Szkocja w gębie: podróż śladami whisky

Po co się jedzie do Szkocji? No, są tam zamki. Sporo. I góry. I mnóstwo whisky. Szkocja jest krajem typu 'pokaż mi punkt na mapie, a ja ci powiem, jaka destylarnia jest w pobliżu'. W moim przypadku punktem na mapie okazało się Keith, a najbliższą destylarnią - Strathisla. Tak na oko miałem do niej 150 metrów, i to tylko dlatego, że bliżej nie było żadnych zabudowań. Jeśli pijasz whisky tylko od czasu do czasu, mogłeś nie próbować tego single malta. Ale tak naprawdę zapewne go znasz. Strathisla decyduje o charakterze Chivas Regal, i dlatego większość produkcji ląduje właśnie w tym blendzie. A nie uwierzę, że nie piłeś chivasa!
Widok na destylarnię Glenlivet Widok na destylarnię Glenlivet materiały prasowe

Kolejka dla wszystkich

Zanim zaczniesz się zastanawiać, czy warto pojechać "na whisky" do Szkocji ("przecież tam są te same butelki co w Polsce...."), od razu ci powiem, że warto.

Trochę dla takich momentów, jaki ja przeżyłem w czasie spaceru po Keith. Wskoczyłem do jednego z pubów i zapytałem, którą whisky tu się pija. A jeden z bywalców rzucił: "Ja - glenliveta, mój szwagier tam pracuje". No, jak szwagier, to wziąłem glenliveta. Trochę żałuję, że od razu nie krzyknąłem "Kolejka glenliveta dla wszystkich!", bo w pubie było tylko pięć osób, i mógłbym do końca życia opowiadać, że postawiłem kolejkę dla całego baru. A kosztowałoby mnie to tylko jakieś 10 funciaków. Chwilę później pół miasteczka skończyło pracę, pub się zapełnił i szansa przepadła. Ale następnym razem się nie zawaham.

A mogłem być królem baru... Skończyło się na szklaneczce ze znajomymi.

materiały prasowe

Destylarnia Strathisla Destylarnia Strathisla Destylarnia Strathisla, fot. materiały prasowe

Tam, gdzie powstaje whisky

Ale przede wszystkim warto pojechać do Szkocji, żeby zobaczyć, jak whisky powstaje, i dlaczego smakuje, tak jak smakuje. Ja byłem w Keith na zaproszenie Chivas Regal i moim przewodnikiem po świecie whisky był Alex Robertson, światowy ambasador marki oraz - mam nadzieję, że Alex się nie obrazi - absolutny świr na punkcie dobrej szkockiej. Na marginesie - jest też trzeci powód: w Szkocji można zmierzyć się ze szkockim akcentem. W wersji light oznacza on "nie rozumiem niektórych słówek", w wersji hard - "przepraszam, to mam iść w lewo czy w prawo? Mógłby pan powtórzyć wolniej?". Całe szczęście Alex mówił wersją light.

Alembiki w Strathisla Alembiki w Strathisla materiały prasowe

Prosto z alembiku

Wracając do whisky. Destylarnia Strathisla powstała w 1786 r. i od tego czasu powstaje tam szkocka. To najstarsza nieprzerwanie pracująca destylarnia w Szkocji. Wygląda tak, że chciałoby się ją przytulić. Albo w niej zamieszkać. Jak powiedziałaby egzaltowana studentka edynburskiej akademii sztuk pięknych: "So lovely!".

Lovely, lovely, trzeba przyznać, ale jeszcze bardziej lovely jest w środku. Młyn do mielenia jęczmienia, wielkie drewniane kotły warzelnicze, stare alembiki... w odróżnieniu do największych destylarni tu wszystko wygląda bardzo wiktoriańsko.

Dla przypomnienia: żeby powstała szkocka whisky, potrzebny jest jęczmień, drożdże i woda. Jęczmień (koniecznie szkocki) jest słodowany (czyli kiełkuje, uwalniając enzymy rozbijające skrobie na cukry proste), a potem zalewany wodą. Dodaje się drożdże, powstaje zacier, który przez kilka dni fermentuje. Efektem jest coś w rodzaju piwa, które zostaje poddane destylacji w alembikach - w Szkocji prawie zawsze mamy do czynienia z dwukrotną destylacją. Destylat (zwany newmake'iem) ląduje na minimum trzy lata w beczkach. I dopiero wtedy możemy mówić o whisky.

Szkocki jęczmień. To z niego powstaje whisky. Fot. materiały prasowe Szkocki jęczmień. To z niego powstaje whisky. Fot. materiały prasowe Szkocki jęczmień. To z niego powstaje whisky. Fot. materiały prasowe

Przed próbowaniem - zwiedzanie

Większość destylarni można zwiedzać, w wielu są przewodnicy, którzy pokazują proces powstawania whisky. Polecam, bo pozwala to zrozumieć to jej smak. W Strathisla spróbowałem zmielonego jęczmienia. Gdy potem Alex poczęstował nas newmake'iem, można było wyczuć słodycz jęczmienia w destylacie. Niestety, takie rzeczy tylko w Szkocji, i tylko podczas wizyt z przewodnikiem (i to nie w każdej destylarni), bo świeżutkiego destylatu nie można tak po prostu kupić. Kolejny argument, by ruszyć do krainy Bravehearta.

W takich beczkach dojrzewa whisky. Czasami dłużej niż ja jestem na świecie. Fot. materiały prasowe W takich beczkach dojrzewa whisky. Czasami dłużej niż ja jestem na świecie. Fot. materiały prasowe W takich beczkach dojrzewa whisky. Czasami dłużej niż ja jestem na świecie. Fot. materiały prasowe

Nie niszcz mi whisky

Każda wycieczka po destylarni kończy się "tasting session", czyli próbowaniem. Czasami jest to po prostu przegląd wszystkich rodzajów whisky danego producenta. Polecam, pod okiem fachowca to bezcenne doświadczenie. Sączysz sobie "rudą", a facet, który pracuje przy jej produkcji najczęściej całe życie, opowiada o smakach i aromatach. Możesz porównywać np. różnice pomiędzy 12-, 15- i 18-letnimi wersjami tej samej whisky. Niby można o zrobić w domu, ale rzadko kiedy w domowym barku jest akurat komplet butelek jednej marki. Szkot zapewne bywa w domu jeszcze rzadziej...

Alex - jak na człowieka z pasją przystało - wymyślił jednak trochę inną tasting session. W kieliszkach czekały na nas po kolei: newmake Strathisla, 12-letnia Strathisla, Longmorne (wyborny single malt, który również wchodzi w skład Chivasa) i 12-letni Chivas Regal. No i zaczęło się wąchanie, smakowanie i rozcieranie językiem na podniebieniu. Ile jęczmienia w nemake'u? Ile newmake'a w 12-letniej Strathisla? Ile 12-letniego malta ze Strathisla w chivasie? A co w chivasie z longmorne'a?

Gdy opowiadałem o mojej wyprawie przyjaciołom, niektórzy grali niewiernych Tomaszów: nie da się wyczuć jęczmienia w destylacie, dałeś sobie wmówić. Odpowiadam, tak jak odpowiadałem im: da się.

Zresztą był ze mną kolega, który przed wyjazdem whisky pijał rzadko, najczęściej na koniec wieczoru ("została ruda na myszach. No dobra, damy radę") i najczęściej zalaną colą. Po dwóch dniach z Aleksem sugestia dolania choćby kropelki wody do szklaneczki, wywoływała u niego agresję: "nie niszcz mi whisky!". A przed urodzinami zadzwonił, czy jest szansa, by prezentem mogła być Scapa, choćby jedna butelka tego single malta...

Więcej o: