Viva Las Vegas! W stolicy hazardu i... szybkiej jazdy!

Bandę toru mam na wyciągnięcie ręki. Przeciążenie jest tak duże, że głowa waży chyba tonę. Gdy wydaje mi się, że szybciej jechać się już nie da, auto wychodzi z zakrętu i dostaje dodatkowego kopa. Viva Nascar! Viva Las Vegas Motor Speedway!
Nascar Nascar Fot. Shutterstock

Los na loterii

Lecimy około 300 km/h. Zakręty wydają się nie mieć końca, a proste? Przez nie przelatujemy w mgnieniu oka - pojawiają się i zaraz znikają. Są chyba tylko po to, żeby jeszcze bardziej rozpędzić się przed złożeniem się w kolejny zakręt. Potężne opony dosłownie kleją się do asfaltu. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby auto straciło nagle przyczepność. Wtedy 600 kucyków, które mamy pod maską, z furią przefasonowałoby bandę, a ja dołączyłbym do wcale licznego grona duszyczek, które rozstałyby się z tym padołem łez na jednym z torów NASCAR. Ale furda strach! Czuję się szczęściarzem, który wygrał los na loterii. Zresztą co ja plotę, przecież jestem tu tylko dlatego, że wygrałem!

Las Vegas Las Vegas Fot. archiwum autora

Znokautowany przez boginię

Niby słowiańska krew, ale do biesiad nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło. Dlatego Las Vegas, które było jednym z ostatnich przystanków w mojej podróży po Stanach, nie było spełnieniem moich baletowo-tanecznych marzeń. Ot, było po drodze, więc szkoda nie zobaczyć, gdzie połowa Ameryki przyjeżdża, by na chwilę wyłączyć życiowy ABS. Każdy ma przecież swoje ulubione zabawki - jedni wolą parkiet, puder i kieliszki, inni samochody. Zdiagnozowałem Vegas pod względem motoryzacyjnym i wiedziałem, że muszę zobaczyć tor Las Vegas Motor Speedway. To jeden z 29 torów, na których rozgrywane są wyścigi NASCAR. Niech reszta siedzi w kasynie, ja muszę na własne oczy zobaczyć miejsce, w którym królują legendarne, podrasowane V-ósemki.

Znasz kogoś, kto ma za dużo pieniędzy? Ja nie znam. Dlatego swój plan skroiłem na miarę aktualnych możliwości - wysupłam osiem dolców z postanowieniem, że obejrzę sobie za nie tę świątynię automaniaków.

Ale jak to bywa, możesz planować, a wszystko potoczy się i tak innym rytmem. Było ciemno, gdy znajomi wyciągnęli mnie w miasto. Vegas właśnie ożywa. Rozbłyskują miliony żarówek. Ciepło, w koszuli aż za ciepło. Tłumy ludzi wędrują w poszukiwaniu szczęścia. Pachnie zraszaną trawą. Niby sucho, a wilgotno. Wszystko plastikowe i kiczowate, ale - bez dwóch zdań - ma swój urok.

Stoję kawałek przed Caesars Palace. Jakiś młody człowiek zaczyna grać na czymś przypominającym perkusję. Części do niej wygrzebał najwyraźniej w okolicznych śmietnikach. Ale to, co wyczynia na tym sprzęcie, budzi uznanie i wokół niego gromadzi się spory tłum. Jakieś dziewczyny zaczynają tańczyć. Wszyscy rytmicznie klaszczą, więc klaszczę i ja. Nagle zauważam, że wpatruje się we mnie jakaś bogini. Wymieniamy kilka uśmiechów - taki amerykański savoir-vivre - i ona spokojnym, długim krokiem rusza w moim kierunku. Chyba dużo tańczy, bo biodrami porusza wręcz fenomenalnie. Do tego obcisła mała czarna. Napięte śliczne łydki, wysokie szpilki, odsłonięte ramiona i delikatny dekolt. Jędrny sterczący biust, bez największego oszustwa ludzkości, czyli push upa. Falujące blond loki są już na wyciągnięcie ręki. Czuję chanel piątkę. Błękitnooka staje obok mnie:

- Why are you alone?

- I've been waiting for you! - wypalam.

Kładzie mi dłoń na sercu, potem obraca się. Jej usta mam już na wysokości swoich ust. Czas staje w miejscu.

Czarodziejka! Pochyla się w moją stronę.

- I suck good - szepcze w moją stronę.

Zawsze wiedziałem, że można kogoś uderzyć słowem, ale żeby znokautować trzema słowami? Tego jeszcze nie doświadczyłem. Więc przyciągnął ją nie mój urok, a zwietrzyła interes?

Zastanawiam się, jak z tego wybrnąć. Każdy facet ma ponoć trzy podstawowe potrzeby: schronienie, jedzenie i dziewczyny. Ja z dwóch pierwszych mogę spokojnie zrezygnować na rzecz trzeciej, ale tylko wtedy, gdy nie trzeba za nią płacić. A bogini zaproponowała mi swoje towarzystwo za 500 dolarów. Podbiłem stawkę. Zaproponowałem jej 600 dolarów za swoją usługę. Byłbym stówkę do przodu, gdyby się zgodziła. Dostałem buziaka w policzek. Poszła szukać swojego księcia nocy gdzieś indziej, a ja spokojnym krokiem ruszyłem popracować do Caesars Palace.

Las Vegas Las Vegas Fot. archiwum autora

Mój guru z Yakuzy

Blichtr kasyna oszałamia, zwłaszcza gdy wchodzi się do Caesars Palace po raz pierwszy i widzi tyle marmurów, złota, kryształów. Zastanawiam się, w co zagrać. Moje zdolności karciane są bliskie tanecznym, czyli prawie żadne. Wiem, że w talii są asy, a kiedyś grałem trochę w wojnę. Tak, poker odpada. Poziom zaawansowania hazardowego kwalifikuje mnie do gry na jednorękim bandycie, ale to trochę ogłupiające, bo tylko siedzisz i klikasz albo ciągniesz za wajchę. Nie, muszę znaleźć coś, co wymaga większego zaangażowania, coś, gdzie wygrywa się więcej niż garści miedziaków. Muszę zdobyć przynajmniej 492 dolary, żeby nie tylko zwiedzić tor NASCAR, ale uzbierać na jazdę.

Mój wybór pada na ruletkę. Kręci się bardzo szybko. Kuleczka leci po obwodzie wypychana na ścianę siłą odśrodkową. Są numery, kolory. No, toć to przecież NASCAR w miniaturze! Babeczka w kasie wymienia mi bilety płatnicze USA na żetony. Nie mam pojęcia o zasadach ruletki, ale nawet szympansy uczą się przez obserwację, więc skoro one mogę się tak uczyć, to mogę i ja. Same cyfry i kolory. Gracze coś obstawiają, jakiś numer się wyświetla. Chyba skomplikowana sprawa.

Obserwuję gościa, przed którym piętrzy się stos żetonów. Wnioskuję, że musi być dobry w te klocki. Podchodzę do mistrza kontroli szczęścia i prosto z mostu wyjaśniam, że jestem w temacie jeleń, ale odpaliłem tripa życia i że muszę pojeździć na torze NASCAR. Mój guru to jakiś Azjata. Ma około czterdziestki. Do twarzy przyklejony uśmiech. Garnitur szyty na miarę. Kapelusz. Całość w odcieniach szarości. Spod kołnierzyka wystaje końcówka tatuażu a spod złotego zegarka na nadgarstku jego druga część. "Yakuza jakaś czy co?" - przemyka mi przez głowę. Nawet jeśli to jakiś gangster, to bardzo uprzejmy, bo daje mi przyśpieszoną lekcję: "Obstawiasz albo sam kolor, albo liczbę, albo liczbę i kolor albo zero. Ta maszyna dzisiaj mi sprzyja. Popatrz chwilę, zobacz, jak ustawia się kolejka, i próbuj. Zobaczymy, czy szczęście będzie z tobą".

Zacząłem od rozmienienia 25 dolarów, z których szybko przegrałem każdego centa. Jak tak dalej pójdzie, to dobrze, że mam gdzie spać, a o autach będę musiał sobie jeszcze trochę pomarzyć. Z odmętów rozpaczy wyciągnął mnie nowy znajomy: - Nie kombinuj już sam, obstawiaj to co ja. Cóż, trzeba skorzystać z okazji. Rozmieniam kolejną ćwiartkę stówy na plastik i kopiuję jego ruchy. Po 15 minutach i kilku rundach nascarowej kulki pod ścianą do zainwestowanej ćwiartki dołożyłem dwójkę z przodu, czyli mam już 225 dolców. Po półtorej godzinie dokładam do całości zero! Na swoim koncie mam więc astronomiczne 2250 zielonych! Czyli pod względem kasy to jeden z lepszych wieczorów życia. Już wiem, że jutro rano będę miał pod stopą pedał gazu, a w uszach ryk wypasionego stada dzikich kucyków!

Zaraz po wyjściu z kasyna dzwonię do taty i chwalę się, że wreszcie skorzystałem (może w nieco niedoskonały sposób) z jego rady: "Synu, myśl, jak zarabiać, a nie jak oszczędzać". Nie wiem, czy był ze mnie dumny, bo dorzuciłem jedno przemyślenie: - Zmarnowałem czas na studiach w Monaco! Byłem idiotą, bo uczyłem się, zdawałem egzaminy, a zamiast tego trzeba było codziennie chodzić do kasyna!

Nascar Nascar Fot. archiwum autora

Jenny nie sprzedaje tanio

Kolejny poranek ze słońcem, lecz w Vegas inne poranki przecież nie istnieją. Tu chyba nikogo to nie dziwi, ale wstaje się zdecydowanie lepiej z witaminą D. Szybkie śniadanie i ruszam na Las Vegas Motor Speedway. Droga wiedzie przez bezdroża. Co rusz pojawiają się minitrąby powietrzne, które porywają zeschnięte krzaki. Brakuje koni, kowbojek, saloonów, otwieranych drewnianych drzwiczek, byłoby jak w westernach. Wreszcie jest raj, do którego zmierzałem. Obiekt wybudowano w 1996 r., ale wygląda tak świeżo, jakby do użytku został oddany chwilę przed moim przyjazdem. Cały obiekt to kilka torów w jednym, zarządzany jest z pomysłem przez spółkę, która potrafi na tym zarabiać duże pieniądze. To tutaj odbywają się bardzo solidnie przygotowane imprezy, które, jak wszystkie inne z serii NASCAR, śledzi cała Ameryka.

Przewodnicy zaczynają coś opowiadać o historii, statystykach, ale nie słucham tego, bo oto tu stoi niebieskie 600 koni, tam żółte 600 koni, a kawałek dalej kilka kolejnych czarnych. Widzę, że przepustki do tych kucyków sprzedają w małej budce przypominającej food track. Różnica? Zamiast pysznych wrocławskich burgerów z PasiBusa dostajesz tam kółka, dokładnie kółka przejazdów. Za osiem kółek przejażdżki pięć stów. Znasz temat, kiedy coś łatwo przyszło i łatwo poszło? Ja znam, ale staram się nie praktykować i w takich momentach zawszę lubię przyNacić (Nat to mój wyjątkowo oszczędny kolega, Żyd z Nowego Jorku). Muszę coś wytargować, bo przecież tato zawsze mówi, że "jak nie opuszczą, to znaczy, że nie chcą sprzedać i trzeba kupić gdzieś indziej". Chyba mam szczęście, bo trafiła mi się sympatyczna negocjatorka, ubrana trochę jak w oldskulowej amerykańskiej racingowej knajpie. Plakietka na jej piersi informuje, że mam do czynienia z Jenny. Pojawia się jednak problem, bo według zasady taty Jenny powinna negocjować, ale nie chce, a ja zauważam, że gdzie indziej nie kupię!

Dobra, Jenny! Bajerantka jesteś fest, ale ja muszę sobie przemyśleć temat, tym bardziej że tato też zawsze mówi, że" z problemem trzeba się przespać". Odchodzę na chwilę od budki. Mam plan.

Wracam do Jenny i pytam, czy nie zechciałaby zostać dzisiaj moim problemem. I co? Porażka. Wprawiona w boju dziewczyna śmiać się śmieje, głośno i szczerze, ale upustu nie dostanę. Już mam sięgać po te pięć stów, które zaraz zamienię na swój wyczekany przejazd, ale słyszę, że ktoś całkiem głośno mówi, co myśli o zarządzających torem. To jakiś poirytowany Holender. Wykrzykuje, że instruktor blokował go w aucie poprzedzającym, że miał się rozpędzić do 300 km/h, jak na NASCAR przystało, i powklejać się w ścianę, a wyszła rekreacyjna przejażdżka.

Rozumiem gościa, ale rozumiem też firmę. Przecież każde z tych 600 koni to jeżdżące worki pieniędzy, a nie wiadomo, kto jakie ma doświadczenie w kręceniu kierownicą, więc robią wszystko, żeby było bezpiecznie dla człowieka i sprzętu (a może odwrotnie?).

Jenny już się nie uśmiecha, za to ja tak, bo wiem, że na ten sam numer się nie piszę i chętnie usiądę sobie na prawym fotelu, a to jest zdecydowanie tańsze, bo kosztuje 300 dolców. Chyba dobrze zrobiłem, bo już po zapłaceniu dowiaduję się, że nie mogę robić żadnych zdjęć ani filmów z przejazdu. Cholera, oni na wszystko mają monopol, nawet na wspomnienia!

Nie chce mi się jednak polemizować z Jenny, bo V-ósemka coraz bliżej, a odnośnie zakazów to mam jedną podstawową zasadę: "jak czegoś nie można, a bardzo się chce, to można!". Wybieram sobie kombinezon i kask - amerykański rozmiar L jest wystarczająco luźny, by do rękawa schować GoPro.

Nascar Nascar Fot. archiwum autora

Z ludzikiem Michelin w siódmym niebie

Idę oglądać samochody. W niektórych mechanicy otwierają maski, sprawdzają paliwo, zmieniają opony. Dotykam ciepłego slicka Goodyera. Do swojej maszyny z numerem 68 podchodzę od strony pasażera. Jest już dwóch pomocników ze słuchawkami na uszach.

Jeśli wsiadałeś kiedyś do rajdówki albo driftowozu, to wiesz, że trzeba się trochę nagimnastykować. A tu nawet jeszcze bardziej, bo cała skorupa zakładana jest na rurową konstrukcję i drzwi w ogóle nie ma. Trzeba się wślizgnąć przez okienko! Potrzebny jest sposób albo wrodzony spryt; dopiero wtedy jesteś w środku. Pierwsze wrażenie? Ciasno! Drugie wrażenie? Bardzo ciasno!

Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy auto zaczyna się palić i w trybie ekspres trzeba się ewakuować we własnym zakresie z uszkodzoną którąś częścią ciała. Chyba nawet Tom Cruise w "Mission Impossible" ma łatwiej! Za to fajnie wygląda zastrzał na szybę czołową i ten pomiędzy kierowcą a pasażerem.

W czasie zawodów oczywiście fotela pasażera nie ma. Kubeł też jest inny niż ten, do którego przywykłem. Nie jest z włókna szklanego, ale z metalu. Chyba aluminium. Twardy! Bez gąbek, z samym materiałem. Pod nogami kuwety karbonowe, na drzwiach to samo. Pasy i reszta jak w każdym samochodzie, który budzi emocje. Mówię chłopakom z obsługi, że pasy zapnę sobie sam, chyba że przyjdzie Jenny, to piąty punkt zapięcia oddam jej chętnie.

Kierownica ściągnięta, szofera jeszcze nie ma. Reklamują to jako jeżdżenie w przedziale 260-300 km/h z drzwiami przyklejonymi do ściany. Z założenia trochę się dzieje, więc ciekaw byłem, jaki będzie woźnica. Cholera, jakiś ludzik Michelin mi się trafił! Paluszki jak serdelki, no ale to chyba prawdziwy kierowca wyścigowy, bo z oponą chodzi wszędzie. Przeszkadza mu ona trochę przy wejściu przez drzwi i na jodze ewidentnie też dawno nie był, ale złotą kartę w McDonald's ma na pewno. Dziwne, bo jak na Amerykanina to niemal niemowa, tylko "hello, hello" i na tym skończyliśmy "chit-chat".

Wjeżdżamy na okrążenie rozgrzewkowe. Potrafię rozgadać każdego, więc z tym majstrem też sobie poradzę. Zaraz mi wytłumaczył poprawną linię przejazdu. Różnicę pomiędzy wewnętrzną a zewnętrzną częścią toru. Pracę gazem i "spokój na kierownicy". Drugie okrążenie już bardzo mi się uśmiechało. Po samym odpaleniu silnika wiesz już, że na następnych kilka minut los zaplanował ci górę atrakcji. Dobrze wykarmione stado, a raczej stadnina melduje gotowość do biegu. W środku bez zmian, dalej ciasno, ale uszy rozpieszcza ryk widlastej ósemki. Każdego z tych wierzchowców pod maską dokładnie czuć przy każdym kolejnym przepięciu biegu. Auto spokojnie gubi trakcję przy agresywnym dodaniu gazu. Na plecach daje o sobie znać każdy ruch prawej stopy woźnicy, a w zakrętach w płucach robi mi się jakoś dziwnie - całe przesuwają się w prawo. Mózg też gniecie czaszkę do prawej, a uśmiech staje się grymasem radości i też w prawo. Wirówka dla pilotów z rekordami przeciążeń G, tyle że na czterech kółkach i z fajnym widokiem za szybą.

"Szanuj prędkość" słyszałem całe życie. Tu i teraz dopiero ją zauważam. Jechałeś kiedyś 300 km/h? Nic nie widać! Wszystko tak rozmyte. Mózg nie nadąża z odbieraniem bodźców. Gdy patrzysz w bok, zauważenie człowieka stojącego przy bandzie graniczy z cudem, gdy na wprost, obraz zawęża się do małego punktu. Oktany przeokrutnie dudnią w całym ciele. Pierwszy zastrzyk adrenaliny odpalony. Nie pamiętam, ile jest biegów. Ale mało. Jakaś długa i bardzo szybka ta czwórka.

Bandę toru mam na wyciągnięcie ręki. Przeciążenie jest tak duże, że głowa waży chyba tonę. Gdy wydaje mi się, że szybciej jechać się już nie da, auto wychodzi z zakrętu i dostaje dodatkowego kopa. Zakręty zdają się nie mieć końca, a proste? Przez nie przelatujemy w mgnieniu oka - pojawiają się i zaraz znikają. Są chyba tylko po to, żeby jeszcze bardziej rozpędzić się przed złożeniem się w kolejny zakręt. Prostych nie czuć. Sprawiają wrażenie bardzo krótkich, zakręty wręcz przeciwnie. Ściana faktycznie jest na lusterko i nie ma szans, że nie zrobiło to wrażenia. Konie przytulają i masują z każdej strony.

Akustycznie - bajka! Nie mogę się tylko pozbyć uczucia, że na którymś łuku pacniemy finalnie w betonową bandę. Za to wyjścia z zakrętów sprawiają megafrajdę. Wreszcie przestaję liczyć okrążenia. Wszystko zlało mi się w jeden długi szybki lewy zakręt z potężną siłą odśrodkową, którą czuć w każdej komórce ciała. Czuję się, jakbym rozpakowywał świąteczne prezenty!

Nagle cisza. Jak to? To już koniec? W życiu piękne są tylko chwile, to prawda, niestety. Jazda trwa krótko, zdecydowanie za krótko, choć to przecież osiem okrążeń, ale endorfin dostarczyła mi pod dostatkiem.

Vegas to imprezowa stolica, ale niestety - zbyt odległa... Vegas to imprezowa stolica, ale niestety - zbyt odległa... Fot. 123RF

O tym pamiętaj

Kiedy będziesz w Vegas, a nie śmierdzisz groszem, to koniecznie:

- Wejdź do hotelu i zapytaj o ceny. Potem wyjdź, włącz kompa i zarezerwuj pokój online. Nie uwierzysz w rozmiar zniżki "tylko dzisiaj"

- Każdy hotel codziennie robi jakiś bezpłatny show, na który wchodzi się od ręki, np. pin up girls

- Idź na burgera do Gordona Ramsay'a

- Kup malinowe M&M'sy z wielkiej ściany

- Wbij się na jakąś na dachu w nocy

- Za dnia porozglądaj się za imprezami przy basenach (prawdopodobnie największe nasycenie z najwspanialszymi biustami na metr kwadratowy)

- Targuj się zawsze i wszędzie!

- W kasynie koniecznie zagraj w ruletkę. Żadnego pokera czy jednorękich bandytów

- Na Las Vegas Motor Speedway usiądź obok grubego instruktora i zakochaj się w V8

- Bądź szczęśliwy!

Nascar Nascar Fot. archiwum autora

Szybko, szybciej, Nascar

NASCAR (National Association for Stock Car Auto Racing), czyli Narodowa Organizacja Wyścigów Samochodów Seryjnych, to największa organizacja wyścigowa w USA. Owalne tory, na których rozgrywane są wyścigi, różnią się długością. Najkrótsze okrążenie ma tor Martinsville Speedway - 0,526 mili (847 metrów), a najdłuższe Talladega Superspeedway - 2,66 mili (4,28 kilometra). Tory mają również inny typ owalu, a także nachylenie zakrętów i prostych.

Najszybszym torem w kalendarzu Sprint Cup jest Talladega Superspeedway. Rekordowa średnia prędkość wyścigu rozegranego na tym torze to 303 km/h. Również na nim ustanowiony został rekord kwalifikacyjny (średnia prędkość jednego mierzonego okrążenia w kwalifikacjach) - w 1987 r. Bill Elliott pomknął z prędkością 342,483 km/h.

BEZPIECZEŃSTWO I MOC

Samochody startujące w wyścigach NASCAR mają niewiele wspólnego z autami seryjnymi, bo są budowane praktycznie od podstaw. Dla bezpieczeństwa kierowcy najważniejsza jest klatka (roll-cage). Zespoły konstruują też własne silniki o mocy około 750-800 KM. W autach startujących w NASCAR nie stosuje się opon niskoprofilowych, bo przy gigantycznych prędkościach rozpadnięcie się takiej opony mogłoby skończyć się tragedią. W oponach wyścigowych umieszczono drugą "oponę", która pozwala na utrzymanie kontroli nad pojazdem na wypadek pęknięcia głównej powłoki. NASCAR wymaga, aby samochody były wyposażone w spoilery, które zwiększaja siłę docisku.

TYSIĄCE NA STADIONACH

NASCAR organizuje wyścigi w trzech seriach: Sprint Cup Series, Nationwide Series i Camping World Truck Series. Po rozgrywkach NFL to najpopularniejszy sport w Stanach. Na liście 20 najpopularniejszych imprez sportowych w USA wyścigi NASCAR zajmują aż 17 pozycji. Transmitowane są do 175 krajów, ale bardziej do wyobraźni przemawia chyba to, ilu kibiców ogląda je na żywo - na torze w Indianapolis jest aż 250 tys. miejsc (pozostałe stadiony mają od 60 do 160 tys.).