Nigdy się nie poddawaj! Mężczyźni po przejściach, którzy odnieśli sukces

14.11.2017 12:11
Trzech mężczyzn, trzy historie, które łączy jedno - pragnienie pokazania, że nie ma trudnych sytuacji, z których człowiek nie potrafiłby się podnieść. Triathlonista Jerzy Górski, rugbysta Tomasz Biduś i kierowca sportowy Bartek Ostałowski udowadniają, że nie ma rzeczy niemożliwych.
1 - Słyszałem, że wiele w Polsce się dzieje, wiedziałem, że powstała 'Solidarność' i sam jej mocno kibicowałem, ale miałem własny świat, w którym ważne było tylko to, żeby mieć towar - mówi Jerzy Górski - Słyszałem, że wiele w Polsce się dzieje, wiedziałem, że powstała 'Solidarność' i sam jej mocno kibicowałem, ale miałem własny świat, w którym ważne było tylko to, żeby mieć towar - mówi Jerzy Górski Fot. Jan Rusek/AG

Jerzy Górski: Nie czuję się legendą

Paweł Wiejas: Jest 130. km Western States Endurance Run, jednego z najtrudniejszych biegów terenowych na świecie. Temperatura jak w piekarniku. Stopy przypominają krwawy befsztyk, krzyczy pan z bólu, ale biegnie. Nie prościej było zejść z trasy? Przecież to tylko bieg, a nie walka o życie. Rezygnację każdy by zrozumiał.

Jerzy Górski: Amerykanie nazywają ten bieg biegiem śmierci, ale dla mnie to był bieg życia. Ja po prostu chciałem tam być, chciałem go ukończyć, bo pomyślałem sobie, że jeśli dobiegnę do mety, to potem nie napotkam już w życiu żadnej przeszkody, której nie byłbym w stanie pokonać. Dlatego gdy nie miałem już siły biec, szedłem, a gdy na zejściach nie mogłem iść przodem, bo za bardzo bolały palce, szedłem tyłem, podpierając się kijem i modląc się, żeby zrobić kolejny krok. Zmieściłem się w limicie czasu. Tam nie biegnie się dla nagrody. Kto ukończy bieg, dostaje tylko klamrę do pasa. Ja swoją mam do dziś. Przypomina mi, że można zrobić wszystko, tylko trzeba chcieć.

Szaleństwo najwyraźniej było wpisane od początku w pana sportowe działania. Jak inaczej nazwać to, że facet, który nigdy nie trenował pływania, z marszu wskakuje do wody i bierze udział w swoich pierwszych zawodach triatlonowych.

- To był rok 1986. Minęły dwa lata, od kiedy trafiłem do wrocławskiego Monaru. Zadawałem sobie pytania, co chcę w życiu osiągnąć, co zrealizować. Postanowiłem, że objadę rowerem Polskę i będę zbierał podpisy pod petycją w sprawie zakazu hodowli maku. Każdy mógł się do mnie przyłączyć, warunek był taki, że nie mógł pić i palić.

Niedaleko Gdańska natrafiłem na zawody triatlonowe. Triatlon zafascynował mnie rok wcześniej, gdy w ręce wpadła mi broszurka, mam ją zresztą do dziś, o zawodach Ultraman na Hawajach. Marzyłem, że kiedyś w nich wystartuję, więc gdy nadarzyła się okazja pierwszego startu, to z niej skorzystałem. Rzeczywiście, pływałem po swojemu, trochę kraulem, trochę żabką. W zawodach byłem ostatni, ale ważne było dla mnie to, że je ukończyłem. Przyrzekłem sobie, że nauczę się dobrze pływać. Dziś sam uczę pływać innych.

Zaczął pan brać narkotyki za późnego Gomułki, a skończył, gdy więzienia opuszczali ostatni z internowanych opozycjonistów. Kawał historii Polski. Cokolwiek pamięta pan z tych 14 lat?

- Słyszałem, że wiele w Polsce się dzieje, wiedziałem, że powstała "Solidarność" i sam jej mocno kibicowałem, ale miałem własny świat, w którym ważne było tylko to, żeby mieć towar. A jak go miałem, to brałem w nieskończoność. Szedłem spać i brałem strzał, wstawałem i znów brałem.

Od momentu gdy w Monarze z trudem przebiegał pan 2 km do, nazwijmy to, próby utopienia się podczas pierwszego triatlonu, minęło zaledwie dwa lata. Cokolwiek innego poza uprawianiem sportu liczyło się dla pana w tym czasie?

- Pierwszy wysiłek był bardzo trudny, ale z każdym dniem pobudzałem się, zacząłem go traktować jak substytut narkotyków. Wysiłek stał się moim nowym uzależnieniem. Pomógł mi się odmrozić, bo choć miałem wtedy 29 lat, to emocjonalnie się byłem na poziomie tego 14-letniego chłopaka, który zaczynał brać narkotyki. Zresztą w ogóle rzuciłem się na wszystko, co pozwalało mi zacząć żyć od nowa. Uczyłem się tańca towarzyskiego, robiłem kursy operatora dźwigów i koparek. Wreszcie czułem, że życie się we mnie budzi.

"On nie mógł robić rzeczy prostych, musiał cierpieć". Tak o celach, które pan stawiał przed sobą, mówił doskonały maratończyk Antoni Niemczak. Nie mylił się?

- Antek miał w tym dużo racji. Ciągle miałem potrzebę robienia ekstremalnych, mocnych rzeczy. Nawet jeśli fizycznie nie byłem gotowy na sport, to głowa tego chciała. Wiedziałem, że aby wygrać w tym nowym życiu, muszę dostawać coś tak mocnego, żeby zrekompensowało mi te stare rzeczy.

Kiedy zorientował się pan, że staje się legendą triatlonu w Polsce? Może wtedy, gdy zwyciężył pan w podwójnym Ironmanie?

- Ja się legendą nigdy nie czułem i nie czuję. Na początku dla innych triatlonistów byłem "tym narkomanem". Przyjeżdżałem na zawody z kiepskim rowerem, startowałem w kąpielówkach i kłułem ich w oczy koszulką z napisem "Monar". Nie miało jednak dla mnie znaczenia, co o mnie mówią, choć oczywiście miałem ochotę krzyknąć: "Hej, jestem już innym facetem!". Czułem głód wygrywania. Chciałem pokonać każdego, czy to w pływaniu, jeździe na rowerze, czy podczas biegu. Z czasem zacząłem zwyciężać w zawodach i wtedy przestałem być odmieńcem narkomanem. Zaczęli dopytywać: "A Jurek już jest?"

Odkąd zaczął pan uprawiać triathlon, marzył pan o starcie w Ultramanie. Udało się w 1995 r., ale znów graniczyło to z niemożliwym. Kilkanaście miesięcy wcześniej w wypadku otarł się pan o śmierć. Nie rozsądniej byłoby powiedzieć sobie: "Górski, odpuszczam. Już nic nie muszę udowadniać"?

- To kolejny dowód na potęgę głowy. Jak wspomniałem, chciałem wystartować na Hawajach od 1985 r., i to było moim głównym celem. Wszystko, co robiłem, miało zaprowadzić mnie właśnie tam. W latach 90. sportowo byłem już mocny. Myślałem, że jak napiszę do organizatorów, to mnie zaproszą, ale nawet odpowiedzi nie było. Chciałem pokazać Amerykanom, że jestem niezły. Pomogła mi federacja sportu w Legnicy i zrobiliśmy Hawaje koło Głogowa. Wykręciłem wówczas drugi wynik na świecie. Oczywiście teoretycznie, bo w innych warunkach. Zaproszenie dostałem dopiero w 1994 r. Byłem wtedy opiekunem triathlonistów w kategorii juniorów młodszych. Wyjechałem z nimi na mistrzostwa Europy w triathlonie na Węgry. A ponieważ uważam, że jak się jest za kogoś odpowiedzialnym, to trzeba sprawdzać każdy szczegół, wyjechałem na objazd trasy i obudziłem się w szpitalu po kilku dniach: połamana szczęka, niedowład ręki, złamana łopatka. Przez wiele miesięcy robiono mi kolejne operacje.

Ale ponieważ zaproszenie na Hawaje było aktualne, to w tajemnicy przed rodziną zacząłem trenować.

I w 1995 r. znalazłem się w miejscu, o którym marzyłem, choć był to start na wariata. Ale wynik był nieistotny. Zrealizowałem cel.

"Rano będę we Wrocławiu, po południu w Legnicy. Jutro mam trening z młodzieżą, a wieczorem odczyt dla uzależnionych. Pojutrze? Zaczynają się zawody triathlonowe". Obawia się pan, że jak zwolni tempo, to świat się zawali? A może tylu ludzi uzależniło się od pana?

- Zajmuję się wieloma sprawami, które dają mi siłę i radość. Gdy zastanawiam się, z czego mogę zrezygnować, odkrywam, że tak naprawdę robię to dla siebie, a przy okazji pomagam innym. Mam cholerną satysfakcję, że ktoś dzięki mnie może odnaleźć się i pójść dalej o własnych siłach. Jestem szczęśliwy. Działam społecznie w więzieniu, jak trzeba, to jestem w Monarze. Celów sportowych już sobie nie stawiam, a gdy wykryto u mnie problemy z sercem, doktor znając mnie, powiedział: "Rób dalej, co robisz, ale rób to wolniej". Chyba dopiero teraz nikomu nie muszę już nic udowadniać.

Jerzy Górski - Ur. 1954 r. w Głogowie. W 1990 r. ukończył słynny bieg Western State Miles Endurance Run (161 km) i zwyciężył w DoubleIronmanie (7,6 km pływania, 360 km jazdy rowerem, 84 km biegu) uznawanych za nieoficjalne mistrzostwa świata. Dokonał tego sześć lat po wyjściu z narkomanii. W 1995 r. po wypadku ukończył Ultraman Triathlon na Hawajach (10 km/421 km/84 km). W 1992 r. założył Centrum Sportowe Głogowski Triathlon, w którym trenują młodzi triatloniści. Aktywizuje pacjentów po przeszczepach, więźniów i seniorów. 

2 - Po wypadku pojawiły się pytania: dlaczego ja? Dlaczego to się stało? Czym sobie zasłużyłem? Może lepiej, gdybym zginął? Większość osób myśli, że to minie tak jak przeziębienie, a to zostaje na całe życie - mówi Tomasz Biduś - Po wypadku pojawiły się pytania: dlaczego ja? Dlaczego to się stało? Czym sobie zasłużyłem? Może lepiej, gdybym zginął? Większość osób myśli, że to minie tak jak przeziębienie, a to zostaje na całe życie - mówi Tomasz Biduś Fot. materiały prasowe

Tomasz Biduś: Świat kończy się wtedy, kiedy nikt nie zaproponuje ci wyjścia z trudnej sytuacji

Alex Kłoś: Jak doszło do twojego wypadku?

Tomasz Biduś: W lipcu 1995 r. miałem kontakt z wodą.

Nie chcesz do tego wracać?

- Nie, dlaczego? Po prostu mówię tak przez całe życie i myślę, że to wystarczy. Nie ma się nad czym rozwodzić, stało się i już. Miałem 17 lat. Skoczyłem do jeziora na główkę, nie było wysoko. Uderzyłem w dno. Uszkodziłem sobie rdzeń kręgowy w odcinku szyjnym kręgosłupa i straciłem kontrolę nad kończynami. Przez cały czas miałem pełną świadomość tego, co się ze mną dzieje.

Znajomi wyciągnęli mnie z wody i ułożyli na brzegu. Z minuty na minutę ból był coraz większy. Najbardziej efektywne leczenie operacyjne odbywa się do dwunastej godziny po urazie. Na moje nieszczęście do szpitala, w którym można było mnie operować, było daleko.

Zabrakło szczęścia?

- Decydują zbiegi okoliczności. Człowiek wchodził do morza, uderzyła go mocna fala, a że akurat miał tak, a nie inaczej ułożone ciało, to szyja odchyliła się za mocno i wylądował na wózku.

Człowiek ląduje na łóżku i...?

- I pojawiają się pytania. Dlaczego ja? Dlaczego to się stało? Czym sobie zasłużyłem? Może lepiej, gdybym zginął? Większość osób myśli, że to minie tak jak przeziębienie, a to zostaje na całe życie. To trudny moment. Nie miałem myśli samobójczych i bardzo chciałem żyć. Nie wiedziałem tylko, jak będzie.

A jak było?

- Nie traktowałem tego wszystkiego do końca poważnie i dzięki temu w miarę łagodnie zacząłem przez to przechodzić. Uszkodzenia ustępowały, ale miałem tak zwiotczałe mięśnie, że nie mogłem ruszać rękami.

Po rehabilitacji sam się już ubierałem i jadłem. Poza tym straciłem życie, które prowadziłem wcześniej. Beztroskę i zabawę. Wspólne drogi ze znajomymi zaczęły się rozchodzić. Już nie mogłem z nimi robić rzeczy, które kiedyś robiliśmy wspólne, byłem trochę z boku. Oczywiście spotykaliśmy się, ale to już nie było to samo.

Mieszkałem na czwartym piętrze bez windy. Jeżeli pomogła mi rodzina albo sąsiedzi, to wychodziłem na spacer, żeby postać pod blokiem. Wiesz kiedy kończy się świat?

Kiedy?

- Kiedy ktoś nie podsunie ci pomysłu na to, jak wyjść z takiej sytuacji. Nie powie: hej, ale możesz pracować, uprawiać sport, kupić mieszkanie i założyć rodzinę. Żyć tak jak przedtem, nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale jednak.

Jak to jest, kiedy świat się kończy?

- Przez kilkanaście lat pracowałem w organizacji, która zajmowała się bezpośrednim kontaktem z osobami po wypadkach. Spotkałem ludzi, którzy po pięć, dziesięć, piętnaście lat żyli pozamykani w domach. Wegetowali. Gdy do nich docieraliśmy, otwierali oczy i budzili się, znów chcieli być w świecie.

Długo siedziałeś w domu?

- Nie. Miałem rodzinę i znajomych, dzięki nim mogłem zejść po schodach. Zacząłem wyjeżdżać na turnusy rehabilitacyjne, obozy sportowe, hipoterapię, zjazdy osób z niepełnosprawnością. Zdałem maturę, zrobiłem prawo jazdy. Na jazdy szkoleniowe było 40 km, woził mnie kuzyn i znajomi.

Zacząłem się rozglądać za studiami, za życiem, ale rodzina namawiała mnie na dalszą rehabilitację i walkę o powiększenie sprawności.

Można się podnieść z wózka?

- Jedni powiedzą: "tak, można", więc ćwicz, to będziesz chodził; drudzy powiedzą: "ćwicz", to będziesz samodzielny. Znam osoby, które mają w pełni zaburzone czucie i ruchomość rąk, a pracują, jeżdżą samochodem, mają rodziny. Wybrałem taką drogę. Zacząłem naukę w studium informatycznym. Na początku to miejsce mnie przeraziło. Tam byli już tylko ludzie pogodzeni za swoją niepełnoprawnością. To było skupisko osób z różnymi schorzeniami, w nim na szczęście spędziłem dwa lata.

Bez rodziców i znajomych?

- Mieszkałem w internacie i mogłem liczyć w zasadzie tylko na siebie albo na spotkanych ludzi, bo rodzina była daleko. Poznałem ludzi, którzy jeździli na wózkach od 20 lat. Podróżowali, imprezowali, robili to samo co wszyscy, a czasem jeszcze więcej, bo człowiek z niepełnosprawnością, gdy coś mu wychodzi, to jest w stanie zrobić więcej niż pełnosprawny. Kwestia zaangażowania i determinacji.

Ale informatykiem ostatecznie nie zostałeś?

- To nie moja bajka. Kiedy skończyłem studium, usłyszałem, że powinienem studiować. Popukałem się w głowę. Ja na studia? Niby jak miałbym to zrobić? Poznałem dziewczyny, które studiowały pedagogikę. Zaczęły mnie namawiać na ten kierunek. Próbowały na różne sposoby i w końcu powiedziały, że tam studiują same dziewczyny. To zadecydowało (śmiech). Zdałem egzamin na Uniwersytet Warszawski i zamieszkałem w akademiku. Tak zaczęło się pasmo cudownych zdarzeń.

A jak zostałeś sportowcem?

- W studium informatycznym w internacie była impreza. W pokoju obok. Tak poznałem ludzi, którzy grali w koszykówkę na wózkach. Wpadłem na trening i nie mogłem rzucić piłką do kosza. Byłem przybity i wyszedłem. Na korytarzu dopadł mnie trener, też na wózku, i powiedział: słuchaj, albo jesteś cipką i się poddajesz, albo zostajesz i walczysz, a my ci pomożemy. Zostałem.

Koszykarzem?

- Rugby dopadło mnie potem. Sport dał mi coś ogromnie ważnego. Odkryłem, jak dobrze jest być w drużynie. Graliśmy, chodziliśmy na imprezy, wyjeżdżaliśmy na wakacje, mieszkaliśmy u siebie, pomagaliśmy sobie. Próbowaliśmy wszystkiego, szermierki, tenisa i tak dalej, a do rugby predestynowało mnie to, że mam porażenie czterech kończyn i jednocześnie sprawne ręce.

Jaki ma to wpływ na rugby?

- Drużyna składa się z czterech osób. Gracze z większym upośledzeniem są niżej punktowani, a ci z większą sprawnością, wyżej. Ja jestem wysoko punktowany. Są też drużyny koedukacyjne, bo żeńskich nie ma. Jak dziewczyny chcą grać, a na boisku nie odstają od mężczyzn, to różnica jest tylko taka, że drużyna z kobietą w składzie ma bonus pół punktu.

Miałeś ochotę się porozbijać i dlatego wybrałeś rugby?

- Kręciło mnie i jedno i drugie. Wiesz, teoretycznie im więcej grasz, tym więcej masz sił. Więc w piątek wieczorem grałem mecz rugby w Radomiu, w sobotę rano następny, potem jechałem do Warszawy na wieczorny mecz koszykówki. W niedzielę rano znów grałem w koszykówkę, a potem wracałem do Radomia na rugby. W końcu organizm odmówił mi posłuszeństwa.

I...?

- To nie był łatwy wybór, ale perspektywa gry w kadrze narodowej rugby przeważyła, choć wiązał się z tym tylko splendor. Cóż, sport osób z niepełnosprawnością nie jest u nas odpowiednio finansowany.

Z czego żyłeś?

- Dostawałem kilkaset złotych renty, to wystarczało tylko na rachunki. Poszedłem więc do pracy i monitorowałem asortyment w sklepach. Udało mi się kupić mieszkanie w Warszawie. To była dobra decyzja, ale jej skutki spłacam do dziś (śmiech). Potem była przygoda z fundacją pomagającą ludziom po wypadkach, ale o tym już opowiedziałem.

Jak ci poszło w rugby?

- Nadal gram w kadrze. Przez kilkanaście lat nie opuściłem prawie ani jednego meczu. Byłem kapitanem kadry. Z tej funkcji zrezygnowałem w tym roku przed mistrzostwami Europy. Mam 40 lat i wchodzę do gry w strategicznych momentach. Objechałem z drużyną rugby kawał świata i czasami zapominam, że gdzieś już byłem.

Co cię kręci w rugby?

- Gra w kontakcie, emocje, adrenalina, rywalizacja, zwycięstwa i porażki. Zderzamy się wózkami i przewracamy się. Im mocniej komuś dowalisz, tym lepiej, tym bardziej widowiskowo, tym większa jest frajda. Nie można się łapać za ręce. Piłkę trzeba zabrać bez kontaktu fizycznego, przez kontakt wózek - wózek.

To bolesna zabawa?

- Spowodowałem kilka kontuzji u rywali i miałem też jedną swoją, bardzo poważną - ręka dostała się pomiędzy wózki i odcięło mi palec. Udało się go, na szczęście, przyszyć i nadal działa. Ale nie ma się co nad tym rozwodzić. Tak naprawdę brutalnie to grają w USA, Kanadzie czy Nowej Zelandii.

Najpiękniejsze wspomnienie sportowe?

- Każdy wygrany mecz. Grałem w trzech klubach. Z dwoma zdobyłem mistrzostwo Polski, trzeci, czyli Avalon Extreme Warszawa, wyprowadziliśmy z trzeciej do pierwszej ligi. Wczoraj wieczorem wróciłem z wygranego turnieju i jestem pełen satysfakcji.

Jaka jest twoja recepta na sukces?

- Każda porażka to doświadczenie, od którego można się odbić. Trzeba wyciągnąć wnioski, zabrać to, co było najlepsze, i zbudować coś nowego. Każda porażka jest początkiem sukcesu. Siłę czerpię z woli życia. Najważniejsze jest to, że istnieję. Tu i teraz.

Są jakieś efekty działalności fundacji Avalon Extreme?

- Odpowiem ci tak. Byłem niedawno w szpitalu w Konstancinie, w którym leżą osoby po wypadkach. Spotkałem chłopaka, który trzy miesiące temu stracił władzę w nogach. Zobaczył moją koszulkę Avalone Extreme, uśmiechnął się i powiedział: "Byłem totalnie załamany, ale gdy zobaczyłem, co robicie, jak można żyć, to stwierdziłem, że będzie dobrze".

Tomasz Biduś - swoją przygodę ze sportem zaczął od podwórka, piłki nożnej i kick boxingu. Od 20 lat gra w rugby na wózkach. Tomasz Biduś jest koordynatorem projektu Avalon Extreme i pokazuje światu, że człowiek na wózku może żyć na maksa, bez żadnych ograniczeń.

3 - Po wypadku byłem przerażony i nie mogłem uwierzyć, że to się naprawdę stało. Myślałem, że może coś jeszcze uda się naprawić. Miałem niesprecyzowane nadzieje, że to się tak nie skończy - mówi Bartek Ostałowski - Po wypadku byłem przerażony i nie mogłem uwierzyć, że to się naprawdę stało. Myślałem, że może coś jeszcze uda się naprawić. Miałem niesprecyzowane nadzieje, że to się tak nie skończy - mówi Bartek Ostałowski Fot. materiały prasowe

Bartek Ostałowski: Po wypadku dość szybko się pozbierałem. Uznałem, że Bóg po prostu dopuszcza do pewnych sytuacji

Alex Kłoś: Co czujesz, gdy driftujesz?

Bartek Ostałowski: Pierwsze słowo, które ciśnie się na usta, to wolność i radość, którą czuje każdy kierowca zasiadający za kierownicą sportowego samochodu. U mnie ta radość jest spotęgowana, bo moje ograniczenia znikają. Po prostu, mechanicy pomagają mi zapiąć pasy, zatrzaskują się drzwi, wyjeżdżam na tor i jestem jednym z kierowców. Nie ma znaczenia to, że nie mam rąk. Liczy się tylko to, jak jeżdżę.

Z jaką szybkością wchodzisz w poślizg?

- Maksymalnie nawet koło 200 km/h. Kierownicą operuję lewą stopą. Auto ma zablokowany tylny mechanizm różnicowy, dzięki temu łatwiej wchodzi w poślizg, ale żeby go zainicjować, wciskam hamulec ręczny. Robię to prawą stopą, bo hamulec ręczny to mały pedał nad pedałem gazu.

A co z biegami?

- Zmieniam je prawym barkiem. Mam łopatkę na wysokości ramion, naciskam ją do przodu albo do tyłu. Kilkanaście razy na jednym okrążeniu. Komputer obsługuje automatyczną skrzynię biegów.

Co jest w drifcie najważniejsze?

- Linia przejazdu, kierowca powinien jechać płynnie bez wahań, po trasie wyznaczonej przez sędziów. Kluczowe znaczenie mają pierwsze chwile poślizgu. To właśnie wtedy trzeba ustawić auto pod odpowiednim kątem, a potem nie bać się dodać gazu. Nie można spanikować i gwałtownie wciskać hamulca, bo auto poleci w kierunku, nad którym nie ma kontroli. Może się na przykład obrócić i wypaść z toru.

Od kiedy się ścigasz samochodami?

- W motosporcie zakochałem się, gdy poszedłem z tatą na rajd. Uwielbiałem oglądać "Szybki jak błyskawica" z Tomem Cruisem. Gdy miałem jeszcze ręce, startowałem w amatorskich rajdach. Najbardziej liczył się czas, poślizgi nie były mile widziane, ale na odcinkach szutrowych wszyscy z radością się ślizgali. Uwielbiałem to.

Za co lubisz drift?

- Za to, że wszystko staje na głowie. Drift łączy to, co w motosportach jest najlepsze. W wyścigach moc silników jest powoli ograniczana, a my mamy po 500, 600, a nawet 1000 KM. Jest ryk silników i dym z palonych opon. Samochód driftingowy przyspiesza w poślizgu szybciej niż uliczna wyścigówka na prostej. Gdy w drugim etapie wyścigów ścigamy się już we dwóch, to driftujemy w odległości kilkunastu centymetrów. Jest adrenalina.

Boisz się czasami?

- Jasne. Ale na ulicy jest bardziej niebezpiecznie. Na torze wiem, że jadę autem superzabezpieczonym i kilka razy sprawdzonym. Na dzień przed zawodami przechodzimy pieszo trasę, żeby sprawdzić, jaki jest rodzaj asfaltu, czy są jakieś łaty albo na przykład gdzie rano może być rosa, więc potem, gdy wjeżdżam w zakręt, to wiem, że wszystko będzie OK.

Z jaką największą prędkością prowadziłeś auto?

- 300 km/h. Jechałem na autostradzie w Niemczech. Nie było ograniczenia prędkości. Do 250 nie ma szału, potem czuje się, że każdy milimetr ruchu kierownicą ma znaczenie i trzeba się pilnować. To była wyjątkowa sytuacja, bo nie szukam wrażeń na ulicy.

Na torze jest ich pewnie aż za dużo?

- Na torze też często jeździmy na 80 proc., bo wygrywa ten kto ma dobrą strategię i na 100 proc. pojedzie na przykład dopiero na ostatnim okrążeniu.

Co wydarzyło się 11 lat temu?

- To była kompletnie kuriozalna sytuacja. Coś, co nie miało prawa się zdarzyć, a jednak się zdarzyło. Jechaliśmy z kolegą na motocyklach. Skręciliśmy z obwodnicy na drogę do centrum miasta. Przejechaliśmy 300 m i dojeżdżaliśmy na trzecim biegu do skrzyżowania. Kobieta, która zajechała mi drogę, nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi. Podjeżdżała pod górkę drogą podporządkowaną, nie chciała się zatrzymywać i ruszać z ręcznego, więc doturlała się powolutku do skrzyżowania. Z lewej nie było nikogo, z prawej nadjeżdżał mój kolega. Pomyślała, że za nim nie ma nikogo, dodała gazu i wjechała pomiędzy nas.

Z jaką prędkością jechałeś?

- 70-80 km/h. Miałem sekundy na reakcję. Próbowałem hamować, ale samochód był za blisko. W ostatniej chwili położyłem ślizgiem motocykl, żeby uniknąć zderzenia, które wysadziłoby mnie z motocykla w powietrze. Motocykl delikatnie zahaczył o samochód, a ja pojechałem dalej na tyłku. Wszystko mogło się skończyć dobrze, bo nie miałem żadnych złamań ani zwichnięć, ale 15 m dalej była stara barierka z rurek. Zasłoniłem się rękami przed uderzeniem. Momentu uderzenia nie pamiętam. Obudziłem się w szpitalu.

Bez rąk?

- Jedną rękę straciłem na miejscu, drugą mi amputowano. Lekarze tłumaczyli, że bali się, że umrę, i nie było innego wyjścia. To był miejski szpital w Nowym Sączu. Nie ukrywam, że byłem zdziwiony, że nie powalczyli chociaż o uratowanie jednej ręki.

Jaka była twoja pierwsza myśl w szpitalu?

- Byłem przerażony i nie mogłem uwierzyć, że to się naprawdę stało. Myślałem, że może coś jeszcze uda się naprawić. Miałem niesprecyzowane nadzieje, że to się tak nie skończy. Ale okazało się, że będę musiał żyć bez rąk.

Kiedy się z tym pogodziłeś?

- Dość szybko. Uświadomiłem sobie, że to był czynnik losowy, na który nie miałem wpływu. Nie zagłębiałem się w rozważania, uznałem, że najwyraźniej Bóg dopuszcza do pewnych sytuacji. Czułem żal, że już nigdy nie poprowadzę auta i nie będę już mógł rysować.

Co rysowałeś?

- Szkicowałem auta i projekty karoserii. Głównie takie techniczne rzeczy.

Kiedy wróciłeś do domu?

- Po roku. Zderzyłem się z rzeczywistością i zacząłem się zastanawiać, jakie mam możliwości. Nie mogłem otworzyć szafy i wyjąć ubrań, pisać na komputerze, naprawić auta. To było przerażające. Miałem przed sobą mur. W szpitalu ktoś mi pomagał, a teraz byłem sam. Była rodzina i przyjaciele, ale to ja musiałem zadecydować, co zrobię z życiem.

Jak nauczyłeś się tego, jak się ubrać, umyć?

- Dużo dał mi kontakt z Kasią Rogowiec, narciarką bez rąk. Pojawiło się światełko w tunelu. Nadzieja, że sobie poradzę, że wrócę do poprzedniego życia. Pojechałem do kliniki Hanger w Oklahomie, spotkałem tam ludzi, którzy mają bardzo duże doświadczenie w pracy z osobami po amputacjach. Oni byli moimi pierwszymi nauczycielami. Wciąż szukałem informacji o tym, jak żyją ludzie bez rąk. Położyłem na podłodze klawiaturę i myszkę, nauczyłem się obsługiwać komputer stopą. Było ciężko, kopałem i krzyczałem, że mi nie wychodzi, ale następnego dnia zaczynałem od nowa.

Studiowałeś przed wypadkiem?

- Tak. Mechanikę i budowę maszyn. Na studia wróciłem w rok po wypadku. Miałem dużo lepsze oceny, bo nie mogłem się bawić telefonem i na wykładach wszystko zapamiętywałem. Pomyślałem, że chcę mieć samochód i stać się samodzielny. Spotkałem w Polsce i w Stanach kierowców bez rąk, którzy prowadzą auta z automatyczną skrzynią biegów. Kupiłem takie auto i po miesiącu jeżdżenia z tatą pojechałem sam na uczelnię. Wtedy poczułem, że jakoś te sprawy się ułożą, i faktycznie, udało mi się zrobić licencję i wrócić do motosportu.

A co z rysowaniem i malowaniem?

- To wydawało się bezpowrotnie utracone. Zakładałem, że taka precyzja ruchów jest poza moim zasięgiem. Tymczasem trafiłem na międzynarodowe wydawnictwo VDMFK, które skupia niepełnosprawnych artystów z całego świata. Zaprosili mnie na spotkanie i pokazali ludzi, którzy malują stopą albo ustami. Pomyślałem, że też spróbuję, żeby potem nie żałować. Pierwsze obrazy były tragiczne.

Drętwiała mi noga, bo malowałem na stojącej sztaludze. Ku mojemu zaskoczeniu przyjęli mnie do wydawnictwa i zacząłem dla niego malować. Wróciłem do poziomu sprzed wypadku. To jest niesamowite.

Jak doprowadziłeś nogi do tak niezwykłej sprawności?

- Stopy, a głównie prawa, przeszły transformację. Czują inaczej. Gdy prowadzę samochód, to jestem w stanie wyczuć każde drgnienie auta. Kiedy maluję obrazy, robię płynne, precyzyjne ruchy. Noga mi już nie drży. Mięśnie się wzmocniły, regularnie się rozciągam. Nie robię szpagatu, ale jest całkiem nieźle.

Z czego żyjesz?

- Jestem artystą. Założyłem firmę, która buduje samochody sportowe i przygotowuje też moje auta do startów. Zajmuję się marketingiem sportowym, spotykam ze sponsorami, wysyłam zlecenia, wystawiam faktury, robię rzeczy, o których nawet nie marzyłem. Jestem jednym z ambasadorów projektu Avalon Extreme, prowadzę videoblog Pasja na Krawędzi, w którym rozmawiam z wyjątkowymi ludźmi o ich pasji do czterech kółek. Dzieje się.

Jak zdobywasz fundusze?

- Sponsorzy doceniają to, co robię. Bez nich nie osiągnąłbym tak wiele, bo to chyba najdroższy sport na świecie.

Który jesteś w Polsce?

- W tym roku 14. na 70. kierowców. To raczej sezon poniżej oczekiwań, bo nie mogłem rywalizować w pełnym cyklu. Dwie ostatnie rundy miałem za to dobre, bo byłem zawsze w okolicach szóstego miejsca, na 60. kierowców. A to dopiero pierwszy sezon, w którym korzystam z komputera do automatycznej skrzyni biegów i w pełni działającego hamulca ręcznego.

Będziesz jeździł jeszcze szybciej?

- Rozwiniemy skrzydła i będę mógł pokazać, że człowiek bez rąk może wygrywać. W lipcu na torze Lausitzring w Niemczech wygrałem pierwsze zawody w życiu. Wszyscy byli megaszczęśliwi. Jestem jedynym na świecie zawodowym kierowcą sportowym, który prowadzi stopą. Ludzie są w szoku.

Bartek Ostałowski - jest ambasadorem Avalon Extreme. Ma 31 lat, a od 11 żyje bez rąk. Ma tytuł inżyniera, maluje, prowadzi firmę i wchodzi w poślizgi z szybkością 200 km/h. Kierowca jedyny w swoim rodzaju.

Skomentuj:
Nigdy się nie poddawaj! Mężczyźni po przejściach, którzy odnieśli sukces
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX