Międzyplanetarny Elon Musk

Dorobił się bimbalionów na Internecie, jest pionierem motoryzacji elektrycznej, chce jako pierwszy posłać ludzi na Marsa - a mimo to w zeszłym roku przyznano mu Luddite Award, 'nagrodę' dla największych hamulcowych innowacji. Za co?
Filmy przepowiedziały przyszłość? Filmy przepowiedziały przyszłość? Fot. Kadr z filmu "Pamięć absolutna"

Ocalić ludzkość przed zagładą

Filmów o kolonizacji najbliższej nam planety przez ludzi jest wiele - "Misja na Marsa", "Żona astronauty", "Doom", "Ucieczka z Marsa", "Czerwona planeta", klasyczna "Pamięć absolutna" z Arnoldem Schwarzeneggerem, a ostatnio "Marsjanin". Nie wiemy, ile z nich obejrzał Elon Musk, zanim stwierdził, że zarobić 4,5 miliarda dolarów na prostych operacjach finansowych czy samochodach elektrycznych, to za mało. Że prawdziwym wyzwaniem jest uratować ludzkość przed zagładą. A Mars może się do tego przydać.

Drwal w świecie technologii

- Powinniśmy na niego polecieć i go podbić, zanim wszyscy się tu nawzajem na Ziemi pozabijamy - powiedział w grudniu zeszłego roku, co z lubością zacytowały wszystkie agencje światowe. A pozabijać się możemy jego zdaniem w każdej chwili. Elon Musk po wejściu na pewien poziom znajomości rozwoju technologicznego świata zachowuje się niczym Albert Einstein w latach czterdziestych. Wielki fizyk był przerażony niszczycielskimi możliwościami bomb atomowych. Miał wtedy powiedzieć: "Nie wiem, jak będzie wyglądała trzecia wojna światowa, ale w czwartej ludzkość znów będzie walczyć na maczugi".

Pochodzący z Republiki Południowej Afryki miliarder rozumuje podobnie. - Już po nas; sami się załatwimy, nie potrzeba do tego żadnego uderzenia meteorytu - stwierdził. Przy czym był mniej radykalny niż Einstein, bo wspominał o cofnięciu się cywilizacji nie do epoki kamienia łupanego, ale tylko o dziesięciolecia. Miałby to być skutek ogólnoświatowej wojny, która może się rozpocząć w każdej chwili.

Taki technologiczny regres to nic nowego. Tak w historii już bywało, choćby po cywilizacji starożytnego Egiptu, po której przyszły stulecia mroku. - Nie możemy zakładać, że nie grozi nam wybuch wojny. To byłaby nieodpowiedzialna arogancja. W 1912 r. też ogłaszano początek ery pokoju i dobrobytu, a po dwóch latach nadeszła katastrofa - przekonuje. Obowiązkiem ludzkości jest więc przygotować się na najgorsze. Ale Elon Musk to nie jest nawiedzony wieszcz ani postrzeleniec, który naoglądał się filmów SF. I warto go słuchać. On nie tylko wieszczy, on także działa. A może sobie na to pozwolić przy majątku, którego dorobił się m.in. na swoich pozaziemskich fascynacjach.

Minęło niespełna ćwierćwiecze, odkąd w lasach Kanady rąbał świerki i sosny. Niektórzy przyszli miliarderzy z branży technologicznej tak zaczynali - jako zajmujące się najprostszymi zajęciami, niepozorne szaraczki, które wpadały na jakąś genialną myśl albo w odpowiednim momencie poszły z duchem czasu. Umówmy się jednak, że niewielu wśród nich znaleźlibyśmy drwali.

Momencik - powie teraz uważny czytelnik. - Jak to rąbał świerki w Kanadzie, skoro pochodzi z RPA? Otóż Musk swoją ojczyznę dość szybko opuścił. Miał zaledwie 17 lat i zwyczajnie nie chciał iść do wojska. A w rządzonej wciąż jeszcze na zasadach apartheidu RPA dwuletniej służbie wojskowej podlegał każdy biały. Kiedy w Afryce apartheid upadał, Elon Musk ze swoim bratem Kimbalem mieli już w Ameryce całkiem nieźle prosperującą firmę internetową Zip2, za którą Compaq po zaledwie czterech latach zapłacił im ponad 300 mln dol.

Tak się zaczęło. Tak człowiek uznawany za jednego z największych wizjonerów współczesnych czasów zarobił swoje pierwsze 300 milionów. A potem wszystko czego się dotknął, zamieniał w miliony. Gdzie tam miliony. Swoją platformę płatniczą PayPal sprzedał eBayowi za półtora miliarda dolarów! A przecież Musk stworzył PayPal właśnie za pomocą drobnej tylko części pieniędzy uzyskanych za sprzedaż Zip2.

Kosmiczne imperium Muska Kosmiczne imperium Muska Fot. Space X

Kolejką na najwyższy szczyt pod słońcem

Bardzo uproszczone byłoby jednak patrzenie na Elona Muska tylko przez pryzmat kasy. Miliarder z Pretorii - jak już ustaliliśmy - ma nie tylko wizję swego biznesu, ale całej ludzkości. To nie przypadek, że trzecim interesem, w jaki zainwestował, była agencja kosmiczna Space Exploration Technologies Corporation, w skrócie SpaceX. Brzmi to, umówmy się, jak tytuł dobrego filmu science fiction. I w istocie tak miało brzmieć.

Kiedy druga wojna światowa otworzyła drogę dla broni rakietowej, rozpoczął się wyścig o podbój kosmosu. Brały w nim udział największe mocarstwa świata - Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Z czasem dołączyli inni: Chiny, Japonia czy Unia Europejska. Koszty były jednak tak ogromne, a perspektywa zysku tak nikła, że nigdy w grę nie wchodziło włączenie się do kosmicznych podbojów osoby prywatnej.

Aż pojawił się Elon Musk. SpaceX od dawna zajmowała się produkcją rakiet, silników rakietowych i wszystkiego, co wiązało się z lotami kosmicznymi. Szczególnie tymi załogowymi. Firma stała się jednym z największych dostawców tego typu sprzętu w świecie. To ona wyprodukowała serię rakiet Falcon - start pierwszej odbył się w 2008 r., do dzisiaj powstało pięć kolejnych, a próbny start jednej z największych w dziejach rakiety Falcon Heavy planowany jest w tym roku. Musk polecił też opracować jeszcze większe i cięższe rakiety Raptor, a także przeprowadzić testy z odnawialnymi silnikami swoich rakiet. Do tej pory po starcie były one stracone, co kosztowało miliony dolarów, natomiast pojazd Muska ma umieć wylądować z powrotem na powierzchni Ziemi. - Nonsens - mówili w NASA, ale w grudniu zeszłego roku SpaceX przeprowadziła udany test. Co ciekawe, dokładnie według procedury zaproponowanej w książkach Stanisława Lema!

Niektórzy zbagatelizowali to zdarzenie, ale nie zabrakło głosów, że to najważniejszy dzień w dziejach kosmonautyki od czasu lądowania na Księżycu. Udało się bowiem Muskowi to, czego nie byli w stanie zrobić poprzednicy: znacząco obniżyć koszty podróży kosmicznych. A to już otwarcie kosmosu dla ludzi - wieszczą entuzjaści. Realny krok w stronę kosmicznej turystyki, o której wcześniejsze marzenia skończyły się na budowie promów kosmicznych. Wahadłowców, które dziś są już z użytku wycofane.

Elosn Musk i jego SpaceX rzeczywiście podniecili się wizją otwarcia kosmosu dla ludzi. Wyprodukowali już nawet serię stylizowanych na retro plakatów reklamujących... wycieczki na Marsa. Szczególne wrażenie robi ten z napisem "Summit Olympus Mons. The Solar System's highest peak" i kolejką linową złożoną z hermetycznych kapsuł prowadzącą w stronę najwyższego szczytu Układu Słonecznego. To wygasły od dwustu milionów lat wulkan Olympus Mons, wznoszący się 21 000 metrów nad poziom... morza, chciałoby się powiedzieć, ale mórz na Marsie nie ma. Nad poziom powierzchni planety. Efektowna wizja, prawda?

Mars? Będziemy tam za dwa lata!

Po co Muskowi to wszystko? Właściwie w jednym celu, który ogłosił w kwietniu tego roku. - Za dwa lata ja i moja firma wyślemy bezzałogowy statek kosmiczny na Marsa. Nie łazika ani sondy, ale kapsuły. I zrobimy to wcześniej niż NASA czy Rosjanie - znów zaskoczył wszystkich.

W lipcu 1969 r. misja amerykańska Apollo 11 zakończyła się lądowaniem człowieka na Księżycu. Wtedy wydawało się, że Mars będzie naturalnym kolejnym celem. Szybko okazało się, że to nie takie proste. Lot na Księżyc i powrót trwały kilkanaście dni, podróż na Marsa to miesiące, być może nawet 2-3 lata. Wraz z zakończeniem w 1972 r. lotów załogowych na Księżyc i końcem "wojen gwiezdnych" w latach osiemdziesiątych obumarła koncepcja podróży człowieka na inną planetę. Dopiero na początku XXI w. Amerykanie zaczęli mozolnie tworzyć nowy program lotów załogowych na bazie projektu Mars Direct (zakładał on produkcję paliwa na powrót na Czerwonej Planecie), w ramach którego prezydent Barack Obama zrezygnował z prac nad kolejnymi lotami na Księżyc. Celem był już tylko Mars, ale najwcześniej w 2030 r. Rosjanie rozpoczęli w Moskwie program MARS-500 polegający na wyszkoleniu już teraz sześciu astronautów do lotu załogowego na tę planetę. Było wśród nich trzech Rosjan, jeden Kolumbijczyk, jeden Francuz i jeden Chińczyk. Symulacja spaceru po powierzchni Marsa i powrotu na Ziemię została przeprowadzona z pompą w 2011 r., co Putin obwieścił światu. Europejska Agencja Kosmiczna ESA opracowała z kolei plan wysłania człowieka na Marsa w ramach programu Aurora, także około 2030 r. A tu wchodzi Elon Musk i powiada, że załatwi sprawę w dwa lata! Na dodatek przy wykorzystaniu swego starego bezzałogowego statku Dragon, przerobionego na marsjański lądownik Red Dragon. Musk twierdził, że moduł z pewnością osiągnie powierzchnię Marsa w 2018 r., a tam wwierci się głębiej niż ktokolwiek, bo aż na metr w grunt. To pozwoli pobrać próbki lodu i stwierdzić, czy są w nim ślady życia na poziomie jednokomórkowym. Szczegóły ma podać we wrześniu.

Elon Musk, prezes Tesla Motors Elon Musk, prezes Tesla Motors Fot. STEPHEN LAM / REUTERS / REUTERS

Pociskiem nuklearnym w mróz

Kolejnym etapem będzie oczywiście lot załogowy, a następnym... Elon Musk nie waha się mówić o tym głośno. Jego zdaniem ludzkość ma tylko jedną możliwość, by przetrwać. Musi zrobić backup, jak mówią informatycy. - Musimy zostawić swoją kopię na innej planecie - twierdzi Musk. - Skoro bowiem kopiujemy zawartość dysków twardych, to czy nie powinniśmy zrobić tego samego z całą ludzkością?

Mars ma być do tego idealny. Problemem jest głównie temperatura. Planeta jest bardziej oddalona od Słońca niż Ziemia. Na powierzchni jest maksymalnie -5 stopni Celsjusza, a zdarzają się nawet miejsca, w których jest koło setki na minusie. Musk zdołał już zaskoczyć świat stwierdzeniem, że ma rozwiązanie tego problemu i wie, jak podnieść temperaturę na Marsie. Trzeba, wedle niego, detonować nad planetą ładunki nuklearne. Potężne wybuchy fuzyjne byłyby niczym małe słońca nad biegunami. Wytworzone przez nie ciepło roztopiłyby zamrożony na Marsie dwutlenek węgla, który - uwolniony do atmosfery - zmieniłby ją na stałe na skutek potężnego efektu cieplarnianego.

O globalnym ociepleniu Musk co nieco wie - jego kolejna firma SolarCity produkuje przecież fotoogniwa, które mają zapobiegać podobnemu efektowi na Ziemi. Podobnie Tesla Motors -  sztandarowy produkt Muska, firma zajmująca się samochodami o napędzie elektrycznym. To dzięki niej Muska nazywa się największym innowatorem w dziejach motoryzacji od czasów Henry'ego Forda czy Carla Benza.

Tworzenie sztucznych słońc nad Marsem przebiło wszystko, ale bynajmniej nie dlatego Elon Musk naraził się na krytykę. Powodem był jego strach przed sztuczną inteligencją. Dwa lata temu Musk zagrał epizod w filmie "Transcendencja". Fabuła mówi w gruncie rzeczy o tym, że nawet jeżeli nie potrafimy sobie dzisiaj wyobrazić świata całkowicie cyfrowego, to nie znaczy, że go nie będzie. 30 lat temu nikt nie wyobrażał sobie telefonów komórkowych. Zresztą podobnych filmów pojawia się ostatnio więcej - ?Ex_machina" mówi o granicy sztucznej inteligencji, pokazuje kres jej sztuczności, granicę emocjonalną, poza którą zaczyna się już człowiek. I jest thrillerem.

Elon Musk, założyciel SpaceX Elon Musk, założyciel SpaceX Fot. SpaceX

Kiedy zlikwidują nas komputery?

- Czeka nas ogólnoświatowy thriller - przepowiada Musk, uważając, że jeżeli ludzkość nie zginie na skutek wojen technologicznych, to zniszczy ją sztuczna inteligencja. Na przykład wtedy, gdy sama logicznie uzna człowieka za największe zagrożenie dla Ziemi i zlikwiduje go. Jak w "Terminatorze". Stworzył więc OpenAI. Tym razem to nie firma, a organizacja non profit, wskazująca sytuacje i okoliczności, w których maszyny mogą przejmować kontrolę nad człowiekiem. I w styczniu 2015 r. wraz ze słynnym fizykiem Stephenem Hawkingiem podpisał głośny list otwarty ostrzegający przed sztuczną inteligencją. Musi ona robić dokładnie to, czego chcemy, w przeciwnym wypadku skończy się to katastrofą. Nie taką, przed którą przestrzegają ekonomiści, kiedy roboty pozbawią nas pracy. Nie o ekonomię tu chodzi, a przyszłość gatunku.

Za to właśnie oberwał. Pod koniec zeszłego roku dostał "nagrodę" Luddite Award. Żaden to zaszczyt, bo to odpowiednik filmowych Złotych Malin w świecie technologii - dla osób najbardziej szkodzących rozwojowi i innowacji. Elos Musk wzruszył tylko ramionami, po czym ogłosił, że wszystkie swoje patenty związane z technologią samochodów elektrycznych udostępnia nieodpłatnie ludziom w ramach open source. Że wciąż będzie pracował nad nowatorskimi rozwiązaniami stanowiącymi o przyszłości ludzkości, chociażby nad hyperloopem, czyli pędzącym 1200 km/h pociągiem w pneumatycznej tubie o napędzie solarnym. Nad zdolnymi zasilać całe budynki, a nawet osiedla akumulatorami, które opierają się na solarnych bateriach Powerwall. Wszystko w myśl zasady wyznawanej przez niego od dawna: "możecie uważać moje pomysły za niedorzeczne tak długo, dopóki ich nie zrealizuję".