Rowery górskie: trening z mistrzynią świata

Nabieram głęboko powietrza i ruszam w dół. Pierwsza przeszkoda błyskawicznie rośnie w oczach. Dłonie odruchowo zaciskają się na hamulcach. Pompowanie, rynna, dokręcenie. Żeby tylko nie dać ciała, wszak obserwuje mnie Mistrzyni Świata w kolarstwie górskim
Jak padłem u stóp Mai Jak padłem u stóp Mai Fot. Franciszek Mazur

Jak padłem u stóp Mai

Łatwo nie jest, bo trasa, choć zadziwiająco blisko centrum Jeleniej Góry, jest trudna. Nie może być inaczej, w końcu trenuje na niej Maja Włoszczowska. Kamienie, wąskie przesmyki pomiędzy gigantycznymi głazami, hopki dla mnie, przyzwyczajonego do jazdy kolarzówką, to prawdziwe wyzwanie.

Najazd na przeszkodę i lecę (chyba mam śmierć w oczach). Lot zdaje się nie mieć końca. Wreszcie bach przednie koło uderza o żwir daleko za przeszkodą. Bach dołącza do niego tylne. Przeżyłem!

Nieźle, nieźle słyszę pochwałę. Tylko...

Tych "tylko" podczas całego treningu było całkiem sporo. Ale po to przyjechałem do Mai po naukę, żeby jak najwięcej się dowiedzieć o technice jazdy na góralu.

. . .

Co podoba ci się w "Logo"? Czego ci brakuje? Wypełnij ankietę - dostaniesz najnowszy numer (w wersji cyfrowej) za darmo!

Nie szata zdobi człowieka Nie szata zdobi człowieka Fot. Franciszek Mazur

Nie szata zdobi człowieka, kolarza owszem

Nie ukrywam, że przed tym spotkaniem miałem niezłego pietra. Miałem trenować z babką, która jeździ lepiej od większości facetów. Czy dam radę dotrzymać jej kroku?  Może mnie ośmieszy? Może jestem do niczego? Wątpliwości rosły, w miarę gdy odświeżałem sobie w głowie listę osiągnięć Mai: złote, srebrne i brązowe medale mistrzostw świata i Europy, wicemistrzostwo olimpijskie, triumfy w maratonach.

Gdy tuż przed Jelenią Górą uświadomiłem sobie, że jako pierwsza zawodniczka ze światowej czołówki przesiadła się na twentyninera (29er rower o obwodzie kół większym niż standardowe wcześniej 28 cali) i w ten sposób wciąż była o krok przed rywalkami, prawie wymiękłem i byłem gotów zawrócić. Wszystkie obawy ustąpiły, gdy zajechałem przed jej dom przywitała mnie uśmiechnięta, żywa jak iskra dziewczyna. Żadnego zadzierania nosa, dystansu. Jej dłoń, o dziwo, nie zmiażdżyła mi palców, nie był to jednak również uścisk "mdlejącej dłoni".

Po pierwszych uprzejmościach szybko przechodzimy do konkretów.

Maja nie owija w bawełnę (przekonałem się, że to u niej norma).

Po pierwsze ubiór mówi i obrzuca mnie krytycznym spojrzeniem od dołu do góry.

Pod kolarskie spodenki nigdy nie zakładaj gaci. Ani niczego innego. To błąd najczęściej popełniany przez początkujących. Po to instalowane są w nich antybakteryjne poduszki, żeby nie trzeba było niczego do nich wkładać, bo wtedy łatwo się poobcierać. Pożyczę ci nogawki dodaje. To nie koniec lustracji.

Widzę, że masz SPDy. To dobrze. Bez nich nie ma jazdy mówi Maja.

A teraz góra. Tobie chyba będzie za zimno, bo masz tylko jedną warstwę. Ja zawsze zalecam ubierać się na cebulkę. O, popatrz. Dziś mam na przykład na sobie cztery warstwy mistrzyni demonstruje ubiór, rozpinając kolejne suwaki.

Patrzę i konstatuję, że faktycznie jest zaledwie 10 stopni. Zaczynam się martwić, a Maja już działa. Wyciąga telefon i gdzieś dzwoni:

Potrzebuję zestawu rozmiar M lub L. Na kiedy? Na już!

To chyba cuda, bo kilka minut później jak spod ziemi wyrasta uśmiechnięty facet z torbą pełną ubrań kolarskich firmy Quest.

Leć się przebrać i jedziemy musztruje mnie mistrzyni.

To lecę. W torebce odnajduję spodenki kolarskie, koszulkę techniczną z krótkim rękawem, grubszą bluzę z długim rękawem, pelerynę przeciwwiatrową i przeciwdeszczową (po zwinięciu jest tak mała, że można ją schować do kieszeni). Maja oprócz tego ma na sobie jeszcze potówkę bardzo lekką koszulkę odprowadzającą pot, stosowaną jako pierwsza warstwa.

Kolarz górski, bez ciśnienia Kolarz górski, bez ciśnienia Fot. Franciszek Mazur

Kolarz górski, bez ciśnienia

Przed startem przegląd sprzętu. Obydwoje mamy twentyninery.

Teraz zdecydowana większość zawodników i zawodniczek na nich startuje mówi Maja.

Jest jeszcze trochę 27,5? (27,5 cala to nowy standard rozmiaru koła pomiędzy 26 a 29 cali), ale to stosują ci, którzy z jazdy chcą mieć więcej funu, kosztem szybkości. Na dwudziestkachszóstkach już dawno nikt nie jeździ.

Obydwa rowery to krossy. Wybór marki nieprzypadkowy, bo Maja startuje w barwach Kross Racing Team. Jej rower ma jednak karbonową ramę. Jest ?szyty? pod mistrzynię i kosztuje 25 tys. zł.

Na tym poziomie kolarstwa jest zupełnie naturalne. Rama mojego jest aluminiowa. Obydwa rowery mają powietrzne amortyzatory z przodu ich zaletą jest niska waga, dobra kultura pracy (lepsza niż sprężyny stalowej stosowanej w tańszych modelach) i możliwość regulacji te amortyzatory ?pompuje się? na odpowiednią wagę, trochę tak, jakbyśmy pompowali koło.

Jak już przy pompowaniu jesteśmy, to po slipkach w spodenkach drugim najczęstszym błędem początkujących jest przepompowywanie kół śmieje się mistrzyni i puszcza do mnie oko.

Nowicjusze uważają, że trzeba pompować tyle powietrza, ile fabryka dała, czyli jaki jest limit opony. A potem wyjeżdżają w teren na twardych jak skała oponach i odbijają się jak piłeczka pingpongowa. Tymczasem opona ma kleić się do terenu, dlatego ja pompuję średnio zaledwie 1,51,6 atmosfery.

W obydwu rowerach zastosowano tarczowe hamulce hydrauliczne.

W hamulcach wiele się poprawiło komentuje Maja. Nie działają już tak jak dawniej zerojedynkowo. Nowsze modele mają spory zakres pracy i można hamować z wyczuciem.

Ja używam do tego dwóch palców, choć są zawodnicy, którzy hamują tylko jednym.

Jaki powinien być rower dla początkujących?

Ładny uśmiecha się Maja (ach, te kobiety!), po czym dodaje już poważnie. Jeśli miałabym doradzić początkującym, to powinni postawić na solidność, czyli trwałość i bezpieczeństwo. Na pewno odradzałabym karbonową ramę, która jest wrażliwa na boczne naprężenia powstające podczas upadków czy transportu. W sumie ten rower, który ty masz, jest OK.

Delikatny rozruch Delikatny rozruch Fot. Franciszek Mazur

Przygrywka, czyli delikatny rozruch

Koniec przeglądu. Startujemy. Sprawdzimy na początek nową miejscówkę krzyczy Maja, gdy zjeżdżamy szybko jedną z lokalnych dróg. Mam wrażenie, że wszyscy kierowcy mijają nas z wyjątkowym szacunkiem i chyba się nam trochę przyglądają. Nie mylę się, po prostu wiedzą, że jadą obok mistrzyni.

Rozpoznawalność ma też czasem dobre strony śmieje się Maja.

Wjeżdżamy na pagórek i przed, a właściwie pod nami, wije się singletrack (trasa na szerokość jednego roweru; na zawodach cross country oznacza to brak możliwości wyprzedzania). Zanim pojedziesz, musisz wiedzieć coś o technice. Pamiętaj, żeby zawsze patrzeć dalej do przodu, a nie przed samo koło. To od tego, co jest dalej, zależy, czy i jak hamujesz oraz którą przerzutkę ustawiasz mówi moja trenerka. Zaraz potem dowiaduję się, jak się zachować, gdy dojadę do wzniesienia.

Nieraz początkujący kolarz cieszy się, że dojeżdża do szczytu, i przestaje pedałować. Tymczasem to tam powinien wykazać się największą uwagą: zmienić przełożenie na twardsze i mocno dokręcić, by nabrać prędkości na zjazd, bo potem może być o to trudno wyjaśnia mi.

Teraz hopki. Maja mówi, że ona trochę poskacze, ale ja mam stosować pompowanie. Jak to zrobić?

Przed najechaniem na przeszkodę muszę podnieść się i wyprostować ręce, żeby móc je potem szybko zgiąć na podjeździe. Na górze hopki mam być już ?przyczajony? na rowerze, gotowy dynamicznie prostować ręce, żeby odepchnąć się od zjazdu.

Jasne? pyta Maja i nie czekając na potwierdzenie, rusza w dół. Widzę, jak lekko jak piórko wyskakuje z pierwszej przeszkody.

Nabieram głęboko powietrza i też ruszam. Pierwsza przeszkoda błyskawicznie rośnie mi w oczach, a dłonie odruchowo zaciskają się na hamulcach. Pompowanie, rynna, dokręcenie. I tak kilka razy. Na dole widzę, że Maja obserwuje mój zjazd.

Nieźle, jednak poprawiłabym wchodzenie w zakręty. Po pierwsze, w zakręcie rower trzymaj prostopadle do podłoża i wychyl kolano po wewnętrznej stronie, z kolei po zewnętrznej dociśnij rower do podłoża. Po drugie, hamuj lepiej przed zakrętem, potem najwyżej dokręć. Chodzi o to, że z zakrętu masz wyjść z większą prędkością niż ta, z którą w niego wchodziłeś. Jeżeli wejdziesz w zakręt za szybko, to będziesz musiał hamować w trakcie jego pokonywania i w rezultacie wyjedziesz z niego wolniej. Dobra, teraz trochę podniesiemy poprzeczkę znowu puszcza do mnie oko. Jedziemy na mój tor.

Fikołki na torze mistrzyni Fikołki na torze mistrzyni Fot. Franciszek Mazur

Fikołki na torze mistrzyni

Tor Mai (powstawał według jej wskazówek) znajduje się w Parku Paulinum. Choć to prawie centrum Jeleniej Góry, to nie licząc małego pałacyku pełniącego funkcję hotelu, jest tu zupełnie dziko. Na dole, a więc na końcu trasy, na polanie zbudowano kilka przeszkód, w tym kamienne hopki. Spróbujesz? pyta Maja, pokazując jedną z nich, i sama z niej skacze. Widzę, że przy lądowaniu obydwa koła jej roweru dotykają ziemi dokładnie w tym samym momencie. Pamiętaj, skacząc, wypchnij rower do przodu, by nie wylecieć przez kierownicę! krzyczy do mnie dziewczyna. Nie ma sprawy. Jeździłem kiedyś na downhillu myślę, zagrzewając się w duchu do boju. Moja downhillowa przygoda trwała jeden dzień, ale zawsze to coś. Skakanie na twentyninerze nie jest jednak łatwe, zwłaszcza że to hardtail, czyli rower amortyzowany tylko z przodu. Ponadto siodełko ustawione jest badzo wysoko. Prawdę powiedziawszy, lekko mnie to przeraża.

Robię najazd na przeszkodę (czy one zawsze muszą tak szybko się przybliżać?!) i lecę! Bach, przednie koło uderza o żwir za przeszkodą. Bach po chwili dołącza do niego tylne. Przeżyłem! Zauważam, że porównując z downhillem jest tu jeszcze jeden haczyk: strefa lądowania jest płaska, a nie nachylona.

Czekam na pochwały.

Nieźle słyszę. Ale wypchnij bardziej rower. Wyobraź sobie, że za tymi kamieniami, z których się wybijasz, jest kłoda do przeskoczenia. Albo spróbuj podrzucić przednie koło jak na krawężniku.

OK. Kolejny najazd, szum powietrza w uszach, zbyt szybko zbliżająca się kamienista hopka. Próbuję poderwać przednie koło, ale robię to chyba za wcześnie. Efekt? Lecę jeszcze bardziej przechylony do przodu niż poprzednio. Bach! przednie koło uderza o żwir za przeszkodą. Bach, bach, bach! walę się przez kierownicę wprost na ziemię, a nade mną przelatuje rower. Lewy bok piecze jak cholera, prawa dłoń też.

Jesteś cały? gdzieś spomiędzy gwiazdek tańczących mi przed oczami słyszę zaniepokojoną Maję.

Podnoszę się jak bokser po ciężkim nokaucie. Szybki bilans: ciuchy o dziwo, całe, trochę krwawi mi dłoń. Poza tym wydaje się, że nic mi się nie stało (dopiero po treningu, gdy zdjąłem spodnie, okazało się, że uda mam zdarte na całej długości).

W porządku. Co dalej? gram twardziela.

Uff, to dobrze. Dawaj, jedziemy na kolejna pętlę!

na koniec sekret na koniec sekret Fot. Franciszek Mazur

Na koniec największy sekret

Crosscountry tym różni się od innych dyscyplin MTB, że pokonuje się tu tę samą trasę kilka razy, a więc robi się kilka pętli. To, co się zjedzie, trzeba będzie podjechać, dlatego to sport wszechstronny:

liczą się siła, technika, wytrzymałość (średni czas trwania zawodów to 1 godz. 45 min) i szybkość. Pewnie dlatego jest to jedyna konkurencja olimpijska MTB.

Zanim ruszymy na trasę, ćwiczymy jeszcze zjazd po stromiźnie.

Wypchnij rower do przodu jak przy skoku. Zasady są proste. Gdy jedziesz w dół, to siedzisz na końcu siodełka lub wręcz jesteś za nim. Podjeżdżając, robisz odwrotnie: siedzisz na samym czubku lub w ogóle stoisz na pedałach mówi Maja. Trochę opornie idzie mi wychylenie, więc opuszczam siodełko w rowerze.

Na treningu może być pociesza mnie mistrzyni świata.

Ruszamy dalej. Po upadku Maja odpuszcza mi górną, trudniejszą część trasy.

Początkujący nie powinien od razu skakać, tylko powoli ćwiczyć technikę, choćby kręcąc ósemki między tyczkami na polanie mówi. Trasa biegnie pomiędzy skałami i korzeniami. Choć generalnie jedziemy w dół, to co rusz zdarzają się strome podjazdy. Maja pokonuje je, jakby nic nie ważyła, co zresztą jest bliskie prawdy (te jej 55 kg to dla mnie tyle co nic). To tutaj znakomicie sprawdza się patrzenie dalej do przodu.

 

Oczywiście każdą trasę się najpierw rozpoznaje, to dotyczy również najlepszych zawodników. Ja tę znam na pamięć, więc się nie przejmuj.

To co, jeszcze raz? pyta.

Jasne, że tak! dyszę.

Gnamy z powrotem na górę.

Kolejny zjazd jest szybszy. Na zawodach tu się skacze, ale ty pompuj czasami krzyczy Maja. Skały, przeszkody, rynny, podjazdy. Czuję, jak budzi się we mnie jakiś prehistoryczny łowca, który każe mi coraz mocniej przyciskać. Zatracam się w jeździe. Jestem teraz na polowaniu w samym środku dziczy na stalowym rumaku, a gdzieś tam zwinnie umyka mi zwierzyna. Już prawie ją mam... To Maja. Uśmiecha się, a ja powoli i niechętnie wracam do rzeczywistości.

Podobało się?

Super!

Dobra, to na koniec poćwiczymy równowagę.

Wyznaczamy obszar o średnicy jakichś dwóch metrów.

Można się blokować i wypychać, ale nie wolno przewracać Maja tłumaczy zasady bitwy na stójkę (stójka stanie w miejscu na rowerze bez dotykania nogami ziemi). Przegrywa ten, kto pierwszy dotknie ziemi lub wyjedzie poza pole.

Wpinamy się w pedały. Walczymy przez dłuższy czas. W końcu Maja odcina mnie od środka okręgu i nie pozostaje mi już nic innego, jak wypiąć się z pedałów. No dobra, mistrzyni znowu górą.
To już koniec treningu.

Jeszcze najważniejsze... Maja konspiracyjnie zawiesza głos. Zastanawiam się, jaką tajną technikę zaraz poznam. Tymczasem ona sięga do moich okularów i wyjmuje ich zauszniki spod pasków kasku.

Okulary zawsze na wierzchu, nie pod spodem. Żeby było ładnie - puszcza do mnie oko na pożegnanie.

Więcej o: