Oszukać przeznaczenie: supertajfun filipiński

Gdyby zabrakło szczęścia i rozumu, mielibyśmy w tym miejscu nekrolog, a nie relację z rajskiej wycieczki z niespodzianką. Ponieważ apokaliptyczną zawieruchę przesiedziałem w bezpiecznym hotelu na bezpiecznej wyspie, następnego dnia mogłem zmienić kierunek podróży, by poocierać się o rekiny wielorybie. Tak jak supertajfun Haiyan - największe na świecie.
Imiona emerytowane Imiona emerytowane fot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTTERSTOCK.COM; http://justcliqit.com

Imiona emerytowane

A jednak. To nie Polacy mają najbardziej przerąbane wśród narodów świata. Nie dość, że trzecia część ludności żyje tu poniżej poziomu biedy, rozsiane na 7 tys. wysepek i kilkunastu dużych wyspach Filipiny, gdzie wulkany (23 aktywne) buchają, a płyta tektoniczna się trzęsie, są idealnym terytorium do najazdu tajfunów. Tajfunów, bo to Pacyfik północno-zachodni. Huragany są na wschodnim.

Hula ich w tym rejonie koło 20 rocznie, połowa uderza w ląd. Te większe dostają imiona. Filipińczycy są do swoich tajfunów przywiązani, więc nadają "własne nazwy własne", odmienne od nomenklatury międzynarodowej. Kiedyś były to imiona żeńskie, w 1999 r. PAGSA (lokalne IMGW/NASA) rozpisała konkurs, w którym wybrano sto. Są cztery sety: po 25 na dany rok. Czyli dublują się co cztery lata. Lecą alfabetycznie, każdego stycznia zaczynając od "A". Jeśli liczba tajfunów przekroczy ćwierć setki, wkracza rezerwowa dziesiątka (sety rezerwowe są również cztery). W 2013 r. na Pacyfiku narodziły się m.in. - z szacunku dla gospodarzy podaję nazwy lokalne, dla skrócenia wyliczanki pomijam słabsze burze i depresje tropikalne: Auring (jedna ofiara), Crising (kilka), Dante, Gorio (kilkadziesiąt), Isang (jedna), Labuyo (sto), Maring (kilkanaście), Nando, Odette, Paolo (kilkadziesiąt), Quedan, Ramil, Santi (kilkanaście), Tino, Udruja, Vinta... Rok 2012 zamknął Pablo (vel Bopha) - 2 tys. ofiar. Jeszcze wcześniejszy Sendong - 1268. Obecnym zatrzęsła Yolanda.

W związku ze szkodami, jakie wyrządziła, to imię już nigdy nie będzie użyte do nazwania innego tajfunu. Podobnie jak Santi ani Labuyo. Dołączyły do coraz liczniejszej listy imion emerytowanych. W 2013 r. lista imion "powszednich" wyczerpała się już w listopadzie, wraz z następującą po Yolandzie - a jeszcze przed moim wyjazdem - Zoriadą.

Oszukać przeznaczenie: supertajfun filipiński, azja, podróżefot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Jolka, zapamiętam

Po mojemu Jolka, reszcie świata znana jest jako Haiyan (z chińska petrel, taki ptaszek). Najsilniejszy tajfun, jaki kiedykolwiek dotarł do lądu. Full w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona. Wiatr do 376 km/godz., minutowe podmuchy o prędkości 315 km/godz., grubo powyżej 200 km/godz. nawet przez 10 minut, fale na 6 m. Liczba ofiar według danych z 6 grudnia: 5786. Wciąż poszukuje się 1800 osób (urzędnik, który na dzień dobry poinformował świat, że będzie 10 tys. zgonów, natychmiast stracił stołek). Szkody na razie wyceniono na 800 mln dol.

Narodził się jako cyklon w okolicach Mikronezji 2 listopada. Imię zyskał dwa dni później, gdy przeobraził się najpierw w depresję, następnie - w burzę tropikalną. Za chwilę po gwałtownym obniżeniu ciśnienia zyskał chlubny status tajfunu. Nie jestem pogodynką ani Coriolisem, nie wiem dokładnie, jak to działa. Zwłaszcza że globalne ocieplenie też może mieć z zawieruchą coś wspólnego, o Haiyanie dyskutowano na warszawskim szczycie klimatycznym. Na pewno woda musi być gorąca (30°C), a pionowe ruchy wiatru mizerne. Wiem też, że 8 listopada Jolka była już cztery tysiące kilometrów dalej na zachód, tarmosząc Filipiny. Razem ze mną.

Jolka, zapamiętam

 

Po mojemu Jolka, reszcie świata znana jest jako Haiyan (z chińska petrel, taki ptaszek). Najsilniejszy tajfun, jaki kiedykolwiek dotarł do lądu. Full w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona. Wiatr do 376 km/godz., minutowe podmuchy o prędkości 315 km/godz., grubo powyżej 200 km/godz. nawet przez 10 minut, fale na 6 m. Liczba ofiar według danych z 6 grudnia: 5786. Wciąż poszukuje się 1800 osób (urzędnik, który na dzień dobry poinformował świat, że będzie 10 tys. zgonów, natychmiast stracił stołek). Szkody na razie wyceniono na 800 mln dol.

 

Narodził się jako cyklon w okolicach Mikronezji 2 listopada. Imię zyskał dwa dni później, gdy przeobraził się najpierw w depresję, następnie ? w burzę tropikalną. Za chwilę po gwałtownym obniżeniu ciśnienia zyskał chlubny status tajfunu. Nie jestem pogodynką ani Coriolisem, nie wiem dokładnie, jak to działa. Zwłaszcza że globalne ocieplenie też może mieć z zawieruchą coś wspólnego, o Haiyanie dyskutowano na warszawskim szczycie klimatycznym. Na pewno woda musi być gorąca (30°C), a pionowe ruchy wiatru mizerne. Wiem też, że 8 listopada Jolka była już cztery tysiące kilometrów dalej na zachód, tarmosząc Filipiny. Razem ze mną.
Prawie jak klasa biznesowa Prawie jak klasa biznesowa fot. Lukas Rebec/shutterstock.com

Prawie jak klasa biznesowa

Nie byłem oczywiście jedynym rodakiem w takiej sytuacji. Polaków przywiało (ha, ha) całkiem sporo. Promocja Saudi Airlines okazała się hitem internetów, razem z nami (podróż w duecie) na przesiadkowym lotnisku w Rijadzie koczowało kilkanaścioro ziomków. To tylko jeden lot, jeden przewoźnik. Są inni przewoźnicy, były inne dni. Taka sytuacja... Miłą parkę nawet znałem, zamieniliśmy parę słów podczas poprzedniej przypadkowo wspólnej podróży - do Indonezji. Teraz chcieli lecieć na wyspę Bohol, gdzie trzepnęło konkretnie, bo to wyspa pechowa. Październikowe trzęsienie ziemi zabiło tam 230 osób... Szkoda, że jednak nie wymieniliśmy się numerami telefonów. Podczas wycieczki jeszcze raz popełnię podobny błąd, o czym pod koniec relacji.

Skąd takie tłumy turystów? Saudi sprzedawała bilety powrotne na trasie Mediolan-Rijad-Manila za 1250 zł, gdzie dłuższy odcinek obsługuje jeden z największych odrzutowców świata. W garbie jumbo jeta jest "stara klasa biznesowa". I system pozwalał na rezerwację takiego miejsca! Pomijając fakt, że Saudyjczycy są religijnie radykalni, więc w przeciwieństwie do Emiratczyków czy Katarczyków nie serwują w samolotach ani na swoich lotniskach alkoholu... Że ich boeing 747 się rozpadał... A stewardessy z urzędu były niemiłe... Długi lot przebiegał w luksusach. Mój fotel, owszem, rozkładał się automatycznie, lecz zastygał w pozycji "trzy czwarte". Monitor nie działał wcale, ten obok zaś przez chwilę. Tu wyłaziły kable, ówdzie drzazgi. Lecz mogliśmy się rozłożyć jak szejk z szejkową, a osoba przy oknie miała dodatkowo półkę na nogi. Dziewięć godzin minęło jak dziewięć minut, wstaliśmy gotowi do podbijania świata.

Prawie jak klasa biznesowa, Oszukać przeznaczenie: supertajfun filipiński, azja, podróżefot. saiko3p/shutterstock.com

Metro manila

Plan był taki, by od razu dostać się na Boracay, wysepkę pocztówkową. Ponieważ AirAsia odwołała nasz lot i zostaliśmy przeniesieni na późny wieczór, pojawiło się parę godzin na obskoczenie stolicy. Metropolia, 11,5 mln mieszkańców, jeśli liczymy osoby zameldowane w regionie stołecznym zwanym Metro Manila. Tak na marginesie: w państwie metra nie ma. Pociągi zaś tylko na głównej wyspie zwanej Luzon (104 tys. km2, gęsto - zaludnienie jak w Polsce). Biedni pływają promami, bogaci latają (tanimi: 20-100 zł) samolotami, funkcjonuje około dziesięciu lotnisk. O ile akurat nie są zniszczone...

Wiemy, co robić, czas goni. Taksóweczka (nie są drogie, nawet w mieście stołecznym) i kurs do nieodległego oceanarium, gdzie nad głowami gapiów pływają wielkie płaszczki. Za dnia można ponurkować z rekinami, wieczornemu turyście z atrakcji dodatkowych zostaje rybny piling. Trochę przyjemne, trochę straszne, rybek są dziesiątki i dziubią naskórek, jakby jutra nie było. Aha, jeszcze jedna niespodzianka. Sala zimowa - dostajesz kurtkę i w klapkach chodzisz po śniegu. W tym rejonie świata to hit.

Boracay znaczy raj Boracay znaczy raj fot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Boracay znaczy raj

W Kalibo (wyspa Panay) lądujemy o 23. Duży samolot - z osobami zebranymi z dwóch lotów - kompletnie pusty, obsługi więcej niż pasażerów. Powinno mi to dać do myślenia. Nie dało...

Po nocy spędzonej w hotelu, symbolicznie zakrapianej tutejszym rumem (parę złotych za butlę), rano wyruszamy vanem na północ (1,5 godz.), do portu, skąd odpływają łódeczki na Boracay. Trzeba obskoczyć trzy kasy: opłata portowa, klimatyczna i za kurs. Kwadransik i jesteśmy na miejscu, w raju kitesurferów, nurków i plażowych leniuchów. Trycykl, podstawowy środek transportu w Filipinach, występujący w różnych odmianach lokalnych, wiezie nas na najpopularniejszą, czterokilometrową White Beach.

W jej centrum słabo, knajpa na knajpie, nagabywacz na nagabywaczu, Rosjanin na Rosjaninie. Filipińczycy starają się tu być eko. Palenie na samej plaży jest zabronione, tak samo przy restauracyjnych stolikach i parasolach stojących na piasku, trzeba podejść do głównej ścieżynki. Dziwne, chwalebne. Pracownicy restauracji zbijają konstrukcje z badyli i folii.

- Prowizoryczne ochronki - myślę. Naprawdę. Ale niespecjalnie intensywnie, odpuszczam temat, jestem na wakacjach...

Oszukać przeznaczenie: supertajfun filipiński, azja, podróżefot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Mieszkamy przy "stacji pierwszej" - plaża podzielona jest administracyjnie na trzy rejony, to pozostałość po czasach, gdy cumowały tu łódki transportujące turystów. Jako skrajna (wbrew pozorom: ostatnia) pozwala na miły spacer. Można odejść od tłumów i skalną ścieżką doczłapać się do Daniwid Beach, gdzie kąpią się też lokalesi. Oczywiście obserwowani z okien ekskluzywnych chatko-hoteli. Gdzie kitesurferzy? Po drugiej stronie, na Bulabog Beach.

Nasz hotel nie jest ekskluzywny, nie stoi buzią do wody, chowa się w głębi wyspeki. Przejście bocznymi uliczkami pozwala zaobserwować, że Filipińczycy też balują, swoi wśród swoich. Filipinki są drobne i śliczne, więc czasem można je spotkać z białasami. Chyba nas lubią!

Pierwsza jaskółka petrela Pierwsza jaskółka petrela fot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Pierwsza jaskółka petrela

Ponieważ w samo południe znów się powinniśmy znaleźć na lotnisku w Kalibo, wyspę opuszczamy o 8 rano. Przynajmniej taki mamy zamiar. Spokojna wczoraj przystań huczy, portowa poczekalnia kubatury klubu Warszawa Powiśle pęka w szwach. Tłum napiera, krzyczy, nieliczna obsługa blokuje wejście. Z trzech okienek pracuje tylko jedno, tym razem inne bilety chyba nie są potrzebne. Za chwilę okaże się, że wcale nie będą potrzebne.

Za budynkiem czeka już dwa razy dłuższa kolejka, która wcale nie jest kolejką. Ludzie chodzą tam i nazad, rzędy liczą po kilka osób, bajzel totalny. Wszyscy trzej ochroniarze szybko dają za wygraną. nie pilnują już terenu, tylko samego wejścia na pomost. Co kilkanaście minut cumuje jakaś łódka na dwadzieścia osób - zdaje się, że kursują dwie oficjalne i parę podejrzanych. Przez godzinę wypływa najwyżej setka turystów. Wszyscy są bardzo zdeterminowani, by wracać. Co mnie dziwi! Lecz powinno dziwić bardziej...

Po godzinie rozgryzania filipińskiego matriksu i daremnej próbie załapania się na prywatny transport, postanawiamy się wbić służbowo na statek. Omijamy tłum szerokim łukiem, podchodzimy z boku, pomostu strzegą panowie, którzy podobnie jak my nie wiedzą, kto jest kim. Są tu jakieś uprzywilejowane wycieczki z naklejkami na koszulkach, o dziwo udaje nam się podpiąć już za drugim podejściem. Tym dziwniej, że wchodzimy z Japończykami.

Za nami setki, z nami dziesiątki. Teraz trzeba dopchać się na łódkę, zadanie trudne, bo wycieczki serio są uprzywilejowane. W końcu jeden z transportowych trimaranów okazuje się "publiczny". Ostateczny etap to przejście z bagażami (mamy dużą torbę na ramię i mały plecak) po chybotliwej, mocno pochyłej kładce z prowizoryczną barierką. Na szczęście obsługa pomaga, graty lądują na dachu (bo jest dach, a nawet foliowe zasłonki między wspornikami), nikt i nic nie ląduje w wodzie.

O ile do pięcioosobowego tricykla potrafi wejść dziesięć osób, o tyle tu zachowujemy wszystkie normy. Kamizelki obowiązkowe, wreszcie zapanował spokój. Tylko podejrzany koleżka zaczyna zbierać kasę, nie wiadomo, za co i jaką. Jedni płacą, inni marudzą. Biorę w rękę sto ichnich pesos, czyli koło 7 zł, coś tam już przecież zabuliłem w kasie, proszę doić bogatszych turystów! Obchodzi trzy czwarte pasażerów, nas zostawia w spokoju. Na miejscu już czeka van na lotnisko. Zapełni się w kwadrans. Do samolotu wskakujemy w ostatniej chwili.

Rada Pana Antona Rada Pana Antona fot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Rada Pana Antona

Lotnisko w Kalibo za dwa dni będzie zniszczone. Nie doszczętnie, ale zamiast samolotów 8 listopada nad jego dachem latał... jego dach. Na Boracayu kajciarze też mieli dzień wolny, wysepką trząchnęło, na szczęście zdecydowanie słabiej, niż oczekiwano. Ofiar nie było.

Ja tymczasem już jestem w mieście Cebu na wyspie Cebu, przetransportowany przez zabawną linię Cebu Pacific (śliczne stewardessy organizowały konkursy podczas rejsu). Aglomeracja z 870 tys. osób, druga w kraju. Lotnisko znajduje się na wysepce, którą z głównym lądem łączą dwa mosty. Taryfa wiezie nas do hotelu w centrum, porządnego, daleko od brzegu. Spacer po Cebu nie jest fascynujący, chyba że lubisz azjatycki zgiełk. Główne atrakcje postawili portugalsko-hiszpańscy koloniści w XVI w.: bazylika Świętego Dzieciątka (obecna wersja pochodzi z XVIII w.), Krzyż Magellana (pierwotny obudowano drewnianą osłoną, sceptycy uważają, że wcale go tam nie ma) oraz fort San Pedro (ten oryginalnie z XVIII w). Wieczorem siadamy przy ryżu, kurczaku i świninie - to podstawa tutejszej, niespecjalnie zachwycającej kuchni - na piwku, obgadać szczegóły jutrzejszej wycieczki. Tycia (2,5 km2) Malapascua to kolejna filipińska pocztówka. Znów mamy jechać z centrum wyspy dużej ku samej północy, skąd odchodzą łódki na wysepkę. Schemat się jednak nie powtórzy.

Oszukać przeznaczenie: supertajfun filipiński, azja, podróżefot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Naszym stolikiem oprócz obleśnych, agresywnych kotów interesuje się Anton. Gościu po czterdziestce, pije z butli litrowego colta. To popularny browar siedmioprocentowy. Ja biorę konkurencyjnego red horse'a. Litrowy może być również hiszpański san miguel. Gdy w barze mówisz "piwo", mówisz: "san miguel".

Elegancki SUV Antona stoi obok, zaparkowany razem z żoną i jedną z ich czterech córek. Wyższa klasa średnia. Gadamy dobrą godzinę, facet lubi się fraternizować z obcokrajowcami. Problemu z językiem nie ma, angielski jest tu półurzędowy. Dominuje tagalog, który można nazwać filipińskim. Do tego dochodzą dziesiątki odmian lokalnych.

Anton pyta o Andrzeja Gołotę - obok koszykówki, w którą gra się i na uliczkach, i na komputerach - boks to najpopularniejszy sport. Gwiazdą jest Manny Pacquiao, klasyczna kariera od zera do milionera, mistrz świata ośmiu superlekkich kategorii wagowych różnych federacji, polityk, dobroczyńca, figura z okładki "Timesa", jeden z kilkunastu najbogatszych sportowców świata. 66 kilo i 170 cm legendy. Według tutejszego fiskusa - przekręciarz.

Wreszcie interlokutor sprzedaje nam wiadomość wyjazdu - o nadchodzącym tajfunie. Jutro rano. Nie wydaje się zestresowany, bo to ostrzeżenie trzeciego stopnia, nie takie wiatry przerabiał dziesiątki razy. W PRL-u mieliśmy stopnie zasilania gazem ziemnym, a na Filipinach są cztery stopnie zagrożenia wichurą. Jedynka: wiatr do 60 km/godz. nadejdzie w ciągu 1,5 dnia (zamykają podstawówki). Dwójka: do stu w ciągu doby (licea). Trójka: do 185 w 18 godz (uczelnie). Czwórka: powyżej i w ciągu pół dnia (możliwa ewakuacja terenu).

Listopadowy termin podróży wydawał się dobry. Natura szaleje tu w sierpniu, zazwyczaj kończy w październiku. Wydawało mi się też, że śledzę sytuację na bieżąco, przecież pościągałem aplikacje pogodowe. Lecz żadna nie miała powiadomienia "Uwaga: nadchodzi katastrofa!". A że pogoda była bajkowa - no, teraz zaczyna kropić - straciłem czujność. Anton nie odwodzi nas od realizacji pierwotnych planów. Sugeruje start wycieczki o 6 rano, główne uderzenie ma nastąpić koło 9 czy 10, powinniśmy dać radę. Jak się później okaże, do Cebu przyleciałem z czwórki. I ku czwórce chciałem jechać.

Odstawiamy jego rodzinę do domu - prowadzi córka - i jedziemy na kolejne browary. Ster przejmuje wstawiony facet, który wkrótce zrobi się do tego stopnia, że: a) wyzna mimicznie, iż jest mistrzem seksu oralnego, b) będzie rano przekonany, że nas odwiózł do hotelu. My oczywiście ponownie wsadzić się do pojazdu nie daliśmy, zresztą do przejścia mieliśmy parę kroków. Anton musiał jakoś dojechać na autopilocie.

Tak wyglądały niektóre wyspy po przejściu tajfunu. Tak wyglądały niektóre wyspy po przejściu tajfunu. fot. Niar/shutterstock.com

Pionoy movie: lokalne Bollywood

Wstaję o 5.30, lecę do recepcji, pytam, jak sytuacja (swoją drogą też mądrzy, że mi nic przy check-inie nie powiedzieli, kurczę). Sytuacja wygląda fatalnie, mocno odradzają, północ wyspy będzie miała kłopoty, komunikacja zapewne nawet nie ruszy. Trudno, zostajemy.

Jest Wi-Fi, parę filmów już miałem spiracone, parę dociągnąłem. Inaczej się nie dało, przepraszam, żałuję. Oglądam tutejszy mainstream, czyli Bollywood po filipińsku. Bez tańców, seanse nieco krótsze, lecz język narodowy podobnie miesza się z angielskim, perypetie klasy zamożnej są nawet bardziej pokrętne, w komediach zaś żarty - bardziej absurdalne. Aby ratować swoje dziecko, kobieta musi spłodzić nowe z tym samym mężczyzną; gość dawno jest z inną i nic nie wie o pierwszym ("One More Try"). Sporym hitem jest historia niespecjalnie rozwiniętego mistrza raperskich slamów ("Boy Pick-Up", intelektualna masakra). Albo syna zmarłej służki, który zostaje królową branży modowej i mści się na córce pracodawców matki ("Sisterakas"). Jest też zabawne "Full Metal Jacket" w wersji trans ("The Unkabogable Praybeyt Benjamin"). W dwóch ostatnich produkcjach występuje transseksualista Vice Ganda. Największy kraj katolicki Azji - a w kwestii wielkanocnych obrządków najbardziej radykalny na całym świecie (krzyżowanie live w wersji z gwoździami) - jest w tej kwestii absolutnie wyluzowany. Chłopaki-dziewczyny są akceptowani z całym dobrodziejstwem entourage'u.

Hi, Haiyan

Siła uderzenia poszła na region Eastern Visayas: wyspę Samar, koncentrując się na stolicy prowincji Layete - mieście Tacloban. "Nie ma budynku, który nie zostałby zniszczony albo mocno uszkodzony" - relacjonował pilot helikoptera przelatującego nad miejscem śmierci 2 tys. osób. Widziałeś w telewizorze.

Ja jestem 160 km na południowy-zachód. Daleko od wybrzeża, porządny hotel. Gaśnie światło, lecz prąd szybko wraca. Takie instytucje mają generatory, na całych Filipinach kable są zawieszone na słowo honoru, dyndają na wysokości głowy, nie można polegać na miejskiej infrastrukturze. Na dobre pada jednak telewizja, szkoda. Nocą oglądaliśmy dramatyczne zapowiedzi CNN-u, który ogłosił Haiyan supertajfunem. Teraz pozostaje łapanie informacji z netu. Polskie media spóźniły się z doniesieniami o dobę, SMS-y i wiadomości fejsbukowe z zapytaniem o sytuację dostaliśmy następnego dnia, gdy wszystko ucichło. W ojczyźnie dołączyłem do grona malkontentów, (prawie) przestałem oglądać nasze kanały informacyjne, dla których zapowiedź tragedii nie jest wystarczająco interesująca, by przegonić z ekranu marnych polityków. Do tego dziennikarze nie potrafią jej przygotować. Potrzeba śmierci tysięcy i nagrań zajumanych z YouTube?a.

Co jakiś czas palę fajka (paczka: 2-4 zł) na zewnątrz. Konstrukcja Valleyfront Hotel na to pozwala, bo wyjście jest całkowicie zadaszone. To właściwie duży, wysoki korytarz: vis-à-vis są garaże, kilkanaście metrów po prawej stronie ściana, parę metrów po lewej - świat. Ale deszcz z wiatrem i tak zacinają. Stolik portierów przesuwa się z godziny na godzinę. Najpierw tradycyjnie czatują przy drzwiach, potem chowają się coraz głębiej w tunelu. Wreszcie stolik znika. Po wewnętrznej stronie drzwi położono wycieraczki, by nie zaciekało. W recepcji koczuje zaprzyjaźniona z właścicielami rodzina. Ja z bezpiecznego miejsca obserwuję szalejące palmy. I tyle. Bardziej emocjonującego wspomnienia na szczęście (niestety?) nie mam.

Co się stało z Boracayem? Luz, trochę zniszczony, lecz wszyscy ocaleni. A Malapascua? "Dookoła nas wszystko huczało i wyło. Budynek trząsł się w posadach, widoczność ograniczała się do kilku metrów" - relacjonowali rodacy na TVN24.pl. Zburzeniu uległo 90 proc. zabudowań, cudem uniknięto ofiar. Wysłałem e-maile do wszystkich tamtejszych hoteli rano po tragedii, sprawdzając, czy jest gdzie i po co jechać. Dostałem dwie odpowiedzi od właścicieli resortów, którzy przebywali za granicą: nie mają kontaktu z wyspą. Zniszczona Malapascua była odcięta od świata przez parę dni. Po tygodniu przyszły kolejne wiadomości: prace remontowe trwają, serdecznie zapraszają, proszą o turystyczne wsparcie. Jeśli nie wybierasz się akurat na Filipiny, możesz zrobić dobry uczynek, wpłacając pieniądze jednej z organizacji charytatywnych, np. PAH-owi.

Raj odzyskany Raj odzyskany fot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Raj odzyskany

Ponieważ plan wycieczki dosłownie legł w gruzach, szybko sprawdziłem sytuację na południu wyspy Cebu. Znowu szybkie e-maile i sytuacja jasna. Zero zniszczeń, słońce świeci, można jechać i na wschodnie, i na zachodnie wybrzeże. Dzięki Yolandzie podjąłem najmądrzejszą decyzję w życiu. Wkrótce popływam z rekinami wielorybimi!

Jest ranek 9 listopada, "dzień po". Pogoda i humory dopisują. Nie tylko nam, także lokalesom. Taskówka wiezie nas na dworzec autobusowy. Krzątanina, handel, tłok, normalka. Choć to stąd doszły pierwsze medialne doniesienia o ofiarach (kobieta przygnieciona palmą), większych zniszczeń nie widać. Kurze chaty już przed tajfunem wyglądały, jakby były po tajfunie, śmieci, jak były, tak są. Wsiadamy do nieklimatyzowanego autokaru, miejsce przy otwartym oknie. Mogę robić dokumentację życia prowincji dzień po Yolandzie, będzie do "Logo". Może zrobię karierę w poważniejszych mediach? Zawód: fotoreporter? Ja? No kto by się spodziewał. Cykam wodoodporną małpą Olympus Tough TG-2 gigabajty fot w sekwencji (ustawienie: zwierzęta w ruchu), miejsce jest, bo zmieniliśmy kartę. Pędzimy wzdłuż wybrzeża, mój wewnętrzny reporter wojenny złości się, że nawet tutaj nic nie rozwaliło. Dwie godziny później jesteśmy w mieścinie Alcoy. Ekologiczne chaty Bodos Bamboo Bar to piękny niemiecki interes, ale generalnie trafiliśmy poza utarte szlaki. Rano wskakujemy w autokar jadący przez miejscowość Oslob. Będzie "Whale Shark Watching".

Rekin wielorybi to ryba największa (12 m). Najcięższa (13 ton). O najgrubszej skórze (10 cm). Jest jednym z trzech gatunków rekinów planktonożernych. Rhincodon typus ma klasę, dojrzewa płciowo w wieku 25 lat. Nigdzie mu się nie spieszy, bo żyje trzykrotnie dłużej. Nigdzie mu się nie spieszy, bo nikt mu nie podskoczy. Poza człowiekiem. To gatunek zagrożony, już tylko Tajwańczycy wcinają robione z ich białego mięska "rekinie tofu".

Dokarmianie sharków też jest kontrowersyjne, nie ma pewności, że rozleniwione stworzenia nie oduczą się samodzielnego poszukiwania planktonu. Pływają pod Oslob codziennie do 12, bo wtedy kończy się wyżerka od człowieka, wracają o 6 rano. Na początku słuchamy wykładu: nie dotykać, nie włączać flesza, w krystalicznie czystej wodzie czai się policja, będą mandaty. Rekinów nie da się jednak nie dotykać, bo to one dotykają ciebie. Przetaczają się powoli, otwierają wielkie jak me ramię pyski, nie wydają się zestresowane tajfunem dnia poprzedniego ani towarzystwem. Znów cykam fotki stulecia. Aparat przejmuje opiekun łódki, mam profilowe zdjęcia milenium. Jestem zachwycony i snorklowaniem, i tym, co widzę na ekranie.

Raj znów utracony, Oszukać przeznaczenie: supertajfun filipiński, azja, podróżefot. ŁUKASZ FIGIELSKI; ANNA SAWA; Adam Brill, Kristina Vackova/SHUTT

Raj znów utracony

Czuję, że trzeba to zgrać natychmiast, lecz najpierw jeszcze zaliczymy wodospady Kawasan, a co! Po negocjacjach jedziemy na jednym dużym motorze ku zachodniemu brzegowi, dobre półtorej godziny. Krajobrazy górskie, zachwyceni nami lokalesi, znów cykam i cykam. Potem cykam wodospady - jest ich kilka, rozłożone na trzech poziomach - z boku, dołu, lewej i prawej, woda w oczkach zielona. Wracamy do Alcoy. To co, może jeszcze plaża, bo słońce zajdzie? Fotki zgramy później. Na plaży sami tambylcy, mam pierwszy podryw - para transów przy barze, cykam im fotę, uciekam, jesteśmy szczęśliwi i wyluzowani. Przy skale maszyna do karaoke, młodzież śpiewa, pije rum i mleko kokosowe. Spędzamy wspaniałe chwile aż do wieczora, przyjaźń będzie na pewno do końca życia, wymieniamy się namiarami. To jest my  dajemy na siebie, nie spisujemy. Poczekamy, aż się odezwą.

Ale zaraz, gdzie jest aparat? Gdzie Antonioni, Kapuściński, trans, gdzie mój olbrzymi Nemo? Zniknął wraz z młodzieżą. Nawet nie mam do złodzieja pretensji, sam się prosiłem... Zdjęcie rekina do artykułu kupiliśmy, wodospady i te wielkie ławki na stronie obok (Puerto Princessa, ostatni przystanek wycieczki) komórką machnęliśmy. Wróciliśmy. Taka sytuacja.

Więcej o:
Komentarze (7)
Oszukać przeznaczenie: supertajfun filipiński
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • zawsze_edek

    Oceniono 57 razy 43

    panie Lukaszu!!! czy na grafomanie jest lekarstwo? niech pan szybko zazyje, albo zmieni dilera. dobrnalem do konca pierwszej z 7miu stron i padlem....

  • culebre

    Oceniono 42 razy 28

    To jest jak bełkot dworcowego menela albo opóźnionego gimbusa, który przesadził z dopalaczami. Już wolę bździny Długołęckiej.

  • cerebral.palsy

    Oceniono 42 razy 28

    Jezus maria.... czy ktos to sprawdza przed publikacją ??? Tylko ostro nacpany człowiek mógł tak napisać. Wstyd !!! Trzeźwy żuł byłby lepszy !! Po przeczytaniu kilku zdań miałem dosyć....Błędy, stylistyka... tragedia....

  • pani_rosomak

    Oceniono 12 razy 6

    Nie jedźcie tak po tym biednym człowieku. Zauważcie że tekst pojawia się w czasopiśmie LOGO które przeznaczone jest własnie dla takich odbiorców. Sposób podróżowania a tym samym i refleksji o nim odzwierciedlony jest w odpowiednim języku. Naprawdę nie wszystkie relacje z podróży trzeba pisać językiem Kapuścińskiego. Jedni ludzie "doświadczają niezwykłych doznań" a inni "bawią się zajebiście". i dla jednych i drugich jest miejsce w przestrzeni medialnej i publicznej.

  • owca888

    Oceniono 10 razy 6

    Ja doczytałam do "najazdu tajfunów" i wymiękłam. Zapewne o najazd na karych koniach chodziło. Klasyczny przypadek grafonarcyza.

  • ojciec.dyrektor

    Oceniono 4 razy 2

    "Spokojna wczoraj przystań huczy, portowa poczekalnia kubatury klubu Warszawa Powiśle pęka w szwach."

    Można śmiało powiedzieć: w dupie był, gó... widział. Najeździł się pan Łukasz po świecie, a nie potrafi napisać czegoś bez odniesienia do swojego hipsterskiego podwórka.
    To jeszcze zabrakło: w Manilii piasek na plaży był jak w Cudzie nad Wisłą itp.

    Naprawdę z tych podróży nic nie wynika. To czyste marnowanie paliwa na wożenie pana tyłka tymi samolotami. Z powodów ekologicznych takie wyjazdy powinny być zabronione.

  • zbyszek_krok

    Oceniono 2 razy 0

    Próbowałem przeczytać to co on napisał... I z jakiegoś powodu nie mogłem. Wydawało mi się to totalnym bełkotem. Myślałem że to wina przeziębienia i zajętych zatok (moich), ale chyba nie jak czytam Wasze komentarze...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX