Porter i Nergal: duet bardzo wyjątkowy

Projekt Me and That Man to dla Nergala i Johna Portera sposób, żeby zostawić to, co było, i zacząć wszystko od nowa. To szansa, ale i ryzyko. Bo z duetami jest jak z małżeństwami. Zdarzają się miłości na zabój, ale i związki z rozsądku.
1 John Porter John Porter Fot. Robert Laska

Porter: Z Nergalem jesteśmy nieco megalomanami

Robert Skubiszewski: - Od lat jesteś muzyczną marką. Po co ci Me and That Man? Traktujesz to jako swoją drugą szansę?

John Porter: - Raczej jako wspaniałą przygodę. Wiesz, ja nie myślę w taki sposób, nie kalkuluję. Gdybym to robił, byłbym bogaty, a jak widać, nie jestem. Zamiast z nurtem, wolę iść pod prąd. Przyjechałem do Polski w latach 70., kiedy raczej się stąd wyjeżdżało (śmiech). Zostałem z powodu kobiety. Od tamtej pory brałem tu udział w wielu projektach, od zespołu Maanam Elektryczny Prysznic, przez Porter Band, po Anita & John. Nagrałem ponad 10 solowych płyt, napisałem piosenki, które znalazły się na debiutanckiej płycie Kayah, ale "Songs of Love and Death" to moja pierwsza płyta na zachodzie. Pierwsza z prawdziwego zdarzenia, bo wprawdzie 26 lat temu ukazał się tam mój album "Mirror", ale nikogo nie rzucił na kolana (śmiech).

Dla Nergala ta sytuacja jest o wiele trudniejsza, bo Behemoth od lat jest wielką gwiazdą, jego płyty sprzedają się na całym świecie, a na koncerty przychodzą tłumy, a teraz zaczyna praktycznie od zera. Już nie jako Nergal, ale pod kompletnie anonimowym szyldem Me and That Man. Czyli Nergal i Ja, choć on pewnie powie ci, że to Porter i Ja (śmiech).

Duet wymaga kompromisu. Dla człowieka z takim bagażem doświadczeń kompromis nie jest łatwy...

- Po raz pierwszy musiałem okiełznać swoje ego, grając z Anitą. Strasznie mnie denerwowało, że wszyscy chcieli rozmawiać tylko z nią, choć to ja byłem twórcą największej części repertuaru. Oczywiście komponowałem dla niej, a ona wbrew temu, co może się wydawać, nie jest dziewczynką, która czeka na piosenki, ma swoje zdanie i dotąd mnie męczyła, aż kawałek był taki, jak chciała.

Z Nergalem mieliśmy różne momenty. Obaj jesteśmy trochę megalomanami, narcyzami, ekscentrykami, egocentrykami. Cały czas powoli się w nas gotowało i gotowało, aż w pewnym momencie zaczęło wrzeć. Zachowaliśmy się jak dwie rozkapryszone panienki i przestaliśmy się do siebie odzywać na jakiś czas. Prace zaszły jednak już na tyle daleko, że szkoda było porzucać projekt. W końcu przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy dorośli. Porozmawialiśmy jak mężczyźni, powiedzieliśmy, co nam leży na wątrobie i od tej pory się szanujemy. Zresztą nie mogę narzekać. Wiadomo, że jeśli powołuje się do życia zespół, to trzeba mieć na to jakiś plan i go realizować. Adam wkłada w Me and That Man masę energii i jest tym podekscytowany jak małe dziecko. Ja jestem romantykiem z krwi i kości. Trochę jak Woody Allen: mogę komponować, zakochać się i nawet ugotować, ale nigdy nie byłem biznesmenem i nigdy nie będę. Adam jest. Dodatkowo to, że jest znany i ma świetny management, jest sporym ułatwieniem. Dlatego teraz on jest liderem, wszystko organizuje, dopina na ostatni guzik i - muszę przyznać - jest w tym znakomity. A skoro jest dobry, to niech to robi. Ja cierpliwie czekam na koncerty. Tam każdy z nas już będzie sobą. Bo ja tak naprawdę żyję nie w studiu nagraniowym czy udzielając wywiadów, ale na scenie. Albo w łóżku z ukochaną dziewczyną.

Skąd pomysł na współpracę z "ambasadorem diabła"?

- To wyszło od Adama. Wziął mnie przez zaskoczenie, bo nie mieliśmy wcześniej ze sobą nic wspólnego. Ni z tego, ni z owego zadzwonił do mnie - nawet nie wiem, skąd miał telefon - i zaproponował, żebyśmy spotkali się pogadać. Pomyślałem, że to może być ciekawe. Wiedziałem, że jest enfant terrible, że prowokuje, i to konkretnie, a nie pokazując na scenie siusiaczka (śmiech).

Więc spotkaliśmy się w jakiejś kawiarni i zaczęliśmy rozmawiać, jak przystało na dwóch dojrzałych facetów, badając się nawzajem. On mówił, że podoba mu się moja płyta "Back in Time", że słyszał demo mojego kolejnego albumu "Honey Trap" i też jest OK. Powiedział, że chciałby ze mną grać. "Możemy o tym pomyśleć", odpowiedziałem, i na tym skończyła się rozmowa o muzyce. Bo Adam zaczął mnie przekonywać, że powinniśmy połączyć swoje energie, a ja tylko kiwałem głową, bo jeszcze nie wiedziałem, co o tym myśleć.

Wracając do domu, kupiłem płytę Behemotha, bo nie znałem jego muzyki. Włączyłem, zagrało 15 sekund i myślę: "Dłużej tego nie zniosę", przełączyłem na następny kawałek i znów to samo. Na następny i dalej, dalej... - nie mogłem tego słuchać - to kompletnie nie moja bajka. Potem dla jaj powiedziałem mu: "Fajną balladę masz na tej swojej płycie", a on myślał, że ja tak na poważnie, i mówi: "Naprawdę? Dziękuję" (śmiech)...

Na kolejne spotkanie umówiliśmy się już z gitarami. Podłączyliśmy u mnie w domu cały sprzęt i mówię mu: "To teraz pokaż, co masz". Bo ja od zawsze mam szufladę pełną pomysłów, taki prywatny back catalog. Wiesz, codziennie ćwiczę, a że nudzi mnie granie w kółko tego samego, to improwizuję, kombinuję - uwielbiam to. Żyję dla swojej muzyki. Wychowałem się na muzyce lat 70., więc mam to we krwi. Często powstają z tego szkice nowych piosenek, które chowam do przysłowiowej szuflady. Kiedy Adam usłyszał, że ma coś zagrać, trochę się spłoszył, bo okazało się, że miał tylko jedną piosenkę na jednym akordzie. Jakoś ten kawałek opracowaliśmy do dwóch akordów i wystarczy, i poprosiłem, żeby zaśpiewał, bo byłem bardzo ciekaw, jaką barwę ma jego głos bez tych wszystkich efektów. Wtedy przestraszył się jeszcze bardziej... Kiedy go w końcu namówiłem, to zabrzmiał... po żołniersku (śmiech).

To dlaczego zdecydowałeś się wejść w ten projekt?

- Lubię wyzwania i się ich nie boję. W tych kategoriach traktowałem też granie z Anitą, bo trzeba było tworzyć inne rodzaje piosenek, i w otoczce alt country. Na tej samej zasadzie intrygująca wydała mi się możliwość współpracy z Królem Czarnego Metalu. Muzycznie ten projekt nie wymagał ode mnie takiej odwagi jak od niego, dla mnie nie była to rewolucja. Owszem "Songs of Love and Death" jest inna i inaczej wyprodukowana niż moje wcześniejsze płyty - jest bardziej agresywna, ale samo granie nie różni się od tego, co robiłem wcześniej. Blues jest w DNA wszystkich Brytyjczyków, bo przecież na Wyspach odrodził się na nowo: Eric Clapton, John Mayall, Rolling Stonesi, The Yardbirds, Led Zeppelin - to wszystko działo się na moich oczach i uszach. Jako sposób wyrazu blues jest więc dla mnie całkowicie naturalny. To muzyka prosta, ale też bezkompromisowa. Nie da się oszukiwać i stroszyć piórek, trzeba być sobą, bo wszystko to słychać.

Duet to wymiana energii i  doświadczeń. Co dało ci spotkanie z Nergalem?

- Początek naszej współpracy zbiegł się z poważnym kryzysem w moim życiu. Rozstałem się z Anitą, a w moim wieku zostać samemu jak palec nie jest łatwo. Byłem sam ze sobą i wszystko, co robiłem, robiłem tylko dla siebie. Ludzie myślą, że to łatwe i fajne, ale takie nie jest, i do tego nagle moje dziecko już nie mieszkało ze mną pod jednym dachem. Oczywiście regularnie się spotykamy, ale wtedy było mi bardzo ciężko.

Była to jednak idealna sytuacja, żeby wymyślić i stworzyć siebie na nowo. Zmieniłem swoje życie, zacząłem chodzić na długie spacery, przeszedłem na dietę. Zauważyłem, że w ciągu dnia człowiek je bardzo dużo niepotrzebnych rzeczy. Zamiast zjeść trzy razy coś konkretnego, ciągle coś podjada. Skończyłem z tym, odstawiłem mięso, chleb, cukier, mleko i przez dwa tygodnie praktycznie nic nie jadłem. W tym czasie schudłem 20 kilogramów. Wiem, że nie powinno się tak szybko tego robić, ale widać jestem mocny, bo przetrwałem... No i zacząłem ubierać się na czarno, ale - podkreślam - nie zostałem członkiem jego kasty (śmiech).

A co jemu dało spotkanie z tobą?

- Na pewno wniosłem do tego projektu wiarygodność. Poza tym mam songwriterskie doświadczenie, bo w Behemocie Adam nie śpiewa piosenek, ale całe poematy. Pierwszy przyniesiony przez niego tekst miał ze 60 zwrotek. Zapytałem go tylko, czy ma zamiar śpiewać to przez dwie godziny, a potem zacząłem wykreślać, aż zostały cztery (śmiech). Z rzeczy pozamuzycznych próbowałem go namówić na uprawianie świadomego oddechu i medytację, ale to go kompletnie nie kręci. Mnie za to nie kręci katowanie się ćwiczeniami fizycznymi, które on tak lubi. Coś tam robię, bo zachęca mnie do tego wspaniała kobieta i mój personal trainer Sandrine Boraczyńska. Wymyśliła mi taki świetny, domowy trening, ale moim ulubionym sportem cały czas pozostaje oglądanie piłki nożnej (śmiech), kiedy nie tworzę, ale tworzyć to jest moje życie.

2 Nergal Nergal Fot. Robert Laska

Nergal: Chciałem nagrać muzyka, który jest na przeciwnym biegunie rzeczy płytkich

Robert Sankowski: - Od lat jesteś muzyczną marką. Po co ci Me and That Man? Traktujesz to jako swoją drugą szansę?

Nergal: - Dla mnie ten duet to wydarzenie edukacyjne. A wierzę, że odkrywanie w sobie nowych potencjałów jest bardzo ważne i zdrowe. Dlatego próbuję w życiu różnych rzeczy, nie tylko artystycznie, ale też w biznesie. Może się przecież okazać, że na innych polach jestem dobry, bardzo dobry, a może nawet zajebisty. Póki tego nie sprawdzę, nie wiem, czy tak jest.

Niedługo skończę 40 lat. Oczywiście mogę jeszcze napierdalać ten heavy metal, odłożę na emeryturę i będę się czuł bezpiecznie. Równocześnie mam wrażenie, że z Behemothem zagrałem wszystkie nuty świata i to w zawrotnym tempie. Tak narodziła się potrzeba zrobienia czegoś dokładnie odwrotnego.

To kwestia dojrzałości. W życiu mamy za dużo wszystkiego: od informacji po sprawy materialne. Dlatego zacząłem żyć slow, a przynajmniej staram się wprowadzać te zmiany. Poświęcam sobie czas, zwracam uwagę na rzeczy proste i codzienne. Cały czas mam tendencję do ADHD i potrafię robić wiele rzeczy naraz, ale teraz np. staram się robić tylko jedną. Wtedy możesz poświęcić jej swoją całą uwagę, a twój mózg nie dostaje kota, bo nie musi dywersyfikować całego potencjału. W weekend mogę zostać w domu, poczytać książkę, iść na spacer z dziewczyną, i nie mam wyrzutów sumienia, że życie toczy się w klubie, a mnie coś umyka. Dziś wiem, że tak długo, jak mam kontakt z samym sobą, nic mnie nie omija. Wszystko, co ma być, jest w głowie i sercu, a nie gdzieś tam w matriksie. Zamiast mieć 30 byle jakich przyjaciół, wolę mieć trzech, ale diehardów, którzy będą ze mną też za 20 lat i dłużej. Zamiast tysiąca słów powiedzieć tylko siedem, ale ważnych, zamiast stymulować się w domu milionem dźwięków, posłuchać ciszy. Zachować właściwą dynamikę i balans.

Kilka lat temu miałem potrzebę zagrania muzyki klasycznej. Zgłosiłem się na "korepetycje" do przyjaciela, który prowadzi szkołę muzyczną i graliśmy Bacha, flamenco, bossa novę, jakieś jazzowe standardy i tak doszliśmy do bluesa. To doprowadziło mnie do Me and That Man.

Rockowa bestia spiłowała szpony. Nie boisz się śmieszności?

- Już usłyszałem, że poszedłem na kompromis, ale z mojego punktu widzenia to było działanie bezkompromisowe i dowód artystycznej wolności. Kolejny odcień czerni w mojej palecie. Zrobiłem to, co chciałem, nie pytając nikogo o zdanie. Dlatego zapłaciłem za wszystko ze swojego portfela: za studio, teledyski, sesję zdjęciową i dopiero, jak elementy były gotowe, podpisałem kontrakt. Całe życie pracowałem na komfort bycia artystą i niemuszenia rzeczy, które są wbrew mnie. Poniekąd oczywiście boję się śmieszności, bo pilnuję swojego wizerunku, ale też często daję dowód dystansu do siebie. Wprawdzie Behemoth czy Me and That Men są projektami śmiertelnie poważnymi, ale w ramach tej powagi jest przyzwolenie na mrugnięcie okiem, do siebie, do świata.

Kiedy ktoś chce mi zrobić przykrość albo ze mnie kpi, mam taki dyżurny żart - odpowiadam: "Odpierdol się, miałem raka". I najczęściej reakcją jest totalna konsternacja. Ludzie nie wiedzą, jak się zachować. A ja się zaczynam śmiać. To, że uciekłem kostusze, nie znaczy, że temat stał się dla mnie jakimś tabu, bo to doświadczenie bolesne i może niewygodne. Dali gdziekolwiek się pojawił, prowokował, malując penisy i swastyki. Mam taką samą przypadłość, nie wiem czemu, pewnie Freud powinien się wypowiedzieć, jeżeli w trasie kolega zaśnie w busie, to wiadomo, z czym obudzi się na czole. To prymitywne dowcipy, które jednak się nie starzeją. Żart sytuacyjny, branżowy, nie dla wszystkich.

Niedawno na miesiąc zbanowali mnie władcy Facebooka za takie rysunki lukrem na ciasteczkach, które robiliśmy ze znajomymi podczas Ginger Bread Party. Przeraża mnie, jak poprawność polityczna zaczyna kneblować wolność. Penis jest przecież częścią życia, a i swastykę można zinterpretować na milion sposobów, prawda? A przynajmniej na dwa. Albo inny przykład: wrzucam do sieci swoje zdjęcie z filmu "AmbaSSada" i ląduję na liście wrogów Antify, bo mam na sobie nazistowski mundur! Pokłosiem takiego sztywnego rozumienia politycznej poprawności są sprawy sądowe o niszczenie przeze mnie na koncertach Biblii. Smutne to.

Duet wymaga kompromisu. Dla człowieka z takim bagażem doświadczeń kompromis nie jest łatwy...

- Strzelam energią. Kiedyś przyjaciółka powiedziała mi: "Adam, za dużo dajesz z siebie". Mówiła to w kontekście przelotnych znajomości damsko-męskich, ale to mi dało do myślenia, bo jeśli facet chodzi po świecie i strzela w sensie dosłownym i przenośnym, to uchodzi z niego energia.

Z drugiej strony mam ekspansywną naturę i siłę sprawczą. Mówię: "robimy, działamy", nie zastanawiam się, nie dzielę włosa na czworo. W Me and That Man podzieliliśmy się rolami. Ja jestem bardziej zorientowany organizacyjnie, więc znalazłem management, wybrałem artystów, którzy zrobili oprawę graficzną, John był bardziej aktywny w kwestiach produkcyjnych, uczestniczył w miksie. Ale nie zawsze było cukierkowo. Rok temu mieliśmy zgrzyt i cały projekt zawisł wtedy na włosku. Nawet nie pamiętam, o co poszło. Ostatecznie dogadaliśmy się. Przyjechał do Sopotu i parę razy poszliśmy po bandzie imprezowo, ale dobrze też poznać człowieka po większej whisky. Potem były już tylko tarcia artystyczne. Takie kryzysy wprowadzają higienę. To wartość dodana jak moja choroba. Bo buduje i to, co dobre, i to, co złe.

Skąd pomysł na współpracę z nestorem polskiego rocka?

- Miałem idée fixe, żeby zrealizować taki projekt. Podejmowałem już próby, ale nie były profesjonalne. 15 lat temu założyłem zespół Wolverine, taki w stylu Danzing, a cztery lata temu nagrywałem do szuflady covery Town Van Zandta. Jednocześnie cały czas karmię się ascetyczną formą: Nickiem Cave'em, Johnnym Cashem, Tomem Waitsem, Muddym Watersem, Howlinem Woolfem czy Robertem Johnsonem. Chciałem nagrać muzyka, który jest na przeciwnym biegunie rzeczy płytkich, szybkich, często plastikowych - ma własną interpretację dźwięków, które towarzyszą muzyce rockowej od zarania. Pomyślałem, że to klimat Johna, którego płyty bardzo mi się podobały. Zadzwoniłem i powiedziałem, że warto się poznać. Rozmowa zaczęła się nie od muzyki, ale od literatury, od Charlesa Bukowskiego - to był katalizator Me and That Man, i jego portret trafił na okładkę naszej płyty.

Duet to wymiana energii i doświadczeń. Co Johnowi dało spotkanie z tobą?

- Zmienił otoczenie, wyrywał się z Warszawy. Był to dla niego moment redefinicji, wymyślania siebie na nowo. Stracił 20 kilo i zaczął się nosić na czarno. Pamiętam naszą rozmowę o nazwie. Padło Nergal-Porter, potem Porter-Darski i zaczęliśmy się śmiać, bo to straszny banał - takich nazw były już tysiące. Potem wymyśliliśmy, że skoro lubimy Johnny'ego Casha, to może Men in Black, bo przecież nie wyjdziemy na scenę w niebieskich dżinsach i kraciastych koszulach (śmiech). Wizerunek musi być spójny z muzyką, którą proponujemy. Jestem estetą, nawet w kwestiach motoryzacyjnych; samochód musi być przede wszystkim piękny. I np. w czarnym macie. W kwestiach technicznych i mechanicznych jestem jak kobieta - wiem, gdzie się wlewa paliwo i gdzie jest pedał gazu, reszta to dla mnie czarna magia.

A co tobie dało spotkanie z Johnem?

- Uczę się od niego luzu, bo z racji wieku i doświadczenia John śpiewa tak, jakby mu się nie chciało albo... jakby miał zaraz umrzeć. Ja za bardzo się spinam i na tle nerwowo-sportowym mam problemy z hiperwentylacją. Kiedy John przyjechał do Sopotu, namawiał mnie na medytację i świadome oddychanie. Wydawało mi się to dziwne, ale dziś ćwiczę oddychanie przeponowe. Zacząłem dbać o higienę życia. Jestem bardzo aktywny sportowo. Zawsze uwielbiałem pływać i biegać, ale zabiegałem sobie stawy. Wolę trening funkcjonalny, ogólnorozwojowy: aerobowy, siłowy, obwody i mięśni głębokich. Wychodzę z założenia, że trening musi utrzymać mnie w dobrej kondycji, nie może być nudny i za długi - raz taki 27-minutowy, innym razem godzinny. Chodzi o to, żeby dotlenić organizm i dać kopniaka metabolizmowi. Kiedy wydzielają się endorfiny, rodzą się najlepsze pomysły. A jak się w coś angażuję, to mam poczucie dyscypliny i strasznie tego pilnuję. Nigdy nie byłem w wojsku. Budzik dzwoni, staję na baczność i działam. To pewnie kwestia psychologii - próbuję coś udowodnić sobie i światu.