Michał Kwiatkowski - poznajcie kolarskiego mistrza

Po lewej pionowa ściana urwiska, po prawej najeżona głazami stromizna. Michał Kwiatkowski wychyla się przez kierownicę roweru i pędzi straceńczo hiszpańską serpentyną.
Michał Kwiatkowski Michał Kwiatkowski AP Photo/Daniel Ochoa de Olza

Na kole mistrza

Wystarczy chwila nieuwagi i nieszczęście gotowe. A przecież "Kwiato" nie jedzie sam. Ciasno otaczają go koledzy z grupy Ettix-Quick Step. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego menedżer nie pozwolił mi z nimi zjechać z tej stromizny. Dowcipkował: "Chyba nie chciałbyś przeczytać w gazecie: ?Polski kolarz-amator pokrzyżował plany startowe mistrza świata. Lekarze szacują, że noga Kwiatkowskiego zrośnie się w maju. Dla niego sezon skończył się, zanim się jeszcze zaczął?". Nie, tego na pewno bym nie chciał. Wolę patrzeć, jak będzie walczył o zwycięstwo w tegorocznym Tour de France lub Giro d'Italia.

Cysorz to ma klawe życie...

Życie mistrza kolarskiego jest usłane różami. Wstaje o 7, pije kawę, je obfite śniadanie. Potem podają mu wyprasowany strój. Wreszcie wsiada na rower i serwuje sobie kilka godzin przejażdżki pod ciepłym słońcem hiszpańskiego południa. Po powrocie obiad - do wyboru mięsa z grilla, deska serów z warzywami, makarony z wyszukanymi sosami. Gdy nieco odpocznie, ćwiczy w luksusowej siłowni i relaksuje się w saunie. Lekka kolacja, szybki telefon do dziewczyny i pogawędki z kumplami albo wspólna sesyjka gry w "FIFA" w zaciszu czterogwiazdkowego apartamentu. Idylla.

A może jednak jest inaczej?

Świątek, piątek pobudka 6.30. Szybkie śniadanie, to samo, co wczoraj, przedwczoraj i miesiąc temu - naleśniki, sałatki, tuńczyk. Niedziela? Choć zimno, że psa byś z domu nie wypędził, wsiada na rower i godzinami walczy z zacinającym deszczem. To przy odrobinie szczęścia, bo może się zdarzyć, że kończy jazdę kilkadziesiąt kilometrów od kwatery, i wyczerpany, przemoknięty, obolały przez godzinę tłucze się w autokarze do łóżka, o którym marzy. Gdy trochę odpocznie, błyskawiczny obiad, po nim siłownia. Kolacja jak w zakonie kontemplacyjnym (ewentualnie jak na zlocie modelek): ciemne pieczywo, ryż z oliwą, warzywa, ryby (nie smażone, ale na parze). Do łóżka wali się bez czucia. Zasypia (niczym dziwnym nie jest nagłe walenie do drzwi - to międzynarodowa kontrola antydopingowa). I tak 300 dni w roku. Gdzie leży prawda?

Wśród kolarskich gwiazd

Jest początek stycznia. Hotel w hiszpańskim Calpe. Michał Kwiatkowski, zdobywca tęczowej koszulki mistrza świata, jedno z najgorętszych nazwisk światowego peletonu, nie wygląda na specjalnie zmęczonego. Siedzi nad brzegiem basenu rozluźniony, uśmiechnięty, chociaż ledwie godzinę temu wrócił z blisko dwustukilometrowego treningu z kilkoma premiami górskimi i prawdziwym ściganiem, choć w ramach własnej drużyny. Dokładnie rzecz biorąc, kolarze z Ettix-Quick Step wjechali na słynne przełęcze Coll de Rates i Alto de Guadalest, pokonując połowę jednego z trudniejszych etapów Vuelta a Espana.

- Rutyna? Jaka rutyna? - śmieje się, gdy pytam o treningowy reżim. - To czysty romantyzm! Spędzam życie na podróżach, ucząc się ludzi, kultur i poznając kawał świata. Każdy trening i każdy etap to jak solidna wycieczka!

Jutro przyjrzę się, czy nie przesadza - zobaczę, jak trenuje trzecia drużyna kolarska świata, kolarski odpowiednik Realu Madryt, i jej gwiazdy - "Kwiato", król sprinterów Mark Cavendish i pogromca flandryjskich bruków Tom Boonen. Będą wspinać się na wzgórza wokół Calpe, mekki szosowców z całej Europy. Wiele drużyn trenuje na Wyspach Kanaryjskich albo na Cyprze, ale trenerzy i kolarze najbardziej lubią ten hiszpański kurort i otaczające go świetne drogi, wymagające podjazdy i zabójcze zjazdy.

Team Etixx - Quick-Step 2015 Team Etixx - Quick-Step 2015 fot. Tim De Waele

Leniwy początek ostrej jazdy

Dziesiąta. Jestem najbardziej przejęty, więc przychodzę pierwszy. Czekam na ekipę przy potężnej ciężarówce, która mieści w sobie cały sprzęt potrzebny do obsługi kolarzówek (kolarze to wymagający ludek, zawsze coś chcą ulepszyć, wyregulować, ustawić). Wzdłuż ścian tira porozkładane są walizki z narzędziami, dziesiątki trybów, zębatek, linek, pedałów, łańcuchów, obręczy, opon i kompletnych kół. Wszystko jest w idealnym porządku, posegregowane i pod ręką. Jak w pitstopie F1.

Wreszcie niespiesznie nadjeżdżają zawodnicy. - Dziś chłopaki będą mieli luźniejszy dzień - mówi mi Alessandro, jeden z menedżerów drużyny (potem okaże się, że słowo "luźniejszy" nabierze dla mnie nowego znaczenia).

Zaczyna się rzeczywiście niewinnie, leniwie wręcz. Przodem jedzie polska kolonia w Calpe: Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś i Łukasz Wiśniowski. Kilkunastoosobowy peletonik zamykają dwa oklejone dziesiątkami reklam peugeoty 507 z rowerami na dachu, bagażnikami pełnymi bidonów i kamerkami zamocowanymi na specjalnych wysięgnikach.

Pierwszy kilometr, drugi, tempo spacerowe. Dopiero gdy wyjeżdżamy z Calpe i wjeżdżamy na dwupasmówkę, prędkość rośnie. 40, 45, wreszcie 50 km/h. Na płaskich etapach to normalka.

Całą pracę wykonuje zmiana z czoła grupy, a reszta sunie bez wysiłku w cieniu aerodynamicznym. Ale tu płasko nie będzie. Na 10. kilometrze "Kwiato" podnosi się w pedałach. Nie bardzo wiem czemu, przecież jest nadal równo. Ale mistrz wie, co robi. Zna drogę, a do tego podgląda profil trasy na komputerku (potem sprawdza na nim wszystkie parametry treningu, włącznie z tym, ile razy zmieniał bieg) i po prostu nabiera prędkości na zapas, bo wie, że zaraz zacznie się stromy podjazd. Na mnie ta stromizna robi wrażenie, ale peleton połyka ją w oka mgnieniu.

Potem zjazd. Po jednej stronie szpaler eukaliptusów i płot z drutu chronią kolarzy przed spadającymi kamieniami, po drugiej stromy stok usiany głazami. Licznik pokazuje 70 km/h. Choć wywrotka przy tej prędkości gwarantuje jak nic spotkanie z chirurgiem, zawodnicy ledwo muskają klamki hamulców. Jedni o zmniejszenie oporu powietrza walczą, kładąc się na ramie, inni - dla mnie to wariactwo - wysuwają całe ciało przed kierownicę, ściskając nogami widelec. A przecież wiem, że podczas alpejskich zjazdów na Tour de France kolarze potrafią mknąć w dół i 120 km/h.

- Spokojnie, przeciętnie to jakieś 80 kilometrów - wyjaśnił mi później "Kwiato". - Ufam sprzętowi, ale na wszelki wypadek od początku kariery trenowałem upadki i przewroty, żeby teraz czuć się bezpiecznie. Zwróć uwagę, że gdy któryś kolarz się wywraca, nie leci twarzą na asfalt. Fakt, że często płynie krew i łamią się kości, ale nie czaszki, tylko ramienia, biodra - śmieje się.

Góry, doliny, góry

Podglądam technikę Kwiatkowskiego i Cavendisha, podaję batony Boonenowi, rzucam bidon mistrzowi świata w czasówce Tony?emu Martinowi.

Jadą blisko siebie. Dochodzę do wniosku, że jazda w grupie to naprawdę sztuka. Wystarczy przecież kamyk, lekkie drgnięcie któregoś z kolarzy, żeby od razu asfalt szlifowała splątana ze sobą masa rowerów i ludzi. Aż dziw, że w takim ścisku nie zahaczają o siebie - a przecież teraz jest ich kilkunastu, nie dwustu, jak w Tour de France.

To dlatego "Kwiato" tylko wzrusza ramionami, gdy pytam o monotonię na niezbyt poważanych przez kibiców płaskich etapach.

- Jaka monotonia! Dwieście kilometrów szosą wśród pól wygląda niewinnie tylko w telewizorze. My cały czas musimy być skupieni. Jeśli coś złego stanie się w peletonie, to właśnie przez rozluźnienie się któregoś z kolarzy - mówi.

Obserwuję dalej. Peleton jest niebywale zgrany. Kiedy zmieniają się prowadzące "lokomotywy" albo kolarze zakładają rant, czyli wachlarz, żeby wystawić rywali na podmuchy wiatru i rozerwać grupę, przed oczyma stają żywe obrazy z propagandowych spędów w Korei. Różnica jest taka, że żywe obrazy wykonują układy w miejscu. Nie kładą się jak jeden mąż, kierownica w kierownicę, w ciasny zakręt na wyłożonym kostką rondzie.

Zerkam na ekran nawigacji i widzę, że na odcinku może trzech kilometrów z 30 metrów nad poziomem morza robi się 115. Za chwilę 125, 145. To już próbka tego, czego doświadczają zawodnicy podczas wspinaczki na słynną przełęcz Mount Ventoux. Z tą różnicą, że teraz wokół Calpe ścigają się dobrzy kumple, a w wyścigu dookoła Francji kolarze z różnych teamów walczą o premie, kontrakty na przyszły rok.

Gdy przejeżdżamy przez jakieś miasteczko przekonuję się, jak potrafi pędzić peleton. Na wąskiej ulicy zatrzymuje nas czerwone. Długie, aż czterominutowe. Kolarze przeskoczyli, ale my musimy czekać. Wreszcie zielone. Kierowca wciska gaz. 60 km/h i... żywego ducha na horyzoncie. Peletonik doganiamy dopiero po kilku minutach.

Michał Kwiatkowski Michał Kwiatkowski AP Photo/Daniel Ochoa de Olza

Kolarz uniwersalny

Przy kolacji dowiaduję się, że 100 kilometrów, które dziś przejechał team, to był spacerek, bo przeciętny trening to około 200 kilometrów. Tydzień ma stały rytm. Poniedziałek - trening siłowy i wytrzymałości ogólnej, jazda bez przyspieszeń, zrywów, ale cały czas na możliwie najtwardszym przełożeniu. Wtorek - interwały, czyli cykl mieszany, który przyzwyczaja organizm do zmiennych obciążeń: luźne tempo przeplatane sprintami, ucieczkami, podjazdami. Środa - kilkugodzinny trening wytrzymałościowy, a więc w górach. Czwartek? "Lajcik", czyli to, co widziałem. A potem cykl zaczyna się od nowa. Do tego dochodzą kwestie indywidualne. Żylasty "góral" woli podjazdy, które pokonuje na lekkich biegach, kręcąc pedałami w rytmie karabinu maszynowego. Spec od jednodniówek koncentruje się na treningu siłowym, przepychając korby wolno, na najtwardszych przełożeniach. A "Kwiato"?

On jest uniwersalny i to jego siła.

W drodze na szczyt

Codzienna harówka na treningach, rozłąka z najbliższymi, rygorystyczna dieta - to musi akceptować kolarz należący do światowej czołówki. Tak robi Michał Kwiatkowski, który z UKS Warta Działyń dotarł do Ettix-Quick Step, jednej z najlepszych kolarskich grup świata. 26-letni obecnie kolarz potrzebował zaledwie 6 lat, by zacząć odnosić sukcesy. W 2007 r. został mistrzem Europy juniorów, rok później był mistrzem świata juniorów w jeździe na czas i brązowym medalistą torowych mistrzostw Europy. Dwa lata później podpisał z drugoligową grupą Caja Rural pierwszy kontrakt zawodowy. Rok później przeskoczył do kolarskiej Ligi Mistrzów, czyli World Tour, i to od razu na sam jej szczyt - wpierw do amerykańskiej grupy Team RadioShack, a potem do Etixx-Quick Step. Miał już górki - był czwarty w Tirreno-Adriático, pierwszy w Strade Bianche, pierwszy w Volta ao Algarve, drugi w Tour of Britain, jedenasty w Tour de France. W 2014 r. w hiszpańskiej Ponferradzie został mistrzem świata w wyścigu szosowym ze startu wspólnego.

Laik może wzruszyć ramionami: a gdzie triumf w Tour de France, Giro d'Italia? Ale fachowcom lista dokonań "Kwiato" mówi co innego: jeśli nie wydarzy się nic złego, Polak dorówna największym: Mercxowi, Antilowi, Hinaultowi, Coppiemu. Dlaczego? Bo potrafi wygrywać jednodniowe tzw. "klasyki", czasówki, etapy górskie oraz całe toury, a taka wszechstronność to prawdziwa rzadkość.

Najważniejsze wiosenne wyścigi z Michałem Kwiatkowskim (wszystkie można obejrzeć w Eurosporcie):

05 kwietnia - Dookoła Flandrii

22 kwietnia - Walońska Strzała

26 kwietnia - Liege-Bastogne-Liege

Rower skrojony na miarę

Teoretycznie Specialized S-Works Tarmac, jakim ściga się "Kwiato", to nic wielkiego. 25-35 tys. złotych wystarczy, żeby jeździć sześciokilogramowym cudeńkiem wykonanym w pełni, włącznie z kołami i piastami, z karbonu. Rower Kwiatkowskiego jest jednak wyceniany na co najmniej 80 tys. Skąd ta zawrotna suma? Same elektryczne przerzutki (bieg zmienia nie linka, ale silniczek elektryczny), hamulce, klamkomanetki, korby, pedały kosztują 10 tys. zł. Karbonowe korby FSA model K-Force to kolejne 5 tys. złotych. W tym zestawieniu opony, których nie naprawia się, ale wyrzuca, to drobiazg (300 zł za sztukę). Najdroższa jest rama "szyta" na miarę mistrza: długości rur oraz ich przekroje (od których zależy sztywność i aerodynamika) są dostosowywane do proporcji ciała i stylu jazdy zawodnika. I wreszcie zębatka, która odróżnia chłopców od mężczyzn. W rowerze ze sklepowej witryny ma 50 zębów. Kwiatkowskiemu zakładają 52 albo 53. Różnica niby niewielka, ale moc, jaką trzeba włożyć w rozkręcenie większego "blatu", rośnie w kosmiczny sposób. Podobnie jak prędkość osiągana na najtwardszym przełożeniu. O złodziejach, którzy kilka tygodni temu ukradli kolarkę Michała Kwiatkowskiego, można powiedzieć: frajerzy. Chcieli ją sprzedać za... tysiąc dolarów.

Coś na rozruch...

Na startach i zgrupowaniach kolarze spędzają ze sobą 10 miesięcy w roku. Dla siebie i najbliższych mają tylko dwa, ale dla ich formy to dwa miesiące wręcz zabójcze. Na styczniowe zgrupowanie Michał Kwiatkowski przyjechał z czterokilogramową nadwagą. Z kolei Mark Cavendish, znany z zamiłowania do czekolady, pokaźnych rozmiarów oponkę na brzuchu ukrywał pod luźnym T-shirtem. Wystarczył tydzień aby waga obu gwiazdorów Ettix-Quick Step wróciła do normy. Tajemnica tkwi w jeździe "do zajechania". Co to takiego? Krótko. Po lekkim śniadaniu, albo i bez, tylko o samej wodzie, kolarz rusza na kilkugodzinny trening na maksymalnych obrotach. Po kilkudziesięciu kilometrach robi mu się czarno przed oczyma, ale dalej ciśnie, ile wlezie, aż w pewnym momencie "pstryk" - organizm zaczyna posilać się własnym tłuszczem.

Więcej o: