Mój pierwszy raz: jak przeżyłem motocross

Po zimowych roztopach ziemia ma intensywny, kwaśny smak. Wiem, co mówię. Siedzę gdzieś na nadwiślańskim pustkowiu i wypluwam jej grudki. Wpatruję się w dziurę, którą zrobiłem w ziemi zakutą w kask głową. Obok mnie leży sprawca mojego upadku - terenowy motocykl KTM.
Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Zła pozycja

Znowu zła pozycja - skwitowała Kaśka Bąk. Drobna, rudowłosa dziewczyna na terenowym KTM-ie pędzi jak wcielony diabeł, choć cierpliwość ma anielską: - Byłeś za bardzo wychylony do tyłu. Zarzuciło cię, pociągnąłeś gaz i jest afera.

Kilka chwil wcześniej ja też jeszcze jechałem I nic nie zapowiadało problemów. Do przejechania miałem kilka prostych zwrotów na względnie płaskim fragmencie toru. Stałem na podnóżkach mojego pomarańczowego KTM-a i patrzyłem przed siebie. Mijałem krzewy, uchylałem się przed konarami i mniejszymi gałęziami. Choć pewno nie przekraczałem 30 km/h, to dla mnie, początkującego jeźdźca, ta prędkość wydawała się wprost oszałamiająca.

Wszystko szło dobrze. Do czasu. W pewnym momencie któraś z dziur podbiła przód motocykla, a mnie przeważyło w tył. Zsuwająca się dłoń zacisnęła się na gazie i ściągnęła manetkę do tyłu. Silnik zaryczał, maszyna poczuła wolność i poniosła jak koń. Nie zdążyłem wcisnąć sprzęgła. Przez chwilę zachowałem jeszcze resztki panowania, przejechałem przez nasze graty leżące na ziemi. A potem KTM wystrzelił w powietrze, wykonał obrót o 360 stopni i wylądował w krzakach. Beze mnie. To była gleba numer cztery.

Znowu zła pozycja - skwitowała Kaśka Bąk. Drobna, rudowłosa dziewczyna na terenowym KTM-ie pędzi jak wcielony diabeł, choć cierpliwość ma anielską: - Byłeś za bardzo wychylony do tyłu. Zarzuciło cię, pociągnąłeś gaz i jest afera.Kilka chwil wcześniej ja też jeszcze jechałem I nic nie zapowiadało problemów. Do przejechania miałem kilka prostych zwrotów na względnie płaskim fragmencie toru. Stałem na podnóżkach mojego pomarańczowego KTM-a i patrzyłem przed siebie. Mijałem krzewy, uchylałem się przed konarami i mniejszymi gałęziami. Choć pewno nie przekraczałem 30 km/h, to dla mnie, początkującego jeźdźca, ta prędkość wydawała się wprost oszałamiająca.Wszystko szło dobrze. Do czasu. W pewnym momencie któraś z dziur podbiła przód motocykla, a mnie przeważyło w tył. Zsuwająca się dłoń zacisnęła się na gazie i ściągnęła manetkę do tyłu. Silnik zaryczał, maszyna poczuła wolność i poniosła jak koń.

Nie zdążyłem wcisnąć sprzęgła. Przez chwilę zachowałem jeszcze resztki panowania, przejechałem przez nasze graty leżące na ziemi. A potem KTM wystrzelił w powietrze, wykonał obrót o 360 stopni i wylądował w krzakach. Beze mnie. To była gleba numer cztery.

Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Mój wielki kanion

Kaśka po błocie, piachu i kamieniach pędzi od 11 lat. Na co dzień pisze dla "Świata Motocykli". Tym razem miała nauczyć śmigania po wysokich na kilka metrów skoczniach kompletnego żółtodzioba. - Tłumaczę zdecydowanie lepiej, niż jeżdżę - śmiała się na początku. Ale materiał był oporny.

Ja na dwóch kółkach jeżdżę dopiero od roku, a do tej pory motocykl był dla mnie zwierzęciem, którego naturalnym środowiskiem jest asfalt. Tutaj, dzięki Kasi, miałem nauczyć się panować nad maszyną w zupełnie innych warunkach. Bardzo szybko się okazało, że wystarczy zjechać z asfaltu w teren i wszystkie złe nawyki widać jak na dłoni. Teren uczy pokory, a nauka boli. I to wiele dni po jej zakończeniu.

Wieczór przed lekcją zszedł na wkuwanie teorii. Od "Wielkiej ucieczki", ze skokiem Steve?a McQueena przez zasieki na szwajcarskiej granicy, po YouTtube?owe klipy Travisa Pastrany. Do późna przed oczami miałem wyłącznie motocykle startujące do lotu, ryczące na wydmach, lądujące z impetem po niedorzecznie długich skokach. Fantastyczne, ekscytujące, porywające nawet przygodnego widza.

Czułem też, że w tyle głowy zapala mi się wielki neon: "Rany, Wojtek! To wbrew fizyce!".
Motocrossem rządzi skomplikowany zestaw fizycznych reguł: siły odśrodkowe, dośrodkowe, moment pędu, moment odśrodkowy i cały pakiet matematycznych wzorów, który głęboko wzruszyłby Izaaka Newtona, ale formalnie rzecz biorąc, motocyklista żadnego prawa nie łamie. Co najwyżej nagina je tu i ówdzie. Zgasiłem neon. Dam radę. Jasne, że dam radę.

Umówiliśmy się przy jednym z "OES-ów wiślanych". Nieoficjalnych, półdzikich torów w nadwiślańskich chaszczach, z dala od zabudowań i kogokolwiek, komu mogłoby przeszkadzać brzęczenie dwusuwowych silników. Tuż za wałami leży kilkaset metrów rozjeżdżonego piachu, gliny, specjalnie usypanych ramp, skoczni i zwrotów. Dla zawodowca - weekendowy relaks. Dla nowicjusza pięciometrowa górka wygląda jak Everest, a każda koleina to Wielki Kanion.

Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Terenowy rycerz

Mieliśmy szczęście. Co prawda ołowiane chmury wisiały nisko nad naszymi głowami, ale deszcz nie padał ani teraz, ani przez poprzednich kilka dni. Ale jednocześnie gleba była ciągle wilgotna. - Najgorzej jest, kiedy to wszystko jest wyschnięte na pieprz, wtedy piach robi się naprawdę bardzo śliski - mówiła Kaśka podczas pierwszego obchodu toru, z którym miałem się za chwilę zmierzyć.

Przejście toru pieszo wcale nie było łatwe, bo wspinaczka po kilkudziesięciostopniowych podjazdach w kompletnym ekwipunku wymaga solidnej kondycji. Pomyślałem nawet, że na cross ubierasz się jak na wojnę. Ale ten ekwipunek to twój najlepszy przyjaciel. Jest - w większości - lżejszy od sprzętu, do którego są przyzwyczajeni uliczni motocykliści, ale nie bez powodu..

Na pierwszy ogień idzie solidna bielizna, najlepiej termoizolująca. Nie tylko dlatego, że nad Wisłą wieje na potęgę. Na taką koszulkę i kalesony najłatwiej założyć dalszą część opancerzenia. Do tego długie skarpety, chroniące nogi przed obcieraniem przez buty. A buty to nie byle jakie. W porównaniu z offroadowymi butami motocyklowymi niektóre modele obuwia narciarskiego sprawiają wrażenie lekkich jak piórko.

Offroady są potężne i okute metalem. Spinane masywnymi sprzączkami buciory kojarzą się z fragmentem rycerskiego opancerzenia, a nie sprzętu sportowego. Przydałby się giermek, bo zapinanie niektórych zaczepów wymaga wykręcania stopy pod kątem, do którego staw skokowy zdecydowanie nie był przewidziany. Ich masywność doceniłem, gdy po kilku godzinach upadków, potknięć i podparć, stopy były w zasadzie jedynymi częściami mojego ciała, które nie jęczały z bólu. Rynsztunek uzupełniają: zapinany na rzepy i sprzączki pancerz osła- niający plecy i klatkę piersiową, nakolanniki, spodnie i bluza.

No i, rzecz jasna, kask. Człowiek ruszający w teren bez solidnego garnka na głowie automatycznie kwalifikuje się do zgłoszenia do Nagrody Darwina (warunkiem jest śmierć kandydata, do której doszło w wyniku jego głupoty, lub okaleczenie się pozbawiające możliwości reprodukcji). Terenowy kask jest lżejszy i zdecydowanie lepiej chłodzony od ulicznych. To bezcenne, bo jazda w terenie jest jak solidna praca na siłowni. Jeździec poci się litrami, a każdy dodatkowy kilogram ekwipunku bardzo szybko zaczyna ciążyć jak młyńskie koło u szyi. Potężna dolna szczęka offroadowego kasku, kojarząca się z hełmami szturmowców z "Gwiezdnych wojen", zapewnia chłodzenie i zabezpiecza przed całusami od kierownicy przy mniej udanych skokach.

Jednak nawet najlepiej zabezpieczony motocyklista w terenie nic nie zrobiłby bez gogli. Te spisują się na bezdrożach bez porównania lepiej, niż szyba ulicznego kasku.
Po pierwsze, mimo potu, zmęczenia i małej prędkości nie parują, tak jak mają to w zwyczaju klasyczne motocyklowe przyłbice. Po drugie, są o wiele skuteczniejsze, gdy trzeba powstrzymać tumany kurzu przed wciskaniem się do oczu.

Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Nauka siadania

Obchód toru zajął jakieś dwadzieścia minut. - Tu uważaj, jest strasznie rozjeżdżone, nie rozpędzaj się. Tutaj dodaj gazu, możesz ładnie się rozpędzić przed górką. Na bandzie złóż maszynę i dodaj gazu, wyjdzie bez problemu. Tutaj nie próbuj nawet skakać, bo na tych dziurach afera gotowa - instruowała mnie na bieżąco Kaśka.

Ona mówiła, a moje oko nowicjusza za diabła nie mogło wyłowić fragmentów, na których rzeczywiście mogły czyhać pułapki. Jak dla mnie one były wszędzie, bo cały tor jest równomiernie pokryty wybojami, dziurami, gałęziami, dziesiątkami śladów opon.
Ale ona bardzo pewnie wybiera te odcinki, na których motocykl powinien prowadzić się łatwiej. - A tutaj, pod tą górką kiedyś spotkałam trzy śpiące zające. Takie wielkie, zwinięte kulki futra - opowiada moja nauczycielka.

Mnie udało się uniknąć spotkań z miejscową fauną, która musi mieć najwyraźniej nerwy ze stali albo cierpieć na zagrażającą życiu narkolepsję, ale florę poznałem i to całkiem dobrze. - Po jednym, dwóch okrążeniach toru wszystkie mięśnie krzyczą - mówi Kaśka - nawet takie o których istnieniu nie miałeś pojęcia. Grunt to nie przestawać. Potem zaczyna działać adrenalina i możesz jeździć i przez godzinę.

Pozostało przywitać się z moją maszyną. Leciutka, pomarańczowa KTM-ka na pierwszy rzut oka kojarzy się ze źrebakiem. Stoi w trawie na swoich długich nogach i wygląda całkiem niewinnie, jakby chciała powiedzieć: Pot? Brud? Ból? Ja? Kokietka. - Wskakuj, nauczysz się siedzieć - pada rozkaz.

Łatwo się mówi. Naprawdę nie wiem, w jaki sposób Kaśka z taką łatwością wskakuje na wysoką maszynę. Ja, przy moich 193 centymetrach wzrostu, musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby wskoczyć na siodełko. Zadania nie ułatwiał mi też pancerz, w którym podniesienie nogi wcale nie przychodziło prosto. - Rany, nigdy nie widziałam, żeby motocykl tak przysiadł - śmiała się Kaśka, gdy wreszcie udało mi się wdrapać na siodełko. Faktycznie, maszyna, przyzwyczajona do zdecydowanie mniejszych obciążeń, zauważalnie osiadła na swoich potężnych amortyzatorach.

To nie jest pojazd dla motocyklistów ceniących wygodę, ale ci zazwyczaj trzymają się autostrad. Instrumenty są ograniczone do minimum. Długie, twarde siodełko nie zachęca do zajęcia miejsca (i tak jeździ się głównie na stojąco). Elektryczny starter? To zbędny luksus. Nawet podpórki nie ma, a maszynę w pionie trzyma "nóżka ekologiczna" - kawałek solidnej gałęzi znalezionej gdzieś obok. Motocykl ma być lekki, prosty i mocny jak koń.
Seria komend: - Nogi mocno oparte na podnóżkach. Ręce ugięte w łokciach, głowa nad kierownicą. Trzymaj maszynę kolanami. Odpal, wrzuć jedynkę, a potem spróbuj wrzucić drugi bieg. Obroty trzymaj równo, nie szalej z gazem.

Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Nie ma rzeczy niemożliwych

Odpaliłem. Nie za pierwszym, nie za drugim razem, ale po kolejnym kopniaku maszyna ożyła. Pierwsze metry to czysta groza. Przed sobą widziałem tylko morze piasku. Wszystkie instynkty wypracowane na ulicach krzyczały: Nie wjeżdżaj w to!

Ale motocykl na wielkich, grubych oponach był w swoim żywiole. Nawet bez mocnego pociągnięcia za gaz przegryzał się przez piach z dziką radością. Po chwili groza ustąpiła, a kierownica przestała żyć własnym życiem.  To prawda, pierwsze łuki pokonywałem na paluszkach, nieprzyzwoicie wolno i ostrożnie, nawet nie próbując składać się w zakręt. Ale momentami wydawało mi się, że naprawdę panuję nad sytuacją jak zawodowiec.

Górki zostawiłem sobie na później. Na początku chciałem po prostu oswoić się z maszyną i z zupełnie obcym środowiskiem. Wbrew obawom jazda była zadziwiająco płynna. Nawet spore wyrwy i uskoki zawieszenie brało na siebie bez skargi. Jechało się na tyle płynnie, że dość szybko odruchowo przysiadłem na siodełku. Błąd.

- Przysiadamy tylko na zakrętach! Stój na podnóżkach i kieruj, bo inaczej maszyna będzie kierować tobą! - krzyczy Kaśka. Gdy minął pierwszy lęk, zaczęła się frajda. Nawet przy małej prędkości człowiek ma wrażenie, że mknie przez zarośla tak szybko, że na autostradzie dostałby za to mandat. Do tego sama pozycja sprawia, że jazda w terenie daje zupełnie inne odczucia niż ta klasyczna, szosowa.

Przed oczami nie ma szyby, nie ma kierownicy, nie ma przyrządów. Jest tylko tor. Przy moim wzroście, stojąc na podnóżkach, miałem wrażenie, że lewituję gdzieś wysoko nad ziemią. To z jednej strony niepokojące, bo przypomina trochę jazdę na bicyklu z wielkim, przednim kołem. Z drugiej - daje niesamowite poczucie swobody.

W końcu uznałem, że rozumiem się już z motocyklem na tyle dobrze, że mogę zaryzykować wspinaczkę wysokogórską. Być może było to 10 najdłuższych sekund mojego życia.
Pierwszy podjazd nie mógł mieć więcej niż 10 metrów wysokości, ale rysował się przede mną jak alpejski szczyt. I znów pojawił się odruch lęku. Pomyślałem: nie ma szans, ten motocykl tam nie wjedzie.

Obawiałem się przez chwilę, że przeważę motocykl i skończę u podnóża góry z pomarańczowym KTM- -em na głowie. Bezpodstawnie. Odrobina gazu czyni cuda. Maszyna ruszyła pod górę jak kozica, nie dając najmniejszej oznaki niezadowolenia.

Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Lecę, frunę, pędzę

Panowanie nad motocyklem, zwłaszcza na podjazdach, wymaga koncentracji i wyczucia - terenu, wyważenia, gazu, hamulców. Zawodowcom przychodzi to zapewne automatycznie, dla żółtodzioba każdy metr podjazdu to wyzwanie. Ale euforia na szczycie jest warta przelanego potu.

Tyle że na euforię nie ma czasu, bo maszyna przecież nie ma zamiaru się zatrzymać. Tam, gdzie przed chwila rysowała się ściana brunatnej, zrytej oponami ziemi, nagle pojawiają się chmury - i długa droga w dół. Motocykl daje nura. Szybkie sprzęgło - i staczamy się na sam dół, ciągle wisząc głową nad kierownicą. Nurkowanie w stronę ziemi, potem zwrot po bandzie, krótka prosta i kolejna górka, kolejna wspinacz- ka, następna chwila euforii i jeszcze jeden zjazd. Zacząłem wpadać w rytm. Na trzeciej górce odkręciłem gaz nieco śmielej - i poczułem, jak na szczycie koła odrywają się na chwilę od podłoża.

Balem się nieco lądowania. Było ryzyko, że motocykl szarpnie, wpadnie w dziurę, odskoczy gdzieś w bok i skończy w krzakach. Strachy na Lachy - amortyzatory bez wysiłku przyjęły na siebie uderzenie, dla nich to normalka.
Na dole kolejna banda - tym razem z lekkim złożeniem. Opony kopią ziemię, KTM wgryza się w podłoże i dobrze trzyma piachu, którego na pierwszy rzut oka trzymać się nie ma prawa. Potem maleńka hopka. Tym razem z premedytacją odkręcam gaz i przygotowuję się na lot.

To nie było żadne majestatyczne szybowanie. Przeskoczyłem metr, może dwa. W żadnym momencie nie oderwałem się od ziemi na więcej niż kilka centymetrów. Gdy koła znowu zetknęły się z ziemią, gdy motocykl znowu ruszył, stabilnie, przed siebie, zrozumiałem, jaką dumę musieli czuć bracia Wright, gdy ich pierwszy samolot wzbił się w powietrze.

Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Leżę (ale jak efektownie)!

No cóż, największą zaletą bycia terenowym nowicjuszem jest to, że najmniejsze nawet sukcesy wydają się epickimi tryumfami. Ale powrót do miejsca w szeregu jest bolesny. Ostatnia górka na pierwszym okrążeniu. Spokojny najazd i? chwila zawahania.

- Jeśli czujesz, że będzie afera, nie wahaj się, dawaj sprzęgło i się zatrzymuj, od tego masz długie nogi. Jeśli czujesz, że lądujesz na przednie koło, dodaj gazu. A podczas najazdu trzymaj gaz równo i raczej odpuszczaj przed szczytem - ostrzegała przed startem Kaśka.
Odpuściłem gaz przed szczytem. Gleba numer jeden. Nawet nieszczególnie efektowna. Po prostu straciłem równowagę i przewróciłem się na bok. Od razu miałem okazję się przekonać, dlaczego terenowe motocykle są tak spartańskie. Postawienie do pionu wbitego w ziemię ścigacza byłoby robotą dla dwóch osób. A tu się otrzepałem, odpaliłem maszynę i zjechałem.

Moja duma ucierpiała, więc chyba podświadomie postanowiłem się odegrać na kolejnej górce. Poszło katastrofalnie. Tym razem gazu było zdecydowanie za dużo, ale trzeba przyznać, że lot był dzięki temu całkiem widowiskowy. Maszyna stanęła na przednim kole, ja - wygięty w pałąk - zostałem z tyłu. Motocykl wyskoczył w powietrze, zatoczył się w prawo i runął ze szczytu w kępę wysuszonej trzciny. Siłą rozpędu przeleciałem kilka metrów i wylądowałem twarzą w ziemi. Pomacałem kości i ostrożnie obróciłem się na plecy. Leżąc, podziwiałem niebo.

- Popatrzcie, chmury się rozchodzą - rzuciłem, kiedy Kaśka i fotograf Jacek Marczewski wdrapali się na pagórek. Leżałem jeszcze przez chwilę, czekając, aż przestanie mi dzwonić w uszach. - Gdy usłyszałem, jak dałeś gazu po drugiej stronie, wiedziałem, że będzie efektownie, ale tego się nie spodziewałem - śmiał się Jacek. Ja też się tego nie spodziewałem. Wstałem, pokuśtykałem w dół zbocza po motocykl.

Przy okazji przekonałem się, że te maszyny są niesamowicie odporne. Takiego manewru nie przetrwałby żaden samochód, o wydelikaconych ścigaczach nie wspominając. Wiem też, że nie ma sensu ruszać w teren bez zestawu narzędzi. - No, z takim sprzęgłem jeszcze nie jeździłam - rzuciła Kaśka, patrząc na smętnie oklapniętą klamkę, która zwisała pod kierownicą. Przez następnych kilkanaście minut przywracaliśmy ją do pozycji wyjściowej.

Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków Cross: historia mych wzlotów i (głównie) upadków fot. Jacek Marczewski, Sławomirk Kamiński

Ja tu jeszcze wrócę

Poobijany, wsiadłem na motocykl jeszcze raz. Ale chyba było już dla mnie za późno. Zabrakło pewności, zaufania do maszyny, wyczucia. Każdą górkę traktowałem jak śmiertelnego wroga. Z wzajemnością. Agresywnie zaatakowałem zbocze tej, z której ostatnio efektownie wyskoczyłem za motocyklem. Rzuciło mnie w lewo. Jacek uskoczył, ja szarpnąłem maszyną w prawo i położyłem się na glebie.

Po tym uznaliśmy, że powinienem wrócić do jeżdżenia po płaskim. Żeby popracować nad wyczuciem maszyny, pracą manetką gazu i pozycją na podnóżkach, bo ta ciągle była zbyt wyciągnięta. Szło nieźle - do czasu. Do czwartej gleby.

Uznaliśmy, że to chyba dobry moment, żeby zrobić solidną przerwę. Byłem już tak poobijany, że panowanie nad motocyklem stawało się coraz trudniejsze. Odpalenie silnika wymagało ode mnie nie dwóch, ale sześciu, siedmiu kopnięć. Zwyczajne zmęczenie, połączone z błyskawicznie wyparowującą pewnością siebie zrobiło swoje. Odpuściliśmy.
Ostateczny wynik - niezbyt chwalebny: dwa skoki, cztery gleby. Motocykl przeżył, choć nie bez uszczerbku. Ja też, choć z solidnie obitym biodrem, ramionami i kością ogonową.
Ubłocony i obolały, siadłem do pisania tekstu. Szło wolno. Nie tylko dlatego, że czułem się jak po bokserskiej walce. Chociaż mój crossowy debiut wypadł nieszczególnie, kombinacja endorfin i adrenaliny zrobiła swoje. Myślałem: wrócę. I tym razem nie będzie klapy. To zbyt wielka frajda, by się poddać.

Leonardo da Vinci napisał kiedyś: "Wystarczy, że raz doznasz lotu, a będziesz zawsze chodził z oczami zwróconymi w stronę nieba, gdzie byłeś i gdzie pragniesz powrócić".
Nie byłem w niebie. Byłem zaledwie kilka centymetrów nad ziemią. Ale raz poczułem powietrze pod kołami - i chcę więcej.

Więcej o: