W klatkoringu z Fenomenem

Ogromna hala. Blask świateł i błysk fleszy. A w centrum tego wszystkiego, ja. Na sportowej estradzie, w klatkoringu. W tle śpiewa Ewelina Lisowska, a wokół przechadzają się i zalotnie spoglądają piękne ring girls. Anonser wykrzykuje moje nazwisko. W geście zapowiadającym triumf podnoszę rękawicę nad głowę. Gdybym wiedział, że już po kilkudziesięciu sekundach walki będę miał dość, to zastanowiłbym się dwa razy, zamiast kozakować.
Walka! Walka! Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Błysk

To było jak błysk. Coś tylko mignęło mi gdzieś z boku. Plask. - Eee, to wcale nie było takie mocne - zdążyłem jeszcze pomyśleć, gdy zdałem sobie sprawę, że prawy hak Pawła wylądował na mojej wątrobie. Minęła sekunda. Druga. Nagle yyyy... nie mogę złapać powietrza, coś jakbym się topił. Ból w moim prawym boku przeraźliwy, paraliżujący i rozchodzący się po całym ciele (tak właśnie działa celny cios na wątrobę; nie musi być mocny, to może być tylko muśnięcie, a jest jak bomba z opóźnionym zapłonem; zdarzały się nokauty, przy których zawodnicy padali nagle na matę po kilku sekundach, gdy przeciwnik i widzowie już dawno zapomnieli o ciosie).

To pewnie trwało sekundę, ale ja to widzę w zwolnionym tempie. Zimny pot jak przy grypie żołądkowej, ale przed oczami nie przeleciało mi całe życie. Na szczęście zdążyłem pomyśleć o czymś innym. O tym, żeby w miarę możliwości nie dać poznać po sobie przeciwnikowi, że mnie naruszył. Bo instynkt działa tak, że on będzie chciał szybko dokończyć dzieła. I druga rzecz. Dramatyczne błaganie mojego fotografa przed realizacją reportażu: nie daj się znokautować w pierwszej rundzie, proszę, mogę nie zdążyć zrobić fot! No skoro tak, to jednak nie dałem się...

Walka! Walka! Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Miesiące przygotowań - kilka minut walki

Był jednak jeszcze jeden powód mojej determinacji, który nie pozwolił mi się poddać zaledwie po kilkudziesięciu sekundach sparingu z jedną z największych gwiazd organizacji Fight Exclusive Night, organizującej gale, podczas których wojownicy rywalizują zarówno w MMA, jak i w kickboxingu w formule K-1 (co za cholera? O tym dalej). Otóż do tego wcieleniowego reportażu przygotowywałem się... od początku roku. To były długie miesiące diety, treningów i wyrzeczeń.

Z włodarzami FEN walkę umówiłem już w styczniu. Miałem więc trochę czasu, żeby nie tyle podszlifować formę (bo jej nie miałem), ale choćby spróbować wykuć jej zarysy. Musiałem też schudnąć. Paweł walczy w kategorii do 77 kg - co oznaczało, że ja muszę zrzucić około 10...

Coś, co normalnie zajęłoby około roku, ja musiałem zrobić zaledwie w jedną czwartą tego czasu. A skoro redukcja, to nie ma innej możliwości, jak ciąć węglowodany. W zapomnienie więc poszły nie tylko słodycze, ale też wszelkie pieczywo, a nawet owoce. W zamian za to dużo białka, trochę tłuszczu i hektolitry wody, żeby rozkręcić pracę nerek i nie dopuścić do zakwaszenia organizmu. Problem w tym, że taka dieta kompletnie nie przystaje do sportów walki. Bo na treningach po prostu zaczyna ci brakować energii. I tak dobrze, że nie trenowałem tak jak zawodowcy po dwa razy dziennie. Trzy treningi w tygodniu to norma, którą wyrabiałem w pocie i znoju, jednak niezwykle sumiennie.

Pierwszy miesiąc - siła: dużo ćwiczeń z kettlami, workiem bułgarskim (zwanym teraz sandbagiem), przysiadów i wzmacnianie mięśni karku. Szczególnie to ostatnie ćwiczenie budziło zainteresowanie w Legia Fight Clubie, jednym z dwóch klubów, gdzie przygotowywałem się do walki. Zdobyłem bowiem specjalną uprząż, zakładaną na głowę, do której za pomocą łańcucha przytwierdza się obciążenie tak, aby pracując karkiem, wzmacniać jego mięśnie. Po co? W sportach walki silny kark to podstawa. Nawet jeśli nie lądujesz na głowie, tak jak w zapasach czy MMA, to dzięki odpowiednim ćwiczeniom, nawet gdy dostajesz w głowę, ryzyko kontuzji odcinka szyjnego kręgosłupa znacząco maleje.

Po sile w w drugim miesiącu przyszła kolej na wytrzymałość. To chyba moja najsłabsza strona. A w sportach walki bez wytrzymałości nie ma nic. W piłce nożnej, gdy zabraknie ci pary, możesz sobie "przejść koło meczu", możesz trochę odpocząć, niech koledzy się męczą, możesz stać na "ochłapie", udając sępa w polu karnym. Na macie, w ringu czy w klatce - nikt na ciebie nie będzie czekał i dawał ci fory. Jesteś tylko ty i przeciwnik, nie ma kolegów z drużyny, którzy ci pomogą albo na których zwalisz winę. Robisz wszystko tylko na własny rachunek. Dlatego tak ważne było przykładanie się do wszystkich tarczowań w szybkim tempie, okładania worków, biegów, a na koniec jeszcze niedocenianej przez niektórych, a niezbędnej skakanki. Wszystko to w specjalnej masce blokującej dopływ powietrza, dzięki temu imitującej trening wysokogórski i naprawdę mocno dociążającej płuca.

Trzeci miesiąc to już tylko oszlifowanie formy. Szybkość plus trochę sparingów. I wszystko byłoby dobrze, gdybym nie zaczął się sypać. I nie, nie po jakichś sparingach zadaniowych, które miałem w Warszawskim Centrum Atletyki, drugim z moich klubów. Po zwykłych ćwiczeniach. Najpierw zaczęło mi dokuczać kolano, potem bark, nie wspominając już o jakimś mięśniu na plecach ciągnącym jak cholera, a dającym o sobie zapomnieć dopiero po 15 minutach naprawdę solidnej rozgrzewki. Zaciskałem jednak zęby i ćwiczyłem dalej, mając w głowie słowa jednego z moich trenerów: gdy któregoś dnia wstaniesz z łóżka i stwierdzisz, że już nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz. Światowej sławy fighter rywalizujący w MMA - Brazylijczyk Mauricio "Shogun" Rua, stwierdził w jednym z wywiadów, iż nigdy nie zdarzyło mu się walczyć... w pełni zdrowym. Nauczony tym doświadczeniem praktyków trenowałem dalej, a maści przeciwbólowej zużywałem już więcej niż kremu do golenia.

Walka! Walka! Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

9 kilogramów i wizyta u lekarza

Im bliżej walki, tym stres z nią związany robił się coraz większy. O dziwo nie przerażała mnie sama konfrontacja z tak utytułowanym zawodnikiem, a to, że nie będę na nią gotowy. Miesiące zleciały, zostało kilka dni, a mnie udało się zrzucić tylko sześć kilo z zaplanowanych dziesięciu. Nie było więc rady - na mniej więcej tydzień przed naszą bitką w klatkoringu musiałem zdecydować się na cięcie wagi, tak jak robią to zawodowcy.

To była krótka, ale najtrudniejsza dieta w całym moim życiu (a trochę ich już zaliczyłem). Przede wszystkim przestałem jeść sól. I to wcale nie dlatego, że jest niezdrowa. Ścinanie wagi tuż przed walką w głównej mierze polega na pozbywaniu się wody z organizmu. A sól sprawia, że zatrzymujemy ją w sobie. I żeby było jasne: nie mam na myśli tego, że przestałem solić potrawy. Ja po prostu przestałem jeść dosłownie wszystko, co w swoim składzie miało sól! Do tego zaś (paradoksalnie) zacząłem pić około sześciu litrów wody dziennie. Oszalał! - pomyślisz - przecież miał pozbywać się wody.

Zdradzę ci sekret, w tym szaleństwie jest metoda. Zawodowcy kilka dni przed walką nawadniają się w sposób wręcz trudny do wyobrażenia. Są tacy, którzy piją nawet po dziesięć litrów wody na dzień. W ten sposób zmuszają nerki do pracy na maksymalnych obrotach. Na dzień (w wersji ekstremalnej dwa) przed ważeniem - przestają jeść i pić. Całkowicie. Ani kęsa, ani łyczka. W tym czasie zaczynają zaś ćwiczyć w tzw. sauna dresach (bluza i gatki zrobione z folii), długimi godzinami przesiadują w saunie albo moczą się w wannie z gorącą wodą. To, w połączeniu z nerkami pracującymi na najwyższych obrotach, sprawia, że organizm pozbywa się mnóstwa wody. Niektórzy zawodnicy w ten sposób potrafią zrzucić w kilka dni nawet dziesięć kilo, by w dobę po ważeniu powrócić do starej wagi. Czy to zdrowe? Nie. Czy skuteczne? Bardzo. Mnie dzięki takiej mordędze udało się zrzucić kolejne trzy kilogramy. Na wadze zrobiło się 78 kg. Cel był tuż-tuż...

Żeby jednak móc wyjść bić się do ringu, trzeba spełnić jeszcze jeden warunek. Trzeba być zdrowym jak koń pociągowy. Badania krwi, EKG i najważniejsze: badanie fal w mózgu, czyli EEG. - Jest drobna anomalia w tym badaniu, nie mogę podbić książeczki sportowca - powiedział mi lekarz, a zabrzmiało to jak wyrok. Dopiero dodatkowe badania rozwiały wątpliwości, choć medyk o specjalizacji sportowej nie dawał za wygraną. - Nie mógłby pan sobie wybrać jakiegoś innego sportu, np. kolarstwa? - mówił z wykrzywioną miną, wręczając mi dokument.

Skąd ta ostrożność? Nie ma się czemu dziwić. Sporty walki takie jak MMA, boks czy K-1 właśnie, są niezwykle kontaktowe, na urazy narażone są najważniejsze ludzkie organy. Dlatego nawet na zawodach amatorskich wymagane są komplety badań. Ma to oczywiście swoje niezaprzeczalne plusy. Raz za razem słyszymy o kolejnej tragicznej śmierci podczas zawodów biegowych (i wcale nie chodzi o maratony), natomiast najgroźniejsze wypadki na galach sportów walki może i wyglądają drastycznie, ale zwykle nie zagrażają życiu.

Walka! Walka! Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Z tarczą czy na tarczy?

Warszawski Torwar. Największa hala sportowa w stolicy. Na jej płycie uwija się kilkadziesiąt osób z obsługi technicznej. Na estradzie ostatnie próby części artystycznej - Ewelina Lisowska w asyście ponętnych tancerek. Do tego światła i pirotechnika. Bo gala sportów walki na światowym poziomie to wielowątkowe wydarzenie. Pośrodku hali główny bohater wieczoru. Duży biały klatkoring. Co to takiego? Nie ma tu wielkiej filozofii. Z uwagi na to, że na galach FEN toczone są pojedynki zarówno w K-1 (stójka), jak i MMA (stójka i parter), wymyślono rozwiązanie pośrednie między klasycznym ringiem bokserskim a klatką. Klatkoring swoją dolną część ma zabezpieczoną siatką, tak aby zawodnicy rywalizujący, walcząc na macie, nie wypadli poza obręb ringu. Siatka służy więc ich bezpieczeństwu.

Zanim jednak w klatkoringu FEN tysiące kibiców na Torwarze i setki tysięcy śledzących galę w Polsacie mogło podziwiać takich zawodników, jak choćby Roman Szymański, Tyberiusz Kowalczyk czy Tomasz Sarara, tak jak przedskoczkowie w zawodach narciarskich, tak ja wcieliłem się w rolę przedfightera. Mój rywal Paweł Biszczak był już jednak z najwyższej półki. Dość powiedzieć, że nie starczyłoby tu miejsca na wymienienie wszystkich tytułów i medali, które zdobył.

Moja pewność siebie umknęła gdzieś w drodze do szatni, gdzie profesjonalny cutman miał zabandażować nam ręce i założyć rękawice. Maszerując niekończącymi się korytarzami Torwaru, których nie widzisz w telewizji, gdy oglądasz galę, zacząłem czuć się jak w drodze na szafot. No, ale skoro powiedziało się A, no to może uda się przetrwać choćby tyle, żeby powiedzieć B...

- Wszystkie palce masz powybijane - mówi do mnie Armen Khurshudyan, jeden z najbardziej znanych w Polsce cutmanów, nakładając wazelinę na moje dłonie. Po co? Chodzi o to, żeby pod grubą warstwą bandaży i plastrów nie zrobiły mi się odparzenia. Zresztą Armen ma jeszcze kilka innych specyfików w zanadrzu. - Adrenalina w płynie, jeśli zostaniesz rozcięty. Obkurcza naczynia krwionośne i rana przestaje krwawić. Trzeba tylko uważać, żeby nie dostała się do oka - ostrzega. Do tego jeszcze specjalny roztwór medycznego amoniaku. Działa lepiej niż sole trzeźwiące, jeśli zostanę zamroczony albo znokautowany. Choć to dla mnie akurat marne pocieszenie.

Tuż przed walką szukam ucieczki w muzyce. Słucham szczecińskiego zespołu The Analogs: Złamany nos i spuchnięte oczy/ Blizny pocięły brwi jak nóż/ Lecz pełen portfel kazał zapomnieć/ Wybitych stawów i ścięgien ból.

Jakoś mnie to jednak nie uspokaja. Kątem oka obserwuję Pawła. Jest wyluzowany, uśmiechnięty. Ponoć zawsze ma tak przed walką, nie tylko z takimi underdogami jak ja. Aż ciężko sobie wyobrazić, że ledwo co przyjechał do Warszawy ze swojej rodzinnej Legnicy, a w nocy był jeszcze na służbie. Wraz ze swoim zastępem strażaków ciął wagony pociągu podczas specjalnych ćwiczeń.

- Już czas - z zawieszenia i niebytu wyrywają mnie słowa Piotra Michalaka, sędziego, który oprócz naszego pojedynku sędziuje walki na galach FEN, KSW i UFC. W szatni jeszcze krótka odprawa. Co wolno, a co jest zabronione. Według zasad w formule K-1, która jest jedną z odmian kickboxingu - dozwolone są m.in. niskie kopnięcia w nogi (tzw. low-kicki) czy kolana z naciągnięciem głowy rywala (po pierwszym - w przeciwieństwie do np. muay-thai - głowę trzeba puścić). Wszystkie techniki wykonuje się oczywiście z maksymalną siłą. Jedyna różnica między naszą walką a walką w pełni zawodową to ta, że będziemy walczyć też w ochraniaczach na piszczele. Paweł Biszczak za dwa miesiące ma jedną z najważniejszych walk w życiu, musi uważać na kontuzje. - Wystarczy, że nawet przez przypadek wystawisz łokieć, a moje przygotowania biorą diabli - mówi. - No, do roboty. Pamiętaj tylko, że nie lubię stać w narożniku przegranych - próbuje mnie motywować, wiążąc rękawice Maciej "Alf" Glabus, człowiek instytucja w polskim świecie sportów walki, wybitny grappler (specjalista od walki w parterze), konferansjer i przedstawiciel firmy Extreme Hobby ubierającej zawodników na galę FEN. Te kilkadziesiąt metrów dzielących szatnię od klatkoringu pamiętam już jak przez mgłę. Zresztą później nie jest lepiej.

Ostatnie pouczenie od sędziego Michalaka. - Chcę zobaczyć czystą walkę w waszym wykonaniu, możecie dotknąć swoich rękawic - dobiega mnie głos jakby z oddali. Potem gong i plask, który uświadomił mi, że mam wątrobę. Ale o tym ci już wspominałem.

W K-1 dopiero trzecie liczenie w rundzie kończy walkę. Mogłem więc sobie pozwolić uklęknąć i odpocząć tych dziesięć sekund. Choć tak naprawdę, to tylko złudzenie. Bo gdybym odpuścił na chwilę, mógłbym już odpuścić całkiem. - Strach?-  zapytasz. Odpowiem ci: jest. Ale nie strach przed tym, że przeciwnik mocno mnie zbije, że mnie znokautuje, że coś mi się stanie. To raczej strach przed zbłaźnieniem się, przed okazaniem słabości. W końcu naszemu sparingowi przygląda się kilkanaście osób. Są ludzie z obsługi technicznej, włodarze federacji, zaczynają się schodzić zawodnicy, jest też ring-girl. Okładany raz za razem przez Pawła Biszczaka, rażony jego popisowymi low-kickami, po których ból jest taki, jak gdyby ktoś walił cię metalowym prętem po nogach, myślę tylko o tym, żeby dobrze wypaść, żeby nie było wstydu. Schowany za podwójną gardą, cały czas na wstecznym biegu, dotrwałem do końca trzeciej i ostatniej rundy.

Choć nie było w tym udawania, to sam dobrze wiem, że było mnóstwo momentów, w których Paweł mógł skończyć przed czasem tę walkę. Ale są też przecież i takie pojedynki, gdy fighter chce się pobawić przeciwnikiem, zaprezentować cały arsenał swoich technicznych umiejętności. Werdykt był oczywistością, ale tradycji stało się zadość. - Kurczę, tak się rozruszałem, że mógłbym teraz jeszcze jakiś trening zrobić - mówi nakręcony endorfinami Paweł.

Musimy jednak zmykać z klatkoringu, bo za chwilę zaczyna się gala i transmisja w telewizji. Paweł biegnie pod prysznic - za kilkadziesiąt minut już w garniturze wraz z Mateuszem Borkiem będzie występować w studiu Polsatu.

Walka! Walka! Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Autograf od mistrza

- Serio sparowałeś z Biszczakiem na FEN-ie?! - dopytują koledzy z sekcji muay-thai w WCA. Gdy kiwam głową, nie dowierzają. - A autograf wziąłeś? - No pewnie - odpowiadam i podciągam spodenki, tak aby zdumionym zaprezentować udo. Potężny siniak najpierw był czerwonofioletowy, teraz zaś jest już w fazie zielonożółtej. - To jest prawdziwy autograf od Biszczaka - mówię i zabieram się do treningu.

Paweł Biszczak Paweł Biszczak Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Paweł Biszczak

Ma 30 lat. Pochodzi z Legnicy. To tam zaczął przygodę ze sportem. Od 10. roku życia trenuje karate. Jest multimedalistą Polski w tej sztuce walki, a także w muay-thai i kickboxingu . Zdobył także zawodowe mistrzostwa Europy w kickboxingu, obecnie związany z polską organizacją Fight Exclusive Night. Na co dzień jest strażakiem.

Więcej o: