Ekonomia współdzielenia: kto zyska, a kto straci?

Ale czy na pewno warto? Sharing economy, czyli ekonomia współdzielenia, robi dziś ogólnoświatową furorę. Zwolennicy mówią, że wracamy do podstaw, gdy ludzie nie byli ogarnięci manią kupowania. Przeciwnicy pokazują, że na razie na szczytnej idei zarabiają wielkie korporacje...
Ekonomia dzielenia Ekonomia dzielenia rys. Łukasz Majewski / TinBoy

Sharing Economy - nadchodzi jej era

Termin "ekonomia współdzielenia" zaczął pojawiać się w połowie ubiegłej dekady. Prawdziwą popularność zyskał po kryzysie 2008 r., bo ludzie dostrzegli w nim szansę na oszczędności. Ale nie tylko. Spodobała się również sama idea: "dostęp jest lepszy od własności".

Szybko zaczęły mnożyć się internetowe przedsięwzięcia, które rewolucjonizują światowy rynek wymiany dóbr i usług. Internetowe, bo to technologia sprawiła, że sąsiadem, z którym dzielimy się tym, co mamy, może być również człowiek na drugim końcu świata - Japończyk albo Nowozelandczyk.

W 2011 r. tygodnik "Time" uznał sharing economy za jedną z dziesięciu najważniejszych idei, które zmienią świat. Ekonomia współdzielenia dotyczy przede wszystkim żywienia, transportu, wypożyczania dóbr, wyprzedaży okazyjnej oraz grupowych zakupów. Rzeczywiście jest co wypożyczać: istnieją szacunki, według których przeciętny Amerykanin ma w domu około trzech tysięcy przedmiotów, a korzysta na co dzień najwyżej z dwustu. Portale na całym świecie kojarzą więc ze sobą kierowców i pasażerów czy podróżników i właścicieli mieszkań. Tak to działa: zamiast wzywać taksówkę, skorzystaj z podwózki kogoś, kto ma akurat wolne miejsce w aucie. Zamiast szukać hostelu w Paryżu, wynajmij pokój od uroczej Francuzeczki...

Dzięki powszechnej dostępności informacji wszystko wydaje się łatwiejsze niż kiedyś. Często wystarczy przecież kwadrans spędzony w sieci. Oto nadchodzi era sharing economy: dziel się, nie kupuj!

Na pierwszy rzut oka rzeczywiście to się opłaca.

Samochód jak grabki

Postanowiłem przetestować sharing economy w drodze z Katowic do Wrocławia. Z powrotem, z Wrocławia do Katowic skorzystałem już z tradycyjnych metod podróżowania. Efekt? Tam: dwie godziny jazdy wygodnym fordem mondeo. Cena: 23 zł. Z powrotem: trzy godziny i 14 minut jazdy pociągiem. Musiałem siedzieć lekko skręcony, bo pani obok miała przy nogach potężną walizkę, która zajmowała część mojego miejsca na nogi. Cena: 38,90 zł.

I jak tu się nie zachłysnąć ekonomią dzielenia się?

Z Katowic do Wrocławia przewiozła mnie Karolina Gawlik, 28-letnia germanistka z Krakowa - sympatyczna, wygadana dziewczyna z burzą włosów. Znalazłem ją na serwisie BlaBlacar, który zajmuje się łączeniem kierowców i pasażerów. Karolina wykorzystuje BlaBlacar jako kierowca, nie ma potrzeby wcielania się w rolę pasażera. - Zawsze to fajnie, kiedy ktoś dołoży się do benzyny. Podróż jest tańsza. Jednak dla mnie aspekt ekonomiczny - choć się liczy - nie jest najważniejszy. Często jeżdżę do Niemiec, więc zdarza się, że wracam do Polski w nocy. Kiedy jadę sama, miewam chwile słabości: chce mi się spać. Dlatego lubię jeździć z kimś - opowiada mi. Ale chyba nie tylko to. Karolina, tak jak ja, lubi rozmawiać. Zabrała mnie po drodze do Magdeburga. Przed Wrocławiem dosiada się do nas para Ukraińców. Pytam Karolinę, czy czasami się nie boi. Samotna kobieta za kierownicą, a ludzie są przecież różni. Mówi, że nie. Narzeka tylko, że nie lubi, gdy jest traktowana jak kierowca taksówki. - Mówią, że dopłacą, bylebym zawiozła ich, gdzie chcą. Wiedzą, gdzie jest początek i koniec wspólnej jazdy, tymczasem często się zdarza, że próbują mnie naciągnąć, żebym ich zawiozła lub po nich przyjechała. Nie biorą pod uwagę moich planów. To irytujące.

Karolina wysadza mnie we Wrocławiu, gdzie spotykam się z Rolandem Zarzyckim. To doktor nauk matematycznych i doktorant na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego, który interesuje się ekonomią społeczną i zjawiskiem sharing economy.

Zarzycki ma własną teorię, dlaczego właściwie dopiero teraz korzystanie z samochodów obcych ludzi staje się w Polsce tak popularne. - Wielu Polaków nauczyło się traktować samochód jako coś wyjątkowego, coś bardzo prywatnego. Dlatego nie chcą, żeby ktoś im pobrudził tapicerkę. My home is my castle, my car is my castle. Nie tyle przedmiot użytkowy, ile przedmiot dumy, przedłużenie ego. To wynik pewnych zachowań, które w naszej kulturze były i są nam wpajane od dzieciństwa. Doskonale widać to choćby w piaskownicy, gdzie dzieci nie pozwalają innym dotknąć swoich zabawek - uważa.

ekonomia współdzielenia ekonomia współdzielenia rys. Łukasz Majewski / TinBoy

Dwie strony medalu

Magazyn "Forbes" w styczniu 2013 r. opisał przypadek Frederica Larsona, emerytowanego fotografa, który nauczył się dorabiać dzięki sharing economy. Opisał, jak dwanaście razy w miesiącu Larson wynajmuje dom dzięki serwisowi Airbnb (100 dolarów za noc). Cztery razy w tygodniu przez serwis Lyft zmieniał własną toyotę prius w taksówkę (kolejne ok. 100 dolarów). W efekcie był w stanie dorobić 3 tys. dolarów miesięcznie.

W grudniu 2012 r. Brian Chomsky, współzałożyciel firmy Airbnb, chwalił się, że serwis będzie zapewniał wkrótce noclegi większej liczbie osób niż sieć hoteli Hilton. Jego firma obejmuje ponad 800 tys. ofert w 34 tysiącach miast, w 190 krajach (m.in. w Polsce).

Z drugiej strony sharing economy może być przekleństwem. BBC przytacza przykład Brytyjczyka Garetha Jonesa, który zarabiał na życie, robiąc zdjęcia na meczach rugby. W złotych czasach miał tyle zleceń, że mógł podzlecać ich wykonanie czterem fotoreporterom. Wszystko zaczęło się zmieniać w 2007 r., kiedy rynek zalali hobbyści dysponujący sprzętem pozwalającym na wykonanie naprawdę dobrych zdjęć, gotowi do sprzedawania fotek za niewiele lub nawet oddawania ich za darmo - jedynie za cenę "sławy" (czyli podpisania zdjęcia nazwiskiem jego autora). Z ogromnej liczby zdjęć kilka zawsze spełnia wymogi profesjonalnych redakcji, a to wystarczyło.

Chcąc nie chcąc, Jones zaczął specjalizować się w wydarzeniach sportowych wymagających większych umiejętności, choćby zawodach gimnastycznych czy wyścigach rowerowych. Znalazł niszę, w której jego mniej uzdolnieni rywale nie są w stanie pracować przez brak umiejętności technicznych lub praktyki. Brytyjczyk nie może narzekać. Ale w Polsce żaden fotoreporter nie byłby w stanie utrzymać się jedynie z robienia zdjęć kolarzom lub gimnastyczkom.

Przerwa w życiorysie Przerwa w życiorysie rys. Łukasz Majewski/TinBoy

Plusy dodatnie i plusy ujemne

Plusy: Bezpiecznik Antykryzysowy

Dla klientów korzyści z sharing economy są - na pierwszy rzut oka - oczywiste. Nie ma przecież człowieka, który nie wolałby mieć tego samego za mniejszą cenę. Poza tym przez pożyczanie przeznaczamy mniej na kupowanie, ale to paradoksalnie sprawia, że możemy wydać tyle samo pieniędzy, tylko na większą liczbę dóbr. - Mówiąc krótko, dzielenie się pozwala zaspokoić niektóre potrzeby taniej. Nie muszę kupować książki, mogę ją pożyczyć. Takie rozwiązanie nie zawsze jest wygodne, ale sprzyja oszczędności - zauważa Jan Gmurczyk.

- Widzę potrójną korzyść: oszczędność dla konsumentów, kwestie pro-społeczne oraz długoterminowe gospodarowanie zasobami nieodnawialnymi. Jeśli wiążemy kolaboratywną konsumpcję * z większą skłonnością do oszczędzania, to daje mniejsze prawdopodobieństwo przegrzania gospodarki - takiego, jak to, z którym mieliśmy do czynienia w 2008 r. Czyli sharing economy jest bezpiecznikiem antykryzysowym - podkreśla dr hab. Maciej Mitręga z Katedry Badań Rynkowych i Marketingowych Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.

Czy sharing economy jest w stanie wyprzeć z naszego życia podstawową wartość, czyli "posiadanie"? Według ekonomistów to niemożliwe. - Gospodarka oparta wyłącznie na dzieleniu się, czyli taka, gdzie wszystko jest wspólne, to w gruncie rzeczy komunistyczna utopia. Koncepcja własności prywatnej oraz głód bogacenia się silnie przenikają naszą rzeczywistość. Niemniej bez dzielenia się trudno byłoby w dłuższym horyzoncie o stabilność gospodarki i dobrobyt. W pewnym sensie dzielenie się pozwala cywilizować pęd do posiadania - uważa Gmurczyk.

Minusy: ktoś traci pracę (to możesz być ty)

Jeśli ludzie kupią cztery pralki zamiast piętnastu, co stanie się z osobami produkującymi pozostałych dziewięć, a także ze sprzedawcami czy serwisantami tych przedmiotów? Oto pytanie zadawane przez tych, którzy widzą w ekonomii dzielenia zagrożenia.

Gdy ludzie się dzielą, siłą rzeczy kupują mniej. Szerszy zwrot ku dzieleniu się może zatem teoretycznie prowadzić do spadku sprzedaży w gospodarce, a nawet deflacji i wzrostu bezrobocia. Czy jest to jednak ryzyko realne? Raczej nie. Po pierwsze, są towary i usługi, którymi trudno lub wręcz nie sposób się dzielić. Po drugie, wiele osób chce lub lubi mieć różne rzeczy na własność. Po trzecie, spora część zakupów służy w gruncie rzeczy budowie statusu społecznego, a na tym polu dominuje pęd do posiadania - podkreśla Gmurczyk.

Rozwiązania oparte na sharing economy z założenia mają służyć ich użytkownikom. Nie sposób jednak nie zauważyć, że na pomyśle bogacą się ich twórcy. Pozostający na ich usługach "mikroprzedsiębiorcy" często nie mają praw pracowniczych, żadnego ubezpieczenia zdrowotnego, emerytury, prawa do zasiłku, płatnego urlopu czy też płatnego zwolnienia lekarskiego.

Dla Wojciecha Orlińskiego, publicysty "Gazety Wyborczej", to wyzysk ludzi zwabionych legendami, ile można zarobić. Kierowców w firmie Uber, kojarzącej za pomocą smartfonowej aplikacji potencjalnych pasażerów z kierowcami, Orliński przyrównuje do dziewiętnastowiecznych amerykańskich górników w pełni zależnych od kopalni dających im pracę, wyżywienie i nocleg. Górnicy, niby "wolni przedsiębiorcy", nie mieli nic do gadania w sprawie stawek. Właściciel ustalał ceny tak, żeby przeciętny górnik coraz bardziej zadłużał się w kopalnianym sklepie. Oczywiście górnik, jako "wolny człowiek", mógł przyjąć nowe warunki albo iść gdzieś indziej - jednak już zbyt wiele zainwestował, żeby ot tak odejść. Z kierowcami ma być podobnie. Nie mają nic do gadania w sprawie stawek. W trakcie wojny cenowej z konkurencją Uber obniżył je prawie dwukrotnie. Kierowcy dokładali do interesu, bo ceny benzyny czy przeglądów zostały takie same. Dlaczego nie odchodzą? Bo jak górnicy sprzed dwustu lat zadłużali się, żeby dołączyć (firma wymagała aut w doskonałym stanie). "Najpierw jest obietnica dochodów, które na papierze wyglądają przyzwoicie. Wystarczy się zadłużyć, żeby wejść do systemu. Potem korporacja ma zadłużonego człowieka w garści. Może mu obniżać dochody i podnosić koszty" - oburza się Orliński.

Ziemia widziana z kosmosu Ziemia widziana z kosmosu Fot. NASA

Gdzie są równe szanse?

Na Zachodzie zwykli ludzie, których sharing economy dotknęła negatywnie, podkreślają, że nie mają nic przeciwko samej rywalizacji. Nie podoba im się jednak, że zasady współzawodnictwa są niesprawiedliwe. Sukces tygrysów branży, czyli Airbnb, Ubera czy TaskRabbit, miał się opierać na deregulacji, braku państwowego nadzoru oraz skutecznym lobbingu, by ten stan utrzymać.

Zarejestrowani profesjonaliści przestrzegają prawa i ponoszą koszty, o których w ogóle nie muszą myśleć amatorzy. Taksówkarze muszą zdać egzamin, opłacić ubezpieczenie czy ZUS. Kierowcy autobusów muszą przestrzegać np. przepisów dotyczących czasu jazdy. Kierowca zarejestrowany w BlaBlacar po prostu zabiera pasażera i jedzie.

Problemów jest więcej. - Pewne dobra są podzielne w sposób nieskończony. Typowym przykładem jest wiedza. Mogę podzielić się własną wiedzą z nieskończoną liczbą osób i jej nie ubędzie, może natomiast spaść jej cena - uśmiecha się Zarzycki. - Samochód się zużywa, wiedza nie. Na rynku funkcjonują jednak podmioty, które zarabiają na wiedzy. Pojawia się więc kwestia praw autorskich. Jeśli ktoś chce się dzielić za bardzo, to zaczyna działać na szkodę firm, narusza ich interesy. Jeśli dzieli się rzeczami, które sam wyprodukował, nikt nie ma na to wpływu, ale jeśli jest didżejem, który miksuje utwory i udostępnia je za darmo, to właściciele praw autorskich do tych utworów mogą mieć pretensje: "Hej, kolego, nie miksujesz przecież własnej kompozycji".

Wiadomo, że cały świat w związku z sharing economy czekają poważne regulacje prawne. Dotyczyć to będzie wszystkiego: bardziej rygorystycznego ściągania podatków, przestrzegania standardów zawodowych czy też wymogów dotyczących pozwoleń na działalność.

Problemy: gwarancje, ubezpieczenia...

Zjawisko może budzić zaniepokojenie polityków. Czy wymiana przedmiotów codziennego użytku powinna być opodatkowana? Czy okazjonalne używanie samochodu jako "taksówki" jest legalne? Serwis BBC przytacza ciekawe dane. W San Francisco oraz Portland w stanie Oregon serwis Airbnb pobiera podatek od pobytu, po tym, jak adwokaci od spraw mieszkaniowych oraz sąsiedzkie grupy domagały się wprowadzenia surowszych przepisów. W Hiszpanii kierowcom pod szyldem Uber, złapanym na przewożeniu pasażerów bez ważnej licencji, grożą kary pieniężne wysokości 18 tys. euro. W Niemczech, po tym, jak sąd zakazał działalności UberPop w Berlinie i Hamburgu, firma obniżyła opłatę do 44 eurocentów. Kolejne rozporządzenie zezwoliło więc kierowcom zrzeszonym w UberPop na kontynuowanie działalności, bo z analiz wynikło, że opłata jest w stanie pokryć zaledwie koszty obsługi pojazdu, nie przynosząc właścicielowi zysków. Tak wspólny przejazd przybrał prawdziwą formę współdzielenia się.

Maciej Mitręga dostrzega kwestię zagrożeń natury prawnej. - Kiedy kupujemy nowy produkt, jesteśmy jako konsumenci bardziej chronieni specyficznymi regulacjami prawnymi, na przykład ustawą o zgodności towaru z umową. Daje ona szereg uprawnień konsumentom, choćby konieczność naprawy bądź wymiany towaru przez sprzedawcę. Ale co w przypadku, kiedy się wymieniamy lub dzielimy, kto ponosi odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną tym produktem? Ustawodawca pewnie odeśle do przepisów Kodeksu cywilnego dotyczących darowizny lub pożyczki, ale to nie jest już tak jasno sprecyzowane i ochrona prawna osoby, która korzysta, nie wydaje mi się tak mocna. Wiele spraw wymaga jeszcze uregulowania - uważa.

Rzeczywiście: zachodnie firmy ubezpieczeniowe często nie chcą wypłacać odszkodowań dla serwisów tzw. carsharing, jeśli stłuczkę miał nie właściciel, a obca osoba, której tylko wypożyczył swój samochód.

Po co ta przerwa? Po co ta przerwa? rys. Łukasz Majewski/TinBoy

Moda czy przyszłość?

Specjaliści ciągle się zastanawiają czy sharing economy to tylko przelotna moda czy raczej stały trend gospodarczy.

- Ciężko stwierdzić. Dzielenie się zawsze było obecne w gospodarce, teraz natomiast wkracza w nowy kontekst. Dużą rolę odgrywa tu rozwój telekomunikacji. Informacje o tym, kto, gdzie, czym i na jakich zasadach jest gotów się dzielić, dużo łatwiej uzyskać dziś niż jeszcze kilkanaście lat temu. Zresztą na bogatym Zachodzie w ogóle pojawia się szersza refleksja, czy mieć więcej zawsze oznacza żyć lepiej. W debacie publicznej wiele mówi się też o rozwoju zrównoważonym, którego logika w dużym stopniu polega na dzieleniu się zasobami między pokoleniami - uważa Jan Gmurczyk.

Maciej Mitręga: - Wydaje się, że to będzie stały trend. Wiążę to z trzema czynnikami. Po pierwsze, z tąpnięciem związanym z kryzysem finansowym, do którego doszło w 2008 r. Zjawisko ograniczy nadmierną skłonność do konsumpcji finansowanej kredytem. Można założyć, że wyraża dążność do oszczędzania. Po drugie, z kwestiami prawnymi - będzie coraz więcej regulacji prawnych ograniczających zużycie nieodnawialnych zasobów czy dotyczących gospodarki odpadami. Fiskus może również wprowadzać różne rozwiązania, które mogą jej sprzyjać. Trzeci czynnik to rozwój telekomunikacji, dający łatwość poznania ludzi mających podobne potrzeby, chcących skorzystać z produktów, którymi dysponuję, albo pożyczyć produkty, które mnie interesują.

Mitręga podkreśla, że zjawisko sharing economy z naukowego punktu widzenia nie jest jeszcze w Polsce rozpoznane. - Badania empiryczne były dotąd prowadzone w krajach najbardziej rozwiniętych gospodarczo, choćby w Nowej Zelandii, Kanadzie. Tam już kilka lat temu pytano, czym ludzie się kierują, wchodząc w takie rozwiązania. W tym roku w Katowicach też rozpoczęliśmy badania na podstawie anonimowych ankiet, którymi objęliśmy użytkowników BlaBlacar. To wstępne badania, na razie powiem, że ludzie, którzy nie mają chęci poznawania innych, rzadziej angażują się we współne przejazdy, chyba że zostaną mocno przyciśnięci przez los. Ludzie akcentowali różne motywacje i korzyści, przede wszystkim oczywiście ekonomiczne. Oprócz tego wyszły jednak inne: choćby przyjemność z obcowania z nowo poznanymi ludźmi - mówi dr Mitręga.

Wiadomo jednak, że sharing economy nie podbija jednak Polaków tak łatwo. - W Polsce ciągle dominuje jeszcze myślenie: "właściwie po co to, on mi to zepsuje". To kwestia kapitału zaufania społecznego, które u nas na razie jest szczątkowe, właściwie go jeszcze nie ma - mówi Roland Zarzycki.

Przytacza przykład "polskiej specyfiki". - Pewien facet zaobserwował, że ludzie z pewnego osiedla gromadnie wyjeżdżają około 7 rano do pracy, a wracają po 17. W tym okresie miejsca parkingowe, które mieszkańcy zajmują - stoją puste. Z kolei inne osoby przyjeżdżają z miasta na to osiedle, bo tam stoi jakiś biurowiec, w którym pracują, i... nie mają gdzie zaparkować. Pomyślał - dzielmy się miejscami: "ja parkuję u ciebie, ty parkujesz u mnie". Niestety. Na Zachodzie się sprawdziło, w Polsce - na razie nie za bardzo. Dlaczego? Bo ludzie uważają, że to jest ICH miejsce, i nie chcą, żeby ktokolwiek inny tam parkował poza nimi. Nawyk zostaje: to moje. Nawyki na szczęście też da się zmienić. Wiadomo jednak, że nie od razu. Musi być kapitał zaufania, rozsądne decyzje muszą zacząć się przebijać. Po co ci to wolne miejsce na parkingu? Zastanów się...