Podróż na Hawaje: ogień i woda

W Hawajach wszystko jest kwestią odległości. Żeby tam dotrzeć, musisz przygotować się na podróż na koniec świata. Za to na miejscu na - dosłownie - wyciągnięcie ręki masz zjawiska, które reszta ludzkości może co najwyżej oglądać na kanale discovery.
 Waikiki w wulkanicznej krasie. Waikiki w wulkanicznej krasie. fot. Mikołaj Kirschke

Lawa w zasięgu ręki

Weźmy choćby góry plujące lawą. - Od dziecka bardzo chciałem mieć wulkan w ogródku - zwierza się nam ranger-geolog w parku narodowym na Hawai'i, zwanej tu Dużą Wyspą. - Kłopot w tym, że mieszkałem w stanie Nowy Jork, a tam raczej trudno o wulkany. Warto mieć marzenia. Przeniosłem się na Hawaje. Dziś wulkan jest moim ogródkiem.

Jego ogródkiem jest Kilauea, najbardziej aktywny spośród hawajskich wulkanów. Z krateru Pu'u O'o dymi się i żarzy nieustającą czerwienią. Tak w każdym razie twierdzi nasz ranger, pokazując na dowód zdjęcia. Bo my widzimy tylko chmury. Na lewo i prawo, przed i za nami, pod stopami i nad głową. Cała Duża Wyspa spowita jest stalową, deszczową powłoką, a ponieważ wjechaliśmy na wysokość ponad 1000 m, jesteśmy wewnątrz tej chmury. Mokro, zimno, nieprzyjemnie. W dodatku nic nie widać. Pochowały się nawet słynne gęsi hawajskie, które - jak wynika ze znaków drogowych - nie zajmują się tu niczym innym, tylko przechodzeniem przez szosę, jak kiedyś działacze Samoobrony.

Z tym wulkanem pecha mamy podwójnego. Jeszcze niedawno na południu wyspy można było dojść na piechotę do miejsc, gdzie lawa wypływała szczelinami spod ziemi, będąc - dosłownie - na wyciągnięcie ręki. YouTube pełny jest filmów, na których turyści podchodzą do leniwych strumieni ognia, wciskają w nie kijaszki i patrzą, jak zajmują się płomieniami. Niestety, w październiku ubiegłego roku po 15 latach kapryśna Ziemia zmieniła lokalizację swoich upławów. Teraz "lava flows" pojawiły się w niestabilnych, niedostępnych miejscach na północ od głównego krateru.

Sprawdzanie automatów przed zejściem do wody. W tle Honolulu. Sprawdzanie automatów przed zejściem do wody. W tle Honolulu. fot. Mikołaj Kirschke

Podwodny śpiew

Obrażamy się więc na hawajską boginię Pele, mitologiczną menedżerkę wulkanów, i idziemy się oddać pod opiekę jej starszej siostrze, zarządzającej oceanem Namace. Specjalnie przed tym wyjazdem zrobiłem w Polsce kurs PADI. Żeby nie tracić czasu na samych Hawajach, zaliczałem nurkowanie na wodach otwartych w krakowskim kamieniołomie na Zakrzówku. W styczniu. W wodzie o temperaturze 6 stopni. W styczniu! Rozgrzewała mnie tylko myśl, że robię to dla jednego z najbardziej niesamowitych podwodnych spektakli świata. To z jego powodu Big Island mieści się w każdej dziesiątce najlepszych nurkowych spotów na Ziemi.

Zaczynamy nietypowo, bo popołudniu - na ogół na nurkowanie wypływa się krótko po świcie. Pierwszy raz zanurzamy się jeszcze przed zmrokiem. W barwnym, psychodelicznym lesie koralowców pływają ryby wszystkich kolorów i kształtów. Całość wygląda, jakby ktoś poprosił Tima Burtona o nakręcenie sceny w sklepie rybnym. A ten wziął się do pracy po potrójnej dawce LSD. O, tam chowa się na dnie devil scorpionfish, skorpenowate dziwadło przypominające omszały głaz. Nie będę sprawdzał, dlaczego ma podwójnie srogą nazwę. A tu śmiga oficjalna ryba Hawajów, nosząca dumne miano - control-C, control-V - humuhumunukunukuapuaxa. Wysuwa w moją stronę śmieszny pyszczek, któremu zawdzięcza swą hawajską nazwę (dosł. "rogatnica ze świńskim ryjem"). Ówdzie niespiesznie przepływa rurecznica. Chciałaby chyba być dostojna, ale ma kształt zezłomowanego klarnetu, więc przychodzi jej to z trudem.

Nagle divemaster stukaniem w swoją butlę przyciąga moją uwagę. Kiedy na niego spoglądam, stuka się po uchu i pokazuje tabliczkę, na której napisał tylko jedno słowo: "whales". Wsłuchuję się uważnie. Po chwili słyszę! Pomiędzy bulgotaniem moich kolejnych oddechów dociera do mnie zawodzący śpiew wielorybów. Mogą być dziesiątki kilometrów stąd, ale i tak brzmi to przepięknie. No, może niekoniecznie pięknie - trochę jak muczenie uzdolnionej muzycznie krowy - ale naprawdę niezwykle. Z wielorybami będziemy jednak mieć do czynienia później.

Manty należą do tej samej podgromady ryb, co rekiny. Nie są natomiast (wbrew p\ozorom) spokrewnione z bombowcami f-117. Manty należą do tej samej podgromady ryb, co rekiny. Nie są natomiast (wbrew p\ozorom) spokrewnione z bombowcami f-117. fot. Tom Campbell/SplashdownDirect

Dobry zwyczaj nie dotykaj

Gwóźdź wieczoru to jednak drugie nurkowanie - już po zmroku. Robi się ciemno jak w mózgu polityka po dużej wódce. Dostajemy do ręki silne latarki i schodzimy na dno. Te reflektory mają nie tylko pomóc nam odnaleźć drogę w całkowitym mroku oceanicznych odmętów. Próbuję usiąść na piasku na głębokości 15 m, ale jesteśmy blisko brzegu, a przybój jest dziś tak silny, że prąd co chwilę miota mną w tę i z powrotem, jakbym był flaszką schowaną do bagażnika.

Tak nic sobie nie pooglądam. Siadam zatem na tyłku, chwytam leżący obok głaz i kładę go sobie na kolanach. No! Teraz mogę się skupić na spektaklu. Stawiam latarkę na sztorc i świecę nią do góry, tak jak kilkudziesięciu innych nurków. Słup światła przyciąga plankton. A te żyjątka przyciągają bohaterów wieczoru.

Nagle z ciemności wyłaniają się potężne cielska mant. To dla nich tu przypłynęliśmy. Manta ray night dive - marzenie większości nurków, jedno z najbardziej nadprzyrodzonych przedstawień w naturze. Nauczone doświadczeniem manty przypływają na żer każdej nocy. Choć są bliskimi krewniaczkami rekinów, nie wyglądają jak one. To potężne płaszczki, o rozstawie płetw sięgającym 5 metrów. Niczym trzy pozbawione silników bombowce szybują nad naszymi głowami w przedziwnym balecie, wykonując akrobacje godne mistrzów szybowcowych. Szerokimi, ozdobionymi dziwnymi rogami, rozwartymi paszczami zbierają plankton. Przepływają tak blisko niektórych nurków, że tym wystarczyłoby wyciągnąć rękę, aby ich dotknąć. Tego jednak nie wolno robić. Płaszczki pokryte są specjalnym śluzem, chroniącym ich cielska.

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sama manta otarła się o twoją głowę. Biada ci jednak, jeśli sam spróbujesz kontaktu. Tu tego typu zakazy traktuje się poważnie. Para poznanych w pensjonacie Australijczyków opowiadała nam rano, że na plaży byli świadkami zatrzymania gościa, który dotknął żółwia podczas snorkelingu. Policja skuła go na miejscu kajdankami i zabrała ze sobą.

Ledwo zauważam, jak mija 35 minut. Manometr wskazuje, że powoli kończy mi się powietrze. Muszę wracać, choć z mantami zostałbym najchętniej całą noc. Po raz pierwszy w życiu czułem tak niesamowitą więź ze zwierzętami, których ślepiów nawet nie mogłem zobaczyć.

W okolicach Waikiki najprzyjemniej robi się po?zmroku. W okolicach Waikiki najprzyjemniej robi się po?zmroku. fot. Mikołaj Kirschke

Łzy w perłowej przystani

Jedną z najbardziej zaskakujących cech Hawajów jest ich niespotykana różnorodność. Tu każda wyspa jest inna. I to nie tak inna, jak Kielce są inne od Bełchatowa, a pepsi od coca-coli. Porównywać Dużą Wyspę z Oahu i Maui to jakby zestawiać Kim Kardashian z Natalie Portman i posłanką Pawłowicz. OK, z posłanką trochę przegiąłem, każda z hawajskich wysp ma w sobie coś pociągającego.

Każda jednak na swój sposób. Hawai'i kusiła wielkimi jak na ten archipelag przestrzeniami, łagodnie pofałdowanym krajobrazem porośniętym prerią jak na Dzikim Zachodzie i niewielkim zagęszczeniem, zarówno miejscowej ludności, jak i turystów. Oahu to ostre jak brzytwy granie gór tonące w tropikalnej roślinności, wielopasmowe autostrady i wieżowce Honolulu.

Mam problem z tym miastem. Poza centrum to zwykła, pozbawiona charakteru metropolia. Zaś centrum, położone wokół alei króla Davida Laxamei Kamanakapuxu Mahinulaniego Nalaiaehuokalaniego Lumialaniego Kalakauy (w skrócie - Kalakaua Avenue), to monstrualne hotele liczące tysiące pokoi, przedrogie butiki oraz naszprycowane botoksem i sylikonem lalki snujące się za swoimi forsiastymi facetami. No nie mój klimat. Nawet sławna Waikiki jakoś nie urywa tyłka. Spodziewam się drobniutkiego piasku, a napotykam ziarniste coś, co bardziej nadawałoby się do betoniarki niż na najsłynniejszą (obok Copacabany) plażę świata. Spodziewam się wielkich fal i mistrzowskich surferów, zamiast tego woda faluje jak Bałtyk w lipcu.

Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał uroków Honolulu. Jest przy wejściu na Waikiki rzeźba Duke'a Kahanamoku, na którego przedramionach ludzie wciąż wieszają kwietne wieńce zwane tu lei. Jest na przedmieściach miasta słynna baza marynarki wojennej Pearl Harbor, a w niej ekspozycja dla każdego dużego chłopca (np. udostępniany do zwiedzania USS Bowfin, okręt podwodny klasy Balao) oraz niesamowite mauzoleum USS Arizona, pancernika zatopionego przez Japończyków w czasie słynnego ataku lotniczego w 1941 r. Podczas projekcji króciutkiego filmu o tej napaści wokół nas pół sali wyje. Druga połowa ukradkiem ociera łzy. O strategicznym znaczeniu Hawajów, położonych dokładnie pośrodku Pacyfiku, nie sposób tu zresztą zapomnieć. Nawet gdybyśmy nie zauważyli licznych tu baz wojskowych, dobitnie podkreśliły to F-18, które przeleciały nam tuż nad głowami podczas jednego z nurkowań.

Mnie zachwyciło niebędące na czele listy miejscowych atrakcji muzeum Bernice Pauai Bishop. Nie tylko pokazem hula - tu nie śliczne Polinezyjki w spódniczkach z liści palmowych wywijają pupami i rękami, ale lokalny etnograf dokładnie tłumaczy, o co chodzi w tym tańcu i w każdym ze znaczących gestów. Wizyta w muzeum pozwala przede wszystkim dostrzec Hawaje z samego początku turystycznego najazdu. W latach 20. XX w. hotele Moana i Royal Hawaiian, dziś otoczone okropnymi tourkombinatami, stały wtedy w szczerym polu (a właściwie w szczerym gaju palmowym), zaś turyści przyjeżdżali raz na kilka tygodni statkiem z Ameryki - wtedy można było każdego z nich witać, wieszając lei na szyi.

Breaching, czyli wyskoki waleni nad wodę,  to jedna z największych zagadek natury. Breaching, czyli wyskoki waleni nad wodę, to jedna z największych zagadek natury. fot. Flip Nicklin/Minden Pictures

Walenie na walenie

Maui to jeszcze inna bajka. Bardziej "wypoczynkowa" niż Hawai'i, ale turystyka przybiera tu mniej odrażające formy niż na Oahu. Warto zajrzeć do urokliwej, jak na Hawaje niemal antycznej Lahainy, w której kiedyś rezydowali królowie archipelagu.

Ale jeśli traficie tu między grudniem a marcem, mus wam spróbować czegoś innego. Jest tak: pacyficzne wieloryby, zwłaszcza humbaki, żyją głównie na północy. To u wybrzeży Alaski, Kamczatki i Syberii najwięcej jest krylu, drobnych skorupiaków stanowiących główny pokarm waleni. Kłopot pojawia się, kiedy wale nabierają ochoty na figle. Bądźmy szczerzy - kto chciałby się bzykać na Alasce? Albo tym bardziej na Kamczatce? Ale Hawaje... O, Hawaje to już zupełnie inna sprawa. Co roku w grudniu wieloryby wybierają się tu więc na seks. Na marginesie, w ślad za walami podążają tłumnie także ludzie - na miejscowych lotniskach najwięcej było właśnie samolotów Alaskan Airlines. Podejrzewam, że Amerykanom z północy też chodzi głównie o bzykanie w tropikach.

Płyną więc stadami walenie na walenie, rodzą na Hawajach młode i mniej więcej do marca odchowują je, by znów powrócić na północ, na wielką wyżerkę. A podczas pobytu na południu szczególnie upodobały sobie właśnie Maui. Tu, w cieśninie oddzielającej ją od wysp Lana'i i Kaho'olawe tłoczą się jak sardynki w puszce. Dobrze wybrać się na oglądanie jednym ze stateczków lokalnej fundacji zajmującej się ich ochroną. Wrażenie jest po prostu niesamowite. - O, po prawej dwie sztuki - obwieszcza przez megafon przewodnik. - A po lewej trzy kolejne. Pasażerowie z tyłu, nie musicie się tłoczyć, za rufą widać kolejnego.

Najniezwyklejsze spotkanie z humbakami było oczywiście dziełem przypadku. Wracałem akurat z nurkowania. Kapitan naszej łódki tłumaczył właśnie, że prawo nie pozwala się zbliżyć do wielorybów bliżej niż na 30 m. Ale uwaga - jeśli przypadkiem gigantyczne ssaki wynurzą się spod wody w mniejszej odległości, należy natychmiast wyłączyć silnik i poczekać, aż same odpłyną. Co może potrwać nawet półtorej godziny, bo walenie są z natury ciekawskie i lubią się przypatrzeć łodzi. Mijaliśmy grupę kajakarzy, kiedy na powierzchni wytrysnął charakterystyczny pióropusz oddychającego wieloryba. Kapitan zgasił silnik i łódź stanęła. Przez kilkanaście minut obserwowaliśmy zafascynowani, jak trzy sztuki (matka, młode i męska eskorta) pływają wokół nas i kajakarzy, od czasu do czasu wymachując łagodnie płetwą brzuszną albo ogonową.

Raz nawet wynurzyły się dosłownie na wyciągnięcie wiosła od lidera kajakarzy. Przy ich ogromnych cielskach wyglądał jak ołowiana figurka. Wreszcie zwierzęta znudziły się nami i postanowiły się oddalić, jakby na pożegnanie przepływając dokładnie pod naszą łódką. Leżałem brzuchem na pokładzie dziobowym i zafascynowany gapiłem się, jak trzy obłe, stalowoszare sylwetki suną tuż pode mną.

Hawaje - mapa Hawaje - mapa Crossroadscreative/iStockphoto.com

Wszyscy są na scenie

Jeszcze trochę relaksu na plaży, jeszcze trochę nurkowania i zbieramy się do powrotu na drugi koniec świata. Ale na zakończenie jeszcze lu'au, czyli tradycyjna hawajska uczta. Obrzydliwie droga (ponad 100 dolców od łebka), obrzydliwie komercyjna (przy stołach i na specjalnych siedziskach jest ponad 500 osób), ale niepozbawiona wdzięku. Jest pyszna hawajska wyżerka, są kolorowe drinki, są prześliczne tancerki hula i przezabawny tubylczy kelner ("moja siostra tańczy właśnie na scenie, mój brat tańczy właśnie na scenie, moja była żona tańczy właśnie na scenie, a moja obecna dziewczyna nie tańczy tylko dlatego, że akurat jest w ciąży; jesteśmy wielką, uroczą, dysfunkcjonalną rodziną").

Po odwiedzeniu Hawai'i, Oahu i Maui pozostaje pewien niedosyt. Wszak archipelag składa się jeszcze z pięciu sporych wysp, nie licząc setek pomniejszych. Trudno, trzeba będzie wrócić. Aloha!

Więcej o:
Komentarze (4)
Podróż na Hawaje: ogień i woda
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • johnpobieraczek

    Oceniono 1 raz 1

    Wszystko cacy ale jedzenie do bani no i na rekiny trzeba uważać, gość siedząc na łódce z nogami w wodzie karmił ryby, dla rekina było za mało więc skosztował jego nogi, poza tym można poczuć się wolnym, dopóki nie wystawią rachunku ale to tylko pieniądze. :-)))

  • ane_nydansker

    Oceniono 1 raz 1

    oprocz 3 wymienionych wysp ktore sa jak autor slusznie zauwazyl piekne na swoj sposob (osobiscie mi zadna zdecydowanie nie przypominala p. Pawlowicz... zdecydowanie polecam Kauai, jest troche na uboczu wiec bez tloku ale krajobrazowo wspaniala: Wielki Kanion Pacyfiku (Waimea), robi wielkie wrazenie mimo ze widzialem oryginal, Wybrzeze Na Pali - niesamowite, plaskowyz Kokee - piekny i tajemniczy... no i ten luz... i jedzenie... :)))
    z podwodnych atrakcjonow niewymienionych przez autora koniecznie trzeba dorzucic rekiny ktorych sie sporo peta (ludojadow nie ma... :) podwodne tunele lawowe i wraki - scuba-raj :)
    Co do tego czerwonego wyziewu z wulkanu to coz... trzeba poczekac do wieczora... :)))
    oj ciagnie z powrotem... niepowtarzalne miejsce pod kazdym wzgledem :)

  • speadygonzales

    Oceniono 1 raz 1

    Byłem, widziałem, syciłem zmysły... cuda widziałem.
    W Honolulu jeździliśmy Ikarusami (!!!), kierowca z ichniego MPK pomógł nam gdy jechaliśmy na Diamond Head, lecieliśmy na Maui Aloha Airlines z dziurą w poszyciu (w bagażniku dziura w plastiku z widoczną wełną mineralną jako izolacją). Wulkan Kilauea. USS "Arizona" Memorial... Polinezyjskie Centrum Kultury... WARTO!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX