Jak zostałem panem przedszkolanką

27.06.2017 12:18
Zapanować nad jednym maluchem? Pestka. Nad dwoma? Trudniejsze, ale możliwe. A nad trzydziestką? W filmach radził sobie z tym Schwarzenegger, a i Vin Diesel dawał radę. Ja spróbowałem w realu.
1 Pan przedszkolanka Pan przedszkolanka Fot. Alicja Gajdamowicz/Agencja Gazeta

Chwyćmy byka za rogi

Śmiej się jak najwięcej. Słuchaj, co mają ci do powiedzenia. Zadawaj pytania, ale krótkie. Jak trzeba pomagaj, ale nie od razu, niech najpierw same spróbują rozwiązać problem. A co tam, pewnie i tak nie zwrócą na ciebie uwagi. Startuj - to był chyba najkrótszy w historii instruktaż dla pana przedszkolanki (czyż nie brzmi to dziwacznie?!).

Z niedowierzaniem spojrzałem na dyrektorkę przedszkola Frajda. To rzeczywiście koniec porad? Z wyrazu twarzy Joanny Zaraś wyczytałem, że tak. OK, nie ma sprawy. Oddalam się w popłochu, aby chwycić byczka za rogi.

- Dzień dobry, Słoneczka - wchodząc do najmłodszej grupy, korzystam z pierwszej porady i od progu śmieję się jak głupi do sera. Po miękkiej wykładzinie w rożnych kierunkach rozpełza się gromadka 3-latków. Są jak małe wysepki, na każdej dzieje się zupełnie inna historia. Jedne z zapamiętaniem coś bazgrzą, przepraszam, rysują. Inne rozmontowują zabawki na czynniki pierwsze. Olały mnie kompletnie, nawet nie spojrzały w moją stronę.

- Dzień dobry, Słoneczka - podnoszę nieco głos. Udaje mi się przykuć ich uwagę, bo jak na komendę podnoszą głowy. Najpierw patrzą, jakbym był przezroczysty, ale po chwili zajarzyły, że tego gościa widzą pierwszy raz. Na twarzyczkach pojawia się zaciekawienie, którego objawem są oczy wielkie jak spodki. Boże, dzieciakom pozostanie wytrzeszcz! Co ja uczyniłem!

Uff, znów się bawią. A ja przestaję dla nich istnieć. Jeśli chcę to zmienić, muszę wmieszać się w tłum. Delikatnie stawiam kroki pomiędzy bawiącymi się dziećmi i siadam koło dwóch gości. Fachowcy w ciągu kilku sekund składają i rozkładają swoje transformersy.

- Co robicie? - gdy kończę to (prawda, że krótkie) pytanie, dociera do mnie, jak jest śmieszne. Przecież każdy widzi, że się bawią. Na szczęście Staś i Sebastian nie dostrzegają tej oczywistości i grzecznie odpowiadają: - Psss, pss, psss, transformersy.

- Przepraszam, co mówicie?

- Psss, pss, psss, transformersy.

Z tego miejscowego świszcząco-gwiżdżąco-sepleniącego narzecza rozumiem tylko końcówkę zdania. Cóż, trzeba improwizować.

- Mogę spróbować? - wskazuję na jedną z zabawek.

- Plosę - Stasiek wydaje się bardziej śmiały, choć podaje mi zabawkę z wyraźnym ociąganiem.

- Chyba się zepsuł - nie udaje mi się rozłożyć robota. Chłopczyk bez słowa bierze go i myk, myk, myk, gotowe: - Plosę. Próbuję, ale coś tu jest nie tak.

- Pss, pss, pss, nacisnąć.

O, jest mały guzik. Przyciskam i udaje się! No, po prostu mistrzostwo.

2 Pan przedszkolanka Pan przedszkolanka Fot. Alicja Gajdamowicz/Agencja Gazeta

Ciuchcią na podwórko

W czasie gdy przechodziłem przeszkolenie z transformersów, w naszą stronę przemieścił się tłumek tubylców i teraz otacza nas wianuszkiem. Siadając, jeden chłopczyk wydaje z siebie "u, boli". Udaje mi się zrozumieć, że wieczorem uderzył się w palec u stopy. Trzeba pochylić się nad ludzkim nieszczęściem: - Już dobrze?

Nieoczekiwanie tym pytaniem zwaliłem sobie na głowę lawinę. Okazuje się, że dzieciaki są niczym rajdowiec po wypadku: jedno pokazuje łydkę (był tam siniak - kiedyś), inne łokieć (był tam strupek - kiedyś). Każdemu trzeba współczuć w cierpieniu, więc współczuję, ale kiedy Sebastian zaczął majstrować przy spodniach ("strasnie" uderzył się w pupę), wpadłem w lekką panikę. Z pomocą przyszła mi wychowawczyni, która zarządziła wielkie klejenie, czym wywołała entuzjazm "pokiereszowanej" ekipy. Wszystkie dolegliwości natychmiast ustąpiły. Z pociętego na kilka elementów rysunku, w pocie czoła, z językami na wierzchu, klejem na twarzach i ubraniach (przecież to o nie, a nie o tekturową podkładkę najlepiej się wyciera), maluchy zaczęły tworzyć obraz. To nic, że jedne wklejały zająca w bocianie gniazdo, a u innych drzewo rosło do góry nogami. Gdy otrzymały podpowiedź i element wracał na właściwe miejsce, zachwyt małych twórców był ogromny. Wydawało mi się, że radość sięgnęła zenitu. Błąd. To nastąpiło na hasło "idziemy na podwórko". Salka eksplodowała, choć trzeba przyznać, że Słoneczka są zorganizowane - karnie pomaszerowały do szatni.

Dopiero przy tak prozaicznej czynności przypomniałem sobie, że te szkraby wszystkiego dopiero się uczą. Założenie czapki czy kurtki na właściwą stronę to dla nich jeszcze wyzwanie.

Kurtka, czapeczka, buciki na rzepy - pomoc Matyldzie, najmłodszej ze Słoneczek, poszła mi piorunem. Inne dzieci też już są gotowe.

- Chodź - podaję dziewczynce rękę, ale blond aniołek ani myśli wstać, tylko wlepia we mnie błękitne oczy.

- Matylda, już, idziemy - ponaglam, ale ona dalej siedzi. Dziecko, o co ci chodzi? Wtedy, śmiejąc się, wyciąga z kieszeni kolorową bandanę. Wszystko jasne. Po założeniu chusty natychmiast dołącza do pozostałych dzieci.

Polecenie zostaje błyskawicznie wykonane. Dzieci ustawiają się w wężyk i zaczynają naśladować odgłos lokomotywy, która z każdym metrem zaczyna sapać coraz szybciej: "ciuf-ciuf-ciuf, ciuf-ciuf-ciuf".

3 Pan przedszkolanka Pan przedszkolanka Fot. Alicja Gajdamowicz/Agencja Gazeta

Ja, król boiska

Podkręcając cały czas tempo, pociąg dojechał na podwórko. Tam, jak szybko powstał, tak szybko się rozsypał. Jedne dzieciaki biegną na zjeżdżalnię, inne od razu pędzą do karuzeli. Huśtał się nie będę, konik na sprężynie chyba też nie dla mnie. Z żywopłotu wyciągam różową piłkę. Zagram z chłopakami. Mam niepowtarzalną okazję kiwać się i wygrywać te pojedynki, z kilkoma przeciwnikami naraz. No, jestem po prostu królem boiska. Brzdące w nieskoordynowany sposób próbują mi odebrać piłkę, a im bardziej im się to nie udaje, tym większą mają frajdę.

Wracamy (ciuchcią, bo jakżeby inaczej) na obiad. Do Słoneczek dołączają o rok starsze Jagódki. Dzieci pałaszują, a ja ze zdziwieniem dostrzegam, jak wiele jest sposobów trzymania łyżek i widelców. Widzę też, jak wielka jest różnica pomiędzy 3-latkami i 4-latkami, a przecież to tylko rok różnicy. Słoneczka celebrują każdy kęs, podczas gdy Jagódki wcinają, jakby talerz miał im zaraz gdzieś uciec - raz, dwa, trzy i... dokładka. A najmłodsze brzdące dalej walczą z pierwszym daniem. Gdy wreszcie skończą, objedzone jak bąki, utrudzone ciężką pracą, którą wykonywały od rana, kładą się na swoich posłaniach. Przytulone do miśków, lalek i transformersów zapadają w zasłużony sen.

Wcześniej tego nie odczuwałem, ale teraz czuję, że i ja jestem zmęczony. Od hałasu, który robiły dzieciaki, zaczyna boleć mnie głowa, a przecież spędziłem z nimi tylko kilka godzin. Moja samoocena jest jednak wysoka: najwyraźniej dałem radę, nie takie brzdące straszne, jak je malują.

- Co tutaj robisz? Do kogo przyszedłeś? No, do kogo? - 6-letni gość trzyma ręce w kieszeniach dresu, patrzy na mnie podejrzliwie spode łba i domaga się natychmiastowej odpowiedzi.

- Pan pewnie chce zapisać do nas dziecko. Chłopczyk czy dziewczynka? Lepiej chłopczyk - odpowiada za mnie Marcel.

W duchu dziękuję rezolutnemu malcowi, bo tłumaczenie na pewno wywołałoby masę pytań pomocniczych, a tak to sprawa rozwiązana. Jedno jest pewne - z Motylkami (5-latki) i Smerfami (6-latki) nie będzie już tak łatwo.

- Mogę z wami zagrać?

- A potrafisz? - rzuca Kamil, nie podnosząc oczu znad kart. Czyżby bał się, że przybędzie mu konkurent? W tej grze to on najwyraźniej rządzi, bo zgromadził najwięcej kart ze zwierzakami.

- Jeszcze nie, ale jak powiesz, o co chodzi, to zagram.

- Na każdej karcie jest kilka zwierząt. Zobaczysz, że jest żyrafa, a masz żyrafę w rękach, to wygrywasz - instruuje mnie wcale składnie.

Gramy. Na środku ląduje karta z żyrafą, a Kamil, buch, kładzie na nią słonia i zgarnia kupkę do siebie. Nikt nie zdążył zaprotestować na to jawne złamanie zasad, a na środku ląduje już kolejna karta. "Już ja ci pokażę, mały cwaniaku!" - obiecuję sobie, że ogram 6-latka. Nie zdążyłem, bo nagle dzieci rzucają karty i biegną do drugiej sali, w której właśnie zaczyna się angielski.

Przez pół godziny będą śpiewać o pszczółkach, ślimakach, drzewach, ptakach i o tym, że w ogrodzie generalnie fajnie jest. Po kilku minutach jestem już utwierdzony w przekonaniu, że rzeczywiście tak jest, ale trening czyni mistrza, więc dzieciaki do znudzenia powtarzają słówka. Nic tu po mnie, chyłkiem wycofuję się do Motylków, które właśnie pałaszują śniadanie.

- Pięć, ja chcę sześć - Marysia szybko liczy kawałki szczypiorku, które wychowawczyni kładzie jej na pomidora.

- Dziękuję, teraz jest pyszne.

O ile u Słoneczek panował kontrolowany przez przedszkolanki chaos, to starsza grupa jest o  wiele bardziej uporządkowana.

Po śniadaniu Jaś (tego dnia jest dyżurnym) zanosi brudne talerzyki do wiaderka, a potem grupa przystępuje do podlewania cebulek - dzieci założyły własną hodowlę i to właśnie z niej pochodzi szczypiorek.

- Dlaczego ta nie chce rosnąć? - dopytuje Nicola i zaraz sama sobie odpowiada: - Chyba dlatego, że jest fioletowa.

Gdy zaczyna mi się wydawać, że te starsze dzieciaki są w praktyce bezobsługowe, nagle słyszę płacz o natężeniu syreny alarmowej. To jeden z chłopców zaczyna rozpaczać, że do przedszkola nie przyszedł dziś jego najlepszy kumpel - miał być, a go nie ma. Po prostu dramat! Do akcji wkracza Joanna Zaraś. Trzeba chłopca przytulić, wytłumaczyć mu, że i tak będzie fajnie (chyba nie znalazłbym w sobie tyle cierpliwości). Trochę to zajmuje, ale udaje się. I po kilku minutach człowiek-syrena, jak gdyby nigdy nic, już się bawi. Podchodzi do mnie Nicola.

- Jaki ładny miś - komplementuję jej zabawkę.

- To nie miś, to niedźwiedzica. Niedźwiedzica Pusia. Nie widzi pan, że to Pusia? - Nicola jest oburzona.

Cóż, nie widzę. Na szczęście w ostatniej chwili gryzę się w język i nie pytam, po czym niby miałbym to poznać. Oddycham z ulgą, bo dziecko nie rozwodzi się dłużej nad płcią maskotki. Nie ma zresztą czasu na roztrząsanie problemu, bo oto z  naręczem zabawek nadciąga Paulina. Niepytana zaczyna ze swadą opowiadać o tym, co przytargała. Przy trzecim z rzędu kucyku pony i opisywaniu sposobów na uczesanie grzywy i ogona czuję, że mam już dość. A gdy rozpoczyna niekończącą się opowieść o zastosowaniu kokardek, a potem płynnie przechodzi do mocy, jakie ma łaciaty pies ratownik, czuję, że zaraz to ja przemienię się w pana-syrenę.

Koło ratunkowe rzuca mi Tymek.

- Tu też mamy psy - wyciąga w moją stronę książeczkę o psach husky, zaprzęgach i Alasce. Linijka po linijce, chłopczyk wodzi palcem po stronie. Początkowo myślę, że czyta (fju, fju), ale gdy przyglądam się tekstowi, odkrywam, że dzieciak dużą partię po prostu zna na pamięć.

- Potrafisz czytać? - pytam i od razu jest mi głupio, bo widać, że zrobiłem mu przykrość.

- Trochę, dopiero się uczę.

W starszej grupie jest już wyraźny podział klanowy - dziewczynki i chłopcy. Nie zanika nawet wtedy, gdy specjalnie dla mnie ma powstać zamek - chłopcy dostarczają odpowiednią liczbę klocków, dziewczynki troszczą się o estetykę budowli. Z jednym wyjątkiem. Gdy jestem już obudowany z każdej strony, to Nicola zauważa przytomnie, że trzeba zrobić okno... żebym się nie udusił.

Dla Słoneczek wyprawa na podwórko była wielką przygodą; to starsze dzieci robią wszystko sprawnie i szybko. Liczyłem, że i teraz będę królem boiska. Przeliczyłem się. Zostałem szybko pouczony, że: różową piłką to grają "baby" i maluchy; nie znam się na przepisach; bramka jest zawsze tam, gdzie aktualnie stoi bramkarz. Zostałem też skopany po kostkach i dowiedziałem się, że na grę w Legii jestem za słaby (tak ocenił Jasiek, który jak na 5-latka rzeczywiście nieźle harata w gałę).

Czarę goryczy przelało to, że gdy do Motylków dołączyły najstarsze Smerfy, nijak nie potrafiłem zapanować nad temperamentem Zosi i Kamila. Ta dwójka aspiruje do roli miejscowych hersztów i jak się zacznie zaczepiać, trzeba mieć patent, jak rozwiązać problem. Próbowałem apelować do rozsądku Zosi i dobrych manier Kamila. Potem odwróciłem adresatów apelu, wyznaczyłem im zadania w przeciwległych kątach podwórka. Efekt zerowy. Potrzebna była pomoc prawdziwych ekspertek.

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, czułem się jak górnik po szychcie. Ale złapałem się na tym, że gdy powoli wracałem do domu, pod nosem mruczałem piosenkę: "Pisanki, pisanki, jajka malowane, nie ma Wielkanocy bez barwnych pisanek". Powtarzanie czyni mistrza.

Skomentuj:
Jak zostałem panem przedszkolanką
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX