pech. 30 września pod Grzegorzem zapadł się lód. - Zobaczyłem go zanurzonego do połowy ud w zimnej lodowcowej wodzie. Na szczęście udało mu się wydostać, suche buty pożyczył mu Marcin - wspomina Andrzej.

Następnego dnia obydwaj bracia razem z Darkiem Załuskim przystąpili do ataku szczytowego. Marcin Kin pozostał w obozie drugim, gdzie miał czekać na kolegów. Załamanie pogody przyszło wcześniej, niż zapowiadały prognozy. Wiał silny wiatr, nadciągnęła mgła. Po dwóch godzinach Darek oznajmił, że nie czuje się najlepiej i nie ma siły na dalszą wędrówkę. Zawrócił do obozu.

Po kolejnej godzinie tempo zwolnił Grzesiek. - Podszedłem do niego i spojrzałem w twarz. Nie było dobrze. Blady, ledwo stał na nogach. To był efekt wypadku z poprzedniego dnia. Brat zachorował - opisuje Andrzej. - To był dla nas ciężki moment. Pracowaliśmy jak woły, żeby razem zjechać z tej góry. To była przecież nasz wyprawa. Ciężko było patrzeć, jak zawraca.

Obozowisko jak z bajki. Śnieg, wiatr i lód dopiero przed członkami wyprawy. Obozowisko jak z bajki. Śnieg, wiatr i lód dopiero przed członkami wyprawy. fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Gdzie idziesz, wariacie?

Młodszy z braci Bargielów ruszył samotnie w stronę szczytu. O siódmej rano dotarł do obozu na wysokości 7500 m n.p.m., gdzie spotkał hiszpańską wyprawę Carlosa Sorio, która miała w nocy wyruszyć na szczyt. Jednak w obawie przed załamaniem pogody zrezygnowali i postanowili zakończyć wspinaczkę. Odradzali Andrzejowi samotne wejście.

- Nie chciałem rezygnować. Wyruszyłem o godzinie ósmej. Było bardzo ciężko. Większość drogi brnąłem po pas w śniegu. Pocieszające było, że miałem stały kontakt radiowy z Grześkiem, Darkiem i Marcinem. Grzesiek chyba najbardziej się o mnie bał, szczególnie gdy nagle przyszło załamanie pogody. Zaczął intensywnie padać śnieg i przyszedł mocny wiatr z chmurami. W pewnym momencie nie było nic widać. Usiadłem na skale i czekałem na poprawę pogody - opisuje.

Miał szczęście. Po półgodzinie przejaśniło się na tyle, by mógł kontynuować atak. Ostatnie dwieście metrów, z powodu gigantycznych zasp, wręcz pełzł na czworakach. W pewnym momencie tuż obok zeszła lawina. Wreszcie o godzinie 13.12 zdobył szczyt. Przez kilkanaście minut odpoczywał i przygotowywał się do zjazdu.

- Wierzchołek był zaśnieżony. Stałem na nim po pas w gęstej brei. Wiało niemiłosiernie, a ja, jak jakiś wariat, po prostu się cieszyłem - śmieje się Andrzej, który dopiero później dowiedział się, że w bazie szerpa Renzzi odprawiał tybetańskie modły za powodzenie jego zjazdu.

Polak, który samotnie zjechał z 8-tysięcznika Polak, który samotnie zjechał z 8-tysięcznika fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Spełnienie marzenia

Wreszcie chłopak z Łętowni, beskidzkiej wioski pomiędzy Rabką i Jordanowem, dziewiąte spośród jedenaściorga dzieci Marii i Józefa Bargielów, był gotowy do startu. On, który uczył się jeździć na zbyt długich, jak na dziecko, blisko dwumetrowych drewnianych nartach, za chwilę jako pierwszy Polak miał zjechać z ośmiu tysięcy metrów.

Zapiął sprzęt. Ruszył. Był wycieńczony, więc początkowo musiał co kilka minut robić przerwy. Ale czuł się w miarę dobrze jak na kogoś, kto przez kilka godzin atakował w śniegu wierzchołek ośmiotysięcznika. Wiedział, że nie może dać się ponieść fantazji, by wszystkiego nie schrzanić.

Dlatego jechał spokojnie, o wiele wolniej, niż pozwalał sobie podczas skialpinistycznych wypraw w Tatry. Szusował środkiem stoku, z dala od urwisk, za którymi czyhały głębokie przepaście. Zatrzymywał się, by ocenić, która droga jest najlepsza. Przyspieszył w niższej części góry. Po niespełna 40 minutach był z towarzyszami.

- Po dojechaniu do wysokości obozu trzeciego czułem się już bezpieczny. Bardzo szybko pojechałem do drugiego obozu, gdzie chłopaki czekali na mnie - opowiada. A mówi o tym, jakby był to najzwyklejszy zjazd z Kasprowego Wierchu. Nie odpinając nart, padł ze zmęczenia.

Po paru minutach wypił herbatę, chwilę pogadał o tym, jak było na wierzchołku. Założył plecak z ekwipunkiem, który naszykowali mu koledzy, i pojechał dalej w kierunku bazy. Nadal ostrożnie, ale już bardziej na ludzie. Emocje minęły dopiero wtedy, gdy po kolejnych 50 minutach byli na dole.

Trudny marsz z wybitym barkiem, a trzeba jeszcze zjechać... Trudny marsz z wybitym barkiem, a trzeba jeszcze zjechać... fot. Marcin Kin/Red Bull Contentpool

Everest za rok

- Gdy usiadłem pod górą i pomyślałem sobie, że chwilę temu byłem na ośmiotysięczniku, poczułem się niesamowicie. Przypomniałem sobie moje początki na wsi, kiedy zjeżdżałem z okolicznych górek. Nie potrafię opisać satysfakcji, którą poczułem. To było moje marzenie i spełniło się. To znaczy sam je spełniłem - śmieje się.

I zaraz dodaje: - Przykro mi tylko, że nie zrobiłem tego z Grzegorzem, ale jesteśmy przecież młodzi. Przed nami kolejne szczyty. Jeszcze tej zimy Bargiel wybiera się w góry Japonii, później na McKinley - najwyższy szczyt Ameryki Północnej (6194 m n.p.m.). W 2015 r. chciałby zjechać z Mount Everestu (8850 m n.p.m.). - Cieszy mnie jazda na nartach z wysokich szczytów. Jeśli przy tej okazji uda mi się zjechać z korony Ziemi, będzie super - zapowiada Andrzej Bargiel.

Więcej informacji o Andrzeju Bargielu znajdziecie na www.andrzejbargiel.com

Sziszapangma

Ten himalajski szczyt pokryty wiecznym śniegiem znajduje się na terytorium Tybetu. Wysoki na 8013 m n.p.m. Tybetańska nazwa Shi-sha-sbang-ma oznacza Grań nad Trawiastą Równiną. Na północnych zboczach bije źródło rzeki Arun, dopływu Gangesu. To najniższy, ale najpóźniej zdobyty ze wszystkich ośmiotysięczników. Pierwszego wejścia dokonała 2 maja 1964 r. chińska ekipa.Pierwszy raz na nartach spod szczytu(a nie z samego wierzchołka) zjechał 10 maja 1985 r. Austriak OswaldGassler.

Więcej o: