Jak zmieniał się korporacyjny dress code?

28.09.2017 13:33
Wilk z Wall Street pozostałby potulną owieczką, gdyby nie manipulacja, talent do biznesu i... świetnie skrojone garnitury. Każdy żołnierz korporacji też potrzebuje munduru, który pozwoli mu obrosnąć w piórka. Właściwy wybór to od zawsze być albo nie być.
1 'Wall Street: Pieniądz nie śpi' 'Wall Street: Pieniądz nie śpi' Źródłko: kadr z filmu 'Wall Street: Pieniądz nie śpi', reż. Oliver Stone

Jak zmieniał się korporacyjny dress code? "Teraz jest luźniej"

Wilk z Wall Street pozostałby potulną owieczką, gdyby nie manipulacja, talent do biznesu i... świetnie skrojone garnitury. Każdy żołnierz korporacji też potrzebuje munduru, który pozwoli mu obrosnąć w piórka. Właściwy wybór to od zawsze być albo nie być.

Chciwość jest dobra. Chciwość jest słuszna. Chciwość jest skuteczna - przekonywał Gordon Gekko, czyli odziany w białą koszulę, obszerną marynarkę i wąski krawat Michael Douglas w  jednej z najważniejszych scen w historii kina. W czasach prosperity na Wall Street obowiązywał sztywny dress code. Należały do niego garnitury w prążki, szelki i cygara palone w biurach na 50. piętrach szklanych wieżowców po udanych transakcjach za grube miliardy dolarów.

Kilka lat później podobny mundur przywdziali pierwsi polscy żołnierze korporacji. Z widokiem na Pałac Kultury, hotel Marriott albo Stadion Dziesięciolecia załatwiali lokalne interesy, marząc o karierze na miarę maklerów z Nowego Jorku. O ich aspiracjach świadczyły nie tylko nocne powtórki z angielskiego i cyniczne malwersacje, ale także strój, który miał z szeregowców uczynić oficerów.

Cóż, jedna z podstawowych zasad dress code'u brzmi: "Ubieraj się odpowiednio do stanowiska, które chcesz mieć, a nie tego, które zajmujesz dzisiaj". Kolejna, niemniej istotna, głosi wyższość konformistycznego kostiumu nad indywidualną ekspresją. Krwiożercza korporacja nie potrzebowała bowiem do niedawna hipsterów w kolorowych skarpetkach, a raczej nudnych panów z szarymi garniturami, twarzami i włosami. A skąd oni mają wiedzieć, jak się ubrać?

2 "Miami Vice" mat. prasowe

Dress for success

Korpiszon bez garnituru jest jak piłkarz bez piłki. Codzienny strój biurowy ugruntował się ponad 100 lat temu, gdy do pracy ruszyły rzesze białych kołnierzyków. Jego historia sięga jednak kilkaset lat wstecz. Garnitur wywodzi się z XVII-wiecznego stroju brytyjskich dworzan. W XVIII w. stał się lżejszy, a na początku XIX w. przeszedł metamorfozę, która zbliżyła jego formę do smokingu, dzisiaj zarezerwowanego na bal w operze. Współczesne garnitury narodziły się przy londyńskiej Savile Row. Tamtejsi krawcy specjalizowali się wcześniej w  szyciu mundurów, ale coraz częściej dostawali zlecenia od cywilów, np. chirurgów, którzy potrzebowali odpinanych mankietów, żeby nie zachlapać marynarki krwią pacjentów.

Wraz z początkiem XX w. garnitury stały się codziennym strojem przedstawicieli trudniącej się zarobkowaniem klasy średniej. W pierwszej dekadzie nosiło się wzorzyste marynarki i szerokie spodnie. W latach 20. spodnie bywały węższe i krótsze, podobnie jak marynarki. Podobało się wszystko, co dekadenckie, radosne, taneczne - dwurzędówki, muszki, szelki.

W latach 30. po krachu na Wall Street pracownikom biurowym miny zrzedły, a spodnie znów stały się szersze. Przykładnych obywateli inspirowała gangsterska elegancja, czarni jazzmani (stąd wzięły się tzw. zoot suits z dwurzędowymi marynarkami i bardzo luźnymi spodniami), a krój stroju (szerokie ramiona, wąska talia, proste spodnie) ze zwyczajnych mężczyzn miał wykuwać Supermanów. Modą, jak każdą sferą życia, zatrzęsła II wojna światowa. Na początku lat 40. wszystkie zasoby szły na armię. Brakowało reglamentowanej wełny, więc w garniturze zrezygnowano z kamizelki. Ekstrawaganckim elementem był kolorowy krawat. Okres powojenny uważa się do dzisiaj za ostatnią epokę prawdziwej dżentelmenerii.

Niedługo później, już na przełomie lat 50. i 60., mężczyźni zaczęli się masowo buntować przeciwko sztywnym garniturom. Ci, którzy naoglądali się Jamesa Deana w "Buntowniku bez powodu" i Marlona Brando w "Dzikim", chcieli zamienić kubiki w wieżowcu na pustkę prerii, tramwaje na motor, a marynarkę na ramoneskę. Młodzieżowy bunt nie pozostał bez wpływu również na strój tych nieszczęśników zmuszonych do rezygnacji z marzeń o karierze harleyowca. Garnitury nabrały lekkości, stały się węższe, a nawet bardziej kobiece. Ten trend nazywano "peacock fashion", bo mężczyzna, dumny jak paw, wreszcie mógł pokazać swoje kolorowe piórka. Z drugiej strony everymanem epoki był "Człowiek w szarym garniturze", czyli Gregory Peck, który w ekranizacji powieści Sloana Wilsona z 1955 r. zagrał weterana wojennego, zmuszonego przywdziać szary garnitur, żeby zarobić na rodzinę.

Lata 60. przyniosły jeden z najważniejszych biurowych wynalazków. I nie, nie mówimy o pececie. Casual Friday, czyli dzień, w którym można było zrzucić jarzmo garnituru, wprowadzono na Hawajach. Podczas Aloha Fridays nosiło się niekoniecznie wieńce z kwiatów, ale koszule w egzotyczne wzory jak najbardziej. Na lądzie pomysł podchwycił Hewlett-Packard, pozwalając pracownikom w ostatni dzień tygodnia przychodzić do pracy bez marynarki.

Lata 70. i 80. przyniosły kolejne eksperymenty. W epoce disco marynarki przypominały kurtki, a spodnie były mocno zaprasowane w kant. Dekadę później, dzięki Donowi Johnsonowi, udało się nawet zagorzałych konserwatystów przekonać, że pastelowe garnitury (także lniane!) w klimacie "Miami Vice" to najwygodniejszy strój na podryw. Dla kontrastu w biurach nadal było sztywno. Obszerne garnitury Gordona Gekko bywały przyprawiane elementami stylu preppy, mającymi udowodnić, że ścieżka do kariery korpiszona prowadziła przez prestiżowe liceum i uczelnię Ivy League. Spadek koniunktury, a więc także morale pracowników, przypada w Ameryce na lata 90. Równocześnie w systemie pracy ścierały się nowe trendy. Z jednej strony coraz więcej stanowisk kierowniczych zaczęły obejmować kobiety, a mężczyźni zwolnieni z bycia jedynymi żywicielami rodzin dosłownie poluzowali krawaty. Z drugiej, możliwości technologiczne zwiastowały nową erę wolności, w  której każdy może pracować zdalnie, z domu, ubrany w bieliznę, dres albo piżamę.

3 Pozornie głównym bohaterem serialu Mad Men' jest Don Draper. W rzeczywistości widzowie orientują się, że bohaterką jest Ameryka, której już nie ma Pozornie głównym bohaterem serialu Mad Men' jest Don Draper. W rzeczywistości widzowie orientują się, że bohaterką jest Ameryka, której już nie ma materiały promocyjne

Koniec konformizmu

Chociaż w niektórych branżach - bankowości, finansach czy prawie (studenci tych kierunków już od drugiego roku studiów chadzają z aktówkami) - nadal nie ma zmiłuj, a działy HR-u każdemu nowemu pracownikowi przedstawiają broszurkę z zasadami dress code'u, ten cyrograf decydują się podpisać tylko ci, którym naprawdę zależy na samochodzie służbowym, funduszu reprezentacyjnym i prywatnej służbie zdrowia. Reszta nie chce być anonimowym trybikiem wielkiej machiny ani tym bardziej podkreślać swojej przynależności strojem. Mężczyźni coraz częściej pozwalają sobie na ekstrawagancję - podszewki z dziełami sztuki w szytych na miarę garniturach, kolory ubrań spoza klasycznej dziesiątki (od bieli do czerni) czy styl business casual (nie dżinsy, ale też nie garnitur; marynarka w ciemnym kolorze, bez złotych guzików) wypierający ten formalny. Współcześni mężczyźni zawdzięczają sporo także "Mad Men", serialowi, którego dziesięciolecie premiery właśnie świętujemy. Pozwolił on wielu wiecznym chłopcom dorosnąć do roli eleganckich mężczyzn. Charakterystyczne dwurzędowe garnitury w kratę, kapelusze czy buty typu derby pojawiły się m.in. w limitowanych kolekcjach marek Brooks Brothers i Banana Republic.

Co nie znaczy, że wolnomyślicieli nie kusi, żeby wyrwać się ze schematu. Najłatwiejszym przejawem buntu jest odrzucenie zasad dress code'u. Zwłaszcza że przykład idzie z góry. Mark Zuckerberg codziennie wkłada taki sam szary T-shirt, a Steve Jobs miał swój nieśmiertelny czarny golf. Wizjonerzy epoki cyfrowej chcą swoim nonszalanckim strojem podkreślić, że mają codziennie ważniejsze decyzje do podjęcia niż wybór koloru koszuli, wzoru krawata czy fasonu marynarki. I że indywidualizm liczy się dzisiaj bardziej niż wierność wzorom. Artyści, freelancerzy i przedstawiciele wolnych zawodów za punkt honoru biorą sobie dezynwolturę wobec kodu ubioru. W imię tego, że strój powinien być adekwatny do wykonywanego zawodu, garniturki pozostawiają korpiszonom, sami ciesząc się wolnością ekspresji.

Ale ta swoboda bywa złudna. Podejmując decyzje o stroju samodzielnie, poddajemy się nowemu dyktatowi indywidualizmu. A korporacjom w to graj. Bo chociaż niektórym wciąż potrzebni są odziani w jednakowe mundury żołnierze, Apple, Facebooki i Google są napędzane przez indywidualistów, od których wymaga się więcej niż kiedyś od smutnych szarych panów. Zatarcie podziału między życiem prywatnym i publicznym, praca, która staje się zabawą i zabawa, która staje się pracą, czy traktowanie korporacji jak najbliższej rodziny ma konsekwencje także w stroju. Tak, możesz włożyć do pracy rurki, T-shirt z nadrukiem i trampki, te same, w  których pijesz piwo nad Wisłą. Ale gdy weźmiesz z butelki ostatni łyk, zadźwięczy ci w kieszeni dżinsów smartfon. Bo chociaż jest już grubo po siedemnastej, korporacja nigdy nie śpi.

Komentarze (10)
Jak zmieniał się korporacyjny dress code?
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    japka_putina

    Oceniono 15 razy 5

    Kiedyś czytałem opis sytuacji na parkingu przed jedną z renomowanych firm z Doliny Krzemowej. Kilkanaście minut przed rozpoczęciem pracy zaczynają zjeżdżać się eleganckie samochody, z których wysiadają zadbani dżentelmeni pod krawatami i eleganckie panie. Tuż przed i jeszcze paręnaście minut po godzinie zero podjeżdżają na parking brudne, zaniedbane samochodziki, z których wyłażą brodaci faceci w T-shirtach i jeansach. Ci pierwsi, to była obsługa techniczna, sekretarki, księgowi. Ci drudzy, to programiści zarabiający 10 razy więcej od tych pierwszych.

  • avatar

    milino

    0

    Dużo ciekawej wiedzy na temat nie koniecznie oczywisty podane w formie trudnej do przeczytania ze zrozumieniem dla kogoś nie będącego na bieżąco z nowomową. Dało by radę w bardziej przystępnej formie?

  • avatar

    Gość: AlamarAFP

    0

    Niech ktos powie ze ludzie nie sa nieskonczenie glupi ze podejmuja decyzje na podstawie takich bzdur. W kazdym badz razie 90%.

  • avatar

    Gość: mnbvcx

    0

    "nie szata zdobi czlowieka"
    "pozory mylą"
    "nie oceniaj poi wygladzie"
    jeszcze pare by sie znalazlo

  • avatar

    Gość: gość

    0

    Teraz rozumiem gazeto.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX