Intrygująca Etiopia - kraj karabinów i zaginionej arki

Gdyby Indiana Jones rzeczywiście chciał znaleźć Arkę Przymierza, musiałby pojechać nie do Egiptu, a do Etiopii. Etiopczycy nie tylko wierzą, że Arka jest u nich. Oni są tego absolutnie pewni. A wszystko przez kaca ich królowej.
Nygus - to brzmi dumnie Nygus - to brzmi dumnie fot. Radosław Nawrot

Nygus - to brzmi dumnie

Każdy, kto był w Afryce, wie, jakim problemem jest tam brak wody. W historii Etiopii ten brak odegrał specjalną rolę i to w niecodziennych okolicznościach.

Chodzi o królową Sabę, jak się u nas powszechnie mówi, choć powszechnie nieprawidłowo. Nie królową Sabę bowiem, a królową Saby. Saba to starożytne królestwo na terenie dzisiejszej Etiopii oraz tego fragmentu, który odebrała jej ogłaszająca niepodległość Erytrea. Saba była na tyle potężna, że miała też ziemie po drugiej stronie Morza Czerwonego, w dzisiejszym Jemenie i Arabii Saudyjskiej.

Kraj w X w. p.n.e. był władany przez królową tak piękną, że nie bez przyczyny onegdaj grała ją w filmie Gina Lollobrigida. Zwano ją Makedą. Żydowski król Salomon oszalał na jej punkcie, gdy Makeda przyjechała na jego dwór w Jerozolimie. Król przestał myśleć jak mędrzec, a zaczął jak facet. Wszystkie mądrości świata zaprzągł do wykonania zadania, jakim było zaciągnięcie Etiopki do łóżka.

Trudno powiedzieć, czy Makeda w ogóle nie chciała, czy też raczej w ramach dbania o reputację nie mogła tak łatwo ulec, w każdym razie długo spławiała Salomona. Ten jednak się nie poddawał, gdyż - jak powiadają - wdzięki władczyni były warte zrobienia z siebie kompletnego kretyna. Coś tam zakombinował i wmanewrował ją w grubszy zakład. Chodziło o to, że Makeda może u niego w pałacu robić, co chce, ale - warunek - nie wolno jej dotknąć niczego, co należało do Salomona. Nie, nie ma tu żadnego perwersyjnego podtekstu. Chodziło o dobytek i wyposażenie domostwa, które należało do najobszerniejszych w starożytnym świecie. Szło jej nieźle aż do momentu, w którym podano śledzie (ja wolę wersję, że królowa tęgo popiła i ją suszyło na kacu). Po ich zjedzeniu Makedzie tak chciało się pić, że musiała sięgnąć po dzban z wodą. No i zakład przegrała.

Ostatecznie Makeda i Salomon żyli długo i szczęśliwie, a owocem ich nieopartego już na zakładach pożycia był niejaki Menelik. To mityczny założyciel państwa etiopskiego. Imię jak na króla miał może mało wyjściowe, ale pamiętajmy, że Etiopia to kraj dziwny. Tu na jej koronowane głowy mówiło się "nygusy", co jak mało które z określeń władców świata mogło odpowiadać prawdzie.

Nygus Menelik miał być tym, który przywiózł do Etiopii Arkę Przymierza. Salomon miał ją podarować wybrance. Dowód na wieczne przymierze Boga z człowiekiem. Arka Przymierza przetrwać miała wieki, ale zaginęła bez śladu. Zdaniem Etiopczyków jest w Abisynii. Jedni twierdzą, że skrywająca ją Świątynia Dusz znajduje się w Aksum na granicy z Erytreą, inni natomiast uważają, że znajduje się ona w Lalibeli na północy kraju.

Nowe Jeruzalem Nowe Jeruzalem fot. Radosław Nawrot

Nowe Jeruzalem

A Lalibela to miejsce w Etiopii niezwykłe. Zwą je Nowym Jeruzalem. Powstała bowiem, gdy etiopscy architekci po wizycie w Izraelu postanowili skopiować to, co zobaczyli. W czasach państwa Zagwe (powstałego po upadku Królestwa Saby w Aksum), gdzieś w XII w., czyli gdy u nas panował Bolesław Krzywousty, a Polska rozlatywała się dzielnicowo, postawili tu 11 kościołów na wzór żydowski.

Przy czym ich rozumienie terminu "replika" przypomina chińskie roleksy. Z całym szacunkiem. W Lalibeli mają np. replikę Betlejem i replikę Golgoty. Obie są niemal identyczne, co stawia w zupełnie nowym świetle scenerię wydarzeń Nowego Testamentu. Jeśli wierzyć Etiopczykom, Chrystus urodził się w wykutej w skale szczelinie i w takiej też szczelinie został ukrzyżowany.

- A tutaj znajduje się replika góry Ararat, na której osiadła arka Noego - mówi mój przewodnik o biblijnym imieniu Daniel.

- Gdzie? - głowa chodzi mi tam i z powrotem.

- No tu - zniecierpliwiony Daniel wskazuje na pagórek wysoki może na dwa metry, przypominający nieco osuwisko.

No teraz to inna rozmowa! Replika góry Ararat jak malowanie! Podobną widziałem gdzieś w Beskidach.

Do Lalibeli jadą wszyscy nieliczni turyści, którzy docierają do Etiopii. Nie tylko, by zobaczyć repliki żydowskich świątyń, ale także dlatego, że to miejsce bardzo uduchowione. To miejsce wyznawców ortodoksyjnego kościoła etiopskiego, który w IV w. uczynił z Etiopii jedno z pierwszych chrześcijańskich państw świata i gdzieś tam przed wiekami oddzielił się od głównego nurtu chrześcijaństwa. Pozostał pierwotny.

Teraz w kościele Golgoty stoi niespotykany nigdzie indziej w świecie ksiądz z chustą na głowie, który podaje do ucałowania potężny etiopski krzyż i robi tajemnicze znaki na ciele każdego przybysza. Ten gest kosztuje "co łaska", którą można dać, a można nie dać. Przy czym raczej dać.

Urok Lalibeli wynika stąd, że jest niemal w całości schowana pod ziemią. Jej główny kościół św. Jerzego jest schowany w niej niczym klocek z jakiegoś filmu "Cube". Odruchowo szukam przycisku, dzięki któremu to niesamowite gmaszysko można by podnieść i wydobyć z głębi ziemi.

- Zdejmij buty - mówi strażnik pilnujący wejścia do świątyni stanowiącej rzekomo replikę Betlejem.

- Dlaczego?

- Bo tak nam nakazał Mojżesz - odpowiada nawiedzonym tonem strażnik. - Wszystko musi pozostać tak, jak on powiedział przed wiekami. A Mojżesz mówił, że próg miejsca świętego należy przekroczyć boso. Momencik?

Przerywa, bo akurat dzwoni jego komórka. Odbiera i rozmawia ściszonym głosem po amharsku. Bez butów, oczywiście, bo tak nakazał Mojżesz. Telefonii komórkowej nie przewidział.

Nie dawaj Mursi zapałek Nie dawaj Mursi zapałek fot. Radosław Nawrot

Nie dawaj Mursi zapałek

Mój przewodnik Daniel należy do grupy tych "official". Znacznie liczniejsi w Etiopii są przewodnicy "unofficial". Właściwie - takim przewodnikiem jest tu każdy.

Weźmy choćby miejscowość Dżinka. To dziura na południu kraju, w kierunku kenijskiej granicy, szumnie nazwana miastem przez jakiegoś nietrzeźwego geografa. Owo miasto nie ma ani skrawka asfaltu, tutejsze tuktuki pędzą na złamanie karku po karbowanym klepisku, omijając wykopane w nieznanym bliżej celu dziury, na brzegach których leżą ciała szczurokretów - typowych dla Etopii przedstawicieli miejscowej gryzonerii (nie mylić z kretoszczurami, które żyją na południu Afryki).

Wszystkie afrykańskie psy szczekają tu tyłem, a wrony po osiągnięciu rogatek miasta stwierdzają, że to by było na tyle i czas zawracać. Życie miasta Dżinka pilnie obserwują licznie krążące nad nim sępy, codziennie pełne nadziei, że znajdzie ono swój kres.

Po cóż ktokolwiek o zdrowych zmysłach miałby przyjeżdżać do Dżinka? Odpowiedź prosta: z powodu pań, które wkładają sobie kółka w wargi. To plemię Mursi, którego kobietom rozcina się w dzieciństwie dolną wargę i umieszcza w niej gliniany krążek. Z czasem wymienia się go na większe, bo im bardziej rozciągnięta jest ta warga, tym kobieta jest atrakcyjniejsza. To przecież zupełnie oczywiste.

Dżinka to znakomita baza wypadowa do wizyt u Mursi. Tak przynajmniej twierdził pewien młody Etiopczyk, który przyplątał się podczas spaceru po bezdrożach tej miejscowości. Przedstawił się jako przedstawiciel "nieoficjalnego programu rządowego opieki nad turystami". - Zupełnie jakby w Poznaniu powstał Nieoficjalny Program Rządowy Pokazywania Turystom Koziołków - pomyślałem.

- Mursi mieszkają daleko stąd - instruuje młodzian. - Żeby zdobyć rzeczy pierwszej potrzeby, takie jak mydło, zapałki, cukier, muszą przebyć wiele kilometrów aż tutaj. Jeśli weźmiecie z sobą takie rzeczy, zyskacie ich przychylność, bo nie muszą wtedy podróżować do Dżinki. Bez tego mogą być agresywni.

- No dobra. To gdzie można kupić te zapałki?

- A tutaj jest sklep. Zaprowadzę.

Kilka pudełek zapałek kosztowało 400 świstaków. Zrobiło mi się bardziej sucho niż na afrykańskiej sawannie.

- Za drogo.

- Taniej nie będzie. Trudno tu o takie rzeczy - odrzekł.

Zapałki kupiłem oczywiście kilka ulic dalej za 60 świstaków. Kiedy Mursi otoczyli mnie szczelnie w swojej wiosce, żądając dychy za każde zrobione im zdjęcie, wyjąłem paczkę zapałek z kieszeni. Na ich widok kobieta wydęła wargę z wielkim, obciążającym ją kółkiem.

- Na co mi to cholerstwo? - znaczył ten grymas, a przebieranie palcami: - Dawaj forsę!

Gdy mój kolega Damian Wojna odegnał od siebie wszystkich Mursi, ocenił: - Za zapałki prychają. Za mydło pewnie dostałbyś wpieprz, a gdybyś wyciągnął cukier, musielibyśmy zwiewać.

W jednym Nieoficjalny Opiekun Turystów miał rację - Mursi są agresywni. Interesuje ich tylko to, ile możemy im zapłacić za zdjęcia, ich wyroby, cokolwiek. Jeśli zbyt mało, prychają i kłują nas palcami, rzucając jakieś klątwy. Usiłowałem sobie przypomnieć jakieś słowiańskie zaklęcia z czasów Swarożyca czy Trygława, żeby odwzajemnić się tym samym. Jakoś żaden fragment "Starej baśni" nie przychodził jednak do głowy.

Wśród domostw Mursi przechadzał się majestatycznie sęp uszaty. On jeden niczego od nas nie chciał.

Opłaty od opłaty to norma Opłaty od opłaty to norma fot. Radosław Nawrot

Opłaty od opłaty to norma

Po opuszczeniu wioski okazało się, że trzeba jeszcze zapłacić za ochronę.

- Ochronę? Przed czym? - pytam.

- No, ogólnie. Nigdy nie wiadomo - wyjaśnili koledzy z kałasznikowami. AK-47 można tu kupić wszędzie. Wydaje się, że to idealny prezent dla każdego etiopskiego dziecka, z których wiele przechadza się z bronią, sprawując pieczę nad stadami owiec, kóz, krów i wielbłądów.

W Etiopii obowiązuje zasada: jeśli zapłaciłeś za usługę X, to jeszcze nie znaczy, że za nią zapłaciłeś. Weźmy wycieczkę łodzią po ogromnym jeziorze Czamo Hajk w południowej Etiopii. Można w jej trakcie oglądać ptaki, krokodyle nilowe i hipopotamy, a na wyspie na jeziorze stada zebr Burchella. Wycieczkę kupuje się w biurze wycieczek po Czamo Hajk w mieście Arba Myncz.

- Dzień dobry, poproszę wycieczkę po jeziorze - mówi się.

- Proszę bardzo. Tyle i tyle.

Płacimy. Natychmiast pojawia się przedstawiciel Local Guide Association. - Nie potrzebujemy przewodnika - upieramy się, ale wzięcie go jest, jak się okazuje, obowiązkowe. Biją się o Złotą Patelnię czy co?

Po wycieczce rękę po swoją dolę wyciąga właściciel łodzi. Trzeba mu zapłacić za udostępnienie pojazdu. Właściwie obu, bo jedna łódź się na jeziorze zepsuła i trzeba było czekać na drugą. Płacimy. Gdy wracamy do Arba Myncz, trzeba jeszcze uiścić opłatę organizatorowi.

- Za co?

- No, za wycieczkę. Dwieście.

- Przepraszam bardzo - mówię nieśmiało. - Nie żebym był zbyt dociekliwy, ale tak z ciekawości zapytam: za co zapłaciliśmy właściwie na samym początku, w biurze?

Zapłaciliśmy ot tak, ogólnie. Rzadko zdarza się, by zapłacić za coś konkretnie. W Gonder, u podnóża gór Semien, młody chłopak pokazuje drogę, którą i tak byśmy sami znaleźli. Prowadzi nas w stronę stada dżelad, na które pewnie sami byśmy natrafili.

- Może zrobiłem zły interes? - myślę.

A chłopak:

- Dżelady to nasze narodowe zwierzęta, bo żyją tylko tu. To bliscy krewni pawianów. Mówimy na nie "małpy o krwawiącym sercu", bo mają taki płat skóry bez włosów na piersi, który robi się czerwony, gdy są gody. Jak pośladki u innych małp. W naszych górach żyją także dwa inne pawiany: pawian anubis i pawian płaszczowy. A także dwa inne gatunki małp: koczkodan zielony i gereza abisyńska.

Otwieram szeroko oczy. Niestety, wszystko się zgadza. Etiopia ma cztery gatunki pawianów, z których trzy żyją tu, a pawian masajski, zwany też żółtym - na południu, na granicy z Kenią.

Może i sam znalazłbym drogę, na pewno sam doszedłbym i trafił do dżelad. A jednak zrobiłem dobry interes. Pieniądze wydane na chłopaka z biednej wioski, który wchłonął wiedzę na temat żyjących tu zwierząt. Ta wiedza i te zwierzęta dają mu teraz chleb.

Łowcy podarków Łowcy podarków fot. Radosław Nawrot

Łowcy podarków

Turysta jest po prostu w Etiopii zjawiskiem, koło którego nie można przejść ani przebiec obojętnie. - To jest niebywałe - dziwił się Damian Wojna, gdy stanęliśmy na moment w okolicach Addis Zemen w pobliżu jeziora Tana, by zrobić zdjęcie ibisom czczonym. Jak okiem sięgnąć - pustka. Nie ma nikogo. I nagle - dzieci. Jedno, drugie, kolejne. Cała chmara. - Skąd one się nagle biorą? Mają jakieś wykopane norki, z których wyskakują? - nie potrafiliśmy pojąć tej dziecięcej inwazji.

Jako pierwsza pędziła ku nam sekcja sprinterska. Dzieci wchodzące w jej skład dobiegały do samochodu już w kilkadziesiąt sekund po jego zatrzymaniu. Na pełnym gazie. Były diablo szybkie. Otoczyły nas zdyszane, ale potrafiły wysapać "Hello!" lub bardziej bezpośrednie "You".

Za nimi pojawiała się sekcja długodystansowa - zawsze mocna w Etiopii. To dzieci, które dostrzegają auto z bardzo dużej odległości. Biegły niekiedy z sąsiedniej góry, z dołu wąwozu albo wręcz z oddalonej sporo wioski. Widać je było, jak lecą na złamanie karku ze stoków gór. Wywracały się w szaleńczej gonitwie, ale podnosiły i biegły dalej. W ciągu zaledwie kilku minut, które spędziliśmy przy ibisach, pojawiła się nawet sekcja perkusyjna - chłopcy z bębnami.

Jasne, że za tymi "Hello" i "You" kryło się oczekiwanie na podarunek. A nie ma takiego daru, który nie wzbudziłby ich zainteresowania. Słodycze, żołnierzyki i ludziki, nalepki, cokolwiek. Jeden z chłopców przyniósł zeszyt do fizyki. Miał tam do rozwiązania zadania. - Macie długopis? - pytał. - Bo ja nie mam... Długopis został w Etiopii.

Wspaniale spakowany bagaż, w którym tak wiele rzeczy wydawało się nam szalenie niezbędnych, teraz szczupleje. Bo to, czy coś jest niezwykle potrzebne, może zależeć np. od tego, czy ktoś inny nie potrzebuje tego bardziej.

Niedaleko Arba Myncz na południu Etiopii zostawiłem buty. Lewy trochę wołał już jeść, więc nie byłem pewien, czy takie obuwie wypada darowywać. Etiopski chłopak (na oko 15 lat) zapytany jednak o to, czy przydadzą mu się takie buty, odrzekł: - Nigdy żadnych nie miałem. Teraz będą pilnowały krów na wzgórzach pod Arba Myncz.

Cud, ja jednak widzę! Cud, ja jednak widzę! fot. Radosław Nawrot

Cud, ja jednak widzę!

Etiopia to bowiem kraj przedziwny. Kraj, w którym dla pasterzy rarytasem są przechodzone buty, długopis albo piłka, która nie jest trzema zszytymi szmatami wypchanymi słomą, a równocześnie nawet biedne dzielnice Addis Abeby pokryte są pełnymi dumy reklamami drogich Boeingów 787 Dreamliner. Ethiopian Airlines mają je bowiem jako pierwsze linie w Afryce i teraz te samoloty są równie wielką dumą narodową, jak biegacze długodystansowi, a proporczyki z napisem B787 wiszą niemal wszędzie.

Damian Wojna powiada: - W Etiopii ludzie są na co dzień zdecydowanie bardziej uśmiechnięci i szczęśliwsi niż my, którym, bez względu na dostatek, stale wszystkiego brakuje. Bieda i dostatek to pojęcia względne. W środowisku, gdzie wszyscy są biedni, nikt się biednym nie czuje.

W Etiopii brakuje wszystkiego, także prądu. W Dżince, w guesthousie o jakże niekorespondującej z aromatem miejscowości nazwie Yasmine, jest agregat. Uruchamiają go o godz. 18 i wyłączają o godz. 22. Akurat na tyle, by goście mogli wziąć, powiedzmy, kąpiel albo po pijaku trafić do wyra.

Gdy agregat cichnie, robi się tak ciemno, jak chyba nigdzie indziej na świecie. Nigdy nie widziałem takiej ciemności. Chociaż to złe słowo "widziałem". Nigdy bowiem tak bardzo nie widziałem nic. Ta nicość zaraz po wyłączeniu agregatu żarłocznie rzuca się na każdy skrawek przebijającego tu i ówdzie światła. Swym melanistycznym cielskiem zakrywa każdą szczelinę, przez którą mogłoby się cokolwiek przecisnąć i sprawić, by skryte w mroku przedmioty i żywe istoty choćby zarysowały swe kontury.

Owej nocy mój kolega Paweł Świderski zapadł w głęboki sen. Tak głęboki, że gdy się obudził, przez pewien czas nie wiedział, gdzie się znajduje. Nie był nawet pewien, czy już otworzył oczy, czy jeszcze nie. Nie było bowiem żadnej różnicy. Dzień stał się nocą, a może - uchowaj Boże! - i życie śmiercią. "Zakopali mnie. Żywcem. W trumnie" - takie uczucie w środku afrykańskiej sawanny wcisnąć może w ramiona paniki. "Świder", nie wiedząc zatem, gdzie góra, a gdzie dół i gdzie kończy się mrok, a gdzie zaczyna moskitiera, zawołał z przejęciem:

- Koledzy!

Nikt jednak nie odpowiedział. Ciemność milczała bezwzględnie, jakby nażarła się właśnie ludzkiego strachu i teraz, z ustami pełnymi resztek nie mogła wydusić słowa. Albo i nie chciała, niczym przyczajony w zasadzce etiopski lampart.

- Koledzy! Ratujcie! - krzyk przeciął ciemność Dżinki.

Wtedy coś błysnęło. Najpierw nieśmiało, wreszcie odważniej światło rozorało mrok na pół, by wedrzeć się do ciemnego pokoju z furią. - Czego się drzesz, do cholery, po nocy?! Wiesz, która jest godzina? - to Damian przegnał z pomieszczenia resztki ciemna i lęku czołówką ledową, z którą spał. Jak mówi, gdyby nie to, w życiu by jej w nocy nie znalazł. Świderski uśmiechnął się od ucha do ucha. Był najszczęśliwszym człowiekiem po tej stronie Nilu.

Etiopia Etiopia Addis Ababa, fot. milosk50 / shutterstock.com

Oto, co znaczy dbać o klienta

Prąd wyłącza się w Etiopii wszędzie, także w Addis Abebie. Przed wejściem do tutejszego hotelu Dimitiri stoi człowiek w mundurze. Ma karabin, jak niemal każdy w Etiopii. W ręku trzyma elektroniczne urządzenie do wykrywania metali. Tak bardzo elektroniczne, że aż nie licuje z całą pozostałą scenerią. Skaner został jednak kupiony za ciężkie pieniądze i musi się zamortyzować. Prowadzony ręką staruszka skanuje nasze torby i plecaki. Gdy pika, oczy Etiopczyka zapalają się. Teraz ma uzasadnienie, by powiedzieć:

- Proszę otworzyć. Czy jest tu coś metalowego?

Odźwierni trzymają wrota otwarte. Recepcjonistka niecierpliwie przebiera nogami, by poprosić o nasze paszporty, ale skanowanie trwa nadal. Nie ma żartów. Po kontroli odbieramy klucze do pokojów.

- Jakie jest hasło do Wi-Fi? - pyta Damian, a recepcjonistka je podaje. Usiłuje wklepać. Bez skutku.

- Hasło jest złe - mówi.

- To dlatego, że nie działa cały internet - odpowiada recepcjonistka.

- To dlaczego pani dała mi hasło?

- Bo pan chciał.

Człapiemy do pokojów, które nie tak łatwo znaleźć. Pokój nr 311 znajduje się np. na drugim piętrze. Obok niego - 308, ale nr 300 jest już piętro wyżej, a obok niego - 312. Damian twierdzi, że to paradoks Grand Hotelu, zwany też w filozofii paradoksem Hilberta. Niejedyny paradoks w Etiopii. Godzinę później jem abisyński stek z frytkami przy piwie Amber, aż tu przychodzi recepcjonistka.

- Czy mógłby pan pójść na górę? - pyta.

- Ale po co?

- Pani dyrektor chce z panem porozmawiać.

Baranieję. Co wywinęliśmy, że wzywa mnie szefowa hotelu? Nieuregulowany rachunek? Demolka w pokoju? Pojęcia nie mam. Idę. Pani dyrektor siedzi w pokoju. Z nią jakiś facet.

- Jestem dyrektorem tego hotelu, a to jest szef telekomunikacji w Addis Abebie - mówi.

- Miło mi - stękam.

- Szef telekomunikacji wyjaśni panu, dlaczego w hotelu nie działa internet - dyrektor nakreśla temat spotkania.

- Brakuje prądu w całej dzielnicy. Połowa miasta nie ma internetu. Jest nam bardzo przykro z tego powodu - mówi mężczyzna.

- Rozumiem. Co oprócz tego?

- Oprócz tego? - dziwi się pani dyrektor.

- Wezwali mnie tu państwo z jakiegoś powodu.

- Chcieliśmy wyjaśnić, dlaczego nie ma internetu.

- No nie ma, to nie ma. Trudno. Nie jest to jakiś poważny problem.

Pani dyrektor i szef telekomunikacji patrzą na siebie.

- Ale pańscy koledzy z pokoju 300 byli bardzo zdenerwowani i zagrozili strasznymi konsekwencjami - dodają. - Zmianą hotelu.

Pani dyrektor nadmienia raz jeszcze, jak bardzo jest jej przykro. Dodaje, że za chwilę przyjedzie tu jeszcze jeden człowiek, by potwierdzić, że internet nie działa w połowie miasta.

- Proszę, aby porozmawiał pan ze swoimi kolegami - dodaje. - Nie chcemy, by czuli się nieszczęśliwi z powodu braku Wi-Fi.

Schodzę na dół ze złożoną obietnicą, że porozmawiam. Stek jest już zimny. - Przepraszam pana - zbliża się strażnik w mundurze. Ten leciwy. Ze skanerem. Kamienieję.

- Co się stało?

- Czy mógłby pan otworzyć swój bagaż... I bagaże pańskich kolegów.

Jest coraz poważniej.

- Ale nic tam przecież nie ma. Nic, co by zagrażało niepodległości Etiopii.

- Jest - odpowiada strażnik i pokazuje na skaner. - Oderwała mi się taka część. O tutaj, na górze. Musi być w którymś z plecaków.

Etiopia, fot. collector / shutterstock.com Etiopia, fot. collector / shutterstock.com Etiopia, fot. collector / shutterstock.com

Życie w rytmie wojen

Skanowanie to w Etiopii norma. Do hotelu, sklepu czy banku często wchodzi się po przeszukaniu. Nasz przewodnik Shifo poinformował nas, że Etiopia ma zgody z Sudanem Północnym, Sudanem Południowym i Kenią. Natomiast kosy - z Erytreą i Somalią. Erytrea ogłosiła niepodległość w 1993 r. i odcięła Etiopię od morza. W 1998 r. zaatakowała większego sąsiada, ale po dwóch latach wojny Etiopia się ogarnęła i doprowadziła do remisu ze wskazaniem. Pozostały ustalone wcześniej granice i napięcie.

Somalia za to uderzyła na Etiopię w latach 70., by odebrać jej zamieszkaną przez Somalijczyków prowincję Ogaden. Miała za sobą Amerykanów. Za to Etiopia - cały blok wschodni i armię kubańską, która lądowała w odległym od swej macierzy o dziesiątki tysięcy kilometrów afrykańskim kraju, by wspomóc tutejszego dyktatora Mengistu Hajle Marjama. Gdy z kolei w Somalii w latach 90. wybuchła wojna domowa, to na jej terytorium wjechała armia etiopska. Pozostały ustalone wcześniej granice i napięcie. Oraz spore połacie sawann usianych wrakami czołgów i transporterów. Ale Etiopia wydaje się przy sąsiadach krajem dla turystów stworzonym - jednym z najbezpieczniejszych w Afryce, a bezpieczeństwo jest na tym kontynencie towarem mocno chodliwym. Przyroda w parze z tak wielką spuścizną kulturową, jakiej nie ma bodaj żaden inny kraj Czarnej Afryki.

I najlepszą kawą świata, zwaną tutaj bunna. To w końcu Abisynia jest ojczyzną boskiego, czarnego napoju. Legenda mówi, iż etiopski pasterz imieniem Kaldi zauważył, że jego kozy stają się dziwnie pobudzone po zjedzeniu czerwonych gron pewnego krzewu. Krzewu kawowca. Teraz nawet w najbardziej ekskluzywnych lokalach Etiopii rozsypuje się sieczkę, na której siadają kawiarki i na oczach widzów palą ziarna kawy, by podać turystom napój w filiżance.

Tych turystów, ku mojemu zdumieniu, jest w Etiopii wciąż niewielu. A szczególnie liczną grupę stanowią... Polacy. Yemane Taye, zawodowy przewodnik z Addis Abeby i obsługujący gości z Europy, powiada: - Polacy to 60 procent mojej klienteli.

Kiedy wychodzę z podziemnych replik Lalibeli, spotykam grupę Etiopczyków.

- Łer ar ju from? Kantry łot? - pytają.

- Polska - odpowiadam: - Poland.

- A? Poland! - kojarzą. - Martyna Pocieska! - krzyczą.

- Kto?

- Martyna Pocieska!

Teraz ja kojarzę.

- Ach, Martyna Wojciechowska!

- Tak, tak, właśnie. Pocieska!

Etiopia: informacje podstawowe Etiopia: informacje podstawowe aut. Mikołaj Kirschke, Radosław Nawrot

Etiopia: informacje podstawowe

.

Więcej o: