Jedziemy porszakiem przez cały Kaukaz

W ostatnim Porsche Performance Drive Polska zwycięska od morza do morza. No... może niezupełnie zwycięska, bo nasza załoga zajęła trzecie miejsce. I z tymi morzami też tak sobie, bo trasa prowadziła znad Czarnego nad Kaspijskie, a to drugie to przecież jezioro.
Porsche Performance Drive Porsche Performance Drive fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.com

Porsche Performance Drive: na ziemi dwóch braci

Jedziemy. Z każdym kilometrem brzydka dolina zmienia się w piękny wąwóz. Po obu stronach drogi najpierw straszą szpetne bloki, niewiele ładniejsze od naszych klocków w popegeerowskich wsiach, i jeszcze brzydsze wille rozsiane po łagodnych zboczach. Ale im dalej na południe, tym zbocza robią się coraz bardziej strome, wsie coraz rzadsze i mniejsze, a i wygląd chałup jakby nieco bardziej znośny. Jak to często w takich miejscach bywa, aż się nie chce wierzyć, że ta okolica wręcz dyszy starożytną historią.

Region usadowiony w południowo-wschodnim zakątku Morza Czarnego dziś należy do Turcji, ale swój największy rozkwit przeżywał jako ostatni istniejący kawałek imperium bizantyjskiego.

Nazywano go Cesarstwem Trapezuntu, bo to w tym mieście (dziś zwanym przez Turków Trabzonem) miało swoją stolicę. A wszystko zaczęło się na początku XIII w. od dwóch braci - Aleksego i Dawida - wnuków cesarza Andronika Komnena. Chłopcy wychowywali się w Konstantynopolu do czasu, aż w wyniku dworskich intryg ich dziadzio został zdetronizowany (a przy okazji poćwiartowany). Kiedy w dodatku oślepiono im tatusia, ktoś w rodzinie stwierdził najwyraźniej, że konstantynopolitańskie powietrze nie służy rodzinie Komnenów, i wysłał młodzieńców za miasto, najprawdopodobniej do Gruzji, skąd pochodziła ich matka. Tam wychowywali się we względnym bezpieczeństwie (w średniowieczu raczej niełatwo było o bezpieczeństwo bezwzględne) i czekali na swoją szansę.

Przyszła ona dwie dekady później, kiedy tzw. czwarta krucjata wyruszyła odbijać Jerozolimę z rąk muzułmanów. W połowie swej ambitnej wyprawy rycerze krzyżowi uznali bowiem, że napaść na sułtanów jest skomplikowana, nieopłacalna, a co gorsza potencjalnie niebezpieczna, więc zmienili plany i zamiast tego postanowili złupić Konstantynopol. Jak najazd na braci chrześcijan można uważać za krucjatę? Nie będziemy tu tego rozstrzygać. Dla tej historii istotne jest to, że serce imperium bizantyjskiego pogrążyło się w chaosie, a dwaj braciszkowie zwęszyli okazję, zajęli Trapezunt i stworzyli wokół niego swoje małe cesarstewko.

Najwspanialszą pozostałością tego okresu jest położone 50 km od miasta miejsce, do którego właśnie zmierzamy doliną rzeki Altindere, wcinającą się w masyw Gór Pontyjskich. Pomiędzy dwiema pionowymi ścianami wąwozu wije się droga prowadząca na południe. Parów zwęża się, chwilami mamy wrażenie, że jego ściany wkrótce nas zmiażdżą. Ale nim to się stanie, droga kończy się zaimprowizowanym parkingiem. Zostawiamy na nim samochody i dalej ruszamy na piechotę.

Gruzja wita wjeżdżających z Turcji supernowoczesnym przejściem granicznym, fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.comGruzja wita wjeżdżających z Turcji supernowoczesnym przejściem granicznym, fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.com

Po kilkusetmetrowym marszu otwiera się przed nami niezwykły widok. W pionowej skale wykuto klasztor Sumela. Jego ściany zlewają się z górą tak zgrabnie i naturalnie, jakby człowiek i przyroda w tym akurat miejscu postanowili się dogadać i stworzyć coś razem. Efekt zapiera dech w piersiach.

Wchodzimy na teren monastyru wąziutkimi schodami. W środku nareszcie można oddychać. W dodatku należy, bo panuje tam niezwykła atmosfera spokoju oraz cisza, przerywana tylko kapaniem wody ze skały do specjalnego zbiornika, no i nieustannym odgłosem sztucznej migawki z iPhone'ów licznych turystów, rzecz jasna.

Gdyby wpływ turystów na klasztor Sumela ograniczał się tylko do robienia zdjęć i hałasowania, pewnie nie byłoby tak źle. Niestety, niezliczone pokolenia kretynów postanowiły pozostawić tutaj swój trwalszy ślad. Pokrywające wykutą w skale centralną kaplicę freski zostały więc przez nich bezpowrotnie zeszpecone - bo każdy półgłówek przybywający do klasztoru postawił sobie za punkt honoru wyryć na nich swoje imię.

GruzjaGruzja, fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.com

Zdjęcie VORDON 45 Europa Zdjęcie Garmin Nuvi 2457LMT Europa Zdjęcie MIO MOOV M410 Polska
VORDON 45 Europa Garmin Nuvi 2457LMT Europa MIO MOOV M410 Polska
Porównaj ceny ? Porównaj ceny ? Sprawdź ceny ?
źródło: Okazje.info
Porsche Performance Drive Porsche Performance Drive fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.com

Witaj, Gruzjo, czyli co je krowa

Ruszamy bez zwlekania. Przez najbliższych kilka dni mamy do przejechania spory kawał drogi.

Kolejny punkt - przejście graniczne do Gruzji w mieście Sarp/Sarpi. Trasa prowadzi wzdłuż Morza Czarnego, wybrzeżem nudnym jak "Noce i dnie". Ale samo przejście jest dość niezwykłe. Nie chodzi nawet o panującą tu atmosferę czegoś pomiędzy arabskim targiem a uzbeckim dworcem autobusowym, a o sam budynek posterunku. Nad zwykłymi kabinami pograniczników wznosi się bowiem coś. To coś to zaprojektowana przez berlińskich architektów wieża. Konstrukcja jako żywo przypomina nieślubne dziecko ameby z żyrafą. Jej wypustki mają, zdaniem twórców, symbolizować postęp Gruzinów, z naciskiem na skok cywilizacyjny kraju w ostatniej dekadzie.

Pewnie łatwiej byłoby nas przekonać o tym postępie, gdybyśmy kilometr za granicą nieomal nie władowali się w spacerującą spokojnie środkiem drogi krowę.

Z krowami w Gruzji jest tak, że one są. Jest ich dużo. I za nic sobie mają tradycyjny podział przestrzeni na krowią (pastwiska i obory) oraz ludzką (drogi, miasta i zasadniczo wszystko inne). Istnieje też koncepcja, że doskonale zdają sobie sprawę z tego podziału, tylko po prostu wolą przestrzeń przeznaczoną dla człowieka. Zwłaszcza drogi. Krów przeżuwających coś (asfalt?) ze stoickim spokojem na środku szosy jest tu tak wiele, jak hipsterów na warszawskim placu Zbawiciela.

Ruszyliśmy więc dalej przez tę krainę bydła, by po zmroku dotrzeć do Batumi. Stolicę Adżarii, autonomicznego regionu, można by przy pewnej dozie dobrej woli nazwać Perłą Morza Czarnego, ale byłaby to perła w oprawie z tandetnego plastiku.

Batumi, GruzjaBatumi, Gruzja, fot. Gary Parravani / www.xynamic.com

Spacerowaliśmy wieczorem po Starym Mieście, tak cichym i spokojnym poza sezonem turystycznym, i przyglądaliśmy się, jak urocze uliczki o nieco kolonialnym charakterze zostały przytłoczone kiczowatymi, hotelowymi drapaczami chmur. Każdy z tych wieżowców ma swoje kasyno, można więc podejrzewać, że ten miejski rak pożre kiedyś całe Batumi i przekształci je w jakieś kaukaskie Las Vegas.

Najbardziej niedorzecznym z tych budynków jest jednak nie żaden z hoteli, a miejscowa politechnika, która szczyci się młyńskim kołem wmontowanym w fasadę, rzekomo jedynym takim na całym świecie. Pewnie nie bez powodu nikt inny nie wpadł na ten pomysł. Jeśli jednak nie będziecie podnosić oczu zbyt wysoko i zanurzycie się w starą część miasta, zachwyci was jego czar i polubicie Batumi. Przebieganie przez fontannę koło Trybunału Konstytucyjnego w pełnej garderobie może pomóc.

Batumi, Gruzja, fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.comBatumi, Gruzja, fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.com

Zdjęcie Garmin Edge 510 Zdjęcie Garmin eTrex 10 Zdjęcie Garmin GPSMap 62sc
Garmin Edge 510 Garmin eTrex 10 Garmin GPSMap 62sc
Porównaj ceny ? Porównaj ceny ? Sprawdź ceny ?
źródło: Okazje.info
Porsche Performance Drive Porsche Performance Drive fot. Gary Parravani / www.xynamic.com

Tam, gdzie nie ma Jamesa Bonda

Nazajutrz kawalkada porsche ruszyła w kierunku stolicy Gruzji. Ale nie ekspresówkami przez Kutaisi, jak pojechałby każdy normalny kierowca, to dla mięczaków. My pognaliśmy prosto na wschód, przez obezwładniająco piękne góry Mescheti. Droga, choć oznaczona na mapach grubą czerwoną kreską (w Gruzji to niewiele znaczy), szybko przestała mieć cokolwiek wspólnego z drogą główną, a chwilami nawet rozmijała się w ogóle z definicją drogi. Nie przeszkadzało nam to jednak zupełnie - cayenne znakomicie radziło sobie z bezdrożami, a wszelkie niedogodności wynagradzały widoki. Mescheti przypominają trochę nasz Beskid Niski. Są raczej pagórkowate, a zarazem dzikie. Nieliczne wsie chowają się pośród lasów porastających zbocza. Kiedy tamtędy jechaliśmy, październikowe słońce opromieniało wzgórza mieniące się wszystkimi kolorami złotej jesieni. Żeby nie było jednak zbyt poetycko - tu wpadliśmy po oś w jakąś dziurę, ówdzie ciężarówka z sianem zablokowała przejazd, w innym znów miejscu krowy (bo cóż by innego) uznały, że nigdzie nam się nie spieszy i spokojnie przeżuwały coś (tym razem kamienie?) pośrodku szutrowej drogi. Wreszcie spowici tumanami kurzu wypadliśmy na asfaltówkę w okolicach słynnego z wód zdrojowych Bordżomi, spałaszowaliśmy solidny obiad i nijaką autostradą pomknęliśmy do Tbilisi.

Na zwiedzanie miasta było już zbyt późno, więc wieczór poświęciłem na zgłębianie innego niż krowy charakterystycznego elementu krajobrazu Gruzji. Mianowicie - kasyna. Jeszcze w Batumi zerkałem w kierunku schodów do podziemi obstawionych przez dwóch srogich byczków w marynarkach, które prawie pękały im pod pachami. W Tbilisi namówiłem kolegę z zaprzyjaźnionego, acz konkurencyjnego miesięcznika, żeby ruszył ze mną, i - dodając sobie nawzajem animuszu - przekroczyliśmy drzwi opatrzone napisem "Casino". Nasz dziarski przemarsz został powstrzymany przez kolejkę do spisania danych z paszportu. Stojąca przed nami fantastyczna dziewczyna o aparycji luksusowej utrzymanki odwróciła się, zmierzyła nas wzrokiem i uśmiechnęła się tak, że aż zadrżały nam kolana. Już chciałem odwzajemnić ten zew godowy, ale wtedy dostrzegłem jej towarzysza. Wyglądał tak, jakby chował glocka pod marynarką, a naszyjnik z zębów swoich ofiar pod koszulą. Wolałem nie ryzykować. Wyszczerzyłem się do niej w uśmiechu opracowanym w dzieciństwie na potrzeby rodzinnych imprez, mówiącym: "Tak, ciociu, zauważyłem twoją obecność, też cię bardzo lubię, ale proszę, nie podchodź zbyt blisko i w żadnym wypadku nie próbuj dać mi buziaka".

Podziemia tbiliskiego Radissona nie przypominały filmowych kasyn Monte Carlo. Żadnych Jamesów Bondów w smokingach, żadnych eleganckich kobiet w pięknych tutaj toaletach, blichtr, kolorowe sny i światowe życie zostały gdzieś indziej. Tu typowym widokiem był raczej Uzbek tak gruby, że kiedy pochylał się nad stołem do black jacka, z jego dżinsów z tyłu wychodziło coś, w czym mógłby zginąć nieostrożny alpinista.

Tbilisi, fot. joyfull / shutterstock.comTbilisi, fot. joyfull / shutterstock.com

Usiedliśmy jednak z Michałem przy jednej z ruletek zbrojni w 100 dolców i zaszaleliśmy. A w każdym razie próbowaliśmy.

- Ty, ten Chińczyk po lewej w ciągu pięciu minut przepieprzył tysiąc baksów - wymamrotałem oszołomiony. - Widzę - ledwo wychrząkał mój towarzysz, rzucając na stół pańskim gestem żetony o wartości 5 dolarów. Nie przejmowaliśmy się. Chińczyk spuszczał parę tysięcy na kwadrans, jarając szluga za szlugiem, my cieszyliśmy się drobnymi sukcesami, jak zwrot 8:1 z żetonu 50-centowego. O drugiej w nocy uznaliśmy, że wystarczy. Zostało nam jakieś 50 dolarów.

- Stawiamy wszystko na czerwone. Wychodzimy z wygraną albo bez - zaproponowałem. Tym ułańskim gestem zaskoczyliśmy nawet sympatyczną krupierkę, która z cichym okrzykiem "no more bets" puściła kulkę w ruch.

- 28, black - oznajmiła po chwili, patrząc na mnie, jakby właśnie przejechała mi króliczka. - You only live once, bejbe - pomyślałem hardo i rozeszliśmy się do pokojów.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, Tbilisi Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Tbilisi, fot. Figiel

Zdjęcie Aez Genua 8x18 5x112 ET25 Zdjęcie AEZ Valencia 8x17 5x120 ET30 Zdjęcie Dezent RE 7x16 5x112 ET35
Aez Genua 8x18 5x112 ET25 AEZ Valencia 8x17 5x120 ET30 Dezent RE 7x16 5x112 ET35
Porównaj ceny ? Porównaj ceny ? Porównaj ceny ?
źródło: Okazje.info
Porsche Performance Drive Porsche Performance Drive fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.com

Mordor widziany z raju

Gruzińska Droga Wojenna nosi taką nazwę, bo to dzięki niej carska Rosja podbiła i skolonizowała Kaukaz. Faktem jest, że do pokonania niektórych odcinków jeszcze dziś najodpowiedniejszy byłby czołg. Ale przyznać trzeba, że Gruzini stale przebudowują drogę i na większości szlaku na północ można skupić się nie na walce z wykrotami, tylko podziwianiu tego, co po obu stronach szosy. Czyli głównie krów.

Żartuję. To znaczy - krów oczywiście nie brakuje, ale są też i inne widoki. Choćby twierdza Ananuri, wyglądająca trochę jak scenografia z "Gry o tron". Średniowieczna forteca stoi nad sztucznym jeziorem Żinwali, które ma kolor tak intensywnie turkusowy, że człowiek zaczyna się rozglądać, gdzie jest dystrybutor sztucznego barwnika. A za twierdzą góry robią się już coraz mniej pagórkowate, a coraz bardziej górzyste, skalne szczyty na sterydach, turnie w śnieżnych czapach, kamienne piargi, rozległe rzeczne doliny jałowe jak przedpola Mordoru. No, po prostu prawdziwe góry. Kaukaz.

Dobrze podziwiać je z tarasu hotelu Rooms w Stepancmindzie, maleńkiej mieścinie, która przycupnęła sobie w najbardziej czarownej kotlinie tej krainy. Wokół ostre jak brzytwa grzbiety, nad którymi dumnie góruje pokryty śniegiem Kazbek, śpiący wulkan wznoszący się na ponad 5 tys. metrów. Hotel dorównuje okolicy urokiem. Kiedy przygrzewa słońce, warto rozłożyć sobie leżak na ogromnym tarasie naprzeciw Kazbeku i z piwkiem w ręku chłonąć ten landszafcik. Jeśli pada, równie dobry będzie przeszklony salon z meblami, które nadają wnętrzu klimat przytulnej biblioteki w jakiejś wiejskiej rezydencji. W ogóle cały budynek z zewnątrz i wewnątrz (włącznie z prysznicami w pokojach!) wyłożony jest starym drewnem, dzięki czemu całość - choć duża - robi się niezwykle kameralna. To jeden z najprzyjemniejszych hoteli, w jakich kiedykolwiek byłem.

Gruzjafot. Gary Parravani / www.xynamic.com

Po obiedzie wsiadamy w nasze SUV-y i wspinamy się ponad Stepancmindę, do kościółka Świętej Trójcy, z którego rozciąga się taki widok na miasteczko i dolinę wokół niego, że człowiek momentalnie zapomina o istnieniu PO i PiS, islamskiego terroru, raka prostaty i tego spotykanego w windzie sąsiada z bloku, który zawsze zapomina wziąć prysznic. Jeszcze lepiej byłoby się do niego wspiąć na nogach, wjeżdżając tam autem, czuję się trochę jak niedzielny turysta z bryczki jadącej do Morskiego Oka, ale taki jest program naszego Porsche Performance Drive.

Klasztor Cminda Sameba w pobliżu Stepancmindy, fot. Wojciech Bijok / Wikimedia CommonsKlasztor Cminda Sameba w pobliżu Stepancmindy, fot. Wojciech Bijok / Wikimedia Commons

Zdjęcie Apple iPad mini Retina 128GB WiFi czarny Zdjęcie Colorovo CityTab Supreme 8 16GB 3G Zdjęcie Lenovo Yoga 2 10 1051L 32GB LTE
Apple iPad mini Retina 128G... Colorovo CityTab Supreme 8 ... Lenovo Yoga 2 10 1051L 32GB...
Porównaj ceny ? Porównaj ceny ? Porównaj ceny ?
źródło: Okazje.info
Porsche Performance Drive Porsche Performance Drive fot. Jonathan Hatfield / www.xynamic.com

I na koniec skok na pudło

Program tak napięty, że nazajutrz wyruszamy przed świtem. Bo do przejechania mamy prawie 700 km, z czego sporą część odpowiednikiem naszej drogi wojewódzkiej, czyli krętą szutrówką z dziurami, krowami i ciężarówkami z sianem.

Mamy już jednak doświadczenie. Przez górskie drogi przemykamy tak, że zostaje po nas tylko chmura kurzu. Słynącej z winnic kotliny Kachetii tylko pojawiające się tu i ówdzie stada owiec (i krów rzecz jasna) nie pozwalają nam pokonać równie szybko. Na dłużej zatrzymuje nas tylko przejście graniczne z Azerbejdżanem, na którym wszystkim pasażerom pogranicznicy każą wysiąść z aut i iść na piechotę przez otoczony zasiekami most, jakbyśmy byli agentami wrogich wywiadów wymienianymi podczas zimnej wojny gdzieś między RFN a NRD.

- Nie śmiać się głośno, nie gadać zbyt wiele, uważać - radzą nam koledzy z azerskiej załogi PPD przed spotkaniem z ich rodakami w mundurach. Nie mamy ochoty na areszt w kraju, który do demokracji ma stosunek podobny jak Bill Clinton do wierności małżeńskiej. Postępujemy więc zgodnie z ich radą i przez posterunek przechodzimy jak wycieczka gimnazjalistów przez Wawel - znudzeni, powstrzymując się od kawałów i udając powagę. Działa. Panowie pogranicznicy wpuszczają nas do swojego kraju, a my ruszamy w stronę jego stolicy, położonego nad Morzem Kaspijskim Baku.

Baku, Azerbejdżan, fot. Urek Meniashvili / Wikimedia CommonsBaku, Azerbejdżan, fot. Urek Meniashvili / Wikimedia Commons

Docieramy tam już późnym wieczorem, więc ociekające petrodolarami miasto widzimy tylko z okien auta, mijając niezliczone butiki ekskluzywnych marek ciuchowych, samochodowych czy zegarkowych. Starcza nam czasu już tylko na kolację, ogłoszenie wyników rajdu (z dumą zawiadamiam, że nasza załoga wskoczyła ostatniego dnia na pudło) i drinka na zakończenie całej przygody. Kaukaskiej przygody od morza do morza.

Zdjęcie Aiptek C25 Zdjęcie Canon HFR606 Zdjęcie Dignity cyfrowa VORDON 12MPX do 32gbSD
Aiptek C25 Canon HFR606 Dignity cyfrowa VORDON 12MP...
Sprawdź ceny ? Sprawdź ceny ? Sprawdź ceny ?
źródło: Okazje.info
Więcej o: